Czego szukasz

Polka w Kolumbii, czyli Ola – żona, mama i przedsiębiorczyni

Za oknami coraz chłodniej, a w naszym dzisiejszym artykule mnóstwo słońca. Poznajcie Polkę w Kolumbii – Olę, która od prawie 15 lat zamieszkuje kraj Tysiąca Kolorów. Ola jest żoną, mamą, terapeutką, certyfikowanym coachem, blogerką oraz przedsiębiorczynią. Napisała także książkę „Frutologia. Najciekawsze owoce Kolumbii” (podobno jest tam tyle owoców, że każdego dnia roku można zjeść inny!). W wywiadzie opowiada nam za co pokochała Kolumbię i Kolumbijczyków, jak w tym kraju żyje się Polce, kobiecie i mamie oraz jak wygląda prowadzenie tam własnego biznesu, również w czasie pandemii.

  • Ewa Moskalik - Pieper - 27/11/2020
Polka w Kolumbii, Ola ze swoim synkiem

Co takiego jest w Kolumbii, że wyjeżdżając tam ryzykujemy jedynie to, że będziemy chcieli zostać?

Nazywam Kolumbię krajem Tysiąca Kolorów, ponieważ jest jednym z najbardziej bioróżnorodnych krajów na świecie. Znajdziemy tutaj ponad 1900 odmian ptaków, 4000 odmian orchidei, setki odmian motyli, kolibrów, ponad 365 odmian owoców. Ale to nie wszystko. Mamy tutaj dwa wybrzeża oceanów – Atlantyku oraz Pacyfiku, cztery pustynie, dziewiczą Amazonię oraz ośnieżone, pięciotysięczne szczyty Andów, czyli do wyboru, do koloru!

Dlatego, na zwiedzanie Kolumbii warto zaplanować co najmniej miesiąc, choć wtedy i tak trzeba wybierać turystyczne atrakcje i pozostaje zwykle niedosyt oraz apetyt na powrót. A bywa, tak jak w moim przypadku, że nawet po blisko 15 latach w tym kraju, wciąż są nowe regiony do odkrycia.

Mieszkasz w Kolumbii od 2006 roku, a na swojej stronie napisałaś, że odczarowujesz Kolumbię. Czujesz się takim ambasadorem tego kraju?

Zdecydowanie tak. Identyfikuję się jako Polka w Kolumbii i w moich video na Youtube uwielbiam opowiadać, jak to Kolumbia przyciąga swoją radością życia, luzem, kolorami, brakiem pór roku.

Choć Kolumbia nie jest ideałem, ponieważ gdyby tak było, wszyscy chcielibyśmy się tutaj osiedlić. Ten kraj wbrew pozorom jest niezwykle kompatybilny z nami, z Polakami i czujemy się tutaj zwykle bardzo dobrze.

Wreszcie, ponieważ Kolumbia wciąż jeszcze ma słabą reputację na świecie, a ja mieszkam tutaj szczęśliwie wiele lat, ułożyłam sobie życie i mam wspaniałą, polsko – kolumbijską rodzinę, to intensywnie pracuję, aby ten obraz pomóc zmienić. Kolumbia bowiem nie jest taka, jaką ją znamy z telewizyjnych seriali czy sensacyjnych wiadomości. Kolumbia to nieoszlifowany jeszcze, turystyczny diament, który zawsze zaskoczy nas tym samym – pytaniem, które zadamy sami sobie: „Dlaczego nie pomyślałam o tym kraju dużo wcześniej?”

Polka w Kolumbii, kobieta na tle budynków

Wyjechałaś na jeden semestr i zostałaś na… zawsze? Co Cię tu zatrzymało i najbardziej urzekło w kulturze, kraju, w ludziach?

W Kolumbii zawsze urzeka mnie otwartość na nowe kultury oraz szczere zainteresowanie, skąd pochodzę. Ludzie lubią się wypytywać o polskie potrawy i tradycje, a co niektórzy wymieniają takie osoby jak Lewandowski, św. Jan Paweł II, Lech Wałęsa. Ba, pamiętają nawet Grzegorza Lato. 🙂

Poza zapierającą dech w piersiach, nieokiełznaną przyrodą, ludzie to największy skarb Kolumbii. Tak samo zaradni, jak my Polacy, tak samo niepokorni, tak samo lubiący łagodną kuchnię, tak samo rodzinni i tak samo gościnni, jak my. Różnica polega na tym, że Kolumbijczycy nie lubią rozpamiętywać trudnej przeszłości, tylko przewracają kartkę i idą dalej naprzód. Ponieważ nie jest to kraj socjalu, nie liczą na pomoc z zewnątrz, ale zakasują rękawy, szukają sami środków i liczą tylko na najbliższych – rodzinę i przyjaciół. Nie narzekają, ponieważ narzekanie naprawdę nikogo tutaj nie interesuje.

Przeczytaj także: Mama w Kalifornii – moje macierzyństwo po amerykańsku

Zostałaś i co dalej? Z czego żyłaś, jak się utrzymywałaś?

To bardzo dobre pytanie i od razu warto tutaj zaznaczyć, że nie jest to kraj, do którego przyjeżdżamy „za chlebem”, aby pracować, odłożyć pieniądze i wrócić spokojnie do kraju. Choć praca, zwłaszcza dla obcokrajowców, zwykle się znajdzie, a Kolumbijczycy lubią nas zatrudniać, ponieważ zwykle znamy wiele języków i słyniemy z wydajności, punktualności i rzetelnego wykształcenia, to wynagrodzenie dla pracowników zatrudnianych na etacie, na lokalnych kontraktach, nie może równać się z wypłatą z Europy, nawet na tym samym stanowisku. Choć koszty życia są nieco niższe niż w Polsce (tak jest, Kolumbia nie jest tania), to gdy zarabiamy w kolumbijskich pesos, raczej nie możemy oczekiwać szybkiego wzbogacenia się.

Inaczej mówiąc, Kolumbia to kraj dla pasjonatów, gotowych na przeżycie przygody i zdobywania nowych doświadczeń. Wreszcie, to kraj dla osób z pomysłem na biznes, ponieważ widzę tutaj bardzo duże pole do popisu dla start-upów i niezależnych pracowników.

Osobiście przyjechałam tutaj na wymianę studencką z uniwersytetu w Niemczech (Johannes Gutenberg Universität), w Moguncji. Stąd wszystko popłynęło jakby samoistnie, bez większego wysiłku z mojej strony. W 2007 roku, dosłownie na kilka dni przed planowanym, ostatecznym powrotem do Europy, dostałam pracę w Niemiecko – Kolumbijskiej Izbie Handlowej. Kilka lat później, zadzwonił do mnie z propozycją pracy właściciel jednej z największych plantacji róż w Kolumbii, aby otworzyć rynek wschodnioeuropejski.

Aktualnie, nadal eksportuję kolumbijskie kwiaty do Europy, jako niezależny sprzedawca. Do tego kręcę z przyjacielem video Polki w Kolumbii, piszę bloga, organizuję ceremonie kolumbijskiego kakao, czytam wszystkim chętnym Kroniki Akaszy, stawiam portrety astrologiczne oraz udzielam sesji terapeutycznych, szczególnie skupiając się na radości życia oraz na budowaniu zaufania w doskonały porządek (wszech)świata.

Jesteś terapeutką, certyfikowanym coachem. Jak pracujesz? Z Twojej strony można wywnioskować, że Kolumbia, jej kultura i otwartość mają duży wpływ na to jak pracujesz z ludźmi.

Pracuję przede wszystkim online, co jest niezwykle wygodne w nowej rzeczywistości 2020 roku, która wszystkich nas przeniosła jeszcze bardziej do internetu. Pracuję z Polakami oraz z Kolumbijczykami. Zauważyłam, że tak samo, jak globalna jest pandemia, globalny jest strach przed przyszłością. Przedstawiciele obu nacji podobnie potrzebują wsparcia; zapewnienia, że sobie poradzą, miłości własnej oraz zaufania, że wszystko jest tak, jak ma być. Obie narodowości są tak samo przywiązane do status quo i obawiają się zmian. To odnośnie pracy w 2020 roku.

A jeśli chodzi o styl pracy, to często słyszę od Polaków, że mówię bardzo szybko, że mówię głośniej niż są przyzwyczajeni oraz, że żywiołowo gestykuluję, nawet podczas sesji przez internet. To zdecydowanie kolumbijska naleciałość. 🙂

Kolumbijczycy za to zauważają, że nie owijam w bawełnę i że, choć mocno się pilnuję, czasem jestem „ostra” – bo trzeba Wam wiedzieć, że Kolumbijczycy uwielbiają łagodne obejście, zawoalowaną prawdę, niebezpośrednie zwroty oraz, że przodują w zwrotach grzecznościowych. Nasze europejskie „komenderowanie”, to tutaj oznaka braku manier.

polka w kolumbii, kobieta stojąca przed wodospadem

Czym jeszcze zajmujesz się poza blogowaniem, pisaniem, coachingiem i byciem przewodnikiem po Kolumbii? Jesteś przedsiębiorczynią. Jak zakłada się i prowadzi własną firmę w Kolumbii?

Przede wszystkim, uwielbiam słowo przedsiębiorczyni, pierwszy raz słyszę i na stałe wprowadzam do swojego słownika! 🙂 Firmę w Kolumbii zakłada się w miarę prosto. Należy zarejestrować ją w Izbie Handlowej w Kolumbii, nawet online i następnie co roku odnawiać tę rejestrację. Firma z powodzeniem może być jednoosobowa, a formalności są szybkie, jasne i niewymagające.

Nieskomplikowane jest również być niezależnym pracownikiem – trzeba mieć do tego kolumbijski dowód osobisty dla obcokrajowców oraz numer i certyfikat podatkowy RUT. Od każdej usługi zleceniodawca odprowadza podatek, a procent zależy od wykonywanej usługi.

Poznaj też historię Żanety z Australii!

Jakie są Kolumbijki? Czy się wzajemnie wspierają? Są przedsiębiorcze? Czy dużo kobiet w Twoim otoczeniu prowadzi własną działalność, firmę?

Kolumbijki to, moim zdaniem, doskonały przykład skoku kwantowego w ciągu jednego pokolenia. Podczas gdy pokolenie naszych mam jeszcze wydawane było za mąż, w tej chwili dziewczęta stanowią większość na uniwersytetach oraz w firmowych kadrach; są niezwykle pracowite i ambitne. W tej chwili niezależnie od warstwy społecznej uczą się, kształcą i pną wyżej, nawet, jeśli jednocześnie muszą pracować, aby zarobić na swoje studia. Trzeba tutaj bowiem dodać, że edukacja w Kolumbii jest, poza kilkoma uniwersytetami, płatna.

Kolumbijki, zwłaszcza w większych miastach, rozszerzają swoje horyzonty, stawiają na rozwój osobisty i odkładają zakładanie rodziny na coraz później. Są też coraz bardziej świadome partnerstwa w związku. Ponieważ udowodniły sobie, że są niezależne i że doskonale sobie radzą same, są bardziej wymagające w wyborze partnera.

Widzę, że więcej kobiet zakłada własne przedsiębiorstwa i jest obecnych na najwyższych stanowiskach, czy to w biznesie, czy polityce. Przykładem jest aktualna burmistrzyni Bogoty, Claudia Lopez.

polka w kolumbii, kobieta je egzotyczny owoc

Olu, jesteś też żoną i mamą półtorarocznego Milana (inaczej – Milusia) i chciałabym Cię trochę o macierzyństwo i funkcjonowanie rodziny w Kolumbii zapytać. Jak to jest być mamą – Polką w Kolumbii?

Mama w Kolumbii to niesłychanie ważna funkcja i mama to zwykle największy autorytet, zwłaszcza dla synów. Poza tym, Kolumbia uwielbia dzieci i zawsze się nimi powszechnie zachwyca.

W większych miastach jest mnóstwo udogodnień dla rodziców i dzieci – powstaje wiele parków do zabawy, atrakcji dla dzieci, a nawet sal laktacyjnych. W Kolumbii rośnie świadomość karmienia piersią i, tak jak w moim przypadku, nietrudno znaleźć wspaniałe, wspierające nauczycielki karmienia. Funkcjonuje wręcz Liga Mleka – Milk League / La Leche League, zrzeszająca cudowne wolontariuszki, które były dla mnie ogromną pomocą podczas pierwszych tygodni życia Milusia.

Niestety dla nas, rodziców Europejczyków, najtrudniejszym aspektem wciąż jest ten, że edukacja w Kolumbii od najmłodszych lat jest płatna, to samo dobra służba zdrowia.

Ze względów bezpieczeństwa nie można puścić dzieci, tak jak nas w dzieciństwie, do zabawy z kolegami przed blok i harcom zawsze towarzyszy osoba dorosła.

I nadal nie we wszystkich centrach handlowych, w męskich toaletach, są przewijaki dla dzieci.

Czy rodzina dostaje wsparcie, jakieś socjale od Państwa?

Na wsparcie mogą liczyć jedynie najbiedniejsze rodziny. Ale z tego co wiem, i tak jest to bardzo niewiele. Wsparciem jednak może być już to, że dzieci mogą iść do państwowej, niepłatnej szkoły i korzystać z podstawowej, darmowej służby zdrowia. Mimo tego, że z roku na rok jakość tych usług się polepsza, poziom nadal pozostawia wiele do życzenia.

Rodzice jednak, niezależnie od klasy społecznej, muszą sobie radzić sami. Miesiąc czesnego w dobrej szkole to ok. 300 EUR za dziecko, a prywatne ubezpieczenie zdrowotne kosztuje ok. 100 EUR za głowę. Dziecko to więc duża odpowiedzialność finansowa dla rodziców. Na szczęście, optymistyczni Kolumbijczycy ukuli powiedzenie, że „dziecko rodzi się z chlebem pod pachą” – ponieważ pieniądze na wychowanie, wykształcenie, opiekę zdrowotną i resztę codziennych wydatków, gdy są chęci, zawsze się znajdują.

Ważna sprawa – w Kolumbii przyrost naturalny jest dodatni, a na kobietę przypada średnio 2.2 dzieci. Jednak zdecydowanie można powiedzieć, że jest to kraj z dużą ilością samotnych matek. Dzieci, pozostające przy matce, mają zatwierdzane sądownie alimenty od ojca. Jednak w momencie, gdy ojciec jest nieznany lub nie wywiązuje się z płatności, znajdują pomoc finansową i opiekę we własnej rodzinie. Rodzina zwykle jest tu w trudnych chwilach oparciem, ponieważ państwo kolumbijskie zasiłków w żadnej formie nie przyznaje.

Przeczytaj także: Macierzyństwo na Węgrzech uczy mnie otwartości – historia Joanny

A pracodawcy, firmy? Czy istnieją jakieś benefity, programy wsparcia dla młodych rodziców?

Kolumbijskie firmy są coraz bardziej świadome wspierania młodych mam, na pewno też dlatego, że duża część pracowników to kobiety. Coraz częściej słyszę, że przy firmach zakładane są przedszkola, firmy stają się elastyczniejsze, jeśli chodzi o urlop dla młodych mam i tolerancyjne, jeśli chodzi o pracę z domu. Praca musi być wykonana, ale zwłaszcza od pandemii 2020 roku, telepraca jest na porządku dziennym, co umożliwia większą obecność rodziców w życiu dzieci.

W Kolumbii istnieją nawet firmy prowadzące politykę, według której zatrudniają tylko i wyłącznie kobiety – samotne matki. W ogromnej sieci restauracji Crepes & Waffles, obsługują tylko panie – głowy rodziny, a firma stała się wyznacznikiem kolumbijskiej, korporacyjnej odpowiedzialności społecznej.

polka w kolumbii, kobieta ze swoim dzieckiem

A jak jest z urlopem macierzyńskim, jak długo trwa?

Od stycznia 2017 Kolumbia odniosła ważny sukces na macierzyńskim polu, a mianowicie oficjalnie przedłużono urlop macierzyński do 18 tygodni. Europejskie matki zapewne chwycą się za głowę, gdy usłyszą, że w Kolumbii do tej daty istniało prawo do 14 tygodni urlopu, licząc od przyjścia malucha na świat.

Czy jest w wychowywaniu kolumbijskich dzieci coś, co szczególnie Cię zaskakuje, zaskoczyło?

Przede wszystkim w Kolumbii prym wiodą wartości funkcjonowania w społeczeństwie. W moim otoczeniu niemal wszyscy rodzice rówieśników Milusia kładą nacisk na to, aby dzieci dzieliły się z innymi swoimi zabawkami i przekąskami. Umiejętność dzielenia się to tutaj wręcz cecha nadrzędna.

I jeszcze, aby były delikatne w obejściu z innymi dziećmi, ze zwierzętami, z dorosłymi.

Poza tym, ważna cecha dla Kolumbijczyków – to grzeczne zachowanie się w towarzystwie. Aktualnie modna jest świadomość, jak radzić sobie z wybuchami złości dzieci, zwanymi tutaj „pataletas”. Pataleta to pragnienie dziecka postawienia na swoim, badanie własnych granic oraz nieradzenie sobie z narastającymi emocjami i kończy się zwykle rzucaniem się malucha na podłogę w sklepie i wierzganiem nogami. Takie zachowanie w Kolumbii jest niedopuszczalne i o ile kilka lat temu było surowo karane (bo przecież „trzeba umieć zachować się w towarzystwie”), to teraz rodzice chętnie uczą się, jak tym reakcjom zapobiec oraz jak dziecku pomóc.

Twój mąż jest Kolumbijczykiem. Czy dzieliły Was duże różnice kulturowe? Jak się dogadujecie?

Wbrew pozorom, dobraliśmy się „kwantowo” lub, jak kto woli, zgodnie z „Prawem Przyciągania”. On potrzebował osoby, która doda jego życiu ognia, a ja potrzebowałam osoby, która utemperuje mój wybuchowy temperament. Razem tworzymy bardzo dobrą ekipę, wspieramy się i po kolei realizujemy marzenia. Nawet, jeśli te marzenia mamy różne – marzenie dla nas bowiem to świętość i należy po prostu je spełnić. I już.

Na pytanie, czy Miguel jest macho, on odpowie, że: „w naszym związku się rozmawia, wymienia argumenty, dyskutuje, ale zawsze robi się tak, jak ty chcesz”. Poza tym, z wyglądu w niczym nie przypomina książkowego Latynosa, ponieważ wzrostem przewyższa średnią krajową, a skórę ma jaśniejszą niż ja.

Najważniejsza różnica kulturowa polega na tym, że u Miguela nie ma mowy o narzekaniu i krytykowaniu. Jeśli rzeczywistość mi się nie podoba, to zamiast po polsku utyskiwać mam zakasać rękawy i szukać rozwiązania. Miguel nie lubi problemów, za to ma zdolność znajdywania rozwiązań. I jeszcze jedno – jak każdy Kolumbijczyk, lubi traktowanie jak przez aksamitne rękawiczki. Czyli w naszym domu szorstkość lub bezpośrednie wydawanie poleceń jest rzadkością, za to zwykle używamy „zmiękczających” słów i grzecznościowych zwrotów.

polka w kolumbii, kobieta z mężem całujący swojego synka

Olu, wydałaś e-book o owocach „Frutologia. Najciekawsze owoce Kolumbii” i podobno jest tam tyle owoców, że każdego dnia roku można zjeść inny, a Tobie śnią się czereśnie? 🙂

Czereśnie, nasze odmiany jabłek i orzechy włoskie to chyba jedyne owoce, które tutaj w Kolumbii nie rosną. Owszem, są importowane, ale wtedy już tak dobrze nie smakują.

Moja książka „Frutologia” udowadnia, że w Kolumbii można jeść owoce do woli, ponieważ kwitną i spadają z drzew przez cały, okrągły rok. Wiele z owoców jest skarbnicą witamin i minerałów i należy do prawdziwych superfoods. Pod tym względem więc Kolumbia jest niezwykle uprzywilejowanym krajem.

Wydaje mi się, że sny o czereśniach świadczą o tęsknocie za Polską i za polskimi sadami. Zwłaszcza wiosną i latem. Bo mimo tutejszych tropików, polskie lato, spędzone razem z moją Rodziną, marzy mi się bardzo często.

Rozmawiamy w czasach pandemii, więc nie mogę pominąć tego tematu. Jak Kolumbijczycy radzą sobie w tych trudnych czasach? Czy ich wrodzony optymizm pomaga? I jak Wy, jako rodzina radziliście sobie?

Kolumbijczycy mają talent do prędkiego przechodzenia do porządku dziennego z każdą sytuacją. Na początku czuć było wielki strach oraz przez całe 5 miesięcy byliśmy otoczeni kwarantanną. Najpierw Kolumbijczycy martwili się o zdrowie własne i najbliższych, ale szybko obawa przeniosła się na ekonomię i byt, ponieważ tego kraju nie stać na wielomiesięczny paraliż gospodarczy.

Od 1 września 2020 roku czuć odwilż w restrykcjach i widać, że firmy, sklepy, ludzie powoli podnoszą się z kolan i wstają do pionu. Widać nawet powstające, nowe sklepy i nowe restauracje. Ci, co zdecydowanie musieli zredukować swoją działalność, przenoszą się do internetu. Sprzedają swoje produkty i usługi online przez grupy i przez przyjaciół. Widać chęci do wspierania lokalnych biznesów.

Kolumbijczycy radzą sobie w każdej sytuacji. Nie dostaliśmy tutaj zasiłków od państwa ani tarcz kryzysowych. Działamy po prostu od nowa.

Poznaj historię Magdy z Wilna!

A czy pandemia wywarła duży wpływ na Twoją działalność? Czy musiałaś wprowadzić dużo zmian do swojego zawodowego życia?

Mam to szczęście, że od kilku lat pracuję zdalnie, z domu oraz działam na własną rękę, nie ponoszę więc kosztów biura ani pracowników. Eksport kwiatów wyhamował na kilka tygodni, w których to tygodniach postawiłam na dokształcanie się i własny rozwój wewnętrzny.

Zmiany widzieliśmy z Miguelem podczas surowej, bogotańskiej kwarantanny. Pani Nancy, która pracuje u nas w domu, nie przychodziła do pomocy w opiece nad Milusiem i do pomocy w obowiązkach domowych od marca do czerwca. Dlatego musieliśmy nauczyć się żyć jak europejska para w normalnych, europejskich warunkach. Czyli sprzątać, gotować i prać na zmianę. To było dla nas niezwykle cenne doświadczenie.

polka w kolumbii, kobieta je egzotyczny owoc

Na koniec jeszcze pytanie kulinarne? A jak jest z kuchnią? Gotujesz po polsku, czy po kolumbijsku? I jakie jest Twoje ulubione kolumbijskie jedzenie?

Przyznam się, że jestem wybiórczym smakoszem, a kolumbijska, mięsna, ryżowa i często smażona kuchnia nie zawsze zadowala moje podniebienie. Uwielbiam za to tutejsze owoce i warzywa pod każdą postacią, ponieważ są zawsze dostępne, świeże i zwykle – mają rozmiary, jak dla nas, niczym z Jurassic Parku.

Uwielbiam też najsłynniejszą, bogotańską zupę – Ajiaco, która jest czymś pomiędzy gęstym rosołem z ziemniakami, a kartoflanką z kurczakiem. Serwuje się ją z obowiązkowym w Kolumbii ryżem, z awokado, śmietanką i kaparami.

Z polskiej kuchni lubię przyrządzić mizerię, zupę pomidorową z dużą porcją śmietany i nie wyobrażam sobie życia bez dobrego chleba. Jednak gdy mogę wybierać, preferuję wszelkiego rodzaju sałatki i wegetariańskie dania. I to najlepiej, kiedy to sama nie muszę ich gotować. Przeczę stereotypowi pani domu, która serwuje dwudaniowe obiady i prowadzi dom na błysk. Gotuję, sprzątam wtedy, gdy chcę i mam do tego natchnienie. Gdy natomiast wolę pracować, pisać i uczyć się, domowe obowiązki schodzą na dalszy plan i dzielę się nimi z kimś innym.

Wyjątek stanowią obowiązki związane z synkiem – ale to głównie dlatego, że po prostu sprawiają mi przyjemność.

Dziękuję Ci za rozmowę!

Zdjęcia: własność Aleksandra Andrzejewska

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Ewa Moskalik - Pieper
Redaktor portalu Mamo Pracuj. Prywatnie spełniona, pełnoetatowa mama dwóch wspaniałych synów i żona, starająca się znaleźć swój patent na work - life balance. Absolwentka UJ. Miłośniczka kina, muzyki i książek.

5 rytuałów tybetańskich – podpowiedzi, inspiracje i linki do ćwiczeń

Lecąc samolotem zawsze mnie wzrusza informacja o tym, że maseczkę z tlenem mam założyć najpierw sobie a nie dziecku. Przecież w tysiącu innych spraw sobą zajmuję się na końcu... Tak jest ze znajdowaniem czasu na ćwiczenia, wyjścia na pilates czy czytanie książek. Postanowiłam to zmienić zaraz po powrocie z Indii. A pomogła mi w tym pamiątka jaką sobie przywiozłam...
  • Agnieszka Kaczanowska - 02/07/2019
Mata do ćwiczeń 5 rytuałów tybetańskich

5 rytuałów tybetańskich – czyli zacznij ćwiczyć i zobacz co się stanie!

„Co mam do stracenia?”

Ja sobie tak właśnie pomyślałam, kiedy w Indiach, zaprzyjaźniony masażysta powiedział, że mam za słabe mięśnie i muszę je wzmocnić, a moje ciało młodsze nie będzie, więc nie mam na co czekać… polecił abym zaczęła ćwiczyć rytuały tybetańskie.

Powiedział tylko tyle, że zaczyna się od 3, potem 5, 7, 9 aż do 21 powtórzeń każdego z ćwiczeń – co kilka dni. I kiedy przerwę to muszę zacząć od początku. Trochę mało aby zacząć 😉

Ale poszperałam w internecie i tak zaczęła się moja przygoda z nauką systematyczności, regularności ćwiczeń fizycznych, moim czasem tylko dla mnie i wcześniejszym wstawaniem… A efekty czuję każdego dnia!

Poszperaj i Ty – może Ci się spodoba? A jak to nie Twoja bajka to ja zrozumiem 😉

„Fontanna młodości” „Źródło wiecznej młodości”

To inne określenia zestawu pięciu, dość prostych ćwiczeń, w oparciu o jogę. Nie chcę tutaj opisywać całej filozofii. Jeśli masz ochotę i Cię zaciekawiłam zaglądnij do poniższych linków podzielonych tematycznie. Jeśli nie, poszukaj swojego zestawu i zacznij ćwiczyć cokolwiek 😉

Ja wierzę, że w zdrowym ciele zdrowy duch!

O rytuałach (po polsku i po angielsku) jak działają:

Jak wykonywać ćwiczenia?

A co można usprawnić aby łatwiej się ćwiczyło?

Ćwiczę dopiero 3 miesiące.

Na razie nie opuściłam ani jednego dnia. Jeśli rano nie uda mi się poćwiczyć, to do 20:00 podobno można, choć to już późno. Ale czasem nadrabiam popołudniem 😉

Cieszy mnie moja systematyczność.

Prawie zrezygnowałam z kawy – bo ćwiczenia budzą mnie o wiele lepiej! Czuję także, że zaczęłam od siebie, a nie od śniadania dla dzieci, przy którym zapewne się pokłócą, a ja zdenerwuję…

Czy jestem spokojniejsza? Pełniejsza energii? Mam taką nadzieję! Pewnie jeszcze za wcześnie na werdykt!

Czy młodsza? To się okaże 😉

Może i Ty znajdziesz w ćwiczeniach przyjemność? Tych lub jakichkolwiek innych!

Powodzenia!

Zdjęcie: 123rf.

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Agnieszka Kaczanowska
Współzałożycielka mamopracuj.pl, od dziesięciu lat rozwija swoje umiejętności łączenia życia rodzinnego i zawodowego i nawet jej to wychodzi! Lubi wyzwania i cieszy ją kiedy pracodawcy znajdują świetnych pracowników. Mama wesołej trójki, żona i miłośniczka kotów. 

Idealny sernik nieidealnej Pani domu

Nadal nie wierzę, że to piszę... Ale naciski były przeogromne, więc... Nie jestem idealną Panią domu, rzadko piekę, chyba że brownie (25 minut roboty) lub inne "coś", równie prostego z gwarancją pyszności. Nie wdaję się w rozmowy na temat przepisów bo niewiele mam w tym zakresie do powiedzenia, choć... jest jeden wyjątek! Jego wysokość Sernik! 13 lat temu znalazłam przepis, którego się trzymam, który zawsze gwarantuje "ochy i achy" tych, którzy mają okazję załapać się na kawałek. Bo znika szybko...
  • Agnieszka Kaczanowska - 17/04/2019
produkty do pieczenia: mąka, mleko, masło, ser

Z dedykacją dla Marzeny 😉

Ten sernik piekę wyłącznie dwa razy do roku. Trudno nie zgadnąć, na jakie okazje, ale udaje się zawsze, a nawet jeśli nie jest idealny w wyglądzie, to smakuje zacnie! No i sam przepis napisany jest tak, że mam z tego kupę zabawy. Dodam tylko, że ja sernika sama nie jadam… nie mój smak, wolę suche ciasta np. makowiec, ale z reguły spełnieniem moich marzeń jest makowiec z cukierni, albo orzechowiec od mamy Asi, mniam.

Natomiast sernik robię z miłości do męża 😀

Składniki:

  • kilogram dobrze odciśniętego tłustego białego sera (nie może być kwaśny). Ja kupuję gotowy, mielony, ale taki, który jest w miarę suchy (bez ekstra śmietany) i zawsze twaróg sernikowy Piątnica (choć producent nic nie wie, że go polecam ;-)). To jest o tyle ważne, że inne miękkie sprawiają, że sernik pływa… Oczywiście możesz także zmielić sama ser. Ja nie mam nawet odpowiedniej maszynki…
  • 2 niepełne szklanki cukru (można ciut mniej jeśli budyń jest z cukrem i wanilia… ale nie dużo mniej, próbowałam z mniejszą ilością, ale jednak lepiej dać więcej…),
  • 8 jaj, z 7 jaj też wyszedł 😉
  • kostkę masła,
  • budyń waniliowy (z reguły daję ten z cukrem, ale przypuszczam, że nie ma tu różnicy,
  • torebkę cukru z prawdziwą wanilią (w odróżnieniu od cukru wanilinowego!) a jeszcze lepiej laskę prawdziwej wanilii, tych czarnych kuleczek oczywiście,
  • cytrynę, a dokładniej sok z jednej połówki,
  • szczypta soli,
  • bakalie: torebkę (10 dag) rodzynek, najlepiej jasne, malutkie, 3 dag płatków migdałowych, 5 dag smażonej skórki pomarańczowej (wg. mnie najlepszego składnika sernika ;-)).

Niezbędne sprzęty:

  • mikser (wiem, wiem można w makutrze, jak masz to super)
  • spora miska do ucierania masy serowej
  • garnuszek/miseczka na białka
  • rondelek na topione masło
  • duża tortownica

Dodałabym lampka dobrego wina, ale odkąd sernik piekę razem z dziećmi atrakcji dodatkowych nie potrzebuję ;-).

Sprawdzony algorytm działania

  1. W rondelku na małym ogniu topisz masło pokrojone na małe kawałki. Ciepłe masło (niech się, broń Boże, nie przypali!) odstawiasz do wystygnięcia.
  2. W tym czasie przygotowujesz bakalie, tzn. płuczesz rodzynki, odsączasz, suszysz ręcznikiem papierowym i razem z płatkami migdałowymi wsypujesz do miseczki, dodajesz skórkę pomarańczową. Zostawiasz.
  3. Smarujesz tortownicę masłem, wysypujesz bułką tartą, odstawiasz na bok, żeby nie przeszkadzała.
  4. W tym miejscu możesz skosztować tej lampki wina, jeśli już nalałaś 😉
  5. Teraz kluczowa sprawa: rozbijasz jajka nad garnuszkiem/miską, w którym potem ubijesz pianę. Białka lądują w właśnie w nim/niej, a żółtka w dużej misce.Garnek z białkami ląduje w lodówce.
  6. Do żółtek dodajesz cukier, szczyptę soli, wanilię/cukier z prawdziwą wanilią, sok z połówki cytryny.
  7. Ucierasz puszysty kogel-mogel, starając się nie podjadać…. jest pyszny…
  8. Włączasz piekarnik. Ma mieć idealnie 180 stopni C, kiedy wjedzie do niego sernik.
  9. Otwierasz wiaderko 😉 sera gotowego lub bierzesz idealnie zmielony i do kogla-mogla dodajesz łyżkami na zmianę z proszkiem budyniowym, wciąż ucierając masę mikserem. Masa ma być gładka, jasno żółta i puchata.
  10. Następnie delikatnie wlewasz zimne masło (wcześniej roztopione) i miksujesz do chwili, aż się całkowicie wchłonie.
  11. Dodajesz bakalie i już nie mikserem a łyżką z resztką masy serowej (nie pytaj dlaczego, ale działa…) mieszasz starannie ale delikatnie.
  12. Wyjmujesz z lodówki garnek/miskę z białkami i mikserem (z czystymi końcówkami) ubijasz sztywną pianę.
  13. Ważne: teraz odstawiasz mikser na bok i więcej nie wolno go użyć 😉
  14. Łyżką od sera i bakalii mieszasz białka z masą serową. Delikatnie, z czułością aż się połączą.
  15. Teraz już bez ociągania, zgarniasz masę do tortownicy, wygładzasz wierzch.
  16. I wkładasz sernik delikatnie do piekarnika w idealnej temperaturze 180 stopni. Nie używam tutaj termoobiegu, gdybyś chciała mnie o to zapytać.
  17. Teraz też jest idealny moment, aby zamiast mycia garów napić się wina bo…
  18. Od teraz przez 40 minut nie otwierasz piekarnika, nie zaglądasz co chwilę i nie myślisz o serniku.
  19. Po 40 minutach zerkasz przez szybkę, czy aby w wierzchu nie za bardzo się przypiekł. Jeśli tak, otwierasz delikatnie piekarnik i przykrywasz ciasto płatem folii aluminiowej. Szybko zamykasz drzwiczki, ale uważaj (!) aby nie klapnęły, bo sernik się może „przestraszyć” i opaść. Serio. zawsze ten fragment mnie rozczula ale nie próbowałam straszyć sernika i zawsze wychodzi 😉
  20. Gdy minie kolejne 15-20 minut a czasem dłużej (wiem, to mało precyzyjne ale lepiej dłużej, aby sernik był upieczony), wyłączasz dopływ ciepła i uchylasz drzwiczki, aby zahartować sernik i uchronić przed opadnięciem przy gwałtownej zmianie temperatury. Po kolejnych 10 minutach wyjmujesz ciasto na blat i pozwalasz ostygnąć w pokojowej temperaturze.
  21. Ja zwykle rozkrawam go na drugi dzień, wtedy brzegi sernika trzeba oddzielić ostrzem noża od brzegów tortownicy i gotowe.
  22. Idealny sernik to taki, który ma szansę stężeć w lodówce, ale nie zawsze mu się udaje…

Z życia sernika: bywa z nim różnie, czasem ma fantazyjne fale, czasem rośnie idealnie równomiernie, ale potem, kiedy wyjmuję go z piekarnika zawsze zmienia swój kształt na taki idealnie sernikowy. Bywa, że pęka… ale w smaku pozostaje idealny i wierzcie mi nikt nie narzeka.

Smacznego!

I wielkiej frajdy z pieczenia Wam życzę.

Przepis jest moją wariacją na temat przepisu znalezionego 8 lat temu w sieci, bodajże z tego linku >. Tym bardziej dziękuję jego autorce za cudowne przeżycia smakowe mojej rodziny!

Zdjęcie: Pixabay.com

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Agnieszka Kaczanowska
Współzałożycielka mamopracuj.pl, od dziesięciu lat rozwija swoje umiejętności łączenia życia rodzinnego i zawodowego i nawet jej to wychodzi! Lubi wyzwania i cieszy ją kiedy pracodawcy znajdują świetnych pracowników. Mama wesołej trójki, żona i miłośniczka kotów. 
Podyskutuj
Chcę otrzymywać inspiracje, pomysły i sugestie jak pracować i nie zwariować.
Newsletter wysyłamy raz na 2 tygodnie

Może Cię zainteresować także:

Uwaga. Strona wykorzystuje pliki cookies. Informacje uzyskane za ich pomocą wykorzystywane są w celach statystycznych. Pozostając tu godzisz się na ich zapisywanie w Twojej przeglądarce. ×