Czego szukasz

Zdrowe jedzenie prosto od rolnika

Pomysł na ten biznes podpowiedziało życie. Sylwia Sławińska zdobywa „spod ziemi” zdrowe jedzenie dla swojej córki, której produkty dostępne w sklepach bardzo szkodzą. Początkowe trudności i długa droga do prawdziwie ekologicznego pożywienia, owocują nowym biznesem, który daje jego założycielce mnóstwo radości. LokalnyRolnik.pl zrzesza klientów i rolników. Jedzenie jest sprawdzone, zdrowe, kosztuje mniej niż w sklepach i nie pochodzi z Hiszpanii, ale z lokalnych upraw.

  • Redakcja portalu Mamo Pracuj - 09/11/2015
Sylwia Sławińska założycielka Lokalnego Rolnika

marzec 2016 – REKRUTUJEMY!

Drogie Mamy – szukamy pasjonatek zdrowego odżywiania, które rozkręcą Lokalnego Rolnika na Śląsku!

Zobacz ofertę pracy dla mamy ze Śląska

Pani Sylwio, dlaczego założyła Pani serwis LokalnyRolnik.pl?

Platformę LokalnyRolnik.pl założyłam wraz ze swoim partnerem Andrejem Modicem. Inspirację do działania podyktowało nam życie. Nasza córka cierpi na autyzm, ma silną alergię na konserwanty, których mnóstwo można znaleźć w żywności masowej produkcji. Przeszliśmy prawdziwe piekło w poszukiwaniu produktów, które moglibyśmy podać Zarji bez konsekwencji w postaci wizyt w szpitalach.

Próbowaliśmy wszystkiego: supermarketów, lokalnych targowisk, a nawet sieci sklepów z żywnością ekologiczną. Żadna z prób nie zakończyła się sukcesem. Dlatego wzięliśmy sprawy w swoje ręce, stworzyliśmy przedsięwzięcie, które kładzie szczególny nacisk na jakość produktów, znajomość pochodzenia żywności oraz sposobu jej wytwarzania, a jednocześnie bardzo skraca łańcuch dystrybucji.

W ten sposób uniezależniliśmy się od komercyjnie wytwarzanej żywności, odzyskując zdrowie córki, wewnętrzny spokój, a zyskując sposób na życie (więcej o tym, jak powstał LokalnyRolnik.pl znajdziesz tu). Myślę, że nasza inicjatywa uwolniła od problemów również część tych ludzi, którzy byli w podobnym do nas położeniu.

Czy nie wystarczą nam sklepy ze zdrową żywnością? Przecież w dużych miastach jest ich sporo…

Nasz przykład pokazał, że nie, ponieważ sklepy ze zdrową żywnością nie zawsze oferują jedzenie najwyższej jakości, mają wysokie ceny i mimo wszystko rozbudowany łańcuch dystrybucji. Na platformie LokalnyRolnik.pl kupujący otrzymują produkty świeże, które nie przechodzą przez morderczy dla nich transport wymagający w zwykłych warunkach środków konserwujących. Warzywa czy owoce, które lokalni wytwórcy sprzedają na naszym wirtualnym targowisku, takich dodatków nie mają.

Ktoś może powiedzieć, że przesadzam. Ale raz dostałam poważną nauczkę od losu, co uczyniło mnie ostrożną i sceptyczną. Kiedy byliśmy jeszcze w fazie poszukiwań właściwego jedzenia dla Zarji, postanowiliśmy zaopatrywać się w żywność w jednej z sieci marketów z produktami ekologicznymi. Z wielką nadzieją podeszliśmy do tego wyboru, ale fakty szybko ją zweryfikowały. Do dziś prześladuje mnie historia z ekologiczną cukinią rodem z Hiszpanii kosztującą 30 zł za kilogram, która tak była unurzana w konserwantach (w końcu musiała jakoś przebyć ponad 1000 kilometrów), że Zarja wylądowała w szpitalu z zapaleniem oskrzeli. Na dodatek to nie był przypadek odosobniony.

lokalnyrolnik

Jaką przewagę macie nad eko-sklepami?

Produkty, które kupują klienci, mają twarz, znane jest ich pochodzenie, historia ich wytwórcy. Jeśli cokolwiek budzi wątpliwości, konsumenci mogą bezpośrednio zwrócić się do producentów za pośrednictwem naszego serwisu, który został wyposażony w funkcje społecznościowe.

Wyroby są świeże, łańcuch ich dystrybucji jest maksymalnie skrócony, klient dostaje dokładnie tyle, ile zamówił. Dlaczego to jest dobre? Bo oszczędzamy czas i pieniądze. Nie tylko dlatego, że wyroby są tańsze niż w sklepach z żywnością ekologiczną. Dzięki odbiorom zamówień w grupach zakupowych, kupujący nie traci czasu w sklepie, tylko zmierza bezpośrednio do punktu odbioru zamówień, w wyznaczony dzień i na dodatek może tam spotkać sąsiada, poznać go i zrzucić z siebie płaszcz anonimowości.

System zakupów objęty jest stuprocentową gwarancją dla kupujących. Oznacza to, że klient nie płaci za produkt, który nie spełnia jego wymagań. Takie rozwiązanie zakłada współpracę społeczności, gdyż rzetelni wytwórcy i rolnicy są nagradzani dobrymi rekomendacjami, a niesolidni eliminowani z grona dostawców.

LokalnyRolnik.pl to nie tylko zakupy, ale również popularyzowanie idei slow life, powrotu do lokalnych społeczności i realnych relacji międzyludzkich oraz podkreślanie wagi świadomego jedzenia produktów ze sprawdzonych źródeł.

Jak to działa? Jak robi się zakupy, kto je przygotowuje i jak towar trafia do klienta?

Na platformie konsumenci zrzeszają się w tzw. grupy zakupowe, podobnie jak w np. kooperatywę spożywczą. Grupa zakupowa to oddolna inicjatywa klientów, którzy zamawiają razem i zamiast w domu, odbierają zakupy raz w tygodniu w umówionej lokalizacji, co pozwala obniżyć ceny i koszty np. transportu.

Aby zrobić zakupy, należy zarejestrować się na naszej stronie. Następnie za pośrednictwem geolokalizacji lub kodu pocztowego znaleźć i dołączyć do najdogodniej dla siebie zlokalizowanej grupy zakupowej. Zakupy odbiera się raz w tygodniu w odgórnie ustalonym terminie. Zamówione produkty są kompletowane i wysyłane do grup zakupowych tego samego dnia. Tam z kolei rozdziałem przygotowanych paczek z jedzeniem zajmuje się koordynator grupy zakupowej.

Działacie w Warszawie i Łodzi, w planach jest Kraków, Trójmiasto i Śląsk (trwa właśnie rekrutacja na Managera Regionalnego – mamy pasjonatki zdrowego odżywiania, to praca dla Was, zgłaszajcie się). W jakich kolejnych miastach planujecie rozwój sieci?

Zgadza się. Obecnie prężnie działamy w Warszawie i Łodzi, a za chwilę swoje podwoje otworzy również Wrocław i mamy nadzieję, że niebawem dołączy Kraków. Do końca 2016 roku planujemy także stworzyć sieć grup zakupowych w Katowicach, Poznaniu, Trójmieście oraz w Szczecinie.

A co najbardziej lubi Pani w swojej pracy?

Odpowiem przewrotnie na to pytanie – zaczynać od nowa. Ogromną przyjemność sprawia mi „otwieranie” nowych miast, gdzie LokalnyRolnik.pl już zaistniał lub niebawem zaistnieje. Przywodzi mi to na myśl wspomnienia, kiedy własnymi siłami poszukiwałam miejsc na grupy zakupowe i koordynatorów, którzy chcieliby aktywnie zaangażować się w naszą ideę.

To jednak nie wszystko! Przecież jako współzałożycielka osobiście odwiedzam i sprawdzam wytwórców, którzy sprzedają swoje wyroby na naszej platformie. Poznaję ich niezwykłe historie, rozmawiamy i dzielimy się wizjami naszej działalności.

Mam przy tym okazję poganiać po polu w gumiakach, poczuć wiatr we włosach i pełnię szczęścia, ponieważ kocham to, co robię.

Poza tym realizuję siebie pod względem misji, jaką mam w sobie. Platforma LokalnyRolnik.pl wyrosła na gruncie trudnych osobistych doświadczeń. Chciałam, aby inni mieli wybór, aby nie musieli przechodzić gehenny poszukiwań i zmagań, przez którą przechodziliśmy. Skrajne sytuacje pobudziły nas do działania, i pozwoliły nam spojrzeć na kwestie żywienia, jakości produktów i sposobu ich pozyskiwania z zupełnie innej perspektywy.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Joanna Gotfryd

Zdjęcia: archiwum prywatne Sylwii Sławińskiej

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Redakcja portalu Mamo Pracuj
Podyskutuj

Podróż z dziećmi do Indii: 7 zachwytów, 7 zaskoczeń i 3 rozczarowania

Dzisiaj mijają dwa tygodnie odkąd znów jesteśmy w Polsce. Indyjska przygoda za nami… choć nadal trudno nam w to uwierzyć. „Jak to, że już „po”?” - tyle przygotowań, niepewności, potem nowości i wspaniałych przeżyć i to już koniec? Postanowiłam spisać moje zachwyty, zaskoczenia i rozczarowania, aby nic nam nie umknęło - i podzielić się nimi z Tobą!
  • Agnieszka Kaczanowska - 16/04/2019
Podróż z dziećmi do Indii - Agnieszka z dziećmi

Podróż z dziećmi do Indii, a dokładniej trzy miesiące w Goi (poprawnie) – na Goa (potocznie)

Trzy miesiące. I mało i krótko zarazem. Mogłabym godzinami opowiadać 😉 Ale nie bój się, nie zanudzę Cię, bo postanowiłam podzielić się tylko najważniejszymi zachwytami, zaskoczeniami i rozczarowaniami z naszej podróży. Miałam sporo wyobrażeń, pewnie tak jak i Ty, ale też różnych lęków i obaw myśląc o Indiach. Gotowa?

Zachwyt 1: Pogoda

Dla mnie cudowna. Słońce praktycznie każdego dnia (2 dni, w trakcie 3 miesięcy były bardziej pochmurne), temperatura 26-33 stopnie i nie było gorąco! No dobra, ja uwielbiam ciepło 😉 Lekki wiaterek wiał, a powietrze było suche. Dla mnie idealnie. Dopiero ostatnie dni marca, tuż przed naszym powrotem, było coraz cieplej i ciało cały czas było lekko wilgotne. W maju zawita tam monsun… Podobno teraz jest już za gorąco…

Zachwyt 2: Jedzenie

Wiedziałam, że lubię kuchnię indyjską, choć znałam ją wyłącznie w wersji polskiej… ale pokochałam. Masale w niezliczonych odsłonach, i moja ulubiona paneer butter masala, do tego ryż tak sypki i długi jakiego w życiu nie widziałam, przepyszne warzywa w surówkach czy na ciepło. Raj dla wegetarian 😉 Bo w tej części Indii, w której byliśmy łatwiej znaleźć restaurację wegetariańską niż no-veg! Choć nie ukrywam, że chętnie podjadałam dzieciom ich ukochane butter chicken masala 😉

Mój mąż nie podziela mojego zachwytu – więc to bardzo subiektywne…

Zaskoczenie 1: Chili

Nie wiedziałam, że jedzenie ostrych potraw to taka przyjemność. Kiedy w ustach czuć przyjemne pieczenie, oczy lekko łzawią i z nosa leci 😉 A myślałam, że ja nie lubię ostrych potraw! Co więcej dzieci też polubiły i całkiem zmienił się nam smak… Teraz każdy prosi, aby dodawać więcej chili do jedzenia!

Rozczarowanie 1: Śmieci

Są wszędzie. Jest ich dużo. To dla Europejczyka spory szok. Przez dwa tygodnie miałam ochotę zbierać je po drodze, choć i tak za chwilę pojawiłyby się nowe. To jest o tyle ciekawe, że każdego ranka w hinduskich domach i przed nimi, odbywa się rytuał sprzątania, a przed wejściem do domu obowiązkowo zdejmuje się buty. A śmieci są wszędzie. Nawet pan, który zbiera śmieci (segregując) gubi je po drodze i zupełnie się tym nie przejmuje… Nie raz nie dwa było tak, że coś wyrzuciłam do kosza, a potem znajdowałam to po drodze… Po 3 tygodniach pobytu nauczyliśmy się po prostu nie patrzeć na śmieci, ale chyba zawsze nas to będzie ruszać.

Zaskoczenie 2: Indian time

Lubię mieć różne sprawy pod kontrolą, zaplanować, przemyśleć i przewidzieć co i jak. W Indiach się nie da. Po prostu. Zbyt wiele rzeczy dzieje się nie w czasie umówionym, ale wtedy kiedy się dzieje… „Indian time”. Skuter ma być dzisiaj? Ok. Nie ma? Acha. A kiedy będzie? Jutro. Acha. I tak czekałam ze dwa tygodnie 😉 I wiesz, już po pierwszym tygodniu poczułam przyjemną ulgę, że wcale nie muszę kontrolować, denerwować się czy wkurzać. I że jak coś idzie nie tak, jak miało być, to nie jest problem, tylko inna opcja i tyle. Ileż stresów mnie w ten sposób ominęło! Teraz próbuję zatrzymać tą umiejętność choć nie jest łatwo…

Zachwyt 3: Morze

Morze Arabskie. Piękne. Plaża pias(czysta), z palmami i bardzo pusta (w części, w której mieszkaliśmy). Godzinami mogłam gapić się na fale 😉 A myślałam, że jestem bardziej „górska”.

Zaskoczenie 3: Internet

Wiele razy słyszałam, że w Indiach słabo z internetem. Ale wiedziałam też, że muszę go mieć – choćby nie wiem co – aby pracować! No i się udało. Czasem był w telefonie, czasem przez WiFi, czasem go nie było… Wtedy ratowałam się internetem w knajpkach 😉 Raz nie było nigdzie, bo ktoś strajkował! A kilka razy nie było internetu, bo była „bad weather” i słaby sygnał… Ale dałam radę! A właściwie to dałyśmy radę, bo mój internet miał nieraz wpływ na cały „mamopracowy” zespół.

Zaskoczenie 4: Ruch lewostronny

Nie byłam na to gotowa. Wiedziałam, że czeka mnie nauka jazdy na skuterze, ale nie wiedziałam (pewnie mogłam się domyślić), że w Indiach jest ruch lewostronny. Bałam się, ale zastosowałam opcję „jakoś to będzie” i było! Bardzo dobrze. No może kilka razy prawie wylądowałam na murze, albo rowie czy krowie, ale obyło się bez wypadków – na szczęście 😉 Wiatr rozwiewał mi włosy, trójka dzieci mogła jechać ze mną i było super! Szkoda, że w Krakowie skuterem zbyt niebezpiecznie, no i z trójką dzieci daleko bym nie zajechała…

Rozczarowanie 2: Angielski

No dobrze. Przyznam się. Miałam nadzieję, że podszkolę się w angielskim. Wygrzebię go z czeluści mojego mózgu, ale niestety. Nie było takiej potrzeby. Codzienna komunikacja była bardzo prosta, wielu Hindusów słabo mówi po angielsku (choć to język urzędowy), więc czasem musiałam mówić bardzo prostym językiem, abyśmy się zrozumieli, a i to nie gwarantowało powodzenia 😉 Podsumowując, może trochę przewietrzyłam nieco swój angielski – ale nie za dużo! A szkoda.

Rozczarowanie 3: Słodycze

Nie uwierzysz ale przez 3 miesiące nie jadłam dobrego deseru… no chyba, że upiekłyśmy brownie 😉 Serio. Słodycze indyjskie zupełnie nam nie smakowały. Być może nie trafiliśmy na nic dobrego – nie przekreślam wszystkich deserów w Indiach – ale te, które próbowaliśmy były tak słodkie, twarde, suche że aż niedobre… Generalnie cukru jest sporo w napojach, ciastkach i cukierkach, dużo więcej niż w tych samych produktach w Europie.

Za to owoce… bajka!

Zaskoczenie 5 i zachwyt 4: Dziewczynki w szkole

Zosia i Helenka nie bez obaw szły pierwszego dnia do szkoły. Zastanawiały się: jak to będzie rozmawiać tylko po angielsku? A czy wszystko zrozumieją? A co jeśli nie będą wiedziały o co chodzi?

Ja myślałam: A nie za gorąco tam? W końcu lekcje w szałasach… Czy nie zapomną o piciu wody? No i czy aby to bezpieczne, że cały dzień będą na plaży beze mnie (piątek był beach day?). Jak się okazało były też inne Polki, więc polski był w ruchu, a o wszystko inne dbali nauczyciele 😉 wracały zmęczone i szczęśliwe!

Zaskoczenie 6: Krzyś w przedszkolu

To było trudne. Nasz Krzyś (l. 5) w Polsce rok adaptował się do przedszkola, i nie lubił się z nami rozstawać. Dość naiwnie założyłam, że w Indiach może będzie inaczej… Nie było. I choć miał w przedszkolnej grupie trzech kolegów z Polski, a na terenie placówki kolejną piątkę polskich dzieci (siostry były w innej szkole), to każdy poranek był trudny. Nie pomagały przytulaski, dużo czasu razem popołudniami, zapewnienia o naszej miłości. Było ciężko. Choć wracał radosny i pełen opowieści o zabawach w błocie, małych małpkach, które regularnie ich odwiedzały, rzucaniu kamieni i bazach, które zbudował; rozstania były trudne.

Do czasu, aż…

Zachwyt 5: Córka

Zosia sama zdecydowała się zmienić szkołę, aby być z Krzysiem. Aby jemu było raźniej! To było bardzo piękne i dojrzałe, choć wcale nie takie łatwe dla niej. Jak się później okazało, ta zmiana była i dla niej korzystna. W pierwszej szkole obyła się z językiem i spokojnie się komunikowała, używając oczywiście także rąk i nóg ;-). W nowej szkole trafiła do klasy ze starszymi dziećmi od siebie, mówiła wyłącznie po angielsku, uczyła się matematyki, geografii, angielskiego i francuskiego – oczywiście po angielsku. I choć wracała jeszcze bardziej zmęczona i brudna, to widziałam w oczach dumę z samej siebie!

Helenka też stanęła na wysokości zadania i choć została w szkole bez siostry, czego się bała (w końcu we dwie raźniej) bardzo dzielnie i odważnie zaprzyjaźniała się z coraz większą grupą dzieci z całego świata!

Zachwyt 6: Ludzie

Moje doświadczenia wskazują na to, że Hindusi to bardzo dobrzy ludzie. Lubią dzieci, są serdeczni, uśmiechnięci i choć wielu z nich wiedzie bardzo skromne, lub nawet biedne życie, są pogodni. Przynajmniej my takich spotykaliśmy każdego dnia. Bałam się o bezpieczeństwo dzieci w obcym i dalekim kraju, a to było zupełnie niepotrzebne.

Zachwyt 7: Zaufanie

Przed wyjazdem bałam się, że ktoś nas może chcieć oszukać, okraść czy naciągnąć. Ale przebywając wśród Hindusów, dając się wozić, leczyć czy powierzając swoje dzieci, czułam się najbezpieczniej w życiu.

Może mieliśmy szczęście do ludzi? Może po prostu nic złego nas nie spotkało? No chyba, że ktoś nas tak oszukał, że dotąd się nie zorientowaliśmy 😉

Zaskoczenie 7: Praca zdalna

Miałam nadzieję, że się uda. Takie było założenie. Ale też sporo obaw. A okazało się, że zupełnie niepotrzebnie. To nie tak, że nie było kłopotów, czy jakiś trudniejszych momentów – były. Zespół w Krakowie, a ja daleko, 4,5 h różnicy czasu. Dziewczyny dopiero się rozkręcały z działaniami ok. 10:30, a ja już kończyłam, bo zbliżała się 15:00 i czas odbierać dzieci. Ale wypracowałyśmy sobie rytm pracy. Planowałyśmy lepiej rozmowy, i czy był dobry czy zły internet, dawałyśmy radę rozmawiać i prowadzić wszystkie działania. A ja upewniłam się, że mamy super zespół! Dzięki dziewczyny!

To był niesamowity czas. Bardzo bogaty w doświadczenia i przeżycia. Czy coś się zmieniło w nas na lepsze? Zobaczymy!

A jeśli jesteś ciekawa, gdzie jest Goa, i upewnić się, że to nie jest wyspa 😉 kliknij tutaj >>>

A wiesz jak tam trafiliśmy? Jeśli nie, to zapraszam jeszcze tutaj 😉

Chcesz o coś zapytać napisz do mnie: [email protected]

Zdjęcia: Agnieszka Czmyr-Kaczanowska

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Agnieszka Kaczanowska
Współzałożycielka mamopracuj.pl, od dziesięciu lat rozwija swoje umiejętności łączenia życia rodzinnego i zawodowego i nawet jej to wychodzi! Lubi wyzwania i cieszy ją kiedy pracodawcy znajdują świetnych pracowników. Mama wesołej trójki, żona i miłośniczka kotów.  

Wynagrodzenie po urlopie macierzyńskim

Jednym z najczęściej pojawiających się pytań na etapie powrotu do pracy po urlopie, jest kwestia wynagrodzenia. Na jakie wynagrodzenie może liczyć? Co z dodatkami i premiami? Czy nadal przysługuje samochód służbowy?
  • Marzena Pilarz-Herzyk - 14/04/2019
mama z córeczką

W powyższej sytuacji należy rozpatrzyć kilka różnych sytuacji.

Powrót do pracy po urlopie macierzyńskim

W sytuacji, w której wracasz do pracy po urlopie macierzyńskim/rodzicielskim pracodawca ma obowiązek zapewnienia Ci wynagrodzenia takiego, jakie byś posiadała nie mając przerwy w pracy spowodowanej urlopem. W praktyce więc przysługują Ci również podwyżki, które otrzymałabyś, gdybyś nie była na urlopie.

Poniżej sprawdź kilka przykładów.

W czasie, gdy przebywałaś na urlopie, Twój zespół otrzymał 5% podwyżkę. Nie miały na nią wpływu wyniki indywidualne. Czy taka podwyżka wynagrodzenia powinna zostać uwzględniona po powrocie do pracy? TAK.

Przed przerwą urlopową miałaś wypracowane wyniki, przeszłaś pozytywnie ocenę roczną, ale zmiany umów nastąpiły w czasie, gdy Ty byłaś już na urlopie.
Czy Twoja umowa mogła zostać zmieniona podczas urlopu? TAK. Zmiana umowy może zostać dokonana w czasie urlopu. Podwyżka jednak nie przełożyłaby się na  wysokość zasiłku.

Czy Twoje wynagrodzenie powinno zostać zmienione po urlopie? TAK. Jeśli Twoja umowa nie została zmieniona w czasie urlopu, powinno to zostać zrobione tuż po Twoim powrocie do pracy.

Przed urlopem awansowałaś na stanowisko managerskie i zgodnie ze stopniami awansu w firmie od tego stanowiska przysługuje samochód. Po powrocie do pracy zmieniono Ci stanowisko pracy, ale w nowym dziale nie ma samochodów służbowych. Co z Twoim samochodem? Pamiętaj, że nadal masz ten sam stopień managerski, gdyż po powrocie nie można obniżyć stanowiska pracy (nowe stanowisko musi być zgodne z kompetencjami). To oznacza więc, że nadal zachowujesz
prawo do korzystania z samochodu służbowego.

Przed urlopem otrzymywałaś premię za określone dodatkowe zadania, zlecane przez przełożonego. Po powrocie z urlopu nie otrzymujesz już tych zadań, z racji powiększenia zespołu pracowniczego. Czy premia nadal Ci przysługuje? NIE. Nawet jeśli przed urlopem był to długi okres, mimo wszystko były to zadania ponad Twój standardowy zakres obowiązków i z tym wiązała się premia. Jeśli pracodawca nie ma w tej chwili dodatkowych zadań premiowanych dla Ciebie, premia nie będzie przysługiwała.

Powrót do pracy po urlopie wychowawczym

Nieco inaczej, niż powyżej wygląda sytuacja Twojego powrotu po urlopie wychowawczym. Tutaj bowiem, pracodawca nie może obniżyć Twojego wynagrodzenia. Nie ma jednak obowiązku uwzględniania ewentualnych podwyżek, które otrzymałabyś, gdybyś nie przebywała na urlopie.
A co zrobić w sytuacji, gdy bezpośrednio po urlopie macierzyńskim, wykorzystałaś urlop wychowawczy? Czy podwyżki za ten czas przysługują? Przepisy nie regulują wprost tej sytuacji.

Moim zdaniem należy jednak uwzględnić podwyżki, które przysługiwałyby za czas urlopu macierzyńskiego, natomiast już nie za okres urlopu wychowawczego.
Nie ma tutaj znaczenia, że formalnie wracasz z urlopu wychowawczego, gdyż wykorzystałaś go bezpośrednio po macierzyńskim.

Zdjęcie: 123 rf

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Marzena Pilarz-Herzyk
Na co dzień mama dwóch synów Oskara i Oliwiera. Z wykształcenia prawnik. Z zamiłowania artystka. Zawodowo przez kilka lat związana z zarządzaniem przedsiębiorstwami, procedurami prawnymi i finansowymi. Od 2018 postanowiła zawodowo zająć się doradztwem prawnym przede wszystkim kobietom, mamom, rodzicom, ale również mniej świadomym swoich obowiązków pracodawcom. Prowadzi stronę mamaprawniczka.pl.
Chcę otrzymywać inspiracje, pomysły i sugestie jak pracować i nie zwariować.
Newsletter wysyłamy raz na 2 tygodnie
Może Cię zainteresować także:
Uwaga. Strona wykorzystuje pliki cookies. Informacje uzyskane za ich pomocą wykorzystywane są w celach statystycznych. Pozostając tu godzisz się na ich zapisywanie w Twojej przeglądarce. ×

Email marketing powered by FreshMail
 

Email marketing powered by FreshMail
 

Email marketing powered by FreshMail