Czego szukasz

Wschód słońca na Babiej Górze – wyprawa z dzieckiem

Wschód słońca na Babiej Górze obiecałam mojej córce Marcie w ubiegłym roku. Nasze pierwsze wspólne wyjście na Babią we mgle oznaczało brak jakichkolwiek widoków. Początek wakacji to idealna okazja, żeby uczcić ją wschodem słońca. Czy to dobry pomysł na wycieczkę z dzieckiem? Czy udało nam się zobaczyć wschód słońca na Babiej Górze?

świt na Babiej Górze

Przygotowania

Wschód słońca na Babiej Górze to nie byle jaka wyprawa, więc wyjazd proponuję mężowi. Jestem raczej tchórzem i sama (z dzieckiem) nocą nigdzie nie pójdę. Podchodzi do sprawy z entuzjazmem, kupuje latarki czołówki i cieszy się wędrówkę przez ciemny las. Brrr. Potem szukamy innych chętnych, zawsze to będzie nam raźniej w większej grupie.

Po kilku dniach ekipa umówiona, niania do młodszej córki zamówiona, wyruszamy w piątek wieczorem. Noc krótka, a na Babią na tyle daleko, że nie opłaca się nigdzie spać. Umawiamy się na wejście na szlak o 1 w nocy, bo wiem, że ani 10-letnia Marta ani ja nie pójdziemy szybko. A nie chcemy ani z nikim się ścigać, ani spóźnić na wschód.

Prognozy pogody korzystne, sprawdzamy na 4 portalach i aplikacjach meteo.

Żeby nie spotkać niedźwiedzia

Wyjeżdżamy z Krakowa przed północą i około 0.40 jesteśmy na Krowiarkach. Oprócz nas jest sporo ludzi i samochodów. Zdaniem niektórych wschód słońca na Babiej Górze to już komercja. Nam to kompletnie nie przeszkadza, a wręcz cieszymy się, że nie jesteśmy sami.

Trzęsiemy się z Martą ze strachu. W końcu idziemy tylko we trójkę, bo druga część ekipy (2 ojców i 2 nastoletnich synów) będzie spóźniona około pół godziny. Latarki czołówki włączone, o 1 w nocy wyruszamy. Znamy trasę, bo szłyśmy z nią z Martą jesienią. Mówimy sobie – oby do Sokolicy, a potem to już luz. Nocą na szlaku jesteśmy pierwszy raz w życiu. Chociaż innych ludzi trochę jest, to szybko znikają w ciemnościach. Oświetlamy drogę i patrzymy pod nogi. W Babiogórskim Parku Narodowym mieszka niedźwiedź (zwany przez internautów Puszkiem) – jego harce zarejestrowała kamera. Zobacz filmik>>

Tomek obiecał, że będzie nas bronił nożem (ha ha ha), ale w końcu nawet scyzoryka nie wziął ze sobą. Po 45 minutach marszu po schodach i w stresie, żeby to mruczenie w krzakach (serio!) nie było jednak Puszkiem, docieramy na Sokolicę (1367 m.n.p.m.). Chwila odpoczynku. Tu dogania nas spóźniona ekipa. W oddali, gdzieś nad Suchą Beskidzką (?) błyska burza. Oby do nas nie przyszła. Wyruszamy dalej. Wydawało mi się, że od Sokolicy to już prawie na płasko jest, a jednak zapomniałam, że później jest również pod górę. W końcu na szczyt trzeba wspiąć się jeszcze około 350 m do góry!

postoj_na_sokolicy

1_wschod_slonca_na_babiej_gorze

Dalej w górę

Na Kępie (1521 m.n.p.m.) kolejny postój. Burza nad Suchą gdzieś ucichła, ale niebo chmurzy się nad nami, a od strony Tatr widać nowe błyskawice. Niedobrze. Idziemy dalej, chociaż z coraz większym lękiem o pogodę. Nasza ekipa „ucieka” nam tempem biegowym, my powoli wspinamy się do góry. Jest przed 3, niechże ten świt nadejdzie. Czarną nocą wszystko wygląda straszniej niż w dzień.

Tuż pod szczytem Gówniaka (1617 m.n.p.m.) obserwujemy niebo i coraz większe błyskawice. Wiatr niestety wieje w naszą stronę. Patrzymy na pioruny i zastanawiamy się co dalej. Razem z nami zastanawia się kilka grup. Wracać czy iść dalej. Ktoś głosem eksperta mówi, że to właśnie w tym miejscu piorun zabił turystę miesiąc temu. Ktoś inny stwierdza, że taka burza nad Tatrami może przyjść do nas w 10 minut. Jedni zawracają (i wcale nie są to rodziny z dziećmi, których tu wcale nie ma, ani zniedołężniali starcy), inni idą do góry. Grupa młodych facetów, która długo dyskutowała co robić decyduje iść do góry „najwyżej będziemy zbiegać na dół”.

I w dół…

Marta cicho mówi – mamo ja się boję, wracajmy. Ja też się boję. Tomkowi żal – on by poszedł dalej. Może gdyby nie Marta, to byśmy we dwójkę poszli? Trudna decyzja, dla mnie również, ale wracamy. Do szczytu zostało około pół godziny, ale jak przyjdzie burza, to tam na górze nie ma się gdzie schować, a my na pewno nie będziemy zbiegać na dół. Nie wiemy jak na taki stres zareaguje nasza córka, nie chcemy ryzykować.

Bardzo nam szkoda, ale zawracamy. Trudno, nie tym razem. Schodzimy w dół, do Sokolicy. Rozmawiamy z Martą, że to nie tchórzostwo i ona czując się „winna” tego zejścia prosi, żeby nie mówić, że jest mięczakiem. Jest okazja, żeby porozmawiać o tym, że górach odważnym jest nie ten, kto idzie za wszelka cenę, ale ten kto umie zawrócić (powtarzam za Kingą Baranowską).

Dochodzimy na Sokolicę (zeszliśmy około 250 m w dół) i postanawiamy zjeść śniadanie. Niebo rozjaśnia się, wspinając się na palce widzimy początek wschodu słońca. Ta groźna burza gdzieś odeszła, Babia rozjaśnia się… i wtedy do głowy wpada mi szalony pomysł…

2_wschod_slonca_na_babiej_gorze

3_wschod_slonca_na_babiej_gorze4_wschod_slonca_na_babiej_gorze

6_wschod_slonca_na_babiej_gorze

7_wschod_slonca_na_babiej_gorze

I w górę…

a gdybyśmy jednak spróbowali wejść na szczyt i zobaczyć ten wschód słońca? Jedno spojrzenie na Tomka i… mówimy Marcie, że jednak idziemy na Babią. Nie wiem skąd w nas tyle siły, ale wszyscy prawie wbiegamy na górę.

Na Kępie patrzymy na wschód słońca, teatr świateł już rozpoczął się za naszymi plecami. Słońce wschodzi nad Pasmem Polic… Jak pięknie i zielono… jak przyjemnie jest o poranku, a jak strasznie nocą… Dochodzimy znowu pod szczyt Gówniaka (nie mylić w Główniakiem w Paśmie Polic. Nazwa Gówniak pochodzi od odchodów bydła wypasanego tam w dawnych czasach )… i naszym oczom ukazuje się…. ciemne, burzowe niebo nad szczytem, a w oddali słychać grzmoty… Wiatr wieje z dużą siłą w naszą stronę.

chmury_burza_babia_gora

I w dół…

Nie wygląda to dobrze, ale najtrudniej jest podjąć decyzję… że nie wejdziemy na szczyt. Schodzimy (czujemy się jak himalaiści przed nieudanym atakiem szczytowym)…  Marta siada na trawie i zaczyna płakać: „cała wycieczka na nic i noc zmarnowana”… Mnie też nie jest do śmiechu… Ale ta burza nadejdzie na pewno i na pewno szybko… Cala Zawoja okryta chmurami, od strony Małej Babiej grzmi… No i wracamy… Ale już nam się nie chce.

5_wschod_slonca_na_babiej_gorze

Zaczyna padać deszcz, burza dalej straszy, ogarnia nas zniechęcenie… Nagle widzimy te strome zejścia w dół, nogi bolą, w końcu 4 raz idziemy tą trasą w ciągu 4 godzin! Schodzimy powoli do samochodu, wymyślając jakie atrakcje możemy sobie „kupić” żeby poprawić sobie humory. Do Krowiarek przychodzimy o 6.15, wstał nowy dzień, do góry idą pierwsi dzienni turyści. Nawet pieczątek nie możemy na Krowiarkach przybić.

Wymyślamy wyjazd do Zakopanego na kawę i po oscypki, wydaje nam się, ze to niedaleko, ale to jednak 60 km. Jedziemy do Zawoi, po drożdżówki, kawę i oscypki. O 6.40 rozkładają stragany na targu. Marta zdążyła już zasnąć, my kupujemy różne sery i jedziemy do Krakowa. Niania pisze nam smsa, że w Krakowie właśnie leje.

Na zakończenie

Pozostaje niedosyt, niespełnione marzenie, ale też radość z wycieczki, jakiej nigdy jeszcze nie przeżyliśmy. W domu próbujemy odespać, ale trudno, bo nasza młodsza córka właśnie się obudziła i chce się bawić. Chwilowo wyleczyliśmy się ze wschodów słońca, jesteśmy potwornie śpiący i zmęczeni… może kiedyś, może za parę tygodni. I na pewno nie z Krowiarek, mamy dość tej trasy! Publikuję parę zdjęć ze wschodu spod Babiej na FB i proszę o brawa dla Marty, bo była bardzo dzielna. Wieczorem cieszy się, że tyle osób ją doceniło! Od gór na chwilę wszyscy musimy odpocząć. Na jakiś… tydzień?

szlak_na_babia

Wschód słońca na Babiej Górze – informacje praktyczne

Trasa naszej wycieczki jest tutaj >> Idąc w weekend przygotuj się na to, że spotkasz dużo ludzi.

Znaki pokazują 2,5h na szczyt z Krowiarek, z dziećmi można liczyć około 3h. Schodzić można tą samą trasą – najkrótsza. Albo przez Przełęcz Bronę i schronisko w Markowych Szczawinach – do Krowiarek – trasa dłuższa.

Z Krowiarek do Markowych Szczawin dojdzie każdy, trasa jest odnowiona i przystosowana dla rodzin z dziećmi w wózkach. To po prostu długi spacer po lesie.

Trasa na Babią rekomendowana dla starszych dzieci, ze względu na długą trasę i dużą różnicę wzniesień. Wiem, że na szczyt wchodzą bardziej wytrwałe 5-latki, ale moim zdaniem minimalny wiek to 7-8 lat.

Data wycieczki: 25.06.2016

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Współzałożycielka portalu Mamo Pracuj, absolwentka UEK, z doświadczeniem zawodowym w dużym biznesie. Mama dwóch rozbrykanych dziewczynek. Pasjonatka górskich wycieczek i Italii w każdej postaci. Marzy o dalekich podróżach i zdobyciu Korony Gór Polski.
Podyskutuj

Czy warto iść do szkoły rodzenia? Co trzeba wiedzieć?

Zdania na ten temat są podzielone i pewnie sama słyszałaś różne opinie. Jedni mówią, że szkoła rodzenia to punkt obowiązkowy w ciąży, a inni że szkoda na to czasu. Decyzji nie ułatwia fakt, że do wyboru mamy różne formy i długości zajęć: kilkutygodniowe, weekendowe lub całkowicie online ;) Zatem, czy warto iść do szkoły rodzenia? Opowiem Ci o moich doświadczeniach.
kobieta w ciąży

Temat szkoły rodzenia pojawił się naturalnie. I naturalnie pojawiły się pytania:

  • czy warto?
  • jeśli warto, to gdzie i jaką formę wybrać?
  • i na czym nam właściwie zależy? Czego my oczekujemy od szkoły rodzenia?

Kluczowe okazało się oczywiście ostatnie pytanie. Zwłaszcza, że mieliśmy z mężem trochę inne zdania. Ja potrzebowałam nabrać spokoju i przekonania co do miejsca, które wybraliśmy na poród. Mąż natomiast bardzo chciał dowiedzieć się jak mogę przygotować się fizycznie przed porodem i jak on może mi pomagać.

W związku z różnymi oczekiwaniami, nasze odczucia po, także były inne 😉 Ale o tym napiszę później.

Ostatecznie wybraliśmy wersję weekendową (dwa weekendy), prowadzoną przez personel szpitala, w którym będę rodziła.

Czy warto iść do szkoły rodzenia?

Według mnie… zależy 😉 Najważniejsze co odpowiesz sobie na ostatnie z pytań, które napisałam powyżej. Ja jestem zadowolona z podjętej decyzji i zaraz odpowiem dlaczego.

1. Poznajesz personel szpitala

Według mnie to największa zaleta szkoły rodzenia. Wiadomo, nie poznałam całego personelu, ale te kilka osób pozwoliło nabrać mi trochę wewnętrznego spokoju. Wykłady były prowadzone przez położne, fizjoterapeutów, lekarzy, do których można było później podejść i jeszcze chwilkę porozmawiać. W ich wypowiedziach dało się odczuć jakie zasady preferują, a ponieważ zgadzały się mniej więcej z moimi wyobrażeniami, to utwierdziłam się w wyborze tego konkretnego szpitala.

Podsumowanie: szkoła rodzenia pozwoliła mi zweryfikować wybór miejsca, w którym zamierzam powitać na świecie swoje maleństwo.

2. Dowiadujesz się jakie jest podejście szpitala do ważnych dla Ciebie kwestii

Podczas zajęć w szkole rodzenia poznałam odpowiedzi na kwestie, które interesują chyba każdą kobietę w ciąży:

  • znieczulenie – jakie, kiedy, jak się podaje, przeciwwskazania itd.
  • nacięcie krocza – też kiedy, w jaki sposób, jak później zadbać, żeby wszystko dobrze się zagoiło itd.
  • cesarka – wskazania, przebieg, możliwość kangurowania, postępowanie po itd.
  • karmienie – czy na miejscu są specjaliści do pomocy itd.

Oprócz tego dowiedziałam się m.in. ile jest położnych na dyżurze, ile jest sal porodowych, kto będzie się mną zajmował (pomagał/doradzał) podczas i po porodzie, kto może być ze mną w trakcie porodu itd.

Podsumowanie: szkoła rodzenia okazała się świetnym miejsce na zadawanie nurtujących mnie pytań (i uzyskiwania rzetelnych odpowiedzi od specjalistów w swoich dziedzinach).

3. Wiesz co będzie oczekiwane od Ciebie – przy przyjęciu, po porodzie…

… czyli trochę papierologii i nie tylko 😉

Bardzo dokładnie zapisywałam wszystko, co mówiła położna:

  • jakie dokumenty będą potrzebne przy przyjęciu do szpitala i co będę wypełniać na miejscu,
  • jak powinnam spakować się do porodu oraz co ze swojej strony zapewnia szpital.

Podsumowanie: myślę, że szkoła rodzenia zaoszczędzi mi sporo stresu przy przyjęciu do szpitala oraz zmniejszy rozmiary mojej torby do porodu.

4. Twój partner dostaje sporą dawkę wiedzy o tym, co będzie się działo

Poród, połóg, karmienie, huśtawka nastrojów, opieka nad noworodkiem…

Mój mąż bardzo interesuje się rozwojem i wychowaniem dziecka, a także fizjoterapią. Tutaj jest zdecydowanie większym specjalistą ode mnie. Są jednak tematy, które pomimo mojego ciągłego gadania o nich, odkrywał dopiero podczas szkoły rodzenia 😉

Na pewno dużo dało nam to, że mogliśmy razem słuchać o etapach porodu, o trudnościach związanych z połogiem czy o podstawowej opiece nad naszym maleństwem i wspólnie wczuwać się w rolę przyszłych rodziców.

Podsumowanie: wartość dodana szkoły rodzenia to to, że mogłam ją przeżywać razem z mężem.

5. Otrzymujesz podstawową wiedzę… wśród innych tak samo zagubionych par jak ty

Trafiłam na niezbyt aktywną grupę w szkole rodzenia. Wszyscy raczej słuchali i tylko od czasu do czasu zadawali pytania. Myślę, że w czołówce pytających był mój mąż, który próbował też rozluźnić trochę atmosferę 😛

Pomimo tego, dobrze było usłyszeć, że inne pary mają podobne problemy i obawy oraz zobaczyć, że podczas kilku warsztatów praktycznych tak samo „ostrożnie” obchodzą się z lalką, nie wiedzą jak ją ułożyć czy umyć w wanience.

Podsumowanie: mogłam poczuć więź z innymi początkującymi rodzicami i nie martwić się już tak bardzo, że sobie nie poradzę.

Czego nie oczekuj od szkoły rodzenia?

Tutaj będzie krótko. Szkoła rodzenia nie odpowie Ci na pytania:

1. Jak idealnie postępować z noworodkiem/niemowlakiem – to trochę tak jakby próbować odpowiedzieć na pytanie „Jak idealnie wychować dziecko?” – nie ma jednej odpowiedzi, wszystko i tak trzeba będzie dostosować pod potrzeby naszego maluszka.

2. Jak będzie wyglądał poród – ok, dużo przydatnych informacji się pojawi. Ja wyszłam z przekonaniem, że każdy poród jest inny i nie da się go ani zaplanować, ani przewidzieć, ani do niego tak do końca przygotować. Zwłaszcza, gdy rodzi się pierwszy raz i nawet wyobraźnia nie pomaga.

Teraz już sama musisz odpowiedzieć sobie na pytanie: czy warto iść do szkoły rodzenia?

Ja nie żałuję. Mąż raczej też, chociaż był rozczarowany, że tak mało czasu poświęcone było na jego udział/pomoc przy porodzie. Rzeczywiście część z porodu rodzinnego ograniczyła się do około godzinnych zajęć, podczas których każde ćwiczenie czy technika masażu były pokazane tylko raz. Jeśli więc chcielibyśmy się porządnie do tego przygotować, to musielibyśmy zapisać się na osobne zajęcia.

Ale… nabraliśmy z mężem przekonania (i spokoju), że nie skrzywdzimy naszego dziecka, bo nie istnieją idealne metody postępowania. Każdy ze specjalistów wypowiadał się ze swojego punktu widzenia, czasami wyrażając sprzeczne opinie, np. inaczej na kwestię chustonoszenia patrzyła położna i psycholog, a inaczej fizjoterapeutka.
A i tak najważniejsza jest miłość, którą otoczymy naszego maluszka 🙂

Powodzenia!

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Jestem osobą, która nie potrafi się nudzić. Lubię różnorodność, dlatego skończyłam studia łączące zajęcia humanistyczne, graficzne i informatyczne. Odpoczywam podczas długich spacerów, a znajomi wiedzą, że dobrej herbaty w miłym towarzystwie nigdy nie odmówię.

5 rytuałów tybetańskich – podpowiedzi, inspiracje i linki do ćwiczeń

Lecąc samolotem zawsze mnie wzrusza informacja o tym, że maseczkę z tlenem mam założyć najpierw sobie a nie dziecku. Przecież w tysiącu innych spraw sobą zajmuję się na końcu... Tak jest ze znajdowaniem czasu na ćwiczenia, wyjścia na pilates czy czytanie książek. Postanowiłam to zmienić zaraz po powrocie z Indii. A pomogła mi w tym pamiątka jaką sobie przywiozłam...
Mata do ćwiczeń 5 rytuałów tybetańskich

5 rytuałów tybetańskich – czyli zacznij ćwiczyć i zobacz co się stanie!

„Co mam do stracenia?”

Ja sobie tak właśnie pomyślałam, kiedy w Indiach, zaprzyjaźniony masażysta powiedział, że mam za słabe mięśnie i muszę je wzmocnić, a moje ciało młodsze nie będzie, więc nie mam na co czekać… polecił abym zaczęła ćwiczyć rytuały tybetańskie.

Powiedział tylko tyle, że zaczyna się od 3, potem 5, 7, 9 aż do 21 powtórzeń każdego z ćwiczeń – co kilka dni. I kiedy przerwę to muszę zacząć od początku. Trochę mało aby zacząć 😉

Ale poszperałam w internecie i tak zaczęła się moja przygoda z nauką systematyczności, regularności ćwiczeń fizycznych, moim czasem tylko dla mnie i wcześniejszym wstawaniem… A efekty czuję każdego dnia!

Poszperaj i Ty – może Ci się spodoba? A jak to nie Twoja bajka to ja zrozumiem 😉

„Fontanna młodości” „Źródło wiecznej młodości”

To inne określenia zestawu pięciu, dość prostych ćwiczeń, w oparciu o jogę. Nie chcę tutaj opisywać całej filozofii. Jeśli masz ochotę i Cię zaciekawiłam zaglądnij do poniższych linków podzielonych tematycznie. Jeśli nie, poszukaj swojego zestawu i zacznij ćwiczyć cokolwiek 😉

Ja wierzę, że w zdrowym ciele zdrowy duch!

O rytuałach (po polsku i po angielsku) jak działają:

Jak wykonywać ćwiczenia?

A co można usprawnić aby łatwiej się ćwiczyło?

Ćwiczę dopiero 3 miesiące.

Na razie nie opuściłam ani jednego dnia. Jeśli rano nie uda mi się poćwiczyć, to do 20:00 podobno można, choć to już późno. Ale czasem nadrabiam popołudniem 😉

Cieszy mnie moja systematyczność.

Prawie zrezygnowałam z kawy – bo ćwiczenia budzą mnie o wiele lepiej! Czuję także, że zaczęłam od siebie, a nie od śniadania dla dzieci, przy którym zapewne się pokłócą, a ja zdenerwuję…

Czy jestem spokojniejsza? Pełniejsza energii? Mam taką nadzieję! Pewnie jeszcze za wcześnie na werdykt!

Czy młodsza? To się okaże 😉

Może i Ty znajdziesz w ćwiczeniach przyjemność? Tych lub jakichkolwiek innych!

Powodzenia!

Zdjęcie: 123rf.

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Współzałożycielka mamopracuj.pl, od dziesięciu lat rozwija swoje umiejętności łączenia życia rodzinnego i zawodowego i nawet jej to wychodzi! Lubi wyzwania i cieszy ją kiedy pracodawcy znajdują świetnych pracowników. Mama wesołej trójki, żona i miłośniczka kotów. 
Chcę otrzymywać inspiracje, pomysły i sugestie jak pracować i nie zwariować.
Newsletter wysyłamy raz na 2 tygodnie
Uwaga. Strona wykorzystuje pliki cookies. Informacje uzyskane za ich pomocą wykorzystywane są w celach statystycznych. Pozostając tu godzisz się na ich zapisywanie w Twojej przeglądarce. ×