Czego szukasz

Dajcie… sobie święty spokój. A dzieciom – dzieciństwo.

Mam zwyczaj zaginać rogi kartek podczas czytania. Im więcej zagiętych rogów, tym więcej zdań czy fragmentów, do których chciałabym wrócić. W przypadku książki Carla Honoré’a „Pod presją” liczba zagiętych rogów przekroczyła zdrowy rozsądek, ale nie dlatego, bynajmniej, że to dzieło wybitne i odkrywcze. Przeciwnie: każdy rozsądny rodzic znajdzie w nim tylko potwierdzenie swoich najgłębszych intuicji. Tylko i aż…

Osoba z wykształceniem pedagogicznym, psychologicznym czy też taka, która kiedykolwiek miała do czynienia z dziećmi, odniesie wrażenie, że Honoré wyważa otwarte drzwi. Ale zaraz potem zda sobie sprawę, że o ile w stosunku do swoich uczniów, wychowanków czy w ogóle powierzonych sobie obcych dzieci, wszystkie zasady „powolności” wychowawczej zastosować umiała, o tyle względem własnych dzieci – nie zawsze.

Wkręceni…

Konstatacji tej może towarzyszyć poczucie, że człowiek dał się wkręcić. W co? Najkrócej rzecz ujmując: w wyścig szczurów oraz tryby machiny marketingowo-psychologicznej, która połyka nasze marzenia o zwyczajnym spokojnym życiu i przerabia na potrzeby, których… nie mamy, a które nagle zaczynamy gwałtownie odczuwać.

Honoré nie odkrywa Ameryki, pisząc, że poddajemy nasze dzieci ogromnej presji: już od przedszkola; ba, od żłobka, naciskamy, by były wciąż lepsze, najlepsze: „W dzisiejszych czasach presja, żeby wyciągnąć z dzieci, ile się tylko da, wydaje się niepohamowana”.

Choć autor przemierza w celach rozpoznawczych miejsca odległe od Polski, omawiane przez niego zjawiska dotyczą także naszego życia.

Czyż i my nie zapominamy czasem, i bynajmniej nie dzieje się to w złej wierze, że: „[…] dzieci dobrze się rozwijają, jeśli mają czas i przestrzeń, żeby mogły złapać oddech, poobijać się i trochę czasem ponudzić, jeśli mogą odpoczywać, podejmować ryzyko i popełniać błędy, marzyć i dobrze się bawić według swoich wyobrażeń o dobrej zabawie, a nawet ponosić porażki”.

W naszych rodzinach wszystko kręci się wokół dzieci, zupełnie jakbyśmy chcieli zrekompensować dzieciństwo… sobie; jakby strach przed komunistyczną rzeczywistością żłobkowo-przedszkolno-szkolną ciągle jeszcze z naszych głów nie wywietrzał.

Zamiast zdrowego rozsądku, serwujemy dzieciom zdrową żywność i bez ograniczeń kupujemy zabawki określane mianem edukacyjnych, chociaż jak dowodzą wszelkie badania i obserwacje, to tylko zabieg marketingowy – najwięcej walorów edukacyjnych mają wciąż piłka i patyk, które nie dość, że rozwijają psychomotorykę, to jeszcze pomagają wciągać do zabawy inne dzieci i trenować kompetencje społeczne. „Można wyprodukować skomplikowaną zabawkę, która zmusi dzieci do manipulowania nią w określony sposób, ale dzieci tyle samo mogą się nauczyć, kiedy w kółko zdejmują pokrywkę z pudełka od butów i nakładając ją”.

Zamiast pozwolić dzieciom skupić się na jednej czynności, która wciąga bezgranicznie i pozwala poczuć radość odkrywania świata, serwujemy menu, składające się z wielu zajęć pozalekcyjnych, licząc na to, że skoro mama jest (bo musi być…) osobą wielozadaniową, dziecko także podoła. „Prawda jest taka – czytamy u Honoré’a – że mózg ludzki, w tym mózg dziecka ery informatycznej, nie radzi sobie zbyt dobrze z wielozadaniowością”.

Zamiast sprawić, aby nauka, zdobywanie wiedzy, odkrywanie praw rządzących światem były dla dzieci przyjemnością samą w sobie, mówimy: ucz się, żeby zdać egzamin. Nadpobudliwych – wyciszamy lekami, zahamowanych – za wszelką cenę próbujemy rozruszać, sennych – szprycujemy magnezem… „Czy aby nie nadchodzi czas, by dzieci przy wejściu na salę egzaminacyjną oddawały mocz do analizy?”.

Zamiast… zamiast… zamiast…

Może nareszcie pora na realizację postulatu Honoré’a – dajmy dzieciom święty spokój?

Książka, którą Wam polecam, nie jest dogmatycznym wykładem.

Autor przygląda się dzieciństwu z uwagą. Wędruje po świecie, podglądając rozmaite placówki edukacyjno-wychowawcze, rodziny znajomych i nieznajomych, a nawet przypadkowych klientów w sklepach z zabawkami czy księgarniach.

Raczej pyta, niż odpowiada.

Podpowiada.

Sugeruje.

Jego narracja daleka jest od poradnikowego stylu, do którego przyzwyczaiły nas amerykańskie poradniki (może po prostu dlatego, że nie jest Amerykaninem) – nie ma tu żadnych przepisów na życie i recept do realizacji na cito.

Nawet jeśli odniesiecie wrażenie, że to, co czytacie, to przecież oczywistość – warto przebrnąć przez książkę do końca: zbieranie myśli w naszym zabieganym życiu to bezcenna sprawa. Może, kiedy zobaczy się czarno na białym własne niemal poglądy, łatwiej będzie zmienić coś w życiu naszych dzieci i… naszym.

„Być może należy wyciągnąć szerszy wniosek, że nie ma magicznego sposobu na zapanowanie nad dziećmi, ale taki sposób wcale nie musi istnieć. Pomyślmy tylko przez moment: czy jest coś straszniejszego niż dziecko, które cały czas zachowuje się nienagannie. Albo rodzina, w której nie ma nigdy kłótni? Pokpiwanie z autorytetów od zawsze wiąże się z dorastaniem – wiemy to wszyscy instynktownie – a konflikt jest nieodłączną cechą życia rodzinnego. Może nie jest przyjemnie, kiedy dzieci są nadąsane, trzaskają drzwiami i syczą „nienawidzę cię”, ale taki już jest los rodziców”.

Tytuł: Pod presją. Dajmy dzieciom święty spokój!

Autor: Carl Honoré

Tłum. Wojciech Mitura

Wydawnictwo Drzewo Babel

Zdjęcie tytułowe: Pixabay

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Nałogowa czytelniczka, która kocha pisać i pisarka, która nie umie żyć bez czytania. Autorka powieści "Oaza spokoju" i "Pustostan". Copywriterka, webwriterka, blogerka. Matka, żona i kociara z tytułem naukowym.
Podyskutuj
Chcę otrzymywać inspiracje, pomysły i sugestie jak pracować i nie zwariować.
Newsletter wysyłamy raz na 2 tygodnie