Czego szukasz

Mogielica – wycieczka w góry z dziećmi i psem

Nareszcie wiosna (przynajmniej tak było na początku kwietnia). Śniegi stopniały, pora na wycieczkę w góry. Odkąd mamy psa, to z jednej strony dodatkowy kompan do podróży, a z drugiej utrudnienie jeśli chodzi o trasy, bo z psem do parku narodowego wejść nie wolno… Jak udała się nam pierwsza wyprawa w góry w tym roku? Kto zgubił się 3 razy i jak na wycieczce poradziła sobie szóstka dzieci? Zobaczcie relację z wycieczki na Mogielicę!

  • Joanna Gotfryd - 28/04/2017
Chłopiec na Polanie Stumorgowej, pod Mogielicą

Prognozy pogody na 1 kwietnia zapowiadały się na iście czerwcowe, więc zapadła decyzja, że jedziemy w góry. Na Mogielicę. Bo trasa niedługa, z Krakowa niedaleko. Parku narodowego nie ma. Już 2 razy miałam tam jechać i ciągle coś wypadało. A że mamy plan ze starszą córką zdobyć Koronę Gór Polski (czyli 28 najwyższych szczytów wszystkich pasm górskich w Polsce) – spokojnie, nie w jeden rok, ale w ciągu całego życia 🙂 , to będzie kolejny szczyt do trofeum.

Córka młodsza nogi ma bardzo sprawne, ale na każdą wzmiankę o górach mówi, że nienawidzi, więc szukamy fajnego towarzystwa, żeby było więcej dzieci i mniej okazji do marudzenia.

Umawiamy się ze znajomymi, którzy mają 3 dzieci, a oprócz tego, do naszego samochodu zapraszamy kolegę Rity. O 8.30 w pełnym słońcu wyruszamy z Krakowa do Jurkowa.

Na szlaku

Około 10 wychodzimy na szlak, 6 dzieci, 4 dorosłych i pies. Idziemy z Przełęczy Rydza-Śmigłego zielonym szlakiem.

Pies zaraz zaczyna hasać. Trochę się martwimy, czy młoda, 5 miesięczna Luna da radę. Jej pani (czyli nasza córka Marta) planowała wziąć specjalny plecak, żeby w razie czego nieść pieska na plecach, ale dała się przekonać, że to niepotrzebne…

Jak się idzie ekipą 10 osobową + pies, to nie sposób przejść niezauważenie przez wioskę. Wszystkie miejscowe dzieci, psy i koty wybiegają na drogę, zobaczyć co to za tłum idzie w góry. Pieski mają używanie, nasz również.

I poza szlakiem

Szlak jest dość łagodny, po minięciu wioski wchodzimy do lasu. Dzieci śpiewają, śmieją się, domagają jedzenia, czekolady, picia, odpoczynku. Ponieważ jest nas dużo, idziemy wąską ścieżką gęsiego i dość rozciągnięci – a pies biega od pierwszej do ostatniej osoby, jakby sprawdzał, czy nikt się nie zgubił.

Im bardziej idziemy rozciągnięci, tym więcej pies ma biegania. Jęzor na boku i dalej w górę i w dół. Dzieci zapominają o marudzeniu.

Kiedy dajemy im prowadzić, a zaraz za dziećmi wypuszczamy tatusiów, od razu idą nie tą drogą co trzeba. Czekamy z Natalią na rozstaju, aż się zorientują, że poszli złą drogą. Wracają po 10 minutach… Teraz chwilowo trzymają się bliżej nas.

Pod szczytem Mogielicy kładziemy się na trawie i wdychamy piękne widoki – Gorce, Tatry, Beskid Wyspowy, Makowski – wszystko jak na tacy. Młodsza córka, ta co nienawidzi gór, mówi:

tu jest piękniej niż pięknie

Na szczycie

Po krótkim popasie na łące idziemy na szczyt. Tylko 1171 m.n.p.m., a więc zupełnie niewielka góra. Mimo upału – w wyższych partiach leży całkiem sporo śniegu. Po kilkunastu minutach docieramy na szczyt, całkowicie zalesiony. Próbujemy wspinać się na wieżę widokową.

Część ekipy zostaje na dole, strome schody wieży widokowej zniechęcają. Rzeczywiście straszne te schody… ale wchodzimy. Widoki piękne, na 4 strony świata…

Polana Stumorgowa

Tyle się nasłuchałam o Polanie Stumorgowej (i naoglądałam zdjęć), że tam postanawiamy zrobić dłuższy postój, chociaż to wymaga zboczenia z naszej trasy. Bardzo ostro schodzimy w dół, na polanę, a jak się ekipa dowiaduje, że potem tą samą trasą w górę musimy wrócić, to chcą zrezygnować… Ale na Polanie Stumorgowej jest bajecznie pięknie.

Siadamy na ławkach, trawie. Dzieci rozkładają się na trawie i zaczyna się plażing. Widoki marzenie, zamiast opowiadać, zobaczcie…

Tak przez półtorej godziny relaksujemy się w pięknym słońcu. Ludzi niewiele, Mogielica nie jest zbyt popularną trasą. Po drodze nie ma schroniska, to rzeczywiście minus tej wycieczki, ale co tam…

Idziemy i śpiewamy

Zejście w dół, a właściwie najpierw powrót tą stromizną na szczyt Mogielicy, a potem zejście z dół. Znowu śnieg. Idziemy, śpiewamy, wdychamy czyste powietrze. Rzucamy się śnieżkami i rozrabiamy.

Panowie, którzy znów idą za pędzącymi dziećmi, dwukrotnie gubią drogę. Tłumaczą się, że byli tak zagadani, że nie zwracali uwagi na znaki. Nam to nie przeszkadza, po prostu siedzimy i czekamy, aż do nas wrócą 🙂

Robimy dostatni dłuższy postój na jakiejś polanie. Dzieci, które chwilę wcześniej zaczynały miauczeć, że nóżki bolą, nagle dostają sprężyny, brykają tak, że pies za nimi nie nadąża.

Jest sielsko. Pod sam koniec trasy dwa razy przekraczamy rzekę. Mostku nie ma, woda rwąca (śnieg spływa z gór) – tatusiowie mogą się wykazać – przenoszą najmłodsze dzieci i pomagają przejść starszym.

Zmęczeni i szczęśliwi docieramy do samochodów, zatrzymujemy się na lody w Jurkowie i śmigamy do Krakowa.

Co, gdzie, kiedy, którędy?

Wycieczka miała miejsce 1 kwietnia – w prima aprilis. Nie obyło się bez żartów po drodze. Najlepszy żarcik zrobiła nam młodsza córka wieczorem w domu. Przy kolacji powiedziała – och jak ja bym jutro pojechała w góry… prima aprilis!

Informacje praktyczne

Mogielica jest najwyższym szczytem Beskidu Wyspowego, ma 1171 m.n.pm.

Start trasy: Przełęcz E.Rydza- Śmigłego, szlak zielony na Mogielicę – szliśmy tylko 2 godziny, mimo, że znaki pokazują 2 i 1/2 godziny

Powrót szlakiem żółtym do Chyszówek – szliśmy 2,5 godziny (długi postój po drodze).

Cała trasa miała około 10 km.

Pies pokonał ten dystans przynajmniej trzykrotnie 😉 Plecak do niesienia pieska nie był potrzebny.

Udanego wędrowania!

Zobaczcie też moją relację z wycieczki na wschód słońca na Babiej i z wyprawy przez najpiękniejsze Hale Beskidu Żywieckiego: Boraczą, Redykalną, Lipowską i Rysiankę.

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Joanna Gotfryd
Współzałożycielka portalu Mamo Pracuj, absolwentka UEK, z doświadczeniem zawodowym w dużym biznesie. Mama dwóch rozbrykanych dziewczynek. Pasjonatka górskich wycieczek i Italii w każdej postaci. Marzy o dalekich podróżach i zdobyciu Korony Gór Polski.
Podyskutuj

Home Exchange. Pomysł na wakacje za darmo

Czy myślałyście kiedykolwiek o zamianie domów? Tak na wakacje? A może miałyście jakieś wątpliwości? W naszym zespole to po prostu się dzieje! I uznałyśmy, że warto się tym podzielić. Agnieszka i Ewa, opowiadają skąd pomysł i jak to się zaczęło, jak reagują dzieci i jak to jest z zaufaniem... A także jakie są plusy takiego rozwiązania, i czy to dobry pomysł na wakacje? Przeczytajcie i same oceńcie ;-)
  • Anna Łabno - Kucharska - 02/05/2019
opieka nad domem znajomych jako pomysł na wakacje

Agnieszko, już od kilku lat praktykujesz #homeexchange, czyli udostępniasz swój dom znajomym na czas Waszej nieobecności. Jak to się zaczęło?

Oj, to już trwa jakiś czas 😉 Zaczęło się kilka lat temu – o ile dobrze pamiętam będzie ok. 7!
Nasi znajomi mieszkający w domu niedaleko Krakowa zapytali nas czy nie chcemy zaopiekować się ich domem przez dwa tygodnie. A że ja pracuję z domu (od wielu lat) i wtedy mieszkaliśmy w mieszkaniu w Krakowie na czwartym piętrze – taki pomysł się nam spodobał. To nie był nasz urlop, ale zmiana miejsca zamieszkania – ja pracowałam zdalnie kilka godzin, a mąż „normalnie” jeździł do pracy. Nawet dla niani nie był to problem i do tego domu przyjeżdżała do nas 😉

Dla moich dzieci to był raj. Wtedy miałam dwie córeczki, roczek i 4 latka. Wielki dom, wielki ogród, mnóstwo możliwości, nowe zabawki, mnóstwo zabawek 😉

Muszę się Wam przyznać, że ja nigdy w życiu nie mieszkałam w domu. Wychowywałam się w blokach i nie do końca rozumiałam co to znaczy dom z ogródkiem, choćby małym. Pamiętam, że to było dla mnie olśnienie, duża przyjemność, takie odkrycie. Mąż się śmiał, że to miłe tak wracać do żony i dzieci jak stoją przed domem i czekają na niego 😉

Później powtórzyliśmy jeszcze kilka razy taką akcję. A wtedy w naszym mieszkaniu w Krakowie… mieszkali znajomi z północy Polski, którzy mieli ogromną ochotę odwiedzić Kraków! Bo wiecie, my mamy kota i trzeba się nim opiekować 😉 Byli przeszczęśliwi oczywiście.

Myślę, że to poznanie domu sprawiło, że kiedy w drodze było nasze trzecie dziecko pomyśleliśmy o swoim domu 😉 Przeprowadziliśmy się i to teraz my potrzebowaliśmy kogoś do opieki.

Wtedy też pierwszy raz nie opiekowaliśmy się domem znajomych i wiecie, że wtedy ich zalało? Coś pękło w piwnicy, no i woda leciała… Nikogo nie było ;-( Zapamiętałam sobie, że lepiej nie zostawiać domu bez opieki!

Ale to nie tylko opieka nad domem, prawda?

Rzeczywiście. My po prostu szukamy kociej niańki 😉 Ale tak serio, to nasz kot jest bardzo towarzyski, nie lubi być sam, nie lubi też zmieniać miejsca zamieszkania (jak to kot), więc w zamian za opiekę nad kotem, oddajemy dom do mieszkania. I wszyscy są zadowoleni – mam nadzieję… ale to już lepiej zapytać Ewę! Czasem się zdarza, że muszę ustalać turnusy 😉 Bo tyle osób chciałoby pomieszkać!

A czy każdy może zamieszkać u Was?

Do tej pory jeśli opiekowaliśmy się domem, czy udostępniliśmy swój dom czy mieszkanie, to byli znajomi czy też rodzina znajomych. Choćby daleka. Pewnie gdybyśmy robili taki „home exchange” to musiałbym się do tego przygotować mentalnie i fizycznie. Ale sam pomysł mi się podoba.

Wiele w życiu podróżowałam, mieszkałam u różnych osób, które dzieliły się swoim domem i trochę tak mi zostało 😉

Czy nie masz obaw związanych z tym, że ktoś inny korzysta z Twojej przestrzeni. Tak naprawdę Twojej i Twojej rodziny?

Zupełnie. Tak serio zupełnie. Mam zaufanie do osób, które zapraszamy i które się na to godzą. Jasne, że jak ktoś poszuka to znajdzie trochę brudu, ale  nie mam z tym problemu i co ważne mój mąż i dzieci też nie. Dzieci lubią takie akcje, wiedzą, że to fajne – choć czasem się złoszczą jak kolekcje playmobil nie są w tych samych miejscach – no, ale bez przesady nic się im od tego nie dzieje 😉

U nas generalnie dużo się dzieje. W sensie sporo dzieci i dorosłych nas odwiedza, ktoś wchodzi, ktoś przychodzi, często jest nas więcej osób przy stole. To bardzo miłe.

pomysł na wakacje

Właśnie, a dzieci? Jak one reagują na takie rozwiązania? Czy je przygotowujesz do tego, że ktoś będzie mieszkał u Was pod Waszą nieobecność, czy dla nich jest to już dość naturalne?

Nie lubią tylko tego, że przed naszym wyjazdem, np. na wakacje muszą ciut lepiej posprzątać swoje pokoje 😉 Ale to jedyny „problem”. Rozmawiamy o tym, one wiedzą, że my nie mamy z tym problemu, że przecież jest kot – którego uwielbiają i musi mieć opiekę. Poza tym fajny mamy dom, po co ma stać pusty? Niech ktoś też sobie biega po trawie (i ją podlewa ;-)), czy odpoczywa – tak inaczej.

Myślę, że dwójka starszych dzieci pamięta jeszcze czasy jak nam było dobrze opiekując się domem przyjaciół…

Czy wcześniej spotykacie się i omawiacie szczegóły lub załatwiacie jakieś formalne kwestie? Czy idziecie na żywioł?

Mamy plik w Google Docs z taką „instrukcją obsługi” domu i kota. Zawsze go drukujemy i udostępniamy. Bywa, że ktoś wpada, aby poznać tajniki co i gdzie, jak z piecem, jak z wodą, no i śmieciami (to nie takie oczywiste dla mieszczuchów, że segregowane śmieci trzeba myć, aby dało się oddychać w garażu 😉 bo śmieci odbierane są raz na miesiąc…

Odbierają klucze i tyle! Jak coś trzeba to przecież jesteśmy pod telefonem.

Zawsze sprzątamy dom – no może nie na tip top – ale tak, aby komuś, kto będzie mieszkał było przyjemnie. No i zawsze jak wracamy jest jeszcze czyściej… Mąż czasem się śmieje, że to całkiem sprytne z naszej strony…

Co w razie „awarii” (zgubione klucze, zepsuta lodówka) 😉 ?

Pomagamy. Na szczęście raz się zdarzyło, Ewie akurat, że zaczął wyć alarm – jakiś durny, bo nawet nie wiedzieliśmy, że tak może wyć – pomagaliśmy telefonicznie go rozbroić. No a sprzęty to się psują po prostu. Kiedy my opiekowaliśmy się domem znajomych, to zepsuł się piec i nie było ciepłej wody – po konsultacji z właścicielami załatwiłam naprawę, a oni mi oddali pieniądze – pewnie u nas też tak to by wyglądało.

Czy przed takim udostępnieniem domu zdarza Ci się jednak „schować” cenne drobiazgi w bezpieczne miejsce? Czy opierasz się na 100% zaufaniu?

Tak, chowam przede wszystkim komputer mamopracuj 😉 ale tylko aby nie przeszkadzał. Poza tym nie mamy drogocennej biżuterii, nie trzymamy w domu pieniędzy – chyba, że te od monopoly 😉 Chyba nie mamy też jakiś bardzo kompromitujących przedmiotów 😉

A wiesz, że nawet o tym nie pomyślałam? Zaufanie – 100%.

A zdarzyła się jakaś ciekawa przygoda związana z udostępnieniem domu? 😉

Hmmm. Chyba nic – jeszcze 😉

No może tyle, że nasi sąsiedzi najpierw byli zdziwieni naszym pomysłem. Potem zaczęli nam znosić swoje kwiaty 😉 do podlewania, a teraz to już się dzieci zaprzyjaźniły np. z chłopcami Ewy i pytają się kiedy znów będą u nas 😉

Jakbyś miała podsumować, czy możesz wymienić 3 najważniejsze zalety „dzielenia się domem”?

Kot ma towarzystwo, to po pierwsze. Ale gdyby kota nie było, także dzielilibyśmy się domem 😉

Po drugie uczymy nasze dzieci dzielenia się tym, co mamy tak ogólnie, z taką myślą, że różnymi rzeczami można się dzielić, także swoją przestrzenią. Uczymy ich też otwartości na innych i zaufania.

No i to wielka radość wiedzieć, że ktoś ma frajdę z tego, że chwilę pomieszka sobie jakoś inaczej, a my jesteśmy spokojni, że dom i kot mają opiekę. Same plusy!

Ewa Moskalik

Ewo, a jak zaczęła się Twoja przygoda z korzystaniem z „dzielenia się domem”?

Pierwszy raz opiekowałam się domem Agnieszki. Wcześniej zdarzały się takie pomysły, ale nie doszło do ich realizacji. Tzn. my mieliśmy w planach udostępnić nasze małe, ale jednak położone w centrum Krakowa – co zawsze jest kuszące – mieszkanie, ale ostatecznie, poza moimi rodzicami, jakoś jeszcze nikt z tej opcji nie skorzystał.

Natomiast, co do naszej opieki nad domem Agnieszki, to zaczęło się tak, że pewnego dnia Agnieszka nam to zaproponowała. Dla mnie to było bardzo miłe, bo świadczyło o zaufaniu. Ponadto ucieszyłam się z perspektywy mieszkania w domu, bo jestem wychowana w bloku, a dom kojarzy mi się z czymś bardzo rodzinnym.

Czy można to porównać do wyjazdu na wczasy? Czy jednak odczucia są zupełnie inne?

Dla mnie to trochę jak wczasy. Co prawda prawie za każdym razem gdy opiekuję się domem Agnieszki to pracuję zdalnie, ale i miejsce, w którym położony jest dom – nie jest to centrum miasta – i sam dom, sprawiają, że czuję się jak na wakacjach. Jest choćby taras, którego na co dzień nie mam w domu 🙂

Wszystko jest inaczej. Już znam dom Agnieszki, ale nadal to zmiana. Bardzo miła zmiana! Poza tym o fakcie, że to trochę jak wyjazd na wakacje świadczy ilość toreb, które wnoszę do domu Agnieszki. Nie dość, że jest to nasza garderoba i jakieś inne szpargały, to jeszcze zabieram, to co aktualnie mam w lodówce, żeby się nie zepsuło. A pomimo tego, że bez korków od siebie do Agnieszki mogę dojechać nawet w 15 min., to nie jeżdżę do swojego domu. Przenoszę się z całym inwentarzem i stacjonuję na miejscu ustalony okres czasu 🙂

No właśnie, to przygoda czy bardziej obowiązek?

Jak najbardziej przygoda 🙂 Choć, żeby nie wybrzmiało tutaj, że traktuję powierzony mi dom lekkomyślnie, to przytoczę historię z naszego pierwszego pobytu w domu Agnieszki.

Kot poznawał naszą całą rodzinę po raz pierwszy, więc może nie był nieufny, ale z rezerwą. Dał się pogłaskać, byle nie za długo i na jego warunkach. Kot to kot i nic dodać, nic ująć. Natomiast ja podczas tego głaskania wyczułam jakąś kulkę na nodze kota, a że wydawało mi się też, że lekko utykał na nóżkę, to po kilku minutach bicia się z myślami, czy przeszkadzać Agnieszce w wakacjach, zadzwoniłam jednak co robić. Nasza rozmowa otarła się już o wizytę u weterynarza, ale koniec końców, jak kot nas bardziej zaakceptował kulkę dało się rozczesać. Na szczęście nie był to kleszcz, który w mojej wyobraźni urósł do niebotycznych rozmiarów.

A wspomniany przez Agnieszkę alarm rzeczywiście się uruchomił i nie da się tutaj oszacować, kto był bardziej przejęty – my czy Agnieszka 🙂 Oczywiście wszystko dobrze się skończyło. Zatem podsumowując – zdecydowanie to przygoda.

Czy razem z Agnieszką i jej Rodziną przygotowujecie się do mieszkania w ich domu?

Przed naszym pierwszym pobytem w domu Agnieszki, byłam u Agnieszki z dziećmi przy okazji naszego mamopracowego coworkingowania i wtedy Agnieszka opowiedziała mi o domu i pokazała najważniejsze rzeczy. I zawsze gdy już przyjeżdżamy z naszymi bambetlami do domu Agnieszki, zastajemy wydrukowane dokumenty z google docs, w których jest naprawdę wszystko opisane ze szczegółami. Kiedyś się nawet zastanawiałam, czy potrafiłabym tak opisać komuś funkcjonowanie swojego mieszkania 🙂

Dodatkowo, zawsze są naniesione ręcznie przez właścicieli zmiany, narzucone przez sezon – mieliśmy już przyjemność witać w domu Agnieszki nowy rok i spędzać ferie zimowe – lub choćby przez kota, który ostatnio trochę „poszerzył” swoją dietę. W tym przypadku korekta została wprowadzona przez dzieci, bo wiadomo czyj jest kot 🙂

Jakie widzisz zagrożenia, a jakie korzyści związane z mieszkaniem „u kogoś” przez jakiś czas?

Oj, ja widzę same korzyści. Mieszkanie w domu Agnieszki tylko utwierdziło mnie w tym, że to fajnie jest pożyczać dom/mieszkanie. Jak wspomniałam wcześniej, sama miałam taki pomysł ze swoim mieszkaniem i teraz tylko upewniłam się, że to bardzo dobra idea.

Mieszkając u Agnieszki, staram się dbać o nie bardziej niż o swoje. To trochę tak jak z dziećmi, jak dostaje się pod opiekę cudze dziecko, to staramy się i trzęsiemy bardziej niż nad swoim. Nie wspomnę o kocie, który chodzi własnymi ścieżkami. Zawsze dbałam o to, żeby noc spędzał w domu, a pierwsze pytanie, które padało zaraz po przebudzeniu, to czy kot już jadł 🙂 Myślę, że ktoś mieszkając w moim mieszkaniu tak samo przejmowałby się tym w jakim stanie je pozostawi po sobie.

Dodatkowo moje dzieci uczą się odpowiedzialności za czyjeś rzeczy. Wiedzą, że mają odkładać wszystko na miejsce i starają się bardziej niż w swoim domu 🙂

Nie wspominając o radości z korzystania z innych zabawek, takich których na co dzień po prostu nie mają.

opieka nad domem

Jak na tę zmianę reagują Twoi synowie? Czy łatwo im się dostosować?

Wygląda to tak, że co jakiś czas – zwłaszcza młodszy syn – dopytuje kiedy będziemy opiekować się kotem. Starszy poznał już topografię okolicy i sam podróżuje komunikacją miejską do centrum miasta, więc zaaklimatyzował się w pełni. Oni po prostu lubią tam być. A za kotem wprost przepadają. Cieszą się na każdą oznakę sympatii z jego strony.

Mają też zdecydowanie więcej przestrzeni, bo nasze mieszkanie jest bardzo małe, ale i tak najczęściej siedzą z nami na dole, na tzw. kupie. Chyba tak po prostu lubią. Taras i ogród dają im przestrzeń do wybiegania się, czasem grają w piłkę, a czasem robią sobie prysznic zraszaczem. Tego nie da się zrobić mieszkając w mieszkaniu w bloku.

Odpowiadając wprost na pytanie, nie dostosowują się, bo czy do lepszego trzeba się dostosowywać? Trzeba brać i cieszyć się póki jest 🙂

Mieszkałaś u Agnieszki, a czy udostępniłabyś swoje mieszkanie?

Odpowiedziałam już na to trochę wcześniej, ale powtórzę – zdecydowanie tak. I myślę, że sprawiłoby mi to wiele radości. Świadomość, że ktoś może skorzystać z mojego mieszkania i pospacerować po rynku Krakowa sprawiłaby mi przyjemność. To trochę jak dobry uczynek 🙂 nie wspominając już o tym, że wiem, że mieszkanie byłoby w dobrych rękach.

To pytanie mi teraz przypomniało, że miałam już okazję w ten sposób skorzystać wcześniej z czyjejś gościny. Partner mojej kuzynki, dla mnie zupełnie obca osoba, przekazał kiedyś klucze do swojego mieszkania w Gdańsku moim rodzicom i powiedział, że możemy tam być ile chcemy. Spędziliśmy wtedy tam miesiąc wakacji wspólnie z moimi rodzicami, czyli w 6 osób i wspominam to jako wspaniały czas. Uwielbiam Gdańsk i cieszę się, że mogłam tam mieszkać miesiąc czasu.

Dziękujemy za rozmowę.

Rozmawiały: Agnieszka Kumorek i Anna Łabno-Kucharska

Zdjęcia: własność Ewa Moskalik-Pieper i Agnieszka Czmyr-Kaczanowska

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Anna Łabno - Kucharska
Jestem mamą mądrej indywidualistki. Posiadam doświadczenie w koordynacji projektów, prowadzeniu szkoleń oraz doradztwa. Uwielbiam spędzać czas z rodziną, podróżować, czytać książki i celebrować picie kawy. W "wolnym" czasie wspieram osoby chore onkologicznie.

Idealny sernik nieidealnej Pani domu

Nadal nie wierzę, że to piszę... Ale naciski były przeogromne, więc... Nie jestem idealną Panią domu, rzadko piekę, chyba że brownie (25 minut roboty) lub inne "coś", równie prostego z gwarancją pyszności. Nie wdaję się w rozmowy na temat przepisów bo niewiele mam w tym zakresie do powiedzenia, choć... jest jeden wyjątek! Jego wysokość Sernik! 13 lat temu znalazłam przepis, którego się trzymam, który zawsze gwarantuje "ochy i achy" tych, którzy mają okazję załapać się na kawałek. Bo znika szybko...
  • Agnieszka Kaczanowska - 17/04/2019
produkty do pieczenia: mąka, mleko, masło, ser

Z dedykacją dla Marzeny 😉

Ten sernik piekę wyłącznie dwa razy do roku. Trudno nie zgadnąć, na jakie okazje, ale udaje się zawsze, a nawet jeśli nie jest idealny w wyglądzie, to smakuje zacnie! No i sam przepis napisany jest tak, że mam z tego kupę zabawy. Dodam tylko, że ja sernika sama nie jadam… nie mój smak, wolę suche ciasta np. makowiec, ale z reguły spełnieniem moich marzeń jest makowiec z cukierni, albo orzechowiec od mamy Asi, mniam.

Natomiast sernik robię z miłości do męża 😀

Składniki:

  • kilogram dobrze odciśniętego tłustego białego sera (nie może być kwaśny). Ja kupuję gotowy, mielony, ale taki, który jest w miarę suchy (bez ekstra śmietany) i zawsze twaróg sernikowy Piątnica (choć producent nic nie wie, że go polecam ;-)). To jest o tyle ważne, że inne miękkie sprawiają, że sernik pływa… Oczywiście możesz także zmielić sama ser. Ja nie mam nawet odpowiedniej maszynki…
  • 2 niepełne szklanki cukru (można ciut mniej jeśli budyń jest z cukrem i wanilia… ale nie dużo mniej, próbowałam z mniejszą ilością, ale jednak lepiej dać więcej…),
  • 8 jaj, z 7 jaj też wyszedł 😉
  • kostkę masła,
  • budyń waniliowy (z reguły daję ten z cukrem, ale przypuszczam, że nie ma tu różnicy,
  • torebkę cukru z prawdziwą wanilią (w odróżnieniu od cukru wanilinowego!) a jeszcze lepiej laskę prawdziwej wanilii, tych czarnych kuleczek oczywiście,
  • cytrynę, a dokładniej sok z jednej połówki,
  • szczypta soli,
  • bakalie: torebkę (10 dag) rodzynek, najlepiej jasne, malutkie, 3 dag płatków migdałowych, 5 dag smażonej skórki pomarańczowej (wg. mnie najlepszego składnika sernika ;-)).

Niezbędne sprzęty:

  • mikser (wiem, wiem można w makutrze, jak masz to super)
  • spora miska do ucierania masy serowej
  • garnuszek/miseczka na białka
  • rondelek na topione masło
  • duża tortownica

Dodałabym lampka dobrego wina, ale odkąd sernik piekę razem z dziećmi atrakcji dodatkowych nie potrzebuję ;-).

Sprawdzony algorytm działania

  1. W rondelku na małym ogniu topisz masło pokrojone na małe kawałki. Ciepłe masło (niech się, broń Boże, nie przypali!) odstawiasz do wystygnięcia.
  2. W tym czasie przygotowujesz bakalie, tzn. płuczesz rodzynki, odsączasz, suszysz ręcznikiem papierowym i razem z płatkami migdałowymi wsypujesz do miseczki, dodajesz skórkę pomarańczową. Zostawiasz.
  3. Smarujesz tortownicę masłem, wysypujesz bułką tartą, odstawiasz na bok, żeby nie przeszkadzała.
  4. W tym miejscu możesz skosztować tej lampki wina, jeśli już nalałaś 😉
  5. Teraz kluczowa sprawa: rozbijasz jajka nad garnuszkiem/miską, w którym potem ubijesz pianę. Białka lądują w właśnie w nim/niej, a żółtka w dużej misce.Garnek z białkami ląduje w lodówce.
  6. Do żółtek dodajesz cukier, szczyptę soli, wanilię/cukier z prawdziwą wanilią, sok z połówki cytryny.
  7. Ucierasz puszysty kogel-mogel, starając się nie podjadać…. jest pyszny…
  8. Włączasz piekarnik. Ma mieć idealnie 180 stopni C, kiedy wjedzie do niego sernik.
  9. Otwierasz wiaderko 😉 sera gotowego lub bierzesz idealnie zmielony i do kogla-mogla dodajesz łyżkami na zmianę z proszkiem budyniowym, wciąż ucierając masę mikserem. Masa ma być gładka, jasno żółta i puchata.
  10. Następnie delikatnie wlewasz zimne masło (wcześniej roztopione) i miksujesz do chwili, aż się całkowicie wchłonie.
  11. Dodajesz bakalie i już nie mikserem a łyżką z resztką masy serowej (nie pytaj dlaczego, ale działa…) mieszasz starannie ale delikatnie.
  12. Wyjmujesz z lodówki garnek/miskę z białkami i mikserem (z czystymi końcówkami) ubijasz sztywną pianę.
  13. Ważne: teraz odstawiasz mikser na bok i więcej nie wolno go użyć 😉
  14. Łyżką od sera i bakalii mieszasz białka z masą serową. Delikatnie, z czułością aż się połączą.
  15. Teraz już bez ociągania, zgarniasz masę do tortownicy, wygładzasz wierzch.
  16. I wkładasz sernik delikatnie do piekarnika w idealnej temperaturze 180 stopni. Nie używam tutaj termoobiegu, gdybyś chciała mnie o to zapytać.
  17. Teraz też jest idealny moment, aby zamiast mycia garów napić się wina bo…
  18. Od teraz przez 40 minut nie otwierasz piekarnika, nie zaglądasz co chwilę i nie myślisz o serniku.
  19. Po 40 minutach zerkasz przez szybkę, czy aby w wierzchu nie za bardzo się przypiekł. Jeśli tak, otwierasz delikatnie piekarnik i przykrywasz ciasto płatem folii aluminiowej. Szybko zamykasz drzwiczki, ale uważaj (!) aby nie klapnęły, bo sernik się może „przestraszyć” i opaść. Serio. zawsze ten fragment mnie rozczula ale nie próbowałam straszyć sernika i zawsze wychodzi 😉
  20. Gdy minie kolejne 15-20 minut a czasem dłużej (wiem, to mało precyzyjne ale lepiej dłużej, aby sernik był upieczony), wyłączasz dopływ ciepła i uchylasz drzwiczki, aby zahartować sernik i uchronić przed opadnięciem przy gwałtownej zmianie temperatury. Po kolejnych 10 minutach wyjmujesz ciasto na blat i pozwalasz ostygnąć w pokojowej temperaturze.
  21. Ja zwykle rozkrawam go na drugi dzień, wtedy brzegi sernika trzeba oddzielić ostrzem noża od brzegów tortownicy i gotowe.
  22. Idealny sernik to taki, który ma szansę stężeć w lodówce, ale nie zawsze mu się udaje…

Z życia sernika: bywa z nim różnie, czasem ma fantazyjne fale, czasem rośnie idealnie równomiernie, ale potem, kiedy wyjmuję go z piekarnika zawsze zmienia swój kształt na taki idealnie sernikowy. Bywa, że pęka… ale w smaku pozostaje idealny i wierzcie mi nikt nie narzeka.

Smacznego!

I wielkiej frajdy z pieczenia Wam życzę.

Przepis jest moją wariacją na temat przepisu znalezionego 8 lat temu w sieci, bodajże z tego linku >. Tym bardziej dziękuję jego autorce za cudowne przeżycia smakowe mojej rodziny!

Zdjęcie: Pixabay.com

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Agnieszka Kaczanowska
Współzałożycielka mamopracuj.pl, od dziesięciu lat rozwija swoje umiejętności łączenia życia rodzinnego i zawodowego i nawet jej to wychodzi! Lubi wyzwania i cieszy ją kiedy pracodawcy znajdują świetnych pracowników. Mama wesołej trójki, żona i miłośniczka kotów. 
Podyskutuj
Chcę otrzymywać inspiracje, pomysły i sugestie jak pracować i nie zwariować.
Newsletter wysyłamy raz na 2 tygodnie

Może Cię zainteresować także:

Uwaga. Strona wykorzystuje pliki cookies. Informacje uzyskane za ich pomocą wykorzystywane są w celach statystycznych. Pozostając tu godzisz się na ich zapisywanie w Twojej przeglądarce. ×

Email marketing powered by FreshMail
 

Email marketing powered by FreshMail
 

Email marketing powered by FreshMail