Czego szukasz

Beskid Żywiecki z dziećmi – Hala Boracza – Lipowska – Rysianka – trasa marzenie

Jaką trasę wybrać na całodzienną wycieczkę ze dziećmi? Beskid Żywiecki oferuje idealne warunki na taką rodzinną wyprawę. 3 schroniska do zdobycia w ciągu jednego dnia i malownicze krajobrazy przez większość czasu. Zobacz jaką trasę wybrałam na czerwcową niedzielę, może Ci się spodoba?

Widoki w Beskidzie Żywieckim

Beskid Żywiecki z dziećmi – jaka trasa?

Trasa, którą przeszłyśmy w niedzielę była na mojej liście marzeń od dawna. Chociaż jeszcze dzień wcześniej myślałam, że w końcu uda się zdobyć Mogielicę w Beskidzie Wyspowym (szybki dojazd z Krakowa), to jedna rozmowa telefoniczna z koleżanką i cały plan wziął w łeb, za to pojawił się nowy, lepszy plan. Bardziej ambitny. Jedziemy w Żywiecki, w końcu na tę słynną Halę Rysiankę.

Przeczytaj też – Mogielica – wycieczka w góry z dziećmi i psem.

Wyruszamy w Beskid Żywiecki

Wieczorem szybkie pakowanie, żeby rano jak najwcześniej wstać i wyruszyć z domu. Niedziela 5.30 dzwoni budzik. Niepotrzebnie. Jestem tak podjarana podróżą że budzę się sama przed 5. O 5.20 budzę moją córkę, na szczęście łatwiej obudzić ją tak wcześnie na wycieczkę w góry niż do szkoły. O 6 wyjeżdżamy z domu, 6.30 przepakowanie na parkingu centrum handlowego pod Krakowem do samochodu Gosi i już w pełnym składzie – 2 mamy i 3 córki w wieku od 8 do 11 lat wyruszamy na trasę.

Niedzielny poranek łaskawie pozwala pustymi drogami mknąć do celu. O 8.30 wychodzimy na szlak w Żabnicy-Skałce. Krótkie pytanie do dzieci – czy idziemy w prawo czy w lewo – zaplanowałam pętlę – idziemy tam, gdzie będzie więcej punktów GOT – 22 zamiast 20. No to ruszamy czarnym szlakiem na Halę Boraczą. Wg znaków godzina, my docieramy o dziwo po 50 minutach. Łatwa trasa, dzieci nie przestają śpiewać, gadać i szukać wyzwań na trasie – nie idą prostą drogą, tylko zygzakiem, żeby było ciekawiej. Dzieci śmieją się i przekręcają nazwę, mówiąc, że idziemy na Halę Robaczą.

wyruszamy_hala_boracza_1

Hala Boracza i dalsza wędrówka

Na Boraczej nie możemy wyjść z zachwytu, że dopiero 9.30, a my już jesteśmy w pierwszym schronisku. Widoki cudne. Krótki postój – pieczątki, pocztówki, kanapki i woda. Zakładamy plecaki i ruszamy dalej. Kierunek Hala Lipowska przez Halę Redykalną. Po 5 minutach Marta zaczyna marudzić, że nie ma siły… chociaż umawiałyśmy się w domu, że mędzić nie będzie, nawet jak będzie miała ochotę… bo plecak za ciężki i nogi bolą… Masakra. Dopiero od godziny w trasie, a tu już jedno dziecko odpada. Żeby zapobiec kryzysowi, proponuję, że wezmę jej wodę do swojego plecaka. Kiedy dziecko otwiera swój plecak, okazje się, że na postoju przez pomyłkę spakowałam do jej plecaka moją 1,5 litrową butlę z wodą. Teraz rozumiem, że miała ciężko. Zabieram butelkę i ruszamy dalej. Już bez protestów. Szybko dochodzimy do rozgałęzienia szlaków – zielony prowadzi na Lipowską, a my idziemy czarnym i po 45 minutach wychodzimy na Halę Redykalną. Znowu trasa jakoś szybko nam mija, dzieci śpiewają, gadają i po prostu idą. Jest deal, że na Rysiance będą lody, ale pod warunkiem, że do każdego ze schronisk dzieci przychodzą przed nami.

hala_boracza_widoki_4

hala_lipowska_drogowskaz_6

w_drodze_na_redykalna_5

hala_redykalna_8

hala_redykalna_widoki_mala_fatra_7

Hala Redykalna

Na Redykalnej opadają nam szczęki, takie piękne widoki. Mała Fatra, Wielka Racza Wielka Rycerzowa i inne szczyty. Szkoda, że nie ma tabliczki z panoramą, mogłabym lepiej zapamiętać co gdzie jest. Lubię takie  udogodnienia na szlaku.

Chociaż pogoda wspaniała, to na szlaku spotykamy tylko pojedyncze osoby. Idąc dalej na Halę Lipowską mijamy mamę z 2 córkami, na oko 6-7 lat, które chyba nocowały w jednym ze schronisk. Mama niesie plecak a do niego przymocowane 2 dziecięce śpiwory. Fajna ekipa.

Trasa łagodnie wznosi się do góry, nawet się tego nie zauważa, co chwilę podziwiając fantastyczne widoki. Im bliżej Hali Lipowskiej, tym bardziej się chmurzy. Widać Pilsko i Tatry. Ależ to Pilsko blisko!

beskid_zywiecki_kwiaty_10

miedzy_redykalna_a_hala_lipowska_9

hala_lipowska_schronisko_11

hala_lipowska_obiad_11

Hala Lipowska – przerwa na obiad i deszcz

Na Hali Lipowskiej robimy postój i decydujemy się na obiad. Schronisko bez widoków, ale za to z placem zabaw, szopą – kaplicą, i dyplomami – za wspaniałą atmosferę i pyszne jedzenie. Pierogi z serem i borówkami mniam. Placki ziemniaczane po węgiersku również. Naleśniki z nutellą – wiadomo. Obsługa sympatyczna. A my do książeczek GOT wbijamy aż 3 różne pieczątki.

W czasie obiadu pod chmurką jednak zaczyna padać. Przenosimy się na chwilę do schroniska, ale i deszcz przenosi się dalej. Niebo coraz ciemniejsze, ale nie pada. W schronisku spotykam sąsiadkę z Krakowa! To już standard. Kiedyś schodząc z Babiej minęłam się z sąsiadką, która mieszka w mieszkaniu obok nas!

Hala Rysianka – nareszcie

Z Lipowskiej do Rysianki tylko 15 minut, a niebo coraz bardziej granatowe. Damy radę. Akurat znów zaczyna padać kiedy dochodzimy do Rysianki. Dzieci są pierwsze, mogą kupić lody! Ale nie widzą ich w jadłospisie, nie ma lodówki na widoku i nie przyszło im do głowy zapytać czy są lody! Cała wycieczka na darmo 🙂

Deszcz bawi się z nami w ciuciubabkę. Pada, chowamy się do środka, zaraz przestaje. Na Pilsku, w Tatrach i na Babiej, której nie widać w ogóle chyba nieźle leje. U nas wieje i wychodzi słońce. Leżymy długo na trawie zbierając w sobie dobrą górską energię. Wiatr przegania chmury, w końcu i Babia łaskawie się odsłania. Dzieci hasają i wcinają czekoladę.

rysianka_wdoki_chmury_12

rysianka_widoki_tatry_13

rysianka_widoki_pilsko_15

rysianka_fikolki_16

rysianka_harce_dzieci_17

schronisko_hala_rysianka

Trasa powrotna

Po 2 godzinach relaksu musimy schodzić na dół, chociaż wcale się nam nie chce. Poszłybyśmy jeszcze na Romankę i Słowiankę, dzieci tylko pytają ile punktów GOT więcej będzie, ale to już za długa trasa… Na Halę Miziową też niedaleko, tylko że wtedy zostaniemy bez samochodu.

rysianka_widoki_romanka_14.

rysianka_zejscie_19

rysianka_szlaki_18

Ostatnie spojrzenie na wysokie góry i zielonym szlakiem wchodzimy w las. Strome zejście, dzieci są zachwycone, bo są kamienie, konary i trzeba się robić uniki. Chyba na szlaku nieźle padało chwilę wcześniej. Idziemy, idziemy i idziemy… a dzieci ciągle pytają – daleko jeszcze? Na dole spotykamy dwie panie, w wieku 50+, które pytają czy daleko jeszcze na … Halę Boraczą… pomyliły szlaki. Stoją, dyskutują, w końcu zmieniają kierunek i idą jeszcze gdzieś indziej. Akurat jesteśmy na rozstaju nieznakowanych tras. Dochodzimy do Żabnicy, rozmawiając o domkach letniskowych, których bardzo dużo w okolicy. Dziewczyny zachwycają się prognozą pogody z kamienia.

prognoza_pogody_z_kamienia
W sklepie w Żabnicy dzieci dopadają lodów. Zmieniamy buty i wyruszamy w trasę powrotna. Na szlaku byłyśmy od 8.30 do 17, to jak porządna dniówka w korpo, z przerwą na lunch.

Droga powrotna już nie taka pusta, spory ruch na koniec weekendu. Musimy zdążyć przed 20 odebrać mój samochód z parkingu przy centrum handlowym, które zamkną i do kościoła na mszę na 20. Wszystko udaje się idealnie. Z głową pełną wrażeń, po 21 „lądujemy” w domu, 15 godzin od wyjazdu…

Informacje praktyczne – Beskid Żywiecki z dziećmi

Naszą trasę na mapie możesz zobaczyć tutaj.

Rekomendowany wiek dzieci 7+ ze względu na długość trasy – około 17 km. Wejście w kierunku Żabnica – Boracza – Lipowska – Rysianka – Żabnica jest łagodniejsze niż trasa w odwrotnym kierunku.

Data wycieczki 19.06.2016

Zdjęcia autorki

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Współzałożycielka portalu Mamo Pracuj, absolwentka UEK, z doświadczeniem zawodowym w dużym biznesie. Mama dwóch rozbrykanych dziewczynek. Pasjonatka górskich wycieczek i Italii w każdej postaci. Marzy o dalekich podróżach i zdobyciu Korony Gór Polski.
Podyskutuj

Czy warto iść do szkoły rodzenia? Co trzeba wiedzieć?

Zdania na ten temat są podzielone i pewnie sama słyszałaś różne opinie. Jedni mówią, że szkoła rodzenia to punkt obowiązkowy w ciąży, a inni że szkoda na to czasu. Decyzji nie ułatwia fakt, że do wyboru mamy różne formy i długości zajęć: kilkutygodniowe, weekendowe lub całkowicie online ;) Zatem, czy warto iść do szkoły rodzenia? Opowiem Ci o moich doświadczeniach.
kobieta w ciąży

Temat szkoły rodzenia pojawił się naturalnie. I naturalnie pojawiły się pytania:

  • czy warto?
  • jeśli warto, to gdzie i jaką formę wybrać?
  • i na czym nam właściwie zależy? Czego my oczekujemy od szkoły rodzenia?

Kluczowe okazało się oczywiście ostatnie pytanie. Zwłaszcza, że mieliśmy z mężem trochę inne zdania. Ja potrzebowałam nabrać spokoju i przekonania co do miejsca, które wybraliśmy na poród. Mąż natomiast bardzo chciał dowiedzieć się jak mogę przygotować się fizycznie przed porodem i jak on może mi pomagać.

W związku z różnymi oczekiwaniami, nasze odczucia po, także były inne 😉 Ale o tym napiszę później.

Ostatecznie wybraliśmy wersję weekendową (dwa weekendy), prowadzoną przez personel szpitala, w którym będę rodziła.

Czy warto iść do szkoły rodzenia?

Według mnie… zależy 😉 Najważniejsze co odpowiesz sobie na ostatnie z pytań, które napisałam powyżej. Ja jestem zadowolona z podjętej decyzji i zaraz odpowiem dlaczego.

1. Poznajesz personel szpitala

Według mnie to największa zaleta szkoły rodzenia. Wiadomo, nie poznałam całego personelu, ale te kilka osób pozwoliło nabrać mi trochę wewnętrznego spokoju. Wykłady były prowadzone przez położne, fizjoterapeutów, lekarzy, do których można było później podejść i jeszcze chwilkę porozmawiać. W ich wypowiedziach dało się odczuć jakie zasady preferują, a ponieważ zgadzały się mniej więcej z moimi wyobrażeniami, to utwierdziłam się w wyborze tego konkretnego szpitala.

Podsumowanie: szkoła rodzenia pozwoliła mi zweryfikować wybór miejsca, w którym zamierzam powitać na świecie swoje maleństwo.

2. Dowiadujesz się jakie jest podejście szpitala do ważnych dla Ciebie kwestii

Podczas zajęć w szkole rodzenia poznałam odpowiedzi na kwestie, które interesują chyba każdą kobietę w ciąży:

  • znieczulenie – jakie, kiedy, jak się podaje, przeciwwskazania itd.
  • nacięcie krocza – też kiedy, w jaki sposób, jak później zadbać, żeby wszystko dobrze się zagoiło itd.
  • cesarka – wskazania, przebieg, możliwość kangurowania, postępowanie po itd.
  • karmienie – czy na miejscu są specjaliści do pomocy itd.

Oprócz tego dowiedziałam się m.in. ile jest położnych na dyżurze, ile jest sal porodowych, kto będzie się mną zajmował (pomagał/doradzał) podczas i po porodzie, kto może być ze mną w trakcie porodu itd.

Podsumowanie: szkoła rodzenia okazała się świetnym miejsce na zadawanie nurtujących mnie pytań (i uzyskiwania rzetelnych odpowiedzi od specjalistów w swoich dziedzinach).

3. Wiesz co będzie oczekiwane od Ciebie – przy przyjęciu, po porodzie…

… czyli trochę papierologii i nie tylko 😉

Bardzo dokładnie zapisywałam wszystko, co mówiła położna:

  • jakie dokumenty będą potrzebne przy przyjęciu do szpitala i co będę wypełniać na miejscu,
  • jak powinnam spakować się do porodu oraz co ze swojej strony zapewnia szpital.

Podsumowanie: myślę, że szkoła rodzenia zaoszczędzi mi sporo stresu przy przyjęciu do szpitala oraz zmniejszy rozmiary mojej torby do porodu.

4. Twój partner dostaje sporą dawkę wiedzy o tym, co będzie się działo

Poród, połóg, karmienie, huśtawka nastrojów, opieka nad noworodkiem…

Mój mąż bardzo interesuje się rozwojem i wychowaniem dziecka, a także fizjoterapią. Tutaj jest zdecydowanie większym specjalistą ode mnie. Są jednak tematy, które pomimo mojego ciągłego gadania o nich, odkrywał dopiero podczas szkoły rodzenia 😉

Na pewno dużo dało nam to, że mogliśmy razem słuchać o etapach porodu, o trudnościach związanych z połogiem czy o podstawowej opiece nad naszym maleństwem i wspólnie wczuwać się w rolę przyszłych rodziców.

Podsumowanie: wartość dodana szkoły rodzenia to to, że mogłam ją przeżywać razem z mężem.

5. Otrzymujesz podstawową wiedzę… wśród innych tak samo zagubionych par jak ty

Trafiłam na niezbyt aktywną grupę w szkole rodzenia. Wszyscy raczej słuchali i tylko od czasu do czasu zadawali pytania. Myślę, że w czołówce pytających był mój mąż, który próbował też rozluźnić trochę atmosferę 😛

Pomimo tego, dobrze było usłyszeć, że inne pary mają podobne problemy i obawy oraz zobaczyć, że podczas kilku warsztatów praktycznych tak samo „ostrożnie” obchodzą się z lalką, nie wiedzą jak ją ułożyć czy umyć w wanience.

Podsumowanie: mogłam poczuć więź z innymi początkującymi rodzicami i nie martwić się już tak bardzo, że sobie nie poradzę.

Czego nie oczekuj od szkoły rodzenia?

Tutaj będzie krótko. Szkoła rodzenia nie odpowie Ci na pytania:

1. Jak idealnie postępować z noworodkiem/niemowlakiem – to trochę tak jakby próbować odpowiedzieć na pytanie „Jak idealnie wychować dziecko?” – nie ma jednej odpowiedzi, wszystko i tak trzeba będzie dostosować pod potrzeby naszego maluszka.

2. Jak będzie wyglądał poród – ok, dużo przydatnych informacji się pojawi. Ja wyszłam z przekonaniem, że każdy poród jest inny i nie da się go ani zaplanować, ani przewidzieć, ani do niego tak do końca przygotować. Zwłaszcza, gdy rodzi się pierwszy raz i nawet wyobraźnia nie pomaga.

Teraz już sama musisz odpowiedzieć sobie na pytanie: czy warto iść do szkoły rodzenia?

Ja nie żałuję. Mąż raczej też, chociaż był rozczarowany, że tak mało czasu poświęcone było na jego udział/pomoc przy porodzie. Rzeczywiście część z porodu rodzinnego ograniczyła się do około godzinnych zajęć, podczas których każde ćwiczenie czy technika masażu były pokazane tylko raz. Jeśli więc chcielibyśmy się porządnie do tego przygotować, to musielibyśmy zapisać się na osobne zajęcia.

Ale… nabraliśmy z mężem przekonania (i spokoju), że nie skrzywdzimy naszego dziecka, bo nie istnieją idealne metody postępowania. Każdy ze specjalistów wypowiadał się ze swojego punktu widzenia, czasami wyrażając sprzeczne opinie, np. inaczej na kwestię chustonoszenia patrzyła położna i psycholog, a inaczej fizjoterapeutka.
A i tak najważniejsza jest miłość, którą otoczymy naszego maluszka 🙂

Powodzenia!

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Jestem osobą, która nie potrafi się nudzić. Lubię różnorodność, dlatego skończyłam studia łączące zajęcia humanistyczne, graficzne i informatyczne. Odpoczywam podczas długich spacerów, a znajomi wiedzą, że dobrej herbaty w miłym towarzystwie nigdy nie odmówię.

5 rytuałów tybetańskich – podpowiedzi, inspiracje i linki do ćwiczeń

Lecąc samolotem zawsze mnie wzrusza informacja o tym, że maseczkę z tlenem mam założyć najpierw sobie a nie dziecku. Przecież w tysiącu innych spraw sobą zajmuję się na końcu... Tak jest ze znajdowaniem czasu na ćwiczenia, wyjścia na pilates czy czytanie książek. Postanowiłam to zmienić zaraz po powrocie z Indii. A pomogła mi w tym pamiątka jaką sobie przywiozłam...
Mata do ćwiczeń 5 rytuałów tybetańskich

5 rytuałów tybetańskich – czyli zacznij ćwiczyć i zobacz co się stanie!

„Co mam do stracenia?”

Ja sobie tak właśnie pomyślałam, kiedy w Indiach, zaprzyjaźniony masażysta powiedział, że mam za słabe mięśnie i muszę je wzmocnić, a moje ciało młodsze nie będzie, więc nie mam na co czekać… polecił abym zaczęła ćwiczyć rytuały tybetańskie.

Powiedział tylko tyle, że zaczyna się od 3, potem 5, 7, 9 aż do 21 powtórzeń każdego z ćwiczeń – co kilka dni. I kiedy przerwę to muszę zacząć od początku. Trochę mało aby zacząć 😉

Ale poszperałam w internecie i tak zaczęła się moja przygoda z nauką systematyczności, regularności ćwiczeń fizycznych, moim czasem tylko dla mnie i wcześniejszym wstawaniem… A efekty czuję każdego dnia!

Poszperaj i Ty – może Ci się spodoba? A jak to nie Twoja bajka to ja zrozumiem 😉

„Fontanna młodości” „Źródło wiecznej młodości”

To inne określenia zestawu pięciu, dość prostych ćwiczeń, w oparciu o jogę. Nie chcę tutaj opisywać całej filozofii. Jeśli masz ochotę i Cię zaciekawiłam zaglądnij do poniższych linków podzielonych tematycznie. Jeśli nie, poszukaj swojego zestawu i zacznij ćwiczyć cokolwiek 😉

Ja wierzę, że w zdrowym ciele zdrowy duch!

O rytuałach (po polsku i po angielsku) jak działają:

Jak wykonywać ćwiczenia?

A co można usprawnić aby łatwiej się ćwiczyło?

Ćwiczę dopiero 3 miesiące.

Na razie nie opuściłam ani jednego dnia. Jeśli rano nie uda mi się poćwiczyć, to do 20:00 podobno można, choć to już późno. Ale czasem nadrabiam popołudniem 😉

Cieszy mnie moja systematyczność.

Prawie zrezygnowałam z kawy – bo ćwiczenia budzą mnie o wiele lepiej! Czuję także, że zaczęłam od siebie, a nie od śniadania dla dzieci, przy którym zapewne się pokłócą, a ja zdenerwuję…

Czy jestem spokojniejsza? Pełniejsza energii? Mam taką nadzieję! Pewnie jeszcze za wcześnie na werdykt!

Czy młodsza? To się okaże 😉

Może i Ty znajdziesz w ćwiczeniach przyjemność? Tych lub jakichkolwiek innych!

Powodzenia!

Zdjęcie: 123rf.

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Współzałożycielka mamopracuj.pl, od dziesięciu lat rozwija swoje umiejętności łączenia życia rodzinnego i zawodowego i nawet jej to wychodzi! Lubi wyzwania i cieszy ją kiedy pracodawcy znajdują świetnych pracowników. Mama wesołej trójki, żona i miłośniczka kotów. 
Chcę otrzymywać inspiracje, pomysły i sugestie jak pracować i nie zwariować.
Newsletter wysyłamy raz na 2 tygodnie
Uwaga. Strona wykorzystuje pliki cookies. Informacje uzyskane za ich pomocą wykorzystywane są w celach statystycznych. Pozostając tu godzisz się na ich zapisywanie w Twojej przeglądarce. ×