Czego szukasz

Jak zaplanować podróż z niemowlakiem?

Już sama opieka nad niemowlakiem przysparza nam niemało pytań i wątpliwości, a co dopiero pierwsze podróże. Rodzice z grubsza dzielą się na tych, którzy biorą dziecko pod pachę i ruszają w drogę i na tych, którzy rozpatrują wszystkie za i przeciw. Do tego jeszcze różne ciotki „dobra rada” i wszystkowiedzące babcie i mamy gotową niepewność, czy warto wyruszać z niemowlakiem w jakąkolwiek podróż.

  • Kasia Myślicka - 27/06/2018

Na pewno warto wyjeżdżać nawet z bardzo małymi dziećmi i to z kilku powodów. Po pierwsze zerwiemy na chwilę z rutyną, która nie jedną mamę wyprowadza z równowagi. Oczywiście z rutyną do końca nie zerwiemy, ale przynajmniej będziemy ją “uprawiać” w innych okolicznościach przyrody.

Po drugie zmienimy klimat, co przy problemach z zanieczyszczonym powietrzem w polskich miastach jest wręcz konieczne.

Po trzecie, jeśli lubimy wypady i podróże, warto przyzwyczajać do nich dziecko od najmłodszych lat.

Od kiedy jeździć z niemowlakiem

Im wcześniej, tym łatwiej nam będzie w przyszłości. Dobrym momentem może być okres trzech miesięcy. Ale jak zawsze, jest to sprawa indywidualna. Ponieważ jednak podróż ma być przyjemnością, a nie stresem, zwłaszcza przy pierwszym dziecku, warto poczekać do momentu, gdy ogarniemy już podstawy opieki nad bobasem, ustawimy rytm dnia i nocy i możemy być pewni, że uda nam się mieć momenty spokoju podczas drzemki dziecka.

Wybór miejsca

Oczywiście każdy ma swoje preferencje. Jednak warto wziąć pod uwagę kilka podstawowych czynników – temperatura, czystość powietrza i … dostępność tras spacerowych dla wózków. Wybierzmy miejsce, które wpłynie dobrze na nasz nastrój.

My na pierwszy wakacyjny wyjazd z 3-miesięcznymi bliźniakami wybraliśmy Kraj Basków. Nie było zbyt gorąco, ale przyjemnie ciepło. Przepiękne wybrzeże i miasteczka portowe z promenadami do spacerowania.

Ciekawe miasta – San Sebastian i Bilbao, także idealne na spacery z wózkiem. Pomimo sporego wysiłku, jakim jest opieka nad bliźniakami, z tego wyjazdu pozostały nam same dobre wspomnienia.

Ochrona przed słońcem

Ze słońcem nie ma żartów. Przy polskim klimacie słońce jest bardzo pożądane, jednak trzeba być bardzo, bardzo ostrożnym. Nasza hiszpańska pediatra zakazała stosowania kremów z filtrem do 6 miesiąca życia dzieci. Z obawy przed słońcem zrezygnowaliśmy z wakacji nad Morzem Śródziemnym.

Ponieważ jednak w tamtym czasie mieszkaliśmy w Barcelonie, kupiliśmy na wózek ochraniacz z filtrem UV. Była to drobna siateczka, która nie zatrzymywała dopływu powietrza, ale promieniowanie już tak. Przez pierwsze sezony ubieraliśmy dzieciom koszulki z filtrem. Teraz już nie, ale zawsze stosujemy kremy z filtrem 50 i pod koniec lata 30. My i dzieci. Wierzcie, można się opalić.

Wybór noclegów

Cenię sobie agroturystyki i rodzinne pensjonaty. Jeśli martwicie się o płacz nocą, można poszukać takich, które mają osobne domki czy bungalowy. Oczywiście duże hotele mają wiele atrakcji dla dzieci, jednak z małym bobasem i tak się z nich nie korzysta.

Jeśli w obiekcie nie ma zastrzeżenia, że jest adults only (tylko dla dorosłych), oznacza to, że spodziewają się rodzin z dziećmi i powinny być dostępne łóżeczka czy krzesełka. Warto jednak zawsze się upewnić przed wyjazdem.

Co zabrać ze sobą w podróż z niemowlakiem

Od początku starałam się ograniczyć ilość dziecięcych gadżetów, których przy bliźniakach i tak jest więcej. Naprawdę dzieci niewiele potrzebują. Żadnych wanienek i innych niepotrzebnych gratów. Bobasa można umyć w umywalce. I tak codzienne kąpiele nie są zalecane.

Z założenia łóżeczka powinny być dostępne w hotelu czy pensjonacie, do którego się wybieramy. U mnie sprawdziły się śpiworki do spania – taka namiastka domu. Miałam letnią i zimową wersję i zabierałam je na wszystkie wyjazdy.

Nie przejmowałam się także sterylizowaniem butelek. Na początku tak. Jednak przy kilkumiesięcznych dzieciach już nie. W czasie wyjazdu wystarczyła bardzo gorąca woda. Sterylizowałam dopiero po przyjeździe do domu. Oczywiście najłatwiej podróżuje się, gdy karmimy piersią. Wtedy naprawdę nic więcej już nam nie trzeba.

Jedzenie przy rozszerzaniu diety

Jak zawsze, jeśli planujemy podróże, potrzeba trochę elastyczności… Od początku rozszerzania diety starałam się moim maluchom serwować domowe jedzenie. Jednak na wyjazdach nie miałam problemu z podaniem jedzenia ze słoiczka. Zwłaszcza, że na rynku jest ogromny wybór, także słoiczków bio.

Co warto wiedzieć? Że na Południu Europy od początku miesza się wszystkie owoce i podaje także pomarańcze. Że w Hiszpanii jeszcze do niedawna praktycznie nie było słoiczków z kawałkami jedzenia nawet dla starszych dzieci – wszystko było przetarte. Że trudno znaleźć jest słoiczki jednoskładnikowe.

Oczywiście to się zmienia i oferta jest dużo większa. Ale… może zdarzyć się, że jesteśmy w małej miejscowości i wybór jest ograniczony. Temu właśnie także służą podróże – zarówno rodzice, jak i dzieci muszą nauczyć się dostosowywać do sytuacji.

Organizacja

Do tej pory sprawdza mi się sposób na worki – materiałowe, różnej wielkości, każdy ma swoje przeznaczenie – kostiumy kąpielowe, skarpetki, bielizna. Przy bliźniakach miałam ich całe mnóstwo: worek na pieluchy do torby, worek na zapasowe ubranka, worek termoizolacyjny na butelkę z wodą. Zawsze ten sam worek z tą samą zawartością.

Po pierwsze przy pakowaniu wystarcza rzut oka, żeby sprawdzić, czy najważniejsze rzeczy są w torbie. A potem przy szukaniu wszystko jest pod ręką. Podobnie przy dłuższych wyjazdach samochodem miałam kilka różnych toreb – torba z zabawkami, torba z jedzeniem, torba z ubraniami i kosmetykami dzieci. Dzięki takiemu pakowaniu już w czasie podróży oszczędzamy sporo czasu.

Rytm dnia na wyjeździe

Mój sposób na nie zwariowanie przy dwóch niemowlakach był jeden – dużo ruchu. Gdy już ogarnęłam się rano, a dzieci zaczynały się robić niespokojne, miałam tylko jedno wyjście – spacer. Całymi dniami przemierzałam kilometry. Także podróże nie wprowadzały do naszego życia jakichś większych zmian. Co się robi na wyjeździe? Dużo spaceruje.

Dlatego uważam, że wybór odpowiedniego (pod względem spacerowym) miejsca na pierwsze podróże jest tak ważny. Dodatkowo zawsze staraliśmy się rozdzielić porę posiłku dzieci od naszej i żeby spokojnie zjeść obiad, czekaliśmy na czas ich drzemki. Tak więc moje wspomnienia z pierwszych wyjazdów to pyszne obiady i długie spacery 🙂

Podróże samochodem

Nigdy nie mieliśmy problemów z długimi podróżami samochodem i wydaje mi się, że to dzięki temu, że wcześnie zaczęliśmy z dziećmi jeździć na naprawdę długich trasach.

Podstawowa zasada – podróż rozpoczynamy równo z drzemką dzieci. Wtedy jest szansa, że przejedziemy długi odcinek bezproblemowo. Często wyjeżdżaliśmy także nad ranem.

Gdzieś wyczytałam, że częste huśtanie dzieci przeciwdziała chorobie lokomocyjnej. Nie jestem pewna, czy to prawda. Na wszelki wypadek od maleńkości dzieci wkładałam do wszystkich możliwych huśtawek. I podróże samochodem po wszelkiego rodzaju drogach i zakrętach znoszą fantastycznie. I oczywiście uwielbiają place zabaw.

Podróże samolotem

Wspomniana już organizacja torby podręcznej jest tym bardziej niezbędna do podróży samolotem. Wszystko pod ręką, odpowiednio posegregowane. Im mniejsze dziecko, tym podróż powinna przeminąć mniej problemowo lub wręcz bezproblemowo. Zwłaszcza jeśli karmimy piersią.

Podróże z rocznym dzieckiem

Im starsze dziecko, tym będziemy mieli mniej czasu dla siebie. Wtedy powinniśmy uzbroić się w cierpliwość i starać się być bardziej elastyczni.

W planowaniu podróży weźmy pod uwagę potrzeby dziecka – miejsca przyjazne dzieciom, place zabaw, parki, w których maluchy mogą stawiać pierwsze kroki…

Nasze przyjemności – muzea, obiady, zakupy zostawmy na czas drzemki. Bez obawy, wspomnienia z tych wyjazdów będą równie piękne.

Jeśli więc zastanawiacie się, czy warto wyruszać w drogę z niemowlakiem, nie wahajcie się ani chwili. Wyjazdy pozwalają rodzicom nabrać energii. Z kolei maluchy przyzwyczają się do podróżowania i zmiany miejsc. Najważniejsze jednak, że tworzą wspaniałą więź między całą rodziną.

Zdjęcia: Storyblocks.com

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Kasia Myślicka
Mama kilkuletnich bliźniaków, które stara się zarazić swoją pasją do podróży i aktywnego trybu życia. Od kilku lat mieszka w Prowansji. Po godzinach prowadzi blog Kids&Go, na którym zamieszcza informacje o sprawdzonych miejscach na wyjazdy z dziećmi i praktyczne porady przydatne do planowania rodzinnych podróży.

House manager w domu pełnym kosmitów

Przeczytałam wywiad z Justyną Walczak, niezwykłą, spełnioną mamą, opowiadającą o życiu w rodzinie z dziewiątką dzieci (i z dziesiątym w drodze...). „O, ludzie, to przecież niemożliwe!” – pomyślałam, mając sama na co dzień do ogarnięcia małe kosmitki w liczbie zaledwie dwóch. Niedowierzanie, podziw i ciekawość sprawiły, że czym prędzej postanowiłam kupić książkę. O wywiadzie opowiedziałam przyjaciółce, też mamie. „To jak rozmawiać z kosmitą...!” – skwitowała. Nie wiedziała o książce, a tym bardziej o jej tytule.
  • Natalia Małozięć - 17/04/2019

Multirodzina

Książka Justyny Walczak porusza ważną kwestię, a mianowicie problem społecznego postrzegania rodzin wielodzietnych. Autorka opisując własne doświadczenia i reakcje napotykanych osób, najczęściej pisze o współczuciu, czy upatrywaniu oznak patologii w posiadaniu licznego potomstwa. Kiedyś rodzenie dzieci uznawano za całkiem normalne zjawisko, bo i podobnych rodzin było więcej… Teraz jednak, wielu obywatelom w głowie się nie mieści, że można z wyboru zostać pełnoetatową multimamą i szczęśliwym multitatą. A to właśnie ich sposób na życie!

Poświęcić się pracy zawodowej, czy zrobić karierę w macierzyństwie? Justyna już zdecydowała. Autorka książki podkreśla, iż jest kobietą świadomą, realizującą swoje powołanie. Traktuje je jako konkretną pracę do wykonania. A uzyskany dyplom lekarza? Przy częstym udzielaniu pierwszej pomocy własnym i okolicznym dzieciakom, stał się bezcenny. Wynagrodzenie? Owszem, jest – „w postaci zwielokrotnionej miłości” – pisze Justyna.

Justyna pięknie wyraża się o swoich dzieciach. Używa wielu różnych określeń, a pod każdym z nich kryje się morze miłości. Ze wzruszeniem przewiduje moment, kiedy znów będą musieli z mężem przesiąść się do wozu w normalnym rozmiarze…

Inwazja kosmitów

Tytułowi „kosmici”, czy „obcy”, jak pisze o swojej gromadce Justyna, to główni bohaterowie, czyli Walczakowa gromadka. Wydają się być „obcymi”, kiedy zmieniają się, dorośleją i wyślizgują się z rodzicielskich sieci. Stają się samodzielni i zaczynają mieć własne zdanie. Ku zdziwieniu mamy, coraz częściej krytyczne, również i wobec domowych zasad. Wychowanie zaczyna stawiać coraz większe wyzwania. Trudno nadążyć, kiedy ma się w domu przedstawicieli wszystkich rozwojowych etapów. Kosmiczne perpetuum mobile.

Rodzicom wesołej gromadki też przydaje się kosmiczny pierwiastek. Muszą zaopatrzyć się w niespożyte pokłady energii, cierpliwości i pomysłów. Zarządzanie takim statkiem kosmicznym wyczerpuje, dając jednocześnie siłę na ciąg dalszy. Cieszy, śmieszy, wzrusza, denerwuje i pogrąża w otchłani rozpaczy. Na przemian i w kółko.

Sport ekstremalny

Justyna jednak nie narzeka i nie użala się nad sobą. Nie odkrywa przed nami wszystkich swoich emocji. W swojej rodzinnej opowieści jest prawie zawsze radosna i zdystansowana. Można podziwiać jej wypracowany, zdrowy dystans do błahych spraw. Tym bardziej, że odróżnienie problemów ważnych od całej reszty, wcale nie jest łatwe.

Autorka oszczędza nam nieodłącznej przecież, ciemnej strony medalu. Nawet kiedy wylicza powody wizyt na izbie przyjęć zaprzyjaźnionego już szpitala, robi to wydawałoby się, z uśmieszkiem na ustach. „(…) czujemy się szczęśliwi, mogąc uprawiać z mężem ten sport ekstremalny (…)” – podsumowuje.

Uważam, że jednym z lepszych fragmentów jest opis „porodowego współ-doświadczenia” ojca rodziny, Wojtka. Są spore emocje i wzruszenie.

Szkoła życia

Każdy członek Walczakowej rodziny przechodzi swoistą szkołę życia. Najtrudniejsze lekcje odrabia pewnie mama, dzielnie stawiając czoła codziennym multiwyzwaniom. W książce mamy garść dowcipnych opisów logistyczno-wychowawczych wirtuozerii oraz efektywnego manipulowania zasobami w wykonaniu Justyny. Wyrazy uznania należą się również tacie, który nie tylko stara się zapewnić rodzinie ważną część „zasobów”, ale dba o to, by być aktywnym tatą, kiedy to tylko możliwe.

„Progenitura” Walczaków nie ma wyboru. Czeka ją przyśpieszony proces dorastania. Mama i tata nie mogą być na każde zawołanie. Miłość i uwaga choć mnożone, są przede wszystkim dzielone. Podział obowiązków, dyżury i wspieranie (a z czasem i zastępowanie) mamy w wielu domowych pracach, wychodzi dzieciakom na dobre. Kochają się na zabój i kiedy trzeba, bez zastanowienia stają za sobą murem. Opieka nad młodszym rodzeństwem to dla nich inwestycja w rodzinną przyszłość.

Walczakowy kosmos to miejsce niezwykłe. Ciepłe i radosne. Tu nie ma mowy o nudzie. Nie ma też czasu na niepotrzebne rozmyślania. Jest tu i teraz, do dziesiątej potęgi!

Justyna Walczak „Dom pełen kosmitów”

Zdjęcie: 123 rf

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Natalia Małozięć
Absolwentka Wydziału Filozoficznego UJ. Psycholog dziecięcy i trener twórczości. Komponuje i prowadzi zajęcia dla dzieci. Od 2 i pół roku po uszy zanurzona w macierzyństwie. W codziennym ogarnianiu rzeczywistości pomagają jej poczucie humoru, marzenia i opisywanie tego, co się dzieje.
Podyskutuj

Podróż z dziećmi do Indii: 7 zachwytów, 7 zaskoczeń i 3 rozczarowania

Dzisiaj mijają dwa tygodnie odkąd znów jesteśmy w Polsce. Indyjska przygoda za nami… choć nadal trudno nam w to uwierzyć. „Jak to, że już „po”?” - tyle przygotowań, niepewności, potem nowości i wspaniałych przeżyć i to już koniec? Postanowiłam spisać moje zachwyty, zaskoczenia i rozczarowania, aby nic nam nie umknęło - i podzielić się nimi z Tobą!
  • Agnieszka Kaczanowska - 16/04/2019
Podróż z dziećmi do Indii - Agnieszka z dziećmi

Podróż z dziećmi do Indii, a dokładniej trzy miesiące w Goi (poprawnie) – na Goa (potocznie)

Trzy miesiące. I mało i krótko zarazem. Mogłabym godzinami opowiadać 😉 Ale nie bój się, nie zanudzę Cię, bo postanowiłam podzielić się tylko najważniejszymi zachwytami, zaskoczeniami i rozczarowaniami z naszej podróży. Miałam sporo wyobrażeń, pewnie tak jak i Ty, ale też różnych lęków i obaw myśląc o Indiach. Gotowa?

Zachwyt 1: Pogoda

Dla mnie cudowna. Słońce praktycznie każdego dnia (2 dni, w trakcie 3 miesięcy były bardziej pochmurne), temperatura 26-33 stopnie i nie było gorąco! No dobra, ja uwielbiam ciepło 😉 Lekki wiaterek wiał, a powietrze było suche. Dla mnie idealnie. Dopiero ostatnie dni marca, tuż przed naszym powrotem, było coraz cieplej i ciało cały czas było lekko wilgotne. W maju zawita tam monsun… Podobno teraz jest już za gorąco…

Zachwyt 2: Jedzenie

Wiedziałam, że lubię kuchnię indyjską, choć znałam ją wyłącznie w wersji polskiej… ale pokochałam. Masale w niezliczonych odsłonach, i moja ulubiona paneer butter masala, do tego ryż tak sypki i długi jakiego w życiu nie widziałam, przepyszne warzywa w surówkach czy na ciepło. Raj dla wegetarian 😉 Bo w tej części Indii, w której byliśmy łatwiej znaleźć restaurację wegetariańską niż no-veg! Choć nie ukrywam, że chętnie podjadałam dzieciom ich ukochane butter chicken masala 😉

Mój mąż nie podziela mojego zachwytu – więc to bardzo subiektywne…

Zaskoczenie 1: Chili

Nie wiedziałam, że jedzenie ostrych potraw to taka przyjemność. Kiedy w ustach czuć przyjemne pieczenie, oczy lekko łzawią i z nosa leci 😉 A myślałam, że ja nie lubię ostrych potraw! Co więcej dzieci też polubiły i całkiem zmienił się nam smak… Teraz każdy prosi, aby dodawać więcej chili do jedzenia!

Rozczarowanie 1: Śmieci

Są wszędzie. Jest ich dużo. To dla Europejczyka spory szok. Przez dwa tygodnie miałam ochotę zbierać je po drodze, choć i tak za chwilę pojawiłyby się nowe. To jest o tyle ciekawe, że każdego ranka w hinduskich domach i przed nimi, odbywa się rytuał sprzątania, a przed wejściem do domu obowiązkowo zdejmuje się buty. A śmieci są wszędzie. Nawet pan, który zbiera śmieci (segregując) gubi je po drodze i zupełnie się tym nie przejmuje… Nie raz nie dwa było tak, że coś wyrzuciłam do kosza, a potem znajdowałam to po drodze… Po 3 tygodniach pobytu nauczyliśmy się po prostu nie patrzeć na śmieci, ale chyba zawsze nas to będzie ruszać.

Zaskoczenie 2: Indian time

Lubię mieć różne sprawy pod kontrolą, zaplanować, przemyśleć i przewidzieć co i jak. W Indiach się nie da. Po prostu. Zbyt wiele rzeczy dzieje się nie w czasie umówionym, ale wtedy kiedy się dzieje… „Indian time”. Skuter ma być dzisiaj? Ok. Nie ma? Acha. A kiedy będzie? Jutro. Acha. I tak czekałam ze dwa tygodnie 😉 I wiesz, już po pierwszym tygodniu poczułam przyjemną ulgę, że wcale nie muszę kontrolować, denerwować się czy wkurzać. I że jak coś idzie nie tak, jak miało być, to nie jest problem, tylko inna opcja i tyle. Ileż stresów mnie w ten sposób ominęło! Teraz próbuję zatrzymać tą umiejętność choć nie jest łatwo…

Zachwyt 3: Morze

Morze Arabskie. Piękne. Plaża pias(czysta), z palmami i bardzo pusta (w części, w której mieszkaliśmy). Godzinami mogłam gapić się na fale 😉 A myślałam, że jestem bardziej „górska”.

Zaskoczenie 3: Internet

Wiele razy słyszałam, że w Indiach słabo z internetem. Ale wiedziałam też, że muszę go mieć – choćby nie wiem co – aby pracować! No i się udało. Czasem był w telefonie, czasem przez WiFi, czasem go nie było… Wtedy ratowałam się internetem w knajpkach 😉 Raz nie było nigdzie, bo ktoś strajkował! A kilka razy nie było internetu, bo była „bad weather” i słaby sygnał… Ale dałam radę! A właściwie to dałyśmy radę, bo mój internet miał nieraz wpływ na cały „mamopracowy” zespół.

Zaskoczenie 4: Ruch lewostronny

Nie byłam na to gotowa. Wiedziałam, że czeka mnie nauka jazdy na skuterze, ale nie wiedziałam (pewnie mogłam się domyślić), że w Indiach jest ruch lewostronny. Bałam się, ale zastosowałam opcję „jakoś to będzie” i było! Bardzo dobrze. No może kilka razy prawie wylądowałam na murze, albo rowie czy krowie, ale obyło się bez wypadków – na szczęście 😉 Wiatr rozwiewał mi włosy, trójka dzieci mogła jechać ze mną i było super! Szkoda, że w Krakowie skuterem zbyt niebezpiecznie, no i z trójką dzieci daleko bym nie zajechała…

Rozczarowanie 2: Angielski

No dobrze. Przyznam się. Miałam nadzieję, że podszkolę się w angielskim. Wygrzebię go z czeluści mojego mózgu, ale niestety. Nie było takiej potrzeby. Codzienna komunikacja była bardzo prosta, wielu Hindusów słabo mówi po angielsku (choć to język urzędowy), więc czasem musiałam mówić bardzo prostym językiem, abyśmy się zrozumieli, a i to nie gwarantowało powodzenia 😉 Podsumowując, może trochę przewietrzyłam nieco swój angielski – ale nie za dużo! A szkoda.

Rozczarowanie 3: Słodycze

Nie uwierzysz ale przez 3 miesiące nie jadłam dobrego deseru… no chyba, że upiekłyśmy brownie 😉 Serio. Słodycze indyjskie zupełnie nam nie smakowały. Być może nie trafiliśmy na nic dobrego – nie przekreślam wszystkich deserów w Indiach – ale te, które próbowaliśmy były tak słodkie, twarde, suche że aż niedobre… Generalnie cukru jest sporo w napojach, ciastkach i cukierkach, dużo więcej niż w tych samych produktach w Europie.

Za to owoce… bajka!

Zaskoczenie 5 i zachwyt 4: Dziewczynki w szkole

Zosia i Helenka nie bez obaw szły pierwszego dnia do szkoły. Zastanawiały się: jak to będzie rozmawiać tylko po angielsku? A czy wszystko zrozumieją? A co jeśli nie będą wiedziały o co chodzi?

Ja myślałam: A nie za gorąco tam? W końcu lekcje w szałasach… Czy nie zapomną o piciu wody? No i czy aby to bezpieczne, że cały dzień będą na plaży beze mnie (piątek był beach day?). Jak się okazało były też inne Polki, więc polski był w ruchu, a o wszystko inne dbali nauczyciele 😉 wracały zmęczone i szczęśliwe!

Zaskoczenie 6: Krzyś w przedszkolu

To było trudne. Nasz Krzyś (l. 5) w Polsce rok adaptował się do przedszkola, i nie lubił się z nami rozstawać. Dość naiwnie założyłam, że w Indiach może będzie inaczej… Nie było. I choć miał w przedszkolnej grupie trzech kolegów z Polski, a na terenie placówki kolejną piątkę polskich dzieci (siostry były w innej szkole), to każdy poranek był trudny. Nie pomagały przytulaski, dużo czasu razem popołudniami, zapewnienia o naszej miłości. Było ciężko. Choć wracał radosny i pełen opowieści o zabawach w błocie, małych małpkach, które regularnie ich odwiedzały, rzucaniu kamieni i bazach, które zbudował; rozstania były trudne.

Do czasu, aż…

Zachwyt 5: Córka

Zosia sama zdecydowała się zmienić szkołę, aby być z Krzysiem. Aby jemu było raźniej! To było bardzo piękne i dojrzałe, choć wcale nie takie łatwe dla niej. Jak się później okazało, ta zmiana była i dla niej korzystna. W pierwszej szkole obyła się z językiem i spokojnie się komunikowała, używając oczywiście także rąk i nóg ;-). W nowej szkole trafiła do klasy ze starszymi dziećmi od siebie, mówiła wyłącznie po angielsku, uczyła się matematyki, geografii, angielskiego i francuskiego – oczywiście po angielsku. I choć wracała jeszcze bardziej zmęczona i brudna, to widziałam w oczach dumę z samej siebie!

Helenka też stanęła na wysokości zadania i choć została w szkole bez siostry, czego się bała (w końcu we dwie raźniej) bardzo dzielnie i odważnie zaprzyjaźniała się z coraz większą grupą dzieci z całego świata!

Zachwyt 6: Ludzie

Moje doświadczenia wskazują na to, że Hindusi to bardzo dobrzy ludzie. Lubią dzieci, są serdeczni, uśmiechnięci i choć wielu z nich wiedzie bardzo skromne, lub nawet biedne życie, są pogodni. Przynajmniej my takich spotykaliśmy każdego dnia. Bałam się o bezpieczeństwo dzieci w obcym i dalekim kraju, a to było zupełnie niepotrzebne.

Zachwyt 7: Zaufanie

Przed wyjazdem bałam się, że ktoś nas może chcieć oszukać, okraść czy naciągnąć. Ale przebywając wśród Hindusów, dając się wozić, leczyć czy powierzając swoje dzieci, czułam się najbezpieczniej w życiu.

Może mieliśmy szczęście do ludzi? Może po prostu nic złego nas nie spotkało? No chyba, że ktoś nas tak oszukał, że dotąd się nie zorientowaliśmy 😉

Zaskoczenie 7: Praca zdalna

Miałam nadzieję, że się uda. Takie było założenie. Ale też sporo obaw. A okazało się, że zupełnie niepotrzebnie. To nie tak, że nie było kłopotów, czy jakiś trudniejszych momentów – były. Zespół w Krakowie, a ja daleko, 4,5 h różnicy czasu. Dziewczyny dopiero się rozkręcały z działaniami ok. 10:30, a ja już kończyłam, bo zbliżała się 15:00 i czas odbierać dzieci. Ale wypracowałyśmy sobie rytm pracy. Planowałyśmy lepiej rozmowy, i czy był dobry czy zły internet, dawałyśmy radę rozmawiać i prowadzić wszystkie działania. A ja upewniłam się, że mamy super zespół! Dzięki dziewczyny!

To był niesamowity czas. Bardzo bogaty w doświadczenia i przeżycia. Czy coś się zmieniło w nas na lepsze? Zobaczymy!

A jeśli jesteś ciekawa, gdzie jest Goa, i upewnić się, że to nie jest wyspa 😉 kliknij tutaj >>>

A wiesz jak tam trafiliśmy? Jeśli nie, to zapraszam jeszcze tutaj 😉

Chcesz o coś zapytać napisz do mnie: [email protected]

Zdjęcia: Agnieszka Czmyr-Kaczanowska

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Agnieszka Kaczanowska
Współzałożycielka mamopracuj.pl, od dziesięciu lat rozwija swoje umiejętności łączenia życia rodzinnego i zawodowego i nawet jej to wychodzi! Lubi wyzwania i cieszy ją kiedy pracodawcy znajdują świetnych pracowników. Mama wesołej trójki, żona i miłośniczka kotów.  
Chcę otrzymywać inspiracje, pomysły i sugestie jak pracować i nie zwariować.
Newsletter wysyłamy raz na 2 tygodnie
Może Cię zainteresować także:
Uwaga. Strona wykorzystuje pliki cookies. Informacje uzyskane za ich pomocą wykorzystywane są w celach statystycznych. Pozostając tu godzisz się na ich zapisywanie w Twojej przeglądarce. ×

Email marketing powered by FreshMail
 

Email marketing powered by FreshMail
 

Email marketing powered by FreshMail