Czego szukasz

House manager w domu pełnym kosmitów

Przeczytałam wywiad z Justyną Walczak, niezwykłą, spełnioną mamą, opowiadającą o życiu w rodzinie z dziewiątką dzieci (i z dziesiątym w drodze…). „O, ludzie, to przecież niemożliwe!” – pomyślałam, mając sama na co dzień do ogarnięcia małe kosmitki w liczbie zaledwie dwóch. Niedowierzanie, podziw i ciekawość sprawiły, że czym prędzej postanowiłam kupić książkę. O wywiadzie opowiedziałam przyjaciółce, też mamie. „To jak rozmawiać z kosmitą…!” – skwitowała. Nie wiedziała o książce, a tym bardziej o jej tytule.

Multirodzina

Książka Justyny Walczak porusza ważną kwestię, a mianowicie problem społecznego postrzegania rodzin wielodzietnych. Autorka opisując własne doświadczenia i reakcje napotykanych osób, najczęściej pisze o współczuciu, czy upatrywaniu oznak patologii w posiadaniu licznego potomstwa. Kiedyś rodzenie dzieci uznawano za całkiem normalne zjawisko, bo i podobnych rodzin było więcej… Teraz jednak, wielu obywatelom w głowie się nie mieści, że można z wyboru zostać pełnoetatową multimamą i szczęśliwym multitatą. A to właśnie ich sposób na życie!

Poświęcić się pracy zawodowej, czy zrobić karierę w macierzyństwie? Justyna już zdecydowała. Autorka książki podkreśla, iż jest kobietą świadomą, realizującą swoje powołanie. Traktuje je jako konkretną pracę do wykonania. A uzyskany dyplom lekarza? Przy częstym udzielaniu pierwszej pomocy własnym i okolicznym dzieciakom, stał się bezcenny. Wynagrodzenie? Owszem, jest – „w postaci zwielokrotnionej miłości” – pisze Justyna.

Justyna pięknie wyraża się o swoich dzieciach. Używa wielu różnych określeń, a pod każdym z nich kryje się morze miłości. Ze wzruszeniem przewiduje moment, kiedy znów będą musieli z mężem przesiąść się do wozu w normalnym rozmiarze…

Inwazja kosmitów

Tytułowi „kosmici”, czy „obcy”, jak pisze o swojej gromadce Justyna, to główni bohaterowie, czyli Walczakowa gromadka. Wydają się być „obcymi”, kiedy zmieniają się, dorośleją i wyślizgują się z rodzicielskich sieci. Stają się samodzielni i zaczynają mieć własne zdanie. Ku zdziwieniu mamy, coraz częściej krytyczne, również i wobec domowych zasad. Wychowanie zaczyna stawiać coraz większe wyzwania. Trudno nadążyć, kiedy ma się w domu przedstawicieli wszystkich rozwojowych etapów. Kosmiczne perpetuum mobile.

Rodzicom wesołej gromadki też przydaje się kosmiczny pierwiastek. Muszą zaopatrzyć się w niespożyte pokłady energii, cierpliwości i pomysłów. Zarządzanie takim statkiem kosmicznym wyczerpuje, dając jednocześnie siłę na ciąg dalszy. Cieszy, śmieszy, wzrusza, denerwuje i pogrąża w otchłani rozpaczy. Na przemian i w kółko.

Sport ekstremalny

Justyna jednak nie narzeka i nie użala się nad sobą. Nie odkrywa przed nami wszystkich swoich emocji. W swojej rodzinnej opowieści jest prawie zawsze radosna i zdystansowana. Można podziwiać jej wypracowany, zdrowy dystans do błahych spraw. Tym bardziej, że odróżnienie problemów ważnych od całej reszty, wcale nie jest łatwe.

Autorka oszczędza nam nieodłącznej przecież, ciemnej strony medalu. Nawet kiedy wylicza powody wizyt na izbie przyjęć zaprzyjaźnionego już szpitala, robi to wydawałoby się, z uśmieszkiem na ustach. „(…) czujemy się szczęśliwi, mogąc uprawiać z mężem ten sport ekstremalny (…)” – podsumowuje.

Uważam, że jednym z lepszych fragmentów jest opis „porodowego współ-doświadczenia” ojca rodziny, Wojtka. Są spore emocje i wzruszenie.

Szkoła życia

Każdy członek Walczakowej rodziny przechodzi swoistą szkołę życia. Najtrudniejsze lekcje odrabia pewnie mama, dzielnie stawiając czoła codziennym multiwyzwaniom. W książce mamy garść dowcipnych opisów logistyczno-wychowawczych wirtuozerii oraz efektywnego manipulowania zasobami w wykonaniu Justyny. Wyrazy uznania należą się również tacie, który nie tylko stara się zapewnić rodzinie ważną część „zasobów”, ale dba o to, by być aktywnym tatą, kiedy to tylko możliwe.

„Progenitura” Walczaków nie ma wyboru. Czeka ją przyśpieszony proces dorastania. Mama i tata nie mogą być na każde zawołanie. Miłość i uwaga choć mnożone, są przede wszystkim dzielone. Podział obowiązków, dyżury i wspieranie (a z czasem i zastępowanie) mamy w wielu domowych pracach, wychodzi dzieciakom na dobre. Kochają się na zabój i kiedy trzeba, bez zastanowienia stają za sobą murem. Opieka nad młodszym rodzeństwem to dla nich inwestycja w rodzinną przyszłość.

Walczakowy kosmos to miejsce niezwykłe. Ciepłe i radosne. Tu nie ma mowy o nudzie. Nie ma też czasu na niepotrzebne rozmyślania. Jest tu i teraz, do dziesiątej potęgi!

Justyna Walczak „Dom pełen kosmitów”

Zdjęcie: 123 rf

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Absolwentka Wydziału Filozoficznego UJ. Psycholog dziecięcy i trener twórczości. Komponuje i prowadzi zajęcia dla dzieci. Od 2 i pół roku po uszy zanurzona w macierzyństwie. W codziennym ogarnianiu rzeczywistości pomagają jej poczucie humoru, marzenia i opisywanie tego, co się dzieje.
Podyskutuj

Jak szukać pracy, będąc etatową mamą – część 2

Jak przekonać potencjalnego pracodawcę do swoich umiejętności i jak zabrać się za szukanie pracy? Zapraszamy do drugiej części artykułu, w którym autorka omawia jak się zaprezentować pracodawcy!
Etatowa mama szuka pracy

Po wyznaczeniu „smartnego” celu, czas na inteligentny plan jego realizacji, czyli działanie

To, że szukając pracy należy zidentyfikować grupę docelową – to już wiemy. Twoje CV może być atrakcyjne tylko dla wybranej grupy pracodawców i trzeba jasno ją sobie wyodrębnić. Kolejną wartą zastosowania metodą ubiegania się o pracę jest też dotarcie do konkretnej osoby rekrutującej na dane stanowisko.

Nawiązanie z nią kontaktu, np. poprzez obecne biznesowe portale społecznościowe, może przynieść wiele korzyści. Choćby dlatego, że część ogłoszeń o pracy z różnych powodów nie jest nigdzie publikowana. Pracodawcy wykorzystują swoją sieć kontaktów, szukają zarekomendowanych osób bądź samodzielnie wyszukują kandydatów metodą direct search. Wtedy dobrze jest oczywiście znać kogoś, kto zna kogoś, kto wie, że dany pracodawca szuka nowej osoby do zespołu, albo samemu przez kontakt z rekruterem „pokazać” siebie i swoją wolę podjęcia pracy.

Sieć kontaktów

W obecnej sytuacji, jaka jest na rynku pracy, nie wystarczy tylko odpowiadać na ogłoszenia zamieszczane na portalach pracy. Dobrze jest być obecnym w Internecie, często bowiem rekruterzy przeszukują wspomniane portale społecznościowe, takie jak Goldenline, LinkedIn, nawet Facebook czy Twitter w poszukiwaniu odpowiednich kandydatów.

Oczywiście też dzięki tworzonej w Internecie sieci kontaktów zwiększamy swoje szanse na bycie dostrzeżonym. A co więcej, możemy jako młode mamy opisać swoje oczekiwania, doświadczenie, umiejętności. Możemy brać udział w dyskusjach na forach, choćby po to, by być na bieżąco z tym, co dzieje się w naszej branży, co pozwoli nie tylko ujawnić się światu, zmaksymalizować swoje szanse na otrzymanie ciekawej oferty, ale przede wszystkim jest dowodem naszej proaktywności w poszukiwaniu pracy – bardzo pożądanej i cenionej przez pracodawców cechy.

Przeczytaj także: Mama pracuje w domu. Poznaj te trzy historie!

Rozważając kwestię nurtującą wszystkie młode mamy, chcące wrócić do pracy po urlopie macierzyńskim/wychowawczym: jak przekuć przerwę w pracy zawodowej na atut w rozmowie z pracodawcą, przyszła mi do głowy jedna z najprostszych i najczęściej stosowanych technik analitycznych, do której szczerze zachęcam. To tak zwana analiza SWOT.

Skrót pochodzi z języka angielskiego i oznacza odpowiednio:

  • S – strenghts = silne strony;
  • W – weaknesses  = słabe strony;
  • O – opportunities = szanse;
  • T – threats = zagrożenia.

Choć metoda może wydawać się skomplikowana to… kluczem tej techniki jest szukanie zależności między tym, co mam ja sama, a tym, co daje otoczenie. Nasze silne i słabe strony to czynniki wewnętrzne – nasze zasoby to coś, co w pełni zależy od nas. Szanse i zagrożenia – to czynniki zewnętrzne, na które nie mamy bezpośredniego wpływu. Na przykład zapotrzebowanie rynku na określone umiejętności czy kompetencje.

Istotą tej analizy jest to, że silne strony mogą służyć niwelowaniu zagrożeń, a szanse mogą pomóc przezwyciężyć słabe strony.

Punktem wyjścia jest więc tutaj zdiagnozowanie z jednej strony tego, co potrafię i z drugiej strony tego, w czym jestem słaba. Im więcej wiemy o sobie, tym mądrzejsze i trafniejsze podejmujemy decyzje. Dobrze jest też zrobić analizę rynku – by wiedzieć, czy to, co chcę bądź mogę zaoferować, ma szanse spotkać się z zainteresowaniem oraz by zorientować się choćby, jaka jest konkurencja. Świadomość swoich mocnych i słabych stron wiedzie nas do zagadnienia, które jest kluczowe w życiu zawodowym. Są to kompetencje. I tu drogie Panie bez różnicy, czy jest się mamą 3 uroczych urwisów, czy zadeklarowaną bezdzietną singielką. Bez wyjątku – liczy się to, co wiem i umiem, a szczególnie to czy i jak potrafię to zaprezentować. Posiadanie umiejętności bowiem to jedno, umiejętność pokazania tego, co potrafię – to kolejne zagadnienie, przy którym na chwilę się zatrzymamy.

Jak Cię widzą, tak Cię piszą… czyli o sztuce autoprezentacji

Odwoływanie się do pojęć autoprezentacji i kreowania wizerunku w aspekcie poszukiwania pracy wydawać by się mogło przerostem formy nad treścią. Bo przecież nie chcemy wygrać wyborów prezydenckich, a „jedynie” znaleźć pracę. Ale przecież wysyłanie aplikacji, rozmowa kwalifikacyjna czy assessment centre to nic innego jak autoprezentowanie się!

Nie pozbędziemy się swojego wizerunku, więc warto o niego zadbać. Kreowanie wizerunku służyć ma nawiązywaniu i budowaniu dobrych relacji, wyzwalaniu pozytywnych emocji i co najważniejsze skutecznej komunikacji tego, co chcemy przekazać adresatowi, w tym wypadku potencjalnemu pracodawcy.

Moje CV

Już wysyłając swoje CV, coś o sobie mówimy. I nie chodzi tu tylko o zawartość treściową naszego zawodowego życiorysu, ale też o jego formę, przejrzystość, tzw. layout. Nie ma drugiej szansy, by zrobić pierwsze wrażenie, trzeba się więc postarać, by w naszym CV potencjalny pracodawca zobaczył dokładnie to, czego szuka. Warto więc podkreślić te z naszych zawodowych doświadczeń, które są adekwatne/zbieżne z wymaganiami stanowiska, o które się ubiegamy.

Tak samo jest z listem motywacyjnym. Przeciętny rekruter poświęca statystycznie „kilka spojrzeń” na to, by zaznajomić się z treścią listu. Bardzo szybko wyłapuje, czy jest to list pisany pod konkretne stanowisko czy szablon rozsyłany do wielu firm. Nic nie robi na pracodawcy gorszego wrażenia niż wiadomość, która ewidentnie została wysłana w tej samej formie do wielu firm. Nie wspominając już o sytuacji, kiedy kandydat wysyłając list do jednego pracodawcy, „zapomni” zmienić nazwę firmy, do której zaaplikował dzień wcześniej. To tak, jakby wysłać do wszystkich przyjaciół ten sam e-mail czy tę samą wiadomość SMS z życzeniami urodzinowymi. Może być to odczytane jako dowód braku szacunku, bądź motywacji. A to nie jest dobrze oceniane.

Dlatego ważne jest maksymalne zindywidualizowanie przekazu. Również w aspekcie treści, która powinna być odpowiedzią na ogłoszenie pracodawcy. To bowiem, co pracodawca chce przeczytać w liście, to nic innego jak przyczyna, dla której zaaplikowałaś właśnie na to stanowisko, a nie na kilkanaście innych.

Przeczytaj także: Jak sprawdzić i opisać znajomość języka w CV?

List motywacyjny

Pisząc list, warto posłużyć się metodą 5W. Z języka angielskiego: who, what, when, where, why? W liście powinniśmy zawrzeć więc informacje:

  • kto? (who?) wysyła CV – czyli ja,
  • co? (what?) – czyli moje dokumenty,
  • kiedy? (when?) – w dniu takim a takim,
  • gdzie? (where?) na takie, a takie stanowisko,
  • dlaczego? (why?).

I to ostatnie pytanie jest w zasadzie najważniejszą część listu. Pracodawca właśnie tej informacji szuka w liście motywacyjnym. Dlaczego ubiegam się o to stanowisko, co pracodawca zyska, zatrudniając mnie oraz co ja zyskam dzięki tej pracy. Wystarczy kilka zdań, ale na temat, jasno i konkretnie. Jest duże prawdopodobieństwo, że żaden rekruter nie będzie czytać trzystronicowego eseju o przebiegu twojej kariery. Dlaczego? Bo zwyczajnie – na tym pierwszym, wstępnym etapie selekcji aplikacji – nie ma na to czasu.

1 – 2 – 3 – 4 – 5 – 6 – 7 sekund

Wróćmy jednak do wspomnianego już kreowania wizerunku i związanego z nim zjawiska pierwszego wrażenia. Istnieją teorie, według których już w ciągu zaledwie kilku sekund nasz rozmówca wyrabia sobie opinię na nasz temat. Jest wiele praw psychologicznych podkreślających wagę pierwszego wrażenia, jakie wywieramy na innych.

Na przykład prawo pierwszeństwa, niezwykle ważne w przypadku rozmowy kwalifikacyjnej, które mówi, że pierwsze wrażenie, jakie tworzymy wobec drugiej osoby, wpływa na to, że jej późniejsze zachowanie  interpretujemy w sposób zgodny z tym pierwszym wrażeniem. Inne to uproszczone metody wnioskowania. Jedną z ważniejszych w kontekście rozsyłania aplikacji jest heurystyka dostępności. To reguła, na mocy której ludzie, wydają sąd, kierując się tym, jak łatwo mogą coś przywołać do świadomości (Aronson, 1997).

Dlatego to, jak łatwo rekruter może przywołać naszą aplikację w świadomości, zależy między innymi od tego, co mu przedstawimy w naszym CV. Im bardziej adekwatne informacje zgodne z wymaganiami stanowiska umieścimy w naszym życiorysie, tym bardziej zostaniemy zapamiętani jako osoby spełniające oczekiwania pracodawcy. Im więcej udokumentowanych sukcesów pokażemy przyszłemu pracodawcy, tym bardziej prawdopodobne jest to, że będziemy zapamiętani jako osoby, które odnoszą sukces. A przecież o to nam chodzi.

Motyw przewodni życia

Z kwestią pierwszego wrażenia związane jest również zagadnienie „lejtmotywu”, czyli motywu przewodniego. Chodzi tu o motyw przewodni naszego życia, o nasze przekonanie o sobie, o świecie. To wbrew pozorom często jest widoczne na pierwszy rzut oka i z dużym prawdopodobieństwem nasz rozmówca, w tym wypadku rekruter, jest w stanie wyłapać podczas rozmowy. Dlatego, aby nie pozostawiać miejsca na wątpliwości, które mogą zostać niekorzystnie dla nas zinterpretowane, najpierw trzeba poznać siebie, a potem dać się poznać tak, jak sobie tego życzymy.

Zachęcam więc – nim wyślesz swoje CV, zastanów się. Czy to właśnie jest ta praca, dla której poświęcisz część swojego cennego czasu. A także czy to jest właśnie ten pracodawca, dla którego chcesz osiągać swoje codzienne zawodowe sukcesy? Jeśli tak – nic, tylko aplikować i czekać na zaproszenie na rozmowę kwalifikacyjną. A o tajnikach rozmowy – w kolejnej odsłonie mojej rekrutacyjnej opowieści.

Polecamy pierwszą część artykułu: Jak szukać pracy, będąc etatową mamą

Zdjęcie: Canva

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Psycholog i certyfikowany trener. Od przeszło 6 lat związana z obszarem Zarządzania Zasobami Ludzkimi. Specjalizuje się w rozwijaniu potencjałów ludzi i ich "umiejętności miękkich". Fanka gór wysokich i podróży. Wróciła do pracy kiedy synek skończył pierwszy roczek.
Podyskutuj

Nad brzegiem piaskownicy usiadłam i myślałam… pracować czy nie?

Od jakiegoś czasu przebywasz na urlopie wychowawczym i myślisz o powrocie do pracy, ale boisz się rozstania z dzieckiem? A może przed ciążą nie byłaś aktywna zawodowo i teraz chciałabyś to zmienić? Wbrew pozorom podjęcie zatrudnienia po narodzinach dziecka wcale nie jest proste. Na pewno zadajesz sobie pytania: czy będę miała siłę pracować skoro w domu jest tyle obowiązków? Kto je przejmie? Czy w tej sytuacji jest jeszcze miejsce na pracę w moim życiu? Zapraszam na felieton mamy, która miała podobne wątpliwości…
Pracować czy nie - jak wrócić do pracy po przerwie?

Halo, tu mama

Po dwóch latach spędzonych na placach zabaw nabrałam nowej umiejętności – bezbłędnej oceny, które z mam tam przebywających są kobietami aktywnymi zawodowo. Co je wyróżnia? Entuzjazm – śpiewają dzieciom piosenki, recytują wiersze, podrzucają, huśtają i całą swoją uwagę poświęcają tylko im. Rzadziej się irytują i mają cierpliwość, by po raz setny tłumaczyć, dlaczego koledze z piaskownicy nie można wyrywać łopatki. Są w tym szczere i bezpretensjonalne. Łatwo je wyłapać wśród ziewających, zajętych patrzeniem na zegarek i zamyślonych nad listą zakupów pełnoetatowych mam.

Skąd w nich ta iskra? To proste, zdążyły się stęsknić, nabrać dystansu, ale przede wszystkim nie mają czasu do stracenia. Bo w ich życiu nie zabrakło miejsca na realizację własnych potrzeb, na odmianę od domowego reżimu, słowem na aktywność zawodową. Czy płacą jakąś cenę za często uznawaną w opinii publicznej „fanaberię” w postaci zatrudnienia? Czy ich pociechy na tym tracą?

Jeśli grafik jest na tyle elastyczny, by nie odbierać matki dzieciom na ponad 8 godzin dziennie, jeśli same mogą narzucić sobie tempo i limit czasowy pracy, z pewnością korzyści są obopólne. Wbrew pozorom nasze brzdące nie potrzebują mamy na okrągło by czuć się kochane. Wręcz przeciwnie – bywa to szkodliwe, bo obciąża mamę, która przyjmuje w życiu tylko jedną życiową rolę, niezwykle ważną, ale co z pozostałymi?

Przeczytaj także: Chcę pracować, bo kocham moje dziecko!

W poszukwianiu kobiety

Gdzie podziała się kobieta, partnerka, którą mąż się nieustannie fascynuje? W kolorowym magazynie dla nastolatek, stylizowanym na dojrzałą prasę kobiecą czytam: „niezależność jest sexy, miej przed nim tajemnice, mimo upływu lat zawsze zaskakuj czymś nowym, a podgrzejesz temperaturę waszego związku do poziomu z pierwszych trzech miesięcy”.

Dziecinne? Może trochę, ale bądźmy szczere, która z mam aktywna, czy nieaktywna zawodowo ma na to większe szanse? Która pamięta, by regularnie robić manicure i farbować pasemka, która ma codziennie ogolone łydki? Nie chcę nadepnąć na odcisk pełnoetatowym mamom, które przecież też dbają o siebie, a dzięki korzystaniu z pomocy niani lub babci mogą angażować się w wolontariat lub fascynujące hobby. I są sexy.

Zwracam się do tych, które zagubiły wiarę w siebie. Do tych, które chciałyby podjąć pracę, ale wątpliwości i niepewność, a także brak zrozumienia w otoczeniu ciągle je od tego oddalają. Czym jest aktywność zawodowa w porównaniu z przewalaniem ton nieświeżego prania, szorowaniem sterty zaschniętych naczyń, czy prasowaniem? Relaksem, mentalną idyllą, dopieszczaniem umysłu i ciała. Pomaga osiągnąć równowagę, zregenerować siły, słowem nie zwariować.

No dobra, a co z domem, dziećmi, gotowaniem, gdy my zarabiamy?

Wyjść jest kilka. Część obowiązków może przejąć tata, skoro zarabiamy, będzie też nas stać na opiekunkę, a może otrzymamy bezinteresowną pomoc kogoś bliskiego? Rodząc dzieci nie podpisałyśmy dożywotniego paktu wyparcia się własnych potrzeb, usunięcia w cień, czy odwalania w domu najczarniejszej roboty. Bycie mamą, nie musi oznaczać bycia służącą, gosposią, sprzątaczką i nianią w jednym. Jeśli i Ty zastanawiasz się: pracować czy nie… Przyszła wiosna, a wraz z nią czas odgruzować swoją garderobę, fryzurę i zakurzone CV!

Mamo pracuj jeśli chcesz!

Interesują Cię nasze propozycje dla rodziców?

Zapisz się do newslettera Mamo Pracuj i nie przegap żadnych nowości!

Zapisując się na newsletter, wyrażasz zgodę na przetwarzanie danych na zasadach określonych w polityce prywatności. W każdej chwili zgodę możesz wycofać.

Przeczytaj także: Kryzys macierzyństwa – czy mama powinna pracować?

Zdjęcie: Canva

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Mama pełną parą, która od spraw domowych i trywialnych ucieka w nałóg… pisanie. Dzieli się matczyną dolą i z innymi rodzicielkami na portalu www.niedoskonalamama.pl. Prowadzi także blogi www.takeitizi.pl oraz www.kobietawe-biznesie.pl.
Podyskutuj

Polecane artykuły

oferty
pracy
Sprawdź pełną listę
baza
pracodawców
Pracodawca przyjazny rodzicom
Reklama
Chcę otrzymywać inspiracje, pomysły i sugestie jak pracować i nie zwariować.
Newsletter wysyłamy raz na 2 tygodnie