Czego szukasz

Małymi krokami do dużej zmiany – od pracy w teatrze do branży IT – historia Małgosi

Kiedy aplikowałam na stanowisko, gdzie wymagano rocznego doświadczenia, napisałam odważnego maila, że wiem, że nie spełniam wymagań, ale może by jednak się ze mną spotkali – mówi Małgosia Zamorska, mama 3 synów. Pracę dostała. Dzisiaj pracuje jako testerka i scrum masterka w trójmiejskim startupie. Cały czas się uczę, ale jest to napędzane energią, która płynie z radości bycia na właściwym miejscu. Dlaczego chciała się przebranżowić, jak szukała pierwszej pracy bez doświadczenia w trakcie pandemii i co powiedział jej mąż, kiedy potrzebowali pieniędzy na życie? Przeczytajcie!

Małgorzata Zamorska, bohaterka wywiadu

Gosiu, powiedz czym zajmowałaś się wcześniej i skąd wziął się pomysł, żeby to zmienić?

Wcześniej, 10 lat z przerwami na macierzyństwo pracowałam w Teatrze Wybrzeże. Robiłam też różne inne rzeczy, ale generalnie działałam w branży kulturalnej. Pracowałam jako freelancerka dla muzyka Michała Jacaszka, wspierając go w organizacji tras koncertowych. Prowadziłam fundację dla zespołu muzyki współczesnej Kwartludium, pomagałam zdobywać fundusze i prowadzić projekty. Te dodatkowe rzeczy robiłam też w czasie, gdy byłam z dziećmi w domu.

A skąd pomysł na zmianę? Od początku, jak się dzieciaki zaczęły rodzić, szukałam możliwości rozwoju i tego, żeby ten czas wypełnić. Nie tylko macierzyństwem. Po urodzeniu pierwszego syna skończyłam studia podyplomowe z zarządzania projektami. Myślę, że jak dla wielu kobiet:

jak masz wyjść z domu i nie być z rodziną, to chcesz, żeby twoja praca była dobrze ceniona, żeby to się opłacało.


Czyli z jednej strony były to przyczyny finansowe, a z drugiej chęć rozwoju i szukania wyzwań.

Jakie studia ukończyłaś?

Międzywydziałowe Indywidualne Studia Humanistyczne na UMK w Toruniu, w ramach których ukończyłam jednocześnie dwa kierunki: socjologię i etnologię.

Zaraz po studiach pracowałam w dziale promocji uczelni. Potem wymyśliłam sobie, że chcę pracować w kulturze, więc przeniosłam się z Torunia do Trójmiasta, rozpoczęłam pracę w Teatrze Wybrzeże. Miałam też jakieś inne współprace, między innymi z Nadbałtyckim Centrum Kultury.

A jak to się stało, że trafiłaś właśnie do IT? Co było najpierw? Testowanie?

To dużo dłuższa historia. To nie tak, że jednego dnia złożyłam wypowiedzenie w Teatrze Wybrzeże, a drugiego byłam w IT.

To były dwa lata przygotowań i małych kroków.

Ale nadal pracując, tak?

Czy mamy czas na dłuższą opowieść? Po urodzeniu pierwszego syna wróciłam do teatru na nowe stanowisko i prowadziłam rzeczy związane z edukacją. Rozkręciłam to i pojawił się drugi syn. Będąc na urlopie wychowawczym, nie zdążyłam jeszcze podjąć decyzji, kiedy chcę wracać, gdy zadzwonili z Teatru i powiedzieli: „Małgosia, jest projekt unijny do napisania”. I z dzieciakiem na kolanach pisałam wniosek unijny. Kompletne wariactwo.

Gdy jesteś na macierzyńskim, to masz czas na przemyślenia, na łapanie dystansu i zastanowienie się czy dalej chcesz robić to, co wcześniej.

Przy trzecim synu już wiedziałam, że unijne projekty nie za bardzo mnie interesują, że droga w kulturze się dla mnie wyczerpała. Potrzebowałam też lepiej płatnej pracy.

Wtedy wiedziałam już, że zarządzanie projektami bardzo się zmieniło. I że to, czego się uczyłam dziesięć lat temu na studiach podyplomowych jest już nie do końca aktualne.

Rozglądając się za tym, co mogłabym robić szłam według kroków, które doradcy zawodowi polecają i to się sprawdziło. Znalazłam mentorkę, Małgorzatę Kusyk, która jest doświadczoną project managerką, mocno związaną z Agile, które jest popularnym podejściem w IT.

Zobaczyłam na Linkedin, że Małgosia prowadzi kursy w ramach „Akademii Zwinnej Liderki”, który kosztował ze dwa tysiące. To były jakieś niebotyczne pieniądze dla mnie, ale pomyślałam: „Ja tam mogę krzesła przestawiać, kawę robić, tylko niech one mnie tam wpuszczą”. I po prostu do niej zadzwoniłam, umówiłam się na spotkanie i powiedziałam, że chciałabym być wolontariuszem.

Przeczytaj także: Czy bez technicznych umiejętności nadaję się do IT? Tak, to jest możliwe!

I dopięłaś swego?

Miałam pomagać podczas szkolenia wyjazdowego, które ostatecznie nie doszło do skutku. Jednak Małgosia po jednej rozmowie stwierdziła, że pasuję do zespołu, zaufała mi. To było jak rollercoaster, bo właściwie dwa dni później byłam odpowiedzialna za social media programu, który się zaczął kształtować. Zostałam z nimi na rok wolontariatu.

Żeby dla nich pracować, uczyłam się social mediów i uczestniczyłam we wszystkich kursach, szkoleniach Akademii, czerpałam z ich wiedzy. Pracowałyśmy zdalnie i zwinnie, więc na szybko nauczyłam się Zoom, Slacka i Asany.

Ale najważniejsze dla mnie było głębokie zanurzenie w podejściu zwinnym – partnerskim, opartym na wzajemnym szacunku i zaufaniu, zakładaniu dobrych intencji i otwartości na błędy. Po hierarchicznym środowisku, jakie znałam z uczelni i teatru była to dla mnie nowość. I często otrzymywałam informację zwrotną od dziewczyn, pokazywały mi “obszary do rozwoju”. (śmiech).

To był dla mnie ważny czas, otrzymałam ogromne wsparcie i utwierdzenie, że moje umiejętności z kultury mogą przynosić wartość w biznesie.

Do dziś mam bliską relację z Małgosią Kusyk i Barbarą Mróz z Akademii. Bardzo dużo im zawdzięczam.

Potem najmłodszy syn poszedł do przedszkola, więc miałam trochę więcej czasu. I wtedy też nie poszłam od razu do IT, bo nie do końca jeszcze byłam pewna tego kierunku. Po drodze zorganizowałam Zlot Latającej Szkoły Agaty Dutkowskiej i przez moment wydawało mi się, że organizacja konferencji to jest to, co chcę robić. Miałam próby podjęcia pracy stałej, które się nie do końca powiodły. Przez ponad pół roku pracowałam dla muzeum etnograficznego we Wdzydzach i robiłam im kampanię marketingową.

Czyli ta kultura gdzieś tam cały czas się przeplatała, tak?

Tak, tak. Gdzieś tam mnie to ciągnęło i wciąż nie byłam do końca pewna, w którym kierunku iść. W końcu podjęłam decyzję, że zrobię certyfikat z zarządzania projektami bazując na moich wcześniejszych doświadczeniach.
I jak już powoli dojrzałam, że jednak IT – przyszła pandemia… Wszystko to, na co liczyłam, czyli na chłonny rynek i że może mi się uda bez doświadczenia, w ciągu jednego dnia się zmieniło.

To był dla mnie bardzo trudny czas. Po pierwsze – nie byłam w stanie pracować zarobkowo, bo musiałam zajmować się chłopcami. Po drugie – nie byłam w stanie się przygotowywać do egzaminu. Wcześniej ustaliliśmy z mężem, że dwa, trzy miesiące nie pracuję, nie biorę zleceń, uczę się do tego egzaminu, zdaję i szukam pracy. A rzeczywistość pokazała, że kolejne trzy miesiące jestem nauczycielką dla swoich dzieci.

Jednak powoli znalazłam w sobie motywację i zawalczyłam o czas do nauki. Pomyślałam sobie: No dobra, trudno, nie dostanę tej pracy w IT, ale już ten egzamin zdam, skoro tyle pracy już w to włożyłam.

Na początku czerwca zdałam.

Potem nadal wpółpracowałam z Małgosią Kusyk, tworząc kursy online. Byłam już przekonana, że od września zacznę szukać nowej pracy. W międzyczasie uczestniczyłam w konferencjach, spotkaniach online, rozmawiałam z osobami pracującymi w IT. Coraz bardziej nabierałam odwagi, że w tej branży i w zwinności bym się widziała. Nie było to jednak mocno zdefiniowane, że chcę być Scrum Masterką. Byłam otwarta na to, czego się mogę jeszcze nauczyć, w czym się mogę rozwinąć i co się może wydarzyć.

Nie miałam dużej nadziei, bo wszędzie widziałam ogłoszenia, w których wymagano dwóch lat doświadczenia w IT. No ale starałam się nie poddawać, mówiłam znajomym, że szukam pracy. Znalazłam ogłoszenie, agencja szukała digital project managera.

Tam też było wymagane roczne doświadczenie na podobnym stanowisku, ale napisałam odważnego maila, że mężczyźni aplikują jak spełniają 60% wymagań, a kobiety jak 100%. I że wiem, że nie spełniam wymagań, ale może by jednak się ze mną spotkali.

W środę wysłałam to zgłoszenie, a w czwartek zadzwonił znajomy, który ma startup IT. Powiedział, że kogoś szuka i w ciągu jednego dnia podjął decyzję ze swoim wspólnikiem, że chcą ze mną współpracować. Postanowili dać mi szansę mimo braku doświadczenia w IT. Tego samego dnia zadzwonili z tej agencji. Postanowiłam spróbować i wzięłam udział w rozmowie rekrutacyjnej, żeby się sprawdzić. Po rozmowie kwalifikacyjnej w agencji wiedziałam, że bliżej mi do startupu. Poczułam, że jest to miejsce, gdzie dużo jest jeszcze do zrobienia.

Historia jest jak z filmu, bo już miałam wysłać maila do agencji, żeby nie brali mnie pod uwagę w procesie rekrutacji, a oni zadzwonili i chcieli mnie zatrudnić. Było to bardzo budujące dla mnie.

Firma, z którą współpracuję – Polskie Polisy – buduje system iBooster dla agencji ubezpieczeniowych. Potrzebowali testera i Scrum Mastera, i kogoś od projektów, bo przekształcali się w większą organizację. Nigdy wcześniej nie testowałam, ale pomyślałam, że szybko się tego nauczę.

Masz rację, fantastyczna historia jak z filmu. Z jakim przyjęciem spotkałaś się w nowej pracy? Czy coś cię rozczarowało?

Na pewno bałam się wszystkiego. I na pewno te pierwsze chwile były bardzo trudne. Ale zostałam ciepło przyjęta. To mała organizacja z dobrą atmosferą, bardziej jak grupa znajomych.

Czy miałaś jakieś szkolenie z testowania? Uczyłaś się w domu?

Robię testy manualne, weryfikuję funkcjonalności systemu. Deweloperzy, którzy wcześniej swoją pracę testowali wprowadzili mnie w temat. To było pozytywne zaskoczenie dla mnie, bo spodziewałam się oporu z ich strony.

Miałam trochę takich doświadczeń, że dział techniczny patrzy na ciebie z góry i myśli: „Co znowu chce ta dziewczyna z marketingu?”. Byłam otwarta na to, że inżynierowie będą mieli spory dystans do mnie ale większość z nich dobrze mnie przyjęła.

Testowanie też mi się spodobało. Jest to momentami nużące, ale śmiałam się do moich kolegów, że ja jestem matką. Nużące, powtarzalne zadania to jest coś, co mnie nie rusza.

Ale pełnisz w tym zespole również rolę Scrum Mastera, tak?

Pierwszy miesiąc był adaptacyjny. Miałam się przyglądać temu, co się dzieje i nie miałam poważniejszych zadań. W drugim miesiącu zaszła zmiana organizacyjna, która wprowadziła mnie jako Scrum Masterkę i został powołany Product Owner.

Jak zdobywasz wiedzę na co dzień?

Firma nie sponsoruje szkoleń, a moje zarobki nie pozwalają wydawać dużych sum na szkolenia, więc dalej idę swoim sposobem, żeby się dokształcać tanio. Czytam książki, uczestniczę w różnych webinarach, w meetupach, w spotkaniach. Grup scrummasterskich jest dużo, a środowisko agilowe jest otwarte.

Mężowi zadałam pytanie: „Na ile spotkań w tygodniu się zgadzasz?”. No bo to tak jest, że jest się w pracy 8 godzin, a potem jeszcze dwie, trzy godziny na spotkaniu online.

Gosiu, co byś poradziła osobom, które próbują znaleźć swoją drogę zawodową?

Myślę, że warto dać sobie czas, żeby rozpoznać w czym się jest dobrym. Po podjęciu decyzji, gdy już wiemy, w jakim kierunku chcemy się rozwijać – pomaga konsekwencja i ludzie. Jak chcesz zająć dane stanowisko, to spotkaj się z osobą, która już je zajęła i zapytaj ją, jak tam dojść. Porozmawiajcie o tej roli i upewnij się, czy to na pewno dla Ciebie.

Przeczytaj także: Jak mieć ciekawą pracę zdalną mając przy tym czas dla dziecka? Bez programowania, ale w IT? Historia Kasi.

Czyli nie tylko teoria, ale też słuchanie podpowiedzi?

Tak. Oprócz tego warto też skorzystać z pomocy profesjonalistów, którzy pomogą odkryć mocne strony. Ja blisko współpracowałam z Małgorzatą Prawdzik, coachem, też na zasadzie barteru. Małgosia przeprowadziła ze mną badanie Kompas Kariery, inna koleżanka zrobiła mi w ramach badań naukowych test FRIS. To pomogło utwierdzić się, jakie są moje mocne strony. Polecam takie przyjrzenie się sobie.

Jak poczujesz, że to co masz i to, czego potrzeba w organizacji się uzupełnia, to po prostu jest flow, które pozwala mi właśnie teraz, z zaangażowaniem rozwijać kompetencje, których jeszcze nie mam.

Cały czas się uczę, ale jest to napędzane energią, która płynie z radości bycia na właściwym miejscu.

A jakie są twoje największe wyzwania na co dzień? Co jest dla ciebie trudne?

Na początku najtrudniejsze było to, że nie rozumiałam o czym zespół rozmawia. Kompletnie nic. Czytałam tego Slacka i nic. Miałam wrażenie, że mówią szyframi. To trudna sytuacja, bo nie jesteś w stanie pomóc – nie rozumiesz o czym jest mowa.

I to jest cudowne, że jestem też testerką, dzięki czemu szybko poznałam system, czyli to, na czym chłopaki pracują. Pozwoliło mi to zbliżyć się do nich. To, że im pomagam w pracy, uwiarygadnia mnie. Nie jestem tylko panią z żółtymi kartkami, która coś na flipcharcie rysuje, tylko zakasuję rękawy i z nimi walczę o produkt.

Jak sobie poradziłaś z tym, żeby ich jednak zrozumieć?

Na początku po prostu czytałam wszystko, co pisali do siebie. Co mnie dotyczyło, co mnie nie dotyczyło. Cały czas śledziłam wszystkie rozmowy na wszystkich kanałach. Przez pierwsze dwa miesiące notowałam przebieg spotkań i analizowałam. I bardzo dużo pytałam, albo googlowałam. I szukałam wsparcia, dzwoniłam do przyjaciół się wyżalić. Małgosia Kusyk pocieszała mnie, że zwykle w projekcie wdrożenie zajmuje od 3 do 6 miesięcy.

Pracowałaś stacjonarnie, czy od razu była to praca zdalna? Jak teraz pracujesz?

Pracę zaczęłam w październiku, wtedy pracowaliśmy hybrydowo, czyli wszystkie spotkania scrumowe były offline, a trzy dni w tygodniu byliśmy online. Teraz, ze względu na pandemię, pracujemy online.

A czy teraz, po pół roku pracy w nowych rolach, możesz powiedzieć, że czujesz się pewnie?

Cały czas czuję, że powinnam zgłębić w proces wytwarzania oprogramowania. Dużo czytam, szukam kursów, zaczęłam się z moim synem uczyć Pythona. Z jednej strony ty, jako Scrum Masterka nie masz ingerować w pracę zespołu. Z drugiej strony, jak kompletnie nie rozumiesz, na czym polega praca zespołu, to jesteś kosmitą.

Po czasie, widzę, że wymaganie dwóch lat doświadczenia jest uzasadnione. Nie dziwię się, szczególnie dużym organizacjom, które mają presję rynku i małe budżety. Trzeba szybko dostarczać wartość. Nikt nie ma czasu, żeby pochylać się nad kimś, kto nie ma zielonego pojęcia. Dlatego widząc swoje braki szybko znalazłam mentora, Scrum Mastera, który ma również dużą wiedzę techniczną.

Myślę, że po trzech miesiącach poczułam, że wnoszę wartość. Przede mną jeszcze jest bardzo długa droga i jeżeli chodzi o testowanie, i jeżeli chodzi o bycie Scrum Masterem. W pewnym momencie będę musiała zdecydować, w którym kierunku idę. Bo to duże wyzwanie pełnić te role jednocześnie.

A jakbyś miała teraz wybrać, to która ścieżka ciągnie cię bardziej?

Zdecydowanie Scrum Master. To jest taki dobry duch zespołu. Osoba, która widzi konflikty, pomaga się dogadywać. To jest trudne do zrozumienia dla wielu osób, co ten Scrum Master robi. Czym on się zajmuje w ogóle? Karteczki na tablicy przykleja, spotkania przeprowadzi…

Właściciele firm pytają: “Ale czy to musi być etat, żeby prowadzić spotkania?”. I często Scrum Masterem i Product Ownerem stają się członkowie zespołu, którzy jednocześnie programują. Albo tak jak ja – jestem testerem i Scrum Masterem. Ale widzę dużą wartość tej roli w organizacji, która chce się uczyć i rozwijać. Dostosowywać do zmieniającej się rzeczywistości.

Jakie cechy u siebie wypatrzeć, żeby wiedzieć, że Scrum Master to może być moja droga?

Informacji na temat tego jakie cechy ma Scrum Master i jakie powinien mieć jest bardzo dużo w sieci. Niektóre rzeczy można w sobie wypracowywać w trakcie. Wydaje mi się, że najważniejsze pytanie, na które trzeba odpowiedzieć to, czy taka praca by mnie cieszyła. Warto porozmawiać z kilkoma osobami pracującymi w tej roli i poszukać odpowiedzi w sobie.

Scrum Master pomaga zespołowi zadając właściwe pytania, pokazując cele. Od Scrum Mastera oczekuje się też, że będzie w tle, z boku. Ja mam bardziej dyrektywną naturę, więc dla mnie wyzwaniem jest to, żeby się odsunąć. Nie prowadzić wszystkich spotkań, nie narzucać rozwiązań, nie matkować zespołowi. Chodzi o to, żeby uświadamiać problemy i zachęcać do ich rozwiązania, prowadzić zespoły w kierunku samoorganizacji.

Ale też warto rozwijać się na wielu frontach bo nigdy nie wiesz, kiedy okaże się, że te cegiełki pasują, prawda? W którymś momencie to jakoś tak wszystko zaskoczy. To też jest ciekawe.

Tak. Ale to też jest zaskakujące, że ja na początku tej drogi widziałam się w takim klasycznym zarządzaniu projektami i byłam mocno do tego przekonana, chociaż czułam też, że na project managera, który wszystko trzyma twardą pięścią się nie nadaję. A w Scrumie, jako lider służebny, się odnalazłam.

Czy to, że masz trzech synów pomaga ci w pracy z młodym zespołem IT?

W drugą stronę (śmiech)! Dzięki temu, że teraz jestem w IT, to ja mam o czym rozmawiać z dwunastolatkiem. Na przykład uczymy się razem Pythona.

Jakie według ciebie największe błędy popełniałaś szukając pracy w IT?

Wydaje mi się, że to nie jest tak, że są błędy których nie należy popełniać. Staramy się robić wszystko najlepiej jak potrafimy, albo jakie mamy zasoby w danym momencie. Każda trudniejsza rzecz jest dla nas w pewnym sensie budująca.

Przypomniała mi się sytuacja, gdy pod koniec wolontariatu w Akademii Zwinnej Liderki szukałam płatnej pracy. Miałam wtedy rekrutację do agencji marketingowej, na project managera. Wydawało mi się, że to jest moja praca marzeń, że super się nadaję na to stanowisko. Nie dostałam tej pracy. Później dowiedziałam się, że nie byłam wystarczająco pewna siebie. To był dla mnie duży kop, bo wydawało mi się, że poszłam tam taka naładowana i pozytywnie nastawiona.

Przeczytaj także: O czym mówią programiści? Program „Praktycznie w IT” powstał z myślą o Tobie!

To ci pomogło, czy zablokowało cię?

Na moment mocno zablokowało. Ktoś ci mówi, że jesteś za mało pewna siebie, więc myślisz: “Co z tym można w ogóle zrobić?”
To rozpoczęło we mnie proces przyjęcia siebie w pełni taką, jaka jestem. Zaczęłam myśleć: „No dobrze, nawet jak coś zrobię niewystarczająco, to z każdym krokiem czegoś się uczę”.

W tym wszystkim bardzo ważne było to, że mój mąż mnie wspierał. Był przekonany do tej zmiany, którą powoli wdrażałam. Były takie momenty, kiedy brakowało pieniędzy, oboje nie mieliśmy zleceń i zjadaliśmy oszczędności.

Mógł powiedzieć „Wracaj do teatru na ciepłą posadkę” a mówił: „Poradzimy sobie”.

Dawał mi przestrzeń, żeby się rozwijać.

Zmiana trwała dość długo, wymagała cierpliwości. Może jak wszystko postawisz na jedną kartę, jesteś bardziej odważna i działasz z większym tupetem, to można szybciej osiągnąć cel. Wydaje mi się jednak, że niektóre sprawy muszą się w człowieku poukładać. I to nie jest szybko ani wolno, tylko jest w twoim tempie.

Warto też mieć system wartości. Wiedzieć co jest dla nas ważne. W pewnym momencie uświadomiłam sobie, że dzieci są dla mnie ważne i przestałam mieć wyrzuty sumienia. Gdy moje dzieci były chore albo mnie potrzebowały i zawalałam pracę to myślałam sobie: „Taką podejmuję decyzję, bo to jest dla mnie ważne. To jest dla mnie ważniejsze niż te zobowiązania”.

I to jest dobra puenta. Pamiętajmy, co jest dla nas ważne. Dziękuję za rozmowę i życzę samych sukcesów we wszystkich, ważnych dla Ciebie obszarach.

Rozmawiała: Marta Wiencek

Zdjęcia:  Grzegorz Kusyk i prywatne archiwum Małgosi

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Z wykształcenia chemik technolog. Na co dzień "robi w kryształach", a w wolnych chwilach wspiera Mamo Pracuj, a szczególnie program #MamoPracujwIT ;-) Zafascynowana zarządzaniem projektami, szczególnie metodykami zwinnymi. Prywatnie żona i mama.
Chcę otrzymywać inspiracje, pomysły i sugestie jak pracować i nie zwariować.
Newsletter wysyłamy raz na 2 tygodnie