Czego szukasz

Hypo-mam-dria. Ty też tak masz?

Już widzę jak się któraś przyzna: ja też tak mam. Może raz w roku… najwyżej raz w roku, kiedy wysyłam dziecko na kolonie i jakoś tak mi przez głowę przemknie, że jakby się coś stało… Ale na co dzień, to nie. Nigdy. Przecież nie dałoby się tak żyć!

hypomamdria lęk o dziecko

Jak dziś pamiętam, kiedy moja znajoma urodziła długo wyczekiwane dziecko. Wszystko poszło jak z płatka, żadnych komplikacji. Już po tygodniu zapytała na portalu społecznościowym, czy ten lęk o dziecko, jakieś ćmienie z tyłu głowy, niczym ćmiący ząb, to takie doraźne jest zjawisko, czy znika po zakończeniu się połogu czy jak… Taaa… odpowiedziałyśmy zgodnym, jak rzadko, chórem, taaa… – przeciwnie wręcz, nie znika, a się nasila. I wy też tak macie, wy też, dopytywała dalej. No, my też.

Przeczytaj także: Jak odciągnąć dziecko od komputera? Każdy pomysł na wagę złota!

Katar-sratar

Lęk o dziecko. Jedna z najnieprzyjemniejszych emocji towarzyszących macierzyństwu. Przy pierwszym potomku potrafi paraliżować. Jeszcze człowiek zielony i albo naiwnie wierzy, że wszystko złe go ominie, albo że wszystko złe wydarzy się naraz i ze skutkiem śmiertelnym. Więc katar urasta do rangi osobistego dramatu. Katar niemowlęcy, dodajmy, przypadłość wyjątkowo mobilna: u jednych migruje w dół (oskrzela, płuca), u innych w górę (ucho). Mógłby sobie zalegać in situ, po ludzku: w miejscu (pochodzenia), w nosie, to by go człowiek glutownikiem odkurzaczowym spacyfikował, inhalatorem tłokowym kompresorowym wywabił i po sprawie. Ale nie: katar, zapalenie oskrzeli, zapalenie płuc, powikłania, szpital. Co lęgnie się w głowie matki zakatarzonego niemowlęcia pierworodnego? No… najpierw nic, że niby katar-sratar, a potem wszystko.

A to tylko gluty.
A jeszcze bo nie je. Albo je za dużo.
Bo nie śpi. Śpi niespokojnie. Takie dziwne dźwięki wydaje, kiedy śpi. 
Płacze. Nie płacze. Nie wtedy, kiedy trzeba płacze. Może za cicho płacze… Za głośno wyje.
Co wizyta u pediatry, to wynajdują dziurę w całym: nadwaga, niedowaga, nadmiar, niedomiar. Nie szczepić, bo wątłe; szczepić galopem, cholera u wrót!

Co koleżanka się zjawi, to komentarz. Co teściowa nawiedzi – dobra rada. Co Internet odpalimy – same informacje złowieszcze.

I kiedy już intuicja nasza matczyna zwiedziona, na manowce wyprowadzona, zdrowy rozsądek leży i kwiczy pojawia się on – pryszcz. Jesooo… drugi. I piąty. Teraz to już na pewno koniec! Wszyscy mieli rację: pediatra, koleżanki, teściowa, Internet. Już-po-ptokach… A trzeba było…

Przeczytaj jeszcze: Moje dziecko ulega modzie. Jak nie ulegać dziecku?

Wrrróć!

Tak mi się dobrze pisze, palce same suną po klawiaturze. Śmichy chichy. Może dlatego, że, odpukać, wszyscy zdrowi.

Napoleon miał rację; trzeba się śmiać, żeby nie płakać. Bo w matczynym lęku o dziecko nie ma nic, ale to nic śmiesznego. Moja jedenastoletnia dziś córka pierwsze siedem lat swojego życia przechorowała. Gdybym miała sobie jakiś kryptonim wybrać szpiegiem zostawszy, postawiłabym na L-4. Od opieki do opieki.

To wtedy dowiedziałam się o istnieniu wirusów rota, poznałam urok „niepójścia na kolejny antybiotyk”; zorientowałam się, że nocą przychodnie przyszpitalne pełne są takich samych jak ja zlęknionych matek. Żadnej nie było do śmiechu, czasem do śmiechu przez łzy. A były to czasy, kiedy mediów nie zalewały jeszcze w takiej ilości informacje o odmawiających pomocy lekarzach, odsyłających zlęknione matki do innych placówek, bądź zalecający wezwanie taksówki, niehisteryzowanie i w ogóle z czym do gościa…

Młoda poszła do szkoły, chorowanie się skończyło.
A potem urodził się Młody.
Do 4 roku katar miał ze trzy razy. Niemobilny katar. Posiedział z inhalatorową maseczką na paszczy, odessał się glutownikiem. Kropka. 
Gardło Cię boli? Dawaj zapsikamy. 
I chyba tyle.
Kleszcze umiemy wyjmować sami. Co robić potem – wiemy. 
Upadnie – podnosimy.
Zje z podłogi – patrzymy czy aby nie sąsiadowego chomika, bo jednak to osobnik wysoce mięsożerny.
Krew się leje – tamujemy.

Przeczytaj także: 15 książek o świętach, które zachwycą Twoje dziecko!

Znaczy lęk minął?

Skąd!

Lęk się tli, ćmi z tylu głowy, ale nie pozwalamy mu się zdominować. No bo przecież skoro tak rzadko choruje, to jak już zachoruje, to pewnie raz, a dobrze. Bo to wszystko zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe. Bo kiedyś się ta dobra passa skończy…

Nieprzespane noce, ograniczone kontakty ze światem, zmęczenie uniemożliwiające obejrzenie filmu i przeczytanie książki, kłopoty ze znalezieniem pracy… Wiele jest ciemnych stron macierzyństwa. Jednak lęk o dziecko jest w moim osobistym rankingu stroną najciemniejszą.

Umiecie sobie z nim radzić?

Zdjęcie: Canva

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Nałogowa czytelniczka, która kocha pisać i pisarka, która nie umie żyć bez czytania. Autorka powieści "Oaza spokoju" i "Pustostan". Copywriterka, webwriterka, blogerka. Matka, żona i kociara z tytułem naukowym.
Podyskutuj
Chcę otrzymywać inspiracje, pomysły i sugestie jak pracować i nie zwariować.
Newsletter wysyłamy raz na 2 tygodnie