Czego szukasz

Przeprowadziłam się tu z miłości do Pragi – historia Ewy

To była miłość od pierwszego spojrzenia. Ewa zakochała się w Pradze już podczas swojego pierwszego pobytu w tym mieście. – „Przez cały czas przyjeżdżałam tu na krócej lub dłużej, więc w momencie, gdy w moim życiu nastały przykre i nieoczekiwane zmiany, pomyślałam sobie, że muszę znaleźć się w miejscu, które uwielbiam, że tam wszystko na pewno się ułoży i znów będę szczęśliwa” – mówi Ewa, bohaterka naszego cyklu #mamazagranicą.

  • Ewa Moskalik - Pieper - 14/06/2018
Ewa Wala z mężem i córeczką

Ewo, 5 lat temu zamieniłaś Opole, z którego pochodzisz, na Pragę, gdzie dzisiaj wychowujesz swoją 3 – letnią córeczkę Sarę razem ze swoim partnerem, z pochodzenia Słowakiem. Czechy, to co prawda nasz sąsiad zza miedzy, ale pewnie niewiele z nas wie jak tam się żyje. Jak żyje się tam Tobie? Czy trudno było Ci się zaaklimatyzować? Jak trafiłaś do Pragi?

Może to zabrzmi śmiesznie, ale ja przeprowadziłam się tutaj z miłości do Pragi. W odróżnieniu od większości ludzi, których przywiodły tu względy mniej lub bardziej racjonalne (praca, partner itd.), ja przeniosłam się do Pragi, ponieważ od września 2001, czyli od momentu, kiedy byłam tu po raz pierwszy, zakochałam się w tym mieście.

Przez cały czas przyjeżdżałam tu na krócej lub dłużej (pół roku w ramach Erasmusa w trakcie studiów), więc w momencie, gdy w moim życiu nastały przykre i nieoczekiwane zmiany zarówno w sferze prywatnej, jak i zawodowej, pomyślałam sobie, że muszę znaleźć się w miejscu, które uwielbiam, że tam wszystko na pewno się ułoży i znów będę szczęśliwa.

Dziś, gdy wspominam ten moment, to wydaje mi się, że byłam naiwna i miałam bardzo optymistyczne podejście :), ale udało się! Na zasadzie samospełniającego się chyba proroctwa. Tak bardzo wierzyłam w to, że w ukochanym miejscu mogą spotkać mnie tylko dobre rzeczy, a raczej ludzie, że rzeczywiście tak było.

Z aklimatyzacją w moim przypadku poszło szybko, ponieważ odpadł problem znajomości miasta, znałam już je pod kątem topografii bardzo dobrze, więc łatwo było mi się po Pradze poruszać, znaleźć mieszkanie w fajnym miejscu itd.

Podstawy języka także już posiadałam (z racji pobytu na Erasmusie oraz fascynacji miastem, uczyłam się we własnym zakresie). Miałam także ogromne szczęście do współlokatorów w pierwszym mieszkaniu oraz ludzi w pierwszej pracy.

Była to szwajcarska firma, która w Pradze ma swoje centrum obsługi klienta na całą Europę, w związku z tym moimi kolegami byli na co dzień ludzie z 25 krajów! Ponieważ w 90% byliśmy z poza CR tworzyliśmy dość zgraną grupę kolegów, przyjaciół.

Twój partner jest Słowakiem. Wspomniałaś, że posługujecie się w sumie trzema słowiańskimi językami i jeszcze angielskim? Z jakimi jeszcze różnicami kulturowymi się zetknęłaś? Czego uczy Cię kultura w Czechach?

Na początku, gdy się poznaliśmy mój czeski nie był jeszcze na bardzo wysokim poziomie, wolałam więc mówić po angielsku i tak też się komunikowaliśmy z Markiem.

Wszystko się zmieniło, gdy urodziła się nasza córka Sara. Nie chcieliśmy żeby ten kolejny język mieszał jej w głowie. Tak jakoś naturalnie to wyszło i funkcjonuje nadal, że oboje mówimy do dziecka we własnych językach, ale do siebie nawzajem także. Czyli ja do Marka po polsku, a on odpowiada mi po słowacku.

Do tego dochodzi oczywiście język miejscowy, czyli czeski – tym obecnie posługuję się na co dzień w pracy i oczywiście w codziennych sytuacjach życiowych – w sklepie, urzędzie itd. Sara także chodzi od 18 miesiąca do czeskiego żłobko-przedszkola.

Nie myślę żeby Polak przeprowadzając się do Czech przeżył jakiś wielki szok kulturowy, aczkolwiek różnice pomiędzy naszymi sposobami zachowania oczywiście są. Według mnie Czesi są z naszych krajów słowiańskich najbardziej pragmatyczni, poukładani – w zasadzie często wydaje mi się, że bliżej im do Austriaków lub Niemców.

Na to z kolei ma wpływ fakt, że społeczeństwo jest w większości ateistyczne, przez co podejście do wielu spraw jest krańcowo inne – wystarczy w tym miejscu poruszyć trudne dziś w Polsce tematy aborcji, pigułek antykoncepcyjnych itd.

Podsumowując widzę to tak, że obywatelowi daje się w Czechach większą wolność (wyboru) oraz traktuje się go bardziej po partnersku – z większym zaufaniem.

Czesi są generalnie tolerancyjni wobec wszelakich mniejszości, dzieci w miejscach publicznych, karmienia piersią w miejscu publicznym, psów itd. Długo by pisać, ale z punktu czytelnika polskiej prasy oraz tego, że stale mam mocne więzy z krajem (przyjeżdżam co 1-2 miesiące) – cieszę się, że urodziłam dziecko tutaj.

Jak wygląda w Czechach opieka nad przyszłą mamą? Jak to wyglądało w Twoim przypadku?

Opieka nad przyszłą mamą – o tym mogę wypowiedzieć się w samych superlatywach. W Czechach praktycznie nie istnieje prywatna opieka lekarska – są gabinety, ale i tak wszystkie mają podpisane umowy z państwowymi ubezpieczycielami. Znalazłam więc lekarza, mówiącego po angielsku (żeby wszystko dobrze zrozumieć). Dokupiłam za 1000 kc (160 zł) na cały okres ciąży dodatkowy pakiet i wyglądało to tak, że wizyty kontrolne (każdorazowo z USG) miałam co 3-4 tyg.

W 14 tyg. należy zarejestrować się w szpitalu, w którym planuje się urodzić dziecko. Na 8, najpóźniej 6 tyg. przed planowaną datą porodu kobieta idzie już obowiązkowo na urlop macierzyński. Wtedy też przechodzi już pod opiekę szpitala, w którym odbędzie się poród i tam chodzi na cotygodniowe kontrole – każdorazowo KTG. Ponieważ moje dziecko nie spieszyło się specjalnie z przyjściem na świat, gdy minął planowy termin, na te kontrole chodziłam już co 3 dni.

Znieczulenie jest oczywiście dostępne i darmowe. Po porodzie w szpitalu zostałam 4 dni. Warto dodać, że czeski pragmatyzm działa i tu. Wszystkie kwestie związane z rejestracją dziecka, imionami, nazwiskami itd. załatwia się już przed porodem, a po narodzinach jedynie odbiera się gotowy akt urodzenia.

Lekarz pediatra też musi być wybrany, a dziecko zgłoszone do niego pro – forma również już przed porodem. Myślę, że to dobre rozwiązanie, bo jak wiemy z noworodkiem trudno biega się po urzędach.

Z jakiego wsparcia może korzystać czeska mama? Jak Państwo wspiera młodych rodziców?

Urlop macierzyński (w skrócie – przysługuje tym kobietom, które pracowały, a więc płaciły ubezpieczenie) trwa 28 tyg i stanowi ok. 70% pensji, wyliczonej na podstawie pensji z poprzednich 12 miesięcy. Następnie można przejść na urlop rodzicielski i pobierać dodatek rodzicielski (może to być także ojciec). Do pobrania jest 220 000 kc, które mogą być rozłożone na okres od 6 miesięcy – do 4 lat dziecka.

Problemem niestety są żłobki lub raczej ich brak. Po 1990 r. zlikwidowano większość tego typu państwowych placówek, wprowadzono właśnie ten rodzicielski dodatek, aby zachęcić kobiety do pozostania w domu przez 3 lata. Stąd paradoksalnie w kraju o najniższym obecnie bezrobociu w UE w ogóle, bezrobocie wśród kobiet z dziećmi do lat 6 jest największe.

Jeśli kobieta chce (lub musi) pracować to są oczywiście placówki prywatne, te z kolei w większości i tak przyjmują dzieci najwcześniej od 18 miesiąca. W tym właśnie wieku zaczęła uczęszczać moja córka.

Ostatnio pojawił się urlop dla ojców do wzięcia w okresie po narodzinach – na 2 tyg.

Z wykształcenia jesteś geografem po UJ i przez blisko 5 lat pracowałaś w swoim zawodzie – jako młodszy urbanista i GIS analityk. Bardzo lubiłaś swoją pracę, a jednak zdecydowałaś się przekwalifikować i od roku czasu jesteś testerem IT i … również tą pracę bardzo cenisz. Opowiedz jak zaczęła się Twoja przygoda z branżą IT.

Moja przygoda z IT. Hmm jak większość Mam musiałam zmierzyć się z pytaniem, jak pogodzić opiekę nad dzieckiem z pracą zawodową. W Pradze do porodu pracowałam jako Team Leader w branży fotograficznej (obsługa techniczna klienta) i lubiłam także tę pracę 🙂 Była to jednak standardowa praca od 9 do 18, bez żadnej elastyczności, możliwości pracy z domu itd. Nie wyobrażałam sobie powrotu do takiej pracy przy maleńkim dziecku.

Gdy Sara zadomowiła się już w żłobku, rozpoczął się dla mnie trudny proces odnalezienia się na nowo na rynku pracy. Na początku pracowałam w HR, później w rekrutacji i ciągle czułam, że to nie jest to, że potrzebuję wyzwania i pracy, gdzie mogłabym także rozwijać swoje twarde umiejętności, czyli uczyć się nowych programów, aplikacji itd.

W Czechach dość głośno w tym czasie zrobiło się o organizacji Czechitas, która wspiera kobiety w IT, szkoli je, i generalnie jej celem jest zwiększenie zatrudnionych w tej dziedzinie kobiet. Zachęcały do kontaktu, jeśli ktoś byłby zainteresowany zmianą lub rozpoczęciem kariery w IT.

Posłałam oczywiście formularz i po jakimś czasie odezwała się do mnie dziewczyna odpowiedzialna właśnie za kreowanie nowych karier i zaprosiła mnie na rozmowę. Zaproponowała, że zarekomenduje mnie do 2 firm, które zajmują się testingiem (dzięki pracy z GIS, miałam doświadczenie z SQL).

Poszłam na pierwsze w życiu interview w j.czeskim i… po kolejnej rozmowie (a raczej testowaniu) oraz teście z logicznego myślenia dostałam pracę na pozycji Junior Test Engineer.

To wspaniale. A jak wygląda Twój typowy dzień pracy?

Jestem w świetnej sytuacji ponieważ mój dzień pracy trwa 6 h 🙂 To, jak przebiega zależy oczywiście od tego, przy jakim projekcie pracuję. Testowałam już aplikację muzyczną (w 2 tyg sprintach) i przebiegało to na zasadzie luźnej współpracy – można było testować właściwie z jakiegokolwiek miejsca i o dowolnej porze (idealne dla mamy :)). Ważne jest, żeby w danym czasie, wykonać przypisaną serię testów.

Następnie miałam możliwość nauki automatyzacji testów dla producenta aut, a obecnie jestem w banku, gdzie wszystko jest trochę bardziej sformalizowane. Mam elastyczny czas pracy, z zastrzeżeniem, że gdy mamy ważny spotkanie, to muszę w nim oczywiście uczestniczyć. Tutaj niestety praca z domu nie jest mile widziana, ze względów bezpieczeństwa oraz z uwagi na częste spotkania całego zespołu z programistami, biznes analitykami itd.

Jak wygląda środowisko branży IT w Czechach? Czy dużo jest w nim kobiet? Czy to jest dzisiaj popularna dla czeskich kobiet branża?

Dzięki wspomnianej już organizacji Czechitas oraz innym, które działają na zasadzie wolontariatu np. Pyladies, krajobraz IT w Czechach pomału się zmienia. Do tej pory kobiety stanowiły niewielki procent zatrudnionych w tej branży. Moja firma, z proporcją mężczyzn do kobiet na poziomie 60:40, na pewno jest ewenementem.

Oczywiście kobiety w większości zajmują stanowiska testerskie, dotyczące UX, czy biznes analizy, a rzadziej są programistkami, ale i to się zmienia. W chwili obecnej, podobnie jak w innych krajach coraz bardziej widzi się potrzebę tworzenia zespołów mieszanych, ponieważ to, co wnoszą do tej branży kobiety jest nie do przecenienia.

Nie powiedziałabym, że jest to jakoś bardzo popularna branża wśród kobiet, ale pomału, tak jak i w innych krajach kobiety zaczynają wierzyć we własne umiejętności i także podejmują wyzwanie.

Co cenisz sobie najbardziej w tej pracy? Jak wspiera Cię Twój pracodawca, z uwagi na to, że jesteś mamą małej dziewczynki?

Jestem zatrudniona na umowę o pracę. Jak już wspominałam wcześniej mam wielkie szczęście, ponieważ mogę pracować na część etatu – 6h, co w Czechach wcale nie jest oczywiste. Bardzo ciężko znaleźć pracę na mniej niż 8h, jestem więc wdzięczna pracodawcy, że się na to zgodził.

Ponadto mam elastyczny czas pracy, możliwość pracy z domu. Gdy Sara była chora szef bez problemu zgodził się na te formę pracy, dostosował spotkania, tak abym mogła uczestniczyć przez Skype. Resztę zadań mogłam wykonać w dogodnej dla siebie porze – czyli po 21 w moim przypadku 🙂

Większość rzeczy po prostu da się dogadać, wiem że koleżanki, które nie mają otwartych przedszkoli w wakacje, wezmą dodatkowo urlopy bezpłatne i też nie ma z tym problemu.

Ten temat Cię jeszcze bezpośrednio nie dotyczy, ale powiedz jak wygląda system edukacji w Czechach? Czy tutaj państwo wspiera jakoś rodziców?

Szczerze mówiąc nie orientowałam się jeszcze w szkolnictwie, wiem jedynie bardzo ogólnie jak to wygląda. Dzieci rozpoczynają naukę w wieku 6 lat (można o rok odłożyć) w 9 letniej szkole podstawowej. Jednak jest to dość elastyczne i istnieje kilka możliwości ukończenia podstawówki, czy rozpoczęcia szkoły średniej.

Ostatnie 4 lata podstawówki można odrobić w 8-letnim gimnazjum, lub z 7 klasy podstawówki przejść do 6 letniego gimnazjum. Wiem, że szkoły oferują opiekę nad dziećmi po lekcjach w formie tzw. drużyny – gdzie dzieci odrabiają lekcje, uczestniczą w zajęciach sportowych itd., coś na kształt polskiej świetlicy.

Z jakich świadczeń może korzystać mama lub rodzice w Czechach?

Jest wspomniany wyżej dodatek rodzicielski, ponadto jest ulga podatkowa na każde dziecko, ulga przedszkolna – zwrot części kosztów poniesionych na uczęszczanie dziecka do żłobka lub przedszkola.

Za co najbardziej cenisz sobie życie w Pradze, w Czechach i czy jest coś co Ci przeszkadza?

Przeprowadziłam się do Pragi z uwagi na miasto jako takie – jego wspaniałą architekturę, labirynty wąskich uliczek na starym mieście, piękne parki. Z czasem doceniłam niezawodny i tani system transportowy, to że łatwo można znaleźć i zmienić pracę, że na człowieka nie patrzy się przez pryzmat szkoły, którą ukończył, ale przede wszystkich jego motywacji do pracy.

Tu żyje mi się zdecydowanie spokojniej niż w Polsce, właściwie było to jedno z moich pierwszych odczuć po przeprowadzce. Jechałam w tramwaju pełnym ludzi do pracy i zreflektowałam się, że jest jakoś inaczej, niż np. w Krakowie, gdzie mieszkałam kilka lat. Było po prostu … spokojnie … pomimo tego, że tramwaj był pełny, nikt się nie przepychał, nie krzyczał, że należy mu się miejsce itd.

Lubię multikulturowość tego miasta. Lubię, że chodzi się tutaj w pracy na lunch, dzięki czemu integracja z kolegami postępuje szybciej, a po pracy nie leci się z wywieszonym językiem do domu, aby gotować.

Lubię to, że można normalnie i kulturalnie siedzieć w parku, zrobić sobie piknik na kocu i pić wino z kieliszka. Lubię to, że w olbrzymiej większości miejsc dzieci są mile widziane, bardzo często spotyka się kąciki do zabaw, kredki itd., podobnie jak miski z wodą dla czteronożnych przyjaciół. Lubię czeski pragmatyzm, łatwość załatwiania spraw, zwykłą ludzką uprzejmość na ulicy.

Oczywiście medal ma zawsze dwie strony i w tym przypadku też znajdą się rzeczy czy sytuacje, które człowiekowi przeszkadzają. Przede wszystkim myślę jednak, że po prostu jak się już jest w jakimś miejscu dłużej, to spadają różowe okulary turysty czy nowicjusza.

Czasem ta totalna tolerancja Czechów zaczyna przechodzić w obojętność, gdzie nikt nikomu nie chce o nic zwracać uwagi, bo „to przecież nie moja sprawa, nie będę się wtrącać – lepiej mieć – święty spokój”- co dla nas Polaków awanturujących się dla odmiany o wszystko jest niewyobrażalne.

Dziękuję Ci za rozmowę.

Zdjęcie: archiwum Ewa Wala

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Ewa Moskalik - Pieper
Redaktor portalu Mamo Pracuj. Prywatnie spełniona, pełnoetatowa mama dwóch wspaniałych synów i żona, starająca się znaleźć swój patent na work - life balance. Absolwentka UJ. Miłośniczka kina, muzyki i książek.
Podyskutuj

House manager w domu pełnym kosmitów

Przeczytałam wywiad z Justyną Walczak, niezwykłą, spełnioną mamą, opowiadającą o życiu w rodzinie z dziewiątką dzieci (i z dziesiątym w drodze...). „O, ludzie, to przecież niemożliwe!” – pomyślałam, mając sama na co dzień do ogarnięcia małe kosmitki w liczbie zaledwie dwóch. Niedowierzanie, podziw i ciekawość sprawiły, że czym prędzej postanowiłam kupić książkę. O wywiadzie opowiedziałam przyjaciółce, też mamie. „To jak rozmawiać z kosmitą...!” – skwitowała. Nie wiedziała o książce, a tym bardziej o jej tytule.
  • Natalia Małozięć - 17/04/2019

Multirodzina

Książka Justyny Walczak porusza ważną kwestię, a mianowicie problem społecznego postrzegania rodzin wielodzietnych. Autorka opisując własne doświadczenia i reakcje napotykanych osób, najczęściej pisze o współczuciu, czy upatrywaniu oznak patologii w posiadaniu licznego potomstwa. Kiedyś rodzenie dzieci uznawano za całkiem normalne zjawisko, bo i podobnych rodzin było więcej… Teraz jednak, wielu obywatelom w głowie się nie mieści, że można z wyboru zostać pełnoetatową multimamą i szczęśliwym multitatą. A to właśnie ich sposób na życie!

Poświęcić się pracy zawodowej, czy zrobić karierę w macierzyństwie? Justyna już zdecydowała. Autorka książki podkreśla, iż jest kobietą świadomą, realizującą swoje powołanie. Traktuje je jako konkretną pracę do wykonania. A uzyskany dyplom lekarza? Przy częstym udzielaniu pierwszej pomocy własnym i okolicznym dzieciakom, stał się bezcenny. Wynagrodzenie? Owszem, jest – „w postaci zwielokrotnionej miłości” – pisze Justyna.

Justyna pięknie wyraża się o swoich dzieciach. Używa wielu różnych określeń, a pod każdym z nich kryje się morze miłości. Ze wzruszeniem przewiduje moment, kiedy znów będą musieli z mężem przesiąść się do wozu w normalnym rozmiarze…

Inwazja kosmitów

Tytułowi „kosmici”, czy „obcy”, jak pisze o swojej gromadce Justyna, to główni bohaterowie, czyli Walczakowa gromadka. Wydają się być „obcymi”, kiedy zmieniają się, dorośleją i wyślizgują się z rodzicielskich sieci. Stają się samodzielni i zaczynają mieć własne zdanie. Ku zdziwieniu mamy, coraz częściej krytyczne, również i wobec domowych zasad. Wychowanie zaczyna stawiać coraz większe wyzwania. Trudno nadążyć, kiedy ma się w domu przedstawicieli wszystkich rozwojowych etapów. Kosmiczne perpetuum mobile.

Rodzicom wesołej gromadki też przydaje się kosmiczny pierwiastek. Muszą zaopatrzyć się w niespożyte pokłady energii, cierpliwości i pomysłów. Zarządzanie takim statkiem kosmicznym wyczerpuje, dając jednocześnie siłę na ciąg dalszy. Cieszy, śmieszy, wzrusza, denerwuje i pogrąża w otchłani rozpaczy. Na przemian i w kółko.

Sport ekstremalny

Justyna jednak nie narzeka i nie użala się nad sobą. Nie odkrywa przed nami wszystkich swoich emocji. W swojej rodzinnej opowieści jest prawie zawsze radosna i zdystansowana. Można podziwiać jej wypracowany, zdrowy dystans do błahych spraw. Tym bardziej, że odróżnienie problemów ważnych od całej reszty, wcale nie jest łatwe.

Autorka oszczędza nam nieodłącznej przecież, ciemnej strony medalu. Nawet kiedy wylicza powody wizyt na izbie przyjęć zaprzyjaźnionego już szpitala, robi to wydawałoby się, z uśmieszkiem na ustach. „(…) czujemy się szczęśliwi, mogąc uprawiać z mężem ten sport ekstremalny (…)” – podsumowuje.

Uważam, że jednym z lepszych fragmentów jest opis „porodowego współ-doświadczenia” ojca rodziny, Wojtka. Są spore emocje i wzruszenie.

Szkoła życia

Każdy członek Walczakowej rodziny przechodzi swoistą szkołę życia. Najtrudniejsze lekcje odrabia pewnie mama, dzielnie stawiając czoła codziennym multiwyzwaniom. W książce mamy garść dowcipnych opisów logistyczno-wychowawczych wirtuozerii oraz efektywnego manipulowania zasobami w wykonaniu Justyny. Wyrazy uznania należą się również tacie, który nie tylko stara się zapewnić rodzinie ważną część „zasobów”, ale dba o to, by być aktywnym tatą, kiedy to tylko możliwe.

„Progenitura” Walczaków nie ma wyboru. Czeka ją przyśpieszony proces dorastania. Mama i tata nie mogą być na każde zawołanie. Miłość i uwaga choć mnożone, są przede wszystkim dzielone. Podział obowiązków, dyżury i wspieranie (a z czasem i zastępowanie) mamy w wielu domowych pracach, wychodzi dzieciakom na dobre. Kochają się na zabój i kiedy trzeba, bez zastanowienia stają za sobą murem. Opieka nad młodszym rodzeństwem to dla nich inwestycja w rodzinną przyszłość.

Walczakowy kosmos to miejsce niezwykłe. Ciepłe i radosne. Tu nie ma mowy o nudzie. Nie ma też czasu na niepotrzebne rozmyślania. Jest tu i teraz, do dziesiątej potęgi!

Justyna Walczak „Dom pełen kosmitów”

Zdjęcie: 123 rf

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Natalia Małozięć
Absolwentka Wydziału Filozoficznego UJ. Psycholog dziecięcy i trener twórczości. Komponuje i prowadzi zajęcia dla dzieci. Od 2 i pół roku po uszy zanurzona w macierzyństwie. W codziennym ogarnianiu rzeczywistości pomagają jej poczucie humoru, marzenia i opisywanie tego, co się dzieje.
Podyskutuj

Podróż z dziećmi do Indii: 7 zachwytów, 7 zaskoczeń i 3 rozczarowania

Dzisiaj mijają dwa tygodnie odkąd znów jesteśmy w Polsce. Indyjska przygoda za nami… choć nadal trudno nam w to uwierzyć. „Jak to, że już „po”?” - tyle przygotowań, niepewności, potem nowości i wspaniałych przeżyć i to już koniec? Postanowiłam spisać moje zachwyty, zaskoczenia i rozczarowania, aby nic nam nie umknęło - i podzielić się nimi z Tobą!
  • Agnieszka Kaczanowska - 16/04/2019
Podróż z dziećmi do Indii - Agnieszka z dziećmi

Podróż z dziećmi do Indii, a dokładniej trzy miesiące w Goi (poprawnie) – na Goa (potocznie)

Trzy miesiące. I mało i krótko zarazem. Mogłabym godzinami opowiadać 😉 Ale nie bój się, nie zanudzę Cię, bo postanowiłam podzielić się tylko najważniejszymi zachwytami, zaskoczeniami i rozczarowaniami z naszej podróży. Miałam sporo wyobrażeń, pewnie tak jak i Ty, ale też różnych lęków i obaw myśląc o Indiach. Gotowa?

Zachwyt 1: Pogoda

Dla mnie cudowna. Słońce praktycznie każdego dnia (2 dni, w trakcie 3 miesięcy były bardziej pochmurne), temperatura 26-33 stopnie i nie było gorąco! No dobra, ja uwielbiam ciepło 😉 Lekki wiaterek wiał, a powietrze było suche. Dla mnie idealnie. Dopiero ostatnie dni marca, tuż przed naszym powrotem, było coraz cieplej i ciało cały czas było lekko wilgotne. W maju zawita tam monsun… Podobno teraz jest już za gorąco…

Zachwyt 2: Jedzenie

Wiedziałam, że lubię kuchnię indyjską, choć znałam ją wyłącznie w wersji polskiej… ale pokochałam. Masale w niezliczonych odsłonach, i moja ulubiona paneer butter masala, do tego ryż tak sypki i długi jakiego w życiu nie widziałam, przepyszne warzywa w surówkach czy na ciepło. Raj dla wegetarian 😉 Bo w tej części Indii, w której byliśmy łatwiej znaleźć restaurację wegetariańską niż no-veg! Choć nie ukrywam, że chętnie podjadałam dzieciom ich ukochane butter chicken masala 😉

Mój mąż nie podziela mojego zachwytu – więc to bardzo subiektywne…

Zaskoczenie 1: Chili

Nie wiedziałam, że jedzenie ostrych potraw to taka przyjemność. Kiedy w ustach czuć przyjemne pieczenie, oczy lekko łzawią i z nosa leci 😉 A myślałam, że ja nie lubię ostrych potraw! Co więcej dzieci też polubiły i całkiem zmienił się nam smak… Teraz każdy prosi, aby dodawać więcej chili do jedzenia!

Rozczarowanie 1: Śmieci

Są wszędzie. Jest ich dużo. To dla Europejczyka spory szok. Przez dwa tygodnie miałam ochotę zbierać je po drodze, choć i tak za chwilę pojawiłyby się nowe. To jest o tyle ciekawe, że każdego ranka w hinduskich domach i przed nimi, odbywa się rytuał sprzątania, a przed wejściem do domu obowiązkowo zdejmuje się buty. A śmieci są wszędzie. Nawet pan, który zbiera śmieci (segregując) gubi je po drodze i zupełnie się tym nie przejmuje… Nie raz nie dwa było tak, że coś wyrzuciłam do kosza, a potem znajdowałam to po drodze… Po 3 tygodniach pobytu nauczyliśmy się po prostu nie patrzeć na śmieci, ale chyba zawsze nas to będzie ruszać.

Zaskoczenie 2: Indian time

Lubię mieć różne sprawy pod kontrolą, zaplanować, przemyśleć i przewidzieć co i jak. W Indiach się nie da. Po prostu. Zbyt wiele rzeczy dzieje się nie w czasie umówionym, ale wtedy kiedy się dzieje… „Indian time”. Skuter ma być dzisiaj? Ok. Nie ma? Acha. A kiedy będzie? Jutro. Acha. I tak czekałam ze dwa tygodnie 😉 I wiesz, już po pierwszym tygodniu poczułam przyjemną ulgę, że wcale nie muszę kontrolować, denerwować się czy wkurzać. I że jak coś idzie nie tak, jak miało być, to nie jest problem, tylko inna opcja i tyle. Ileż stresów mnie w ten sposób ominęło! Teraz próbuję zatrzymać tą umiejętność choć nie jest łatwo…

Zachwyt 3: Morze

Morze Arabskie. Piękne. Plaża pias(czysta), z palmami i bardzo pusta (w części, w której mieszkaliśmy). Godzinami mogłam gapić się na fale 😉 A myślałam, że jestem bardziej „górska”.

Zaskoczenie 3: Internet

Wiele razy słyszałam, że w Indiach słabo z internetem. Ale wiedziałam też, że muszę go mieć – choćby nie wiem co – aby pracować! No i się udało. Czasem był w telefonie, czasem przez WiFi, czasem go nie było… Wtedy ratowałam się internetem w knajpkach 😉 Raz nie było nigdzie, bo ktoś strajkował! A kilka razy nie było internetu, bo była „bad weather” i słaby sygnał… Ale dałam radę! A właściwie to dałyśmy radę, bo mój internet miał nieraz wpływ na cały „mamopracowy” zespół.

Zaskoczenie 4: Ruch lewostronny

Nie byłam na to gotowa. Wiedziałam, że czeka mnie nauka jazdy na skuterze, ale nie wiedziałam (pewnie mogłam się domyślić), że w Indiach jest ruch lewostronny. Bałam się, ale zastosowałam opcję „jakoś to będzie” i było! Bardzo dobrze. No może kilka razy prawie wylądowałam na murze, albo rowie czy krowie, ale obyło się bez wypadków – na szczęście 😉 Wiatr rozwiewał mi włosy, trójka dzieci mogła jechać ze mną i było super! Szkoda, że w Krakowie skuterem zbyt niebezpiecznie, no i z trójką dzieci daleko bym nie zajechała…

Rozczarowanie 2: Angielski

No dobrze. Przyznam się. Miałam nadzieję, że podszkolę się w angielskim. Wygrzebię go z czeluści mojego mózgu, ale niestety. Nie było takiej potrzeby. Codzienna komunikacja była bardzo prosta, wielu Hindusów słabo mówi po angielsku (choć to język urzędowy), więc czasem musiałam mówić bardzo prostym językiem, abyśmy się zrozumieli, a i to nie gwarantowało powodzenia 😉 Podsumowując, może trochę przewietrzyłam nieco swój angielski – ale nie za dużo! A szkoda.

Rozczarowanie 3: Słodycze

Nie uwierzysz ale przez 3 miesiące nie jadłam dobrego deseru… no chyba, że upiekłyśmy brownie 😉 Serio. Słodycze indyjskie zupełnie nam nie smakowały. Być może nie trafiliśmy na nic dobrego – nie przekreślam wszystkich deserów w Indiach – ale te, które próbowaliśmy były tak słodkie, twarde, suche że aż niedobre… Generalnie cukru jest sporo w napojach, ciastkach i cukierkach, dużo więcej niż w tych samych produktach w Europie.

Za to owoce… bajka!

Zaskoczenie 5 i zachwyt 4: Dziewczynki w szkole

Zosia i Helenka nie bez obaw szły pierwszego dnia do szkoły. Zastanawiały się: jak to będzie rozmawiać tylko po angielsku? A czy wszystko zrozumieją? A co jeśli nie będą wiedziały o co chodzi?

Ja myślałam: A nie za gorąco tam? W końcu lekcje w szałasach… Czy nie zapomną o piciu wody? No i czy aby to bezpieczne, że cały dzień będą na plaży beze mnie (piątek był beach day?). Jak się okazało były też inne Polki, więc polski był w ruchu, a o wszystko inne dbali nauczyciele 😉 wracały zmęczone i szczęśliwe!

Zaskoczenie 6: Krzyś w przedszkolu

To było trudne. Nasz Krzyś (l. 5) w Polsce rok adaptował się do przedszkola, i nie lubił się z nami rozstawać. Dość naiwnie założyłam, że w Indiach może będzie inaczej… Nie było. I choć miał w przedszkolnej grupie trzech kolegów z Polski, a na terenie placówki kolejną piątkę polskich dzieci (siostry były w innej szkole), to każdy poranek był trudny. Nie pomagały przytulaski, dużo czasu razem popołudniami, zapewnienia o naszej miłości. Było ciężko. Choć wracał radosny i pełen opowieści o zabawach w błocie, małych małpkach, które regularnie ich odwiedzały, rzucaniu kamieni i bazach, które zbudował; rozstania były trudne.

Do czasu, aż…

Zachwyt 5: Córka

Zosia sama zdecydowała się zmienić szkołę, aby być z Krzysiem. Aby jemu było raźniej! To było bardzo piękne i dojrzałe, choć wcale nie takie łatwe dla niej. Jak się później okazało, ta zmiana była i dla niej korzystna. W pierwszej szkole obyła się z językiem i spokojnie się komunikowała, używając oczywiście także rąk i nóg ;-). W nowej szkole trafiła do klasy ze starszymi dziećmi od siebie, mówiła wyłącznie po angielsku, uczyła się matematyki, geografii, angielskiego i francuskiego – oczywiście po angielsku. I choć wracała jeszcze bardziej zmęczona i brudna, to widziałam w oczach dumę z samej siebie!

Helenka też stanęła na wysokości zadania i choć została w szkole bez siostry, czego się bała (w końcu we dwie raźniej) bardzo dzielnie i odważnie zaprzyjaźniała się z coraz większą grupą dzieci z całego świata!

Zachwyt 6: Ludzie

Moje doświadczenia wskazują na to, że Hindusi to bardzo dobrzy ludzie. Lubią dzieci, są serdeczni, uśmiechnięci i choć wielu z nich wiedzie bardzo skromne, lub nawet biedne życie, są pogodni. Przynajmniej my takich spotykaliśmy każdego dnia. Bałam się o bezpieczeństwo dzieci w obcym i dalekim kraju, a to było zupełnie niepotrzebne.

Zachwyt 7: Zaufanie

Przed wyjazdem bałam się, że ktoś nas może chcieć oszukać, okraść czy naciągnąć. Ale przebywając wśród Hindusów, dając się wozić, leczyć czy powierzając swoje dzieci, czułam się najbezpieczniej w życiu.

Może mieliśmy szczęście do ludzi? Może po prostu nic złego nas nie spotkało? No chyba, że ktoś nas tak oszukał, że dotąd się nie zorientowaliśmy 😉

Zaskoczenie 7: Praca zdalna

Miałam nadzieję, że się uda. Takie było założenie. Ale też sporo obaw. A okazało się, że zupełnie niepotrzebnie. To nie tak, że nie było kłopotów, czy jakiś trudniejszych momentów – były. Zespół w Krakowie, a ja daleko, 4,5 h różnicy czasu. Dziewczyny dopiero się rozkręcały z działaniami ok. 10:30, a ja już kończyłam, bo zbliżała się 15:00 i czas odbierać dzieci. Ale wypracowałyśmy sobie rytm pracy. Planowałyśmy lepiej rozmowy, i czy był dobry czy zły internet, dawałyśmy radę rozmawiać i prowadzić wszystkie działania. A ja upewniłam się, że mamy super zespół! Dzięki dziewczyny!

To był niesamowity czas. Bardzo bogaty w doświadczenia i przeżycia. Czy coś się zmieniło w nas na lepsze? Zobaczymy!

A jeśli jesteś ciekawa, gdzie jest Goa, i upewnić się, że to nie jest wyspa 😉 kliknij tutaj >>>

A wiesz jak tam trafiliśmy? Jeśli nie, to zapraszam jeszcze tutaj 😉

Chcesz o coś zapytać napisz do mnie: [email protected]

Zdjęcia: Agnieszka Czmyr-Kaczanowska

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Agnieszka Kaczanowska
Współzałożycielka mamopracuj.pl, od dziesięciu lat rozwija swoje umiejętności łączenia życia rodzinnego i zawodowego i nawet jej to wychodzi! Lubi wyzwania i cieszy ją kiedy pracodawcy znajdują świetnych pracowników. Mama wesołej trójki, żona i miłośniczka kotów.  
Chcę otrzymywać inspiracje, pomysły i sugestie jak pracować i nie zwariować.
Newsletter wysyłamy raz na 2 tygodnie
Może Cię zainteresować także:
Uwaga. Strona wykorzystuje pliki cookies. Informacje uzyskane za ich pomocą wykorzystywane są w celach statystycznych. Pozostając tu godzisz się na ich zapisywanie w Twojej przeglądarce. ×

Email marketing powered by FreshMail
 

Email marketing powered by FreshMail
 

Email marketing powered by FreshMail