Czego szukasz

Czy warto iść do szkoły rodzenia? Co trzeba wiedzieć?

Zdania na ten temat są podzielone i pewnie sama słyszałaś różne opinie. Jedni mówią, że szkoła rodzenia to punkt obowiązkowy w ciąży, a inni że szkoda na to czasu. Decyzji nie ułatwia fakt, że do wyboru mamy różne formy i długości zajęć: kilkutygodniowe, weekendowe lub całkowicie online 😉 Zatem, czy warto iść do szkoły rodzenia? Opowiem Ci o moich doświadczeniach.

  • Agnieszka Kumorek - 17/07/2019
kobieta w ciąży

Temat szkoły rodzenia pojawił się naturalnie. I naturalnie pojawiły się pytania:

  • czy warto?
  • jeśli warto, to gdzie i jaką formę wybrać?
  • i na czym nam właściwie zależy? Czego my oczekujemy od szkoły rodzenia?

Kluczowe okazało się oczywiście ostatnie pytanie. Zwłaszcza, że mieliśmy z mężem trochę inne zdania. Ja potrzebowałam nabrać spokoju i przekonania co do miejsca, które wybraliśmy na poród. Mąż natomiast bardzo chciał dowiedzieć się jak mogę przygotować się fizycznie przed porodem i jak on może mi pomagać.

W związku z różnymi oczekiwaniami, nasze odczucia po, także były inne 😉 Ale o tym napiszę później.

Ostatecznie wybraliśmy wersję weekendową (dwa weekendy), prowadzoną przez personel szpitala, w którym będę rodziła.

Czy warto iść do szkoły rodzenia?

Według mnie… zależy 😉 Najważniejsze co odpowiesz sobie na ostatnie z pytań, które napisałam powyżej. Ja jestem zadowolona z podjętej decyzji i zaraz odpowiem dlaczego.

1. Poznajesz personel szpitala

Według mnie to największa zaleta szkoły rodzenia. Wiadomo, nie poznałam całego personelu, ale te kilka osób pozwoliło nabrać mi trochę wewnętrznego spokoju. Wykłady były prowadzone przez położne, fizjoterapeutów, lekarzy, do których można było później podejść i jeszcze chwilkę porozmawiać. W ich wypowiedziach dało się odczuć jakie zasady preferują, a ponieważ zgadzały się mniej więcej z moimi wyobrażeniami, to utwierdziłam się w wyborze tego konkretnego szpitala.

Podsumowanie: szkoła rodzenia pozwoliła mi zweryfikować wybór miejsca, w którym zamierzam powitać na świecie swoje maleństwo.

2. Dowiadujesz się jakie jest podejście szpitala do ważnych dla Ciebie kwestii

Podczas zajęć w szkole rodzenia poznałam odpowiedzi na kwestie, które interesują chyba każdą kobietę w ciąży:

  • znieczulenie – jakie, kiedy, jak się podaje, przeciwwskazania itd.
  • nacięcie krocza – też kiedy, w jaki sposób, jak później zadbać, żeby wszystko dobrze się zagoiło itd.
  • cesarka – wskazania, przebieg, możliwość kangurowania, postępowanie po itd.
  • karmienie – czy na miejscu są specjaliści do pomocy itd.

Oprócz tego dowiedziałam się m.in. ile jest położnych na dyżurze, ile jest sal porodowych, kto będzie się mną zajmował (pomagał/doradzał) podczas i po porodzie, kto może być ze mną w trakcie porodu itd.

Podsumowanie: szkoła rodzenia okazała się świetnym miejsce na zadawanie nurtujących mnie pytań (i uzyskiwania rzetelnych odpowiedzi od specjalistów w swoich dziedzinach).

3. Wiesz co będzie oczekiwane od Ciebie – przy przyjęciu, po porodzie…

… czyli trochę papierologii i nie tylko 😉

Bardzo dokładnie zapisywałam wszystko, co mówiła położna:

  • jakie dokumenty będą potrzebne przy przyjęciu do szpitala i co będę wypełniać na miejscu,
  • jak powinnam spakować się do porodu oraz co ze swojej strony zapewnia szpital.

Podsumowanie: myślę, że szkoła rodzenia zaoszczędzi mi sporo stresu przy przyjęciu do szpitala oraz zmniejszy rozmiary mojej torby do porodu.

4. Twój partner dostaje sporą dawkę wiedzy o tym, co będzie się działo

Poród, połóg, karmienie, huśtawka nastrojów, opieka nad noworodkiem…

Mój mąż bardzo interesuje się rozwojem i wychowaniem dziecka, a także fizjoterapią. Tutaj jest zdecydowanie większym specjalistą ode mnie. Są jednak tematy, które pomimo mojego ciągłego gadania o nich, odkrywał dopiero podczas szkoły rodzenia 😉

Na pewno dużo dało nam to, że mogliśmy razem słuchać o etapach porodu, o trudnościach związanych z połogiem czy o podstawowej opiece nad naszym maleństwem i wspólnie wczuwać się w rolę przyszłych rodziców.

Podsumowanie: wartość dodana szkoły rodzenia to to, że mogłam ją przeżywać razem z mężem.

5. Otrzymujesz podstawową wiedzę… wśród innych tak samo zagubionych par jak ty

Trafiłam na niezbyt aktywną grupę w szkole rodzenia. Wszyscy raczej słuchali i tylko od czasu do czasu zadawali pytania. Myślę, że w czołówce pytających był mój mąż, który próbował też rozluźnić trochę atmosferę 😛

Pomimo tego, dobrze było usłyszeć, że inne pary mają podobne problemy i obawy oraz zobaczyć, że podczas kilku warsztatów praktycznych tak samo „ostrożnie” obchodzą się z lalką, nie wiedzą jak ją ułożyć czy umyć w wanience.

Podsumowanie: mogłam poczuć więź z innymi początkującymi rodzicami i nie martwić się już tak bardzo, że sobie nie poradzę.

Czego nie oczekuj od szkoły rodzenia?

Tutaj będzie krótko. Szkoła rodzenia nie odpowie Ci na pytania:

1. Jak idealnie postępować z noworodkiem/niemowlakiem – to trochę tak jakby próbować odpowiedzieć na pytanie „Jak idealnie wychować dziecko?” – nie ma jednej odpowiedzi, wszystko i tak trzeba będzie dostosować pod potrzeby naszego maluszka.

2. Jak będzie wyglądał poród – ok, dużo przydatnych informacji się pojawi. Ja wyszłam z przekonaniem, że każdy poród jest inny i nie da się go ani zaplanować, ani przewidzieć, ani do niego tak do końca przygotować. Zwłaszcza, gdy rodzi się pierwszy raz i nawet wyobraźnia nie pomaga.

Teraz już sama musisz odpowiedzieć sobie na pytanie: czy warto iść do szkoły rodzenia?

Ja nie żałuję. Mąż raczej też, chociaż był rozczarowany, że tak mało czasu poświęcone było na jego udział/pomoc przy porodzie. Rzeczywiście część z porodu rodzinnego ograniczyła się do około godzinnych zajęć, podczas których każde ćwiczenie czy technika masażu były pokazane tylko raz. Jeśli więc chcielibyśmy się porządnie do tego przygotować, to musielibyśmy zapisać się na osobne zajęcia.

Ale… nabraliśmy z mężem przekonania (i spokoju), że nie skrzywdzimy naszego dziecka, bo nie istnieją idealne metody postępowania. Każdy ze specjalistów wypowiadał się ze swojego punktu widzenia, czasami wyrażając sprzeczne opinie, np. inaczej na kwestię chustonoszenia patrzyła położna i psycholog, a inaczej fizjoterapeutka.
A i tak najważniejsza jest miłość, którą otoczymy naszego maluszka 🙂

Powodzenia!

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Agnieszka Kumorek
Jestem osobą, która nie potrafi się nudzić. Lubię różnorodność, dlatego skończyłam studia łączące zajęcia humanistyczne, graficzne i informatyczne. Odpoczywam podczas długich spacerów, a znajomi wiedzą, że dobrej herbaty w miłym towarzystwie nigdy nie odmówię.

5 rytuałów tybetańskich – podpowiedzi, inspiracje i linki do ćwiczeń

Lecąc samolotem zawsze mnie wzrusza informacja o tym, że maseczkę z tlenem mam założyć najpierw sobie a nie dziecku. Przecież w tysiącu innych spraw sobą zajmuję się na końcu... Tak jest ze znajdowaniem czasu na ćwiczenia, wyjścia na pilates czy czytanie książek. Postanowiłam to zmienić zaraz po powrocie z Indii. A pomogła mi w tym pamiątka jaką sobie przywiozłam...
  • Agnieszka Kaczanowska - 02/07/2019
Mata do ćwiczeń 5 rytuałów tybetańskich

5 rytuałów tybetańskich – czyli zacznij ćwiczyć i zobacz co się stanie!

„Co mam do stracenia?”

Ja sobie tak właśnie pomyślałam, kiedy w Indiach, zaprzyjaźniony masażysta powiedział, że mam za słabe mięśnie i muszę je wzmocnić, a moje ciało młodsze nie będzie, więc nie mam na co czekać… polecił abym zaczęła ćwiczyć rytuały tybetańskie.

Powiedział tylko tyle, że zaczyna się od 3, potem 5, 7, 9 aż do 21 powtórzeń każdego z ćwiczeń – co kilka dni. I kiedy przerwę to muszę zacząć od początku. Trochę mało aby zacząć 😉

Ale poszperałam w internecie i tak zaczęła się moja przygoda z nauką systematyczności, regularności ćwiczeń fizycznych, moim czasem tylko dla mnie i wcześniejszym wstawaniem… A efekty czuję każdego dnia!

Poszperaj i Ty – może Ci się spodoba? A jak to nie Twoja bajka to ja zrozumiem 😉

„Fontanna młodości” „Źródło wiecznej młodości”

To inne określenia zestawu pięciu, dość prostych ćwiczeń, w oparciu o jogę. Nie chcę tutaj opisywać całej filozofii. Jeśli masz ochotę i Cię zaciekawiłam zaglądnij do poniższych linków podzielonych tematycznie. Jeśli nie, poszukaj swojego zestawu i zacznij ćwiczyć cokolwiek 😉

Ja wierzę, że w zdrowym ciele zdrowy duch!

O rytuałach (po polsku i po angielsku) jak działają:

Jak wykonywać ćwiczenia?

A co można usprawnić aby łatwiej się ćwiczyło?

Ćwiczę dopiero 3 miesiące.

Na razie nie opuściłam ani jednego dnia. Jeśli rano nie uda mi się poćwiczyć, to do 20:00 podobno można, choć to już późno. Ale czasem nadrabiam popołudniem 😉

Cieszy mnie moja systematyczność.

Prawie zrezygnowałam z kawy – bo ćwiczenia budzą mnie o wiele lepiej! Czuję także, że zaczęłam od siebie, a nie od śniadania dla dzieci, przy którym zapewne się pokłócą, a ja zdenerwuję…

Czy jestem spokojniejsza? Pełniejsza energii? Mam taką nadzieję! Pewnie jeszcze za wcześnie na werdykt!

Czy młodsza? To się okaże 😉

Może i Ty znajdziesz w ćwiczeniach przyjemność? Tych lub jakichkolwiek innych!

Powodzenia!

Zdjęcie: 123rf.

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Agnieszka Kaczanowska
Współzałożycielka mamopracuj.pl, od dziesięciu lat rozwija swoje umiejętności łączenia życia rodzinnego i zawodowego i nawet jej to wychodzi! Lubi wyzwania i cieszy ją kiedy pracodawcy znajdują świetnych pracowników. Mama wesołej trójki, żona i miłośniczka kotów. 

Idealny sernik nieidealnej Pani domu

Nadal nie wierzę, że to piszę... Ale naciski były przeogromne, więc... Nie jestem idealną Panią domu, rzadko piekę, chyba że brownie (25 minut roboty) lub inne "coś", równie prostego z gwarancją pyszności. Nie wdaję się w rozmowy na temat przepisów bo niewiele mam w tym zakresie do powiedzenia, choć... jest jeden wyjątek! Jego wysokość Sernik! 13 lat temu znalazłam przepis, którego się trzymam, który zawsze gwarantuje "ochy i achy" tych, którzy mają okazję załapać się na kawałek. Bo znika szybko...
  • Agnieszka Kaczanowska - 17/04/2019
produkty do pieczenia: mąka, mleko, masło, ser

Z dedykacją dla Marzeny 😉

Ten sernik piekę wyłącznie dwa razy do roku. Trudno nie zgadnąć, na jakie okazje, ale udaje się zawsze, a nawet jeśli nie jest idealny w wyglądzie, to smakuje zacnie! No i sam przepis napisany jest tak, że mam z tego kupę zabawy. Dodam tylko, że ja sernika sama nie jadam… nie mój smak, wolę suche ciasta np. makowiec, ale z reguły spełnieniem moich marzeń jest makowiec z cukierni, albo orzechowiec od mamy Asi, mniam.

Natomiast sernik robię z miłości do męża 😀

Składniki:

  • kilogram dobrze odciśniętego tłustego białego sera (nie może być kwaśny). Ja kupuję gotowy, mielony, ale taki, który jest w miarę suchy (bez ekstra śmietany) i zawsze twaróg sernikowy Piątnica (choć producent nic nie wie, że go polecam ;-)). To jest o tyle ważne, że inne miękkie sprawiają, że sernik pływa… Oczywiście możesz także zmielić sama ser. Ja nie mam nawet odpowiedniej maszynki…
  • 2 niepełne szklanki cukru (można ciut mniej jeśli budyń jest z cukrem i wanilia… ale nie dużo mniej, próbowałam z mniejszą ilością, ale jednak lepiej dać więcej…),
  • 8 jaj, z 7 jaj też wyszedł 😉
  • kostkę masła,
  • budyń waniliowy (z reguły daję ten z cukrem, ale przypuszczam, że nie ma tu różnicy,
  • torebkę cukru z prawdziwą wanilią (w odróżnieniu od cukru wanilinowego!) a jeszcze lepiej laskę prawdziwej wanilii, tych czarnych kuleczek oczywiście,
  • cytrynę, a dokładniej sok z jednej połówki,
  • szczypta soli,
  • bakalie: torebkę (10 dag) rodzynek, najlepiej jasne, malutkie, 3 dag płatków migdałowych, 5 dag smażonej skórki pomarańczowej (wg. mnie najlepszego składnika sernika ;-)).

Niezbędne sprzęty:

  • mikser (wiem, wiem można w makutrze, jak masz to super)
  • spora miska do ucierania masy serowej
  • garnuszek/miseczka na białka
  • rondelek na topione masło
  • duża tortownica

Dodałabym lampka dobrego wina, ale odkąd sernik piekę razem z dziećmi atrakcji dodatkowych nie potrzebuję ;-).

Sprawdzony algorytm działania

  1. W rondelku na małym ogniu topisz masło pokrojone na małe kawałki. Ciepłe masło (niech się, broń Boże, nie przypali!) odstawiasz do wystygnięcia.
  2. W tym czasie przygotowujesz bakalie, tzn. płuczesz rodzynki, odsączasz, suszysz ręcznikiem papierowym i razem z płatkami migdałowymi wsypujesz do miseczki, dodajesz skórkę pomarańczową. Zostawiasz.
  3. Smarujesz tortownicę masłem, wysypujesz bułką tartą, odstawiasz na bok, żeby nie przeszkadzała.
  4. W tym miejscu możesz skosztować tej lampki wina, jeśli już nalałaś 😉
  5. Teraz kluczowa sprawa: rozbijasz jajka nad garnuszkiem/miską, w którym potem ubijesz pianę. Białka lądują w właśnie w nim/niej, a żółtka w dużej misce.Garnek z białkami ląduje w lodówce.
  6. Do żółtek dodajesz cukier, szczyptę soli, wanilię/cukier z prawdziwą wanilią, sok z połówki cytryny.
  7. Ucierasz puszysty kogel-mogel, starając się nie podjadać…. jest pyszny…
  8. Włączasz piekarnik. Ma mieć idealnie 180 stopni C, kiedy wjedzie do niego sernik.
  9. Otwierasz wiaderko 😉 sera gotowego lub bierzesz idealnie zmielony i do kogla-mogla dodajesz łyżkami na zmianę z proszkiem budyniowym, wciąż ucierając masę mikserem. Masa ma być gładka, jasno żółta i puchata.
  10. Następnie delikatnie wlewasz zimne masło (wcześniej roztopione) i miksujesz do chwili, aż się całkowicie wchłonie.
  11. Dodajesz bakalie i już nie mikserem a łyżką z resztką masy serowej (nie pytaj dlaczego, ale działa…) mieszasz starannie ale delikatnie.
  12. Wyjmujesz z lodówki garnek/miskę z białkami i mikserem (z czystymi końcówkami) ubijasz sztywną pianę.
  13. Ważne: teraz odstawiasz mikser na bok i więcej nie wolno go użyć 😉
  14. Łyżką od sera i bakalii mieszasz białka z masą serową. Delikatnie, z czułością aż się połączą.
  15. Teraz już bez ociągania, zgarniasz masę do tortownicy, wygładzasz wierzch.
  16. I wkładasz sernik delikatnie do piekarnika w idealnej temperaturze 180 stopni. Nie używam tutaj termoobiegu, gdybyś chciała mnie o to zapytać.
  17. Teraz też jest idealny moment, aby zamiast mycia garów napić się wina bo…
  18. Od teraz przez 40 minut nie otwierasz piekarnika, nie zaglądasz co chwilę i nie myślisz o serniku.
  19. Po 40 minutach zerkasz przez szybkę, czy aby w wierzchu nie za bardzo się przypiekł. Jeśli tak, otwierasz delikatnie piekarnik i przykrywasz ciasto płatem folii aluminiowej. Szybko zamykasz drzwiczki, ale uważaj (!) aby nie klapnęły, bo sernik się może „przestraszyć” i opaść. Serio. zawsze ten fragment mnie rozczula ale nie próbowałam straszyć sernika i zawsze wychodzi 😉
  20. Gdy minie kolejne 15-20 minut a czasem dłużej (wiem, to mało precyzyjne ale lepiej dłużej, aby sernik był upieczony), wyłączasz dopływ ciepła i uchylasz drzwiczki, aby zahartować sernik i uchronić przed opadnięciem przy gwałtownej zmianie temperatury. Po kolejnych 10 minutach wyjmujesz ciasto na blat i pozwalasz ostygnąć w pokojowej temperaturze.
  21. Ja zwykle rozkrawam go na drugi dzień, wtedy brzegi sernika trzeba oddzielić ostrzem noża od brzegów tortownicy i gotowe.
  22. Idealny sernik to taki, który ma szansę stężeć w lodówce, ale nie zawsze mu się udaje…

Z życia sernika: bywa z nim różnie, czasem ma fantazyjne fale, czasem rośnie idealnie równomiernie, ale potem, kiedy wyjmuję go z piekarnika zawsze zmienia swój kształt na taki idealnie sernikowy. Bywa, że pęka… ale w smaku pozostaje idealny i wierzcie mi nikt nie narzeka.

Smacznego!

I wielkiej frajdy z pieczenia Wam życzę.

Przepis jest moją wariacją na temat przepisu znalezionego 8 lat temu w sieci, bodajże z tego linku >. Tym bardziej dziękuję jego autorce za cudowne przeżycia smakowe mojej rodziny!

Zdjęcie: Pixabay.com

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Agnieszka Kaczanowska
Współzałożycielka mamopracuj.pl, od dziesięciu lat rozwija swoje umiejętności łączenia życia rodzinnego i zawodowego i nawet jej to wychodzi! Lubi wyzwania i cieszy ją kiedy pracodawcy znajdują świetnych pracowników. Mama wesołej trójki, żona i miłośniczka kotów. 
Podyskutuj
Chcę otrzymywać inspiracje, pomysły i sugestie jak pracować i nie zwariować.
Newsletter wysyłamy raz na 2 tygodnie

Może Cię zainteresować także:

Uwaga. Strona wykorzystuje pliki cookies. Informacje uzyskane za ich pomocą wykorzystywane są w celach statystycznych. Pozostając tu godzisz się na ich zapisywanie w Twojej przeglądarce. ×