Czego szukasz

Wschód słońca na Babiej Górze – wyprawa z dzieckiem

Wschód słońca na Babiej Górze obiecałam mojej córce Marcie w ubiegłym roku. Nasze pierwsze wspólne wyjście na Babią we mgle oznaczało brak jakichkolwiek widoków. Początek wakacji to idealna okazja, żeby uczcić ją wschodem słońca. Czy to dobry pomysł na wycieczkę z dzieckiem? Czy udało nam się zobaczyć wschód słońca na Babiej Górze?

  • Joanna Gotfryd - 29/07/2016
świt na Babiej Górze

Przygotowania

Wschód słońca na Babiej Górze to nie byle jaka wyprawa, więc wyjazd proponuję mężowi. Jestem raczej tchórzem i sama (z dzieckiem) nocą nigdzie nie pójdę. Podchodzi do sprawy z entuzjazmem, kupuje latarki czołówki i cieszy się wędrówkę przez ciemny las. Brrr. Potem szukamy innych chętnych, zawsze to będzie nam raźniej w większej grupie.

Po kilku dniach ekipa umówiona, niania do młodszej córki zamówiona, wyruszamy w piątek wieczorem. Noc krótka, a na Babią na tyle daleko, że nie opłaca się nigdzie spać. Umawiamy się na wejście na szlak o 1 w nocy, bo wiem, że ani 10-letnia Marta ani ja nie pójdziemy szybko. A nie chcemy ani z nikim się ścigać, ani spóźnić na wschód.

Prognozy pogody korzystne, sprawdzamy na 4 portalach i aplikacjach meteo.

Żeby nie spotkać niedźwiedzia

Wyjeżdżamy z Krakowa przed północą i około 0.40 jesteśmy na Krowiarkach. Oprócz nas jest sporo ludzi i samochodów. Zdaniem niektórych wschód słońca na Babiej Górze to już komercja. Nam to kompletnie nie przeszkadza, a wręcz cieszymy się, że nie jesteśmy sami.

Trzęsiemy się z Martą ze strachu. W końcu idziemy tylko we trójkę, bo druga część ekipy (2 ojców i 2 nastoletnich synów) będzie spóźniona około pół godziny. Latarki czołówki włączone, o 1 w nocy wyruszamy. Znamy trasę, bo szłyśmy z nią z Martą jesienią. Mówimy sobie – oby do Sokolicy, a potem to już luz. Nocą na szlaku jesteśmy pierwszy raz w życiu. Chociaż innych ludzi trochę jest, to szybko znikają w ciemnościach. Oświetlamy drogę i patrzymy pod nogi. W Babiogórskim Parku Narodowym mieszka niedźwiedź (zwany przez internautów Puszkiem) – jego harce zarejestrowała kamera. Zobacz filmik>>

Tomek obiecał, że będzie nas bronił nożem (ha ha ha), ale w końcu nawet scyzoryka nie wziął ze sobą. Po 45 minutach marszu po schodach i w stresie, żeby to mruczenie w krzakach (serio!) nie było jednak Puszkiem, docieramy na Sokolicę (1367 m.n.p.m.). Chwila odpoczynku. Tu dogania nas spóźniona ekipa. W oddali, gdzieś nad Suchą Beskidzką (?) błyska burza. Oby do nas nie przyszła. Wyruszamy dalej. Wydawało mi się, że od Sokolicy to już prawie na płasko jest, a jednak zapomniałam, że później jest również pod górę. W końcu na szczyt trzeba wspiąć się jeszcze około 350 m do góry!

postoj_na_sokolicy

1_wschod_slonca_na_babiej_gorze

Dalej w górę

Na Kępie (1521 m.n.p.m.) kolejny postój. Burza nad Suchą gdzieś ucichła, ale niebo chmurzy się nad nami, a od strony Tatr widać nowe błyskawice. Niedobrze. Idziemy dalej, chociaż z coraz większym lękiem o pogodę. Nasza ekipa „ucieka” nam tempem biegowym, my powoli wspinamy się do góry. Jest przed 3, niechże ten świt nadejdzie. Czarną nocą wszystko wygląda straszniej niż w dzień.

Tuż pod szczytem Gówniaka (1617 m.n.p.m.) obserwujemy niebo i coraz większe błyskawice. Wiatr niestety wieje w naszą stronę. Patrzymy na pioruny i zastanawiamy się co dalej. Razem z nami zastanawia się kilka grup. Wracać czy iść dalej. Ktoś głosem eksperta mówi, że to właśnie w tym miejscu piorun zabił turystę miesiąc temu. Ktoś inny stwierdza, że taka burza nad Tatrami może przyjść do nas w 10 minut. Jedni zawracają (i wcale nie są to rodziny z dziećmi, których tu wcale nie ma, ani zniedołężniali starcy), inni idą do góry. Grupa młodych facetów, która długo dyskutowała co robić decyduje iść do góry „najwyżej będziemy zbiegać na dół”.

I w dół…

Marta cicho mówi – mamo ja się boję, wracajmy. Ja też się boję. Tomkowi żal – on by poszedł dalej. Może gdyby nie Marta, to byśmy we dwójkę poszli? Trudna decyzja, dla mnie również, ale wracamy. Do szczytu zostało około pół godziny, ale jak przyjdzie burza, to tam na górze nie ma się gdzie schować, a my na pewno nie będziemy zbiegać na dół. Nie wiemy jak na taki stres zareaguje nasza córka, nie chcemy ryzykować.

Bardzo nam szkoda, ale zawracamy. Trudno, nie tym razem. Schodzimy w dół, do Sokolicy. Rozmawiamy z Martą, że to nie tchórzostwo i ona czując się „winna” tego zejścia prosi, żeby nie mówić, że jest mięczakiem. Jest okazja, żeby porozmawiać o tym, że górach odważnym jest nie ten, kto idzie za wszelka cenę, ale ten kto umie zawrócić (powtarzam za Kingą Baranowską).

Dochodzimy na Sokolicę (zeszliśmy około 250 m w dół) i postanawiamy zjeść śniadanie. Niebo rozjaśnia się, wspinając się na palce widzimy początek wschodu słońca. Ta groźna burza gdzieś odeszła, Babia rozjaśnia się… i wtedy do głowy wpada mi szalony pomysł…

2_wschod_slonca_na_babiej_gorze

3_wschod_slonca_na_babiej_gorze4_wschod_slonca_na_babiej_gorze

6_wschod_slonca_na_babiej_gorze

7_wschod_slonca_na_babiej_gorze

I w górę…

a gdybyśmy jednak spróbowali wejść na szczyt i zobaczyć ten wschód słońca? Jedno spojrzenie na Tomka i… mówimy Marcie, że jednak idziemy na Babią. Nie wiem skąd w nas tyle siły, ale wszyscy prawie wbiegamy na górę.

Na Kępie patrzymy na wschód słońca, teatr świateł już rozpoczął się za naszymi plecami. Słońce wschodzi nad Pasmem Polic… Jak pięknie i zielono… jak przyjemnie jest o poranku, a jak strasznie nocą… Dochodzimy znowu pod szczyt Gówniaka (nie mylić w Główniakiem w Paśmie Polic. Nazwa Gówniak pochodzi od odchodów bydła wypasanego tam w dawnych czasach )… i naszym oczom ukazuje się…. ciemne, burzowe niebo nad szczytem, a w oddali słychać grzmoty… Wiatr wieje z dużą siłą w naszą stronę.

chmury_burza_babia_gora

I w dół…

Nie wygląda to dobrze, ale najtrudniej jest podjąć decyzję… że nie wejdziemy na szczyt. Schodzimy (czujemy się jak himalaiści przed nieudanym atakiem szczytowym)…  Marta siada na trawie i zaczyna płakać: „cała wycieczka na nic i noc zmarnowana”… Mnie też nie jest do śmiechu… Ale ta burza nadejdzie na pewno i na pewno szybko… Cala Zawoja okryta chmurami, od strony Małej Babiej grzmi… No i wracamy… Ale już nam się nie chce.

5_wschod_slonca_na_babiej_gorze

Zaczyna padać deszcz, burza dalej straszy, ogarnia nas zniechęcenie… Nagle widzimy te strome zejścia w dół, nogi bolą, w końcu 4 raz idziemy tą trasą w ciągu 4 godzin! Schodzimy powoli do samochodu, wymyślając jakie atrakcje możemy sobie „kupić” żeby poprawić sobie humory. Do Krowiarek przychodzimy o 6.15, wstał nowy dzień, do góry idą pierwsi dzienni turyści. Nawet pieczątek nie możemy na Krowiarkach przybić.

Wymyślamy wyjazd do Zakopanego na kawę i po oscypki, wydaje nam się, ze to niedaleko, ale to jednak 60 km. Jedziemy do Zawoi, po drożdżówki, kawę i oscypki. O 6.40 rozkładają stragany na targu. Marta zdążyła już zasnąć, my kupujemy różne sery i jedziemy do Krakowa. Niania pisze nam smsa, że w Krakowie właśnie leje.

Na zakończenie

Pozostaje niedosyt, niespełnione marzenie, ale też radość z wycieczki, jakiej nigdy jeszcze nie przeżyliśmy. W domu próbujemy odespać, ale trudno, bo nasza młodsza córka właśnie się obudziła i chce się bawić. Chwilowo wyleczyliśmy się ze wschodów słońca, jesteśmy potwornie śpiący i zmęczeni… może kiedyś, może za parę tygodni. I na pewno nie z Krowiarek, mamy dość tej trasy! Publikuję parę zdjęć ze wschodu spod Babiej na FB i proszę o brawa dla Marty, bo była bardzo dzielna. Wieczorem cieszy się, że tyle osób ją doceniło! Od gór na chwilę wszyscy musimy odpocząć. Na jakiś… tydzień?

szlak_na_babia

Wschód słońca na Babiej Górze – informacje praktyczne

Trasa naszej wycieczki jest tutaj >> Idąc w weekend przygotuj się na to, że spotkasz dużo ludzi.

Znaki pokazują 2,5h na szczyt z Krowiarek, z dziećmi można liczyć około 3h. Schodzić można tą samą trasą – najkrótsza. Albo przez Przełęcz Bronę i schronisko w Markowych Szczawinach – do Krowiarek – trasa dłuższa.

Z Krowiarek do Markowych Szczawin dojdzie każdy, trasa jest odnowiona i przystosowana dla rodzin z dziećmi w wózkach. To po prostu długi spacer po lesie.

Trasa na Babią rekomendowana dla starszych dzieci, ze względu na długą trasę i dużą różnicę wzniesień. Wiem, że na szczyt wchodzą bardziej wytrwałe 5-latki, ale moim zdaniem minimalny wiek to 7-8 lat.

Data wycieczki: 25.06.2016

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Joanna Gotfryd
Współzałożycielka portalu Mamo Pracuj, absolwentka UEK, z doświadczeniem zawodowym w dużym biznesie. Mama dwóch rozbrykanych dziewczynek. Pasjonatka górskich wycieczek i Italii w każdej postaci. Marzy o dalekich podróżach i zdobyciu Korony Gór Polski.
Podyskutuj

Home Exchange. Pomysł na wakacje za darmo

Czy myślałyście kiedykolwiek o zamianie domów? Tak na wakacje? A może miałyście jakieś wątpliwości? W naszym zespole to po prostu się dzieje! I uznałyśmy, że warto się tym podzielić. Agnieszka i Ewa, opowiadają skąd pomysł i jak to się zaczęło, jak reagują dzieci i jak to jest z zaufaniem... A także jakie są plusy takiego rozwiązania, i czy to dobry pomysł na wakacje? Przeczytajcie i same oceńcie ;-)
  • Anna Łabno - Kucharska - 02/05/2019
opieka nad domem znajomych jako pomysł na wakacje

Agnieszko, już od kilku lat praktykujesz #homeexchange, czyli udostępniasz swój dom znajomym na czas Waszej nieobecności. Jak to się zaczęło?

Oj, to już trwa jakiś czas 😉 Zaczęło się kilka lat temu – o ile dobrze pamiętam będzie ok. 7!
Nasi znajomi mieszkający w domu niedaleko Krakowa zapytali nas czy nie chcemy zaopiekować się ich domem przez dwa tygodnie. A że ja pracuję z domu (od wielu lat) i wtedy mieszkaliśmy w mieszkaniu w Krakowie na czwartym piętrze – taki pomysł się nam spodobał. To nie był nasz urlop, ale zmiana miejsca zamieszkania – ja pracowałam zdalnie kilka godzin, a mąż „normalnie” jeździł do pracy. Nawet dla niani nie był to problem i do tego domu przyjeżdżała do nas 😉

Dla moich dzieci to był raj. Wtedy miałam dwie córeczki, roczek i 4 latka. Wielki dom, wielki ogród, mnóstwo możliwości, nowe zabawki, mnóstwo zabawek 😉

Muszę się Wam przyznać, że ja nigdy w życiu nie mieszkałam w domu. Wychowywałam się w blokach i nie do końca rozumiałam co to znaczy dom z ogródkiem, choćby małym. Pamiętam, że to było dla mnie olśnienie, duża przyjemność, takie odkrycie. Mąż się śmiał, że to miłe tak wracać do żony i dzieci jak stoją przed domem i czekają na niego 😉

Później powtórzyliśmy jeszcze kilka razy taką akcję. A wtedy w naszym mieszkaniu w Krakowie… mieszkali znajomi z północy Polski, którzy mieli ogromną ochotę odwiedzić Kraków! Bo wiecie, my mamy kota i trzeba się nim opiekować 😉 Byli przeszczęśliwi oczywiście.

Myślę, że to poznanie domu sprawiło, że kiedy w drodze było nasze trzecie dziecko pomyśleliśmy o swoim domu 😉 Przeprowadziliśmy się i to teraz my potrzebowaliśmy kogoś do opieki.

Wtedy też pierwszy raz nie opiekowaliśmy się domem znajomych i wiecie, że wtedy ich zalało? Coś pękło w piwnicy, no i woda leciała… Nikogo nie było ;-( Zapamiętałam sobie, że lepiej nie zostawiać domu bez opieki!

Ale to nie tylko opieka nad domem, prawda?

Rzeczywiście. My po prostu szukamy kociej niańki 😉 Ale tak serio, to nasz kot jest bardzo towarzyski, nie lubi być sam, nie lubi też zmieniać miejsca zamieszkania (jak to kot), więc w zamian za opiekę nad kotem, oddajemy dom do mieszkania. I wszyscy są zadowoleni – mam nadzieję… ale to już lepiej zapytać Ewę! Czasem się zdarza, że muszę ustalać turnusy 😉 Bo tyle osób chciałoby pomieszkać!

A czy każdy może zamieszkać u Was?

Do tej pory jeśli opiekowaliśmy się domem, czy udostępniliśmy swój dom czy mieszkanie, to byli znajomi czy też rodzina znajomych. Choćby daleka. Pewnie gdybyśmy robili taki „home exchange” to musiałbym się do tego przygotować mentalnie i fizycznie. Ale sam pomysł mi się podoba.

Wiele w życiu podróżowałam, mieszkałam u różnych osób, które dzieliły się swoim domem i trochę tak mi zostało 😉

Czy nie masz obaw związanych z tym, że ktoś inny korzysta z Twojej przestrzeni. Tak naprawdę Twojej i Twojej rodziny?

Zupełnie. Tak serio zupełnie. Mam zaufanie do osób, które zapraszamy i które się na to godzą. Jasne, że jak ktoś poszuka to znajdzie trochę brudu, ale  nie mam z tym problemu i co ważne mój mąż i dzieci też nie. Dzieci lubią takie akcje, wiedzą, że to fajne – choć czasem się złoszczą jak kolekcje playmobil nie są w tych samych miejscach – no, ale bez przesady nic się im od tego nie dzieje 😉

U nas generalnie dużo się dzieje. W sensie sporo dzieci i dorosłych nas odwiedza, ktoś wchodzi, ktoś przychodzi, często jest nas więcej osób przy stole. To bardzo miłe.

pomysł na wakacje

Właśnie, a dzieci? Jak one reagują na takie rozwiązania? Czy je przygotowujesz do tego, że ktoś będzie mieszkał u Was pod Waszą nieobecność, czy dla nich jest to już dość naturalne?

Nie lubią tylko tego, że przed naszym wyjazdem, np. na wakacje muszą ciut lepiej posprzątać swoje pokoje 😉 Ale to jedyny „problem”. Rozmawiamy o tym, one wiedzą, że my nie mamy z tym problemu, że przecież jest kot – którego uwielbiają i musi mieć opiekę. Poza tym fajny mamy dom, po co ma stać pusty? Niech ktoś też sobie biega po trawie (i ją podlewa ;-)), czy odpoczywa – tak inaczej.

Myślę, że dwójka starszych dzieci pamięta jeszcze czasy jak nam było dobrze opiekując się domem przyjaciół…

Czy wcześniej spotykacie się i omawiacie szczegóły lub załatwiacie jakieś formalne kwestie? Czy idziecie na żywioł?

Mamy plik w Google Docs z taką „instrukcją obsługi” domu i kota. Zawsze go drukujemy i udostępniamy. Bywa, że ktoś wpada, aby poznać tajniki co i gdzie, jak z piecem, jak z wodą, no i śmieciami (to nie takie oczywiste dla mieszczuchów, że segregowane śmieci trzeba myć, aby dało się oddychać w garażu 😉 bo śmieci odbierane są raz na miesiąc…

Odbierają klucze i tyle! Jak coś trzeba to przecież jesteśmy pod telefonem.

Zawsze sprzątamy dom – no może nie na tip top – ale tak, aby komuś, kto będzie mieszkał było przyjemnie. No i zawsze jak wracamy jest jeszcze czyściej… Mąż czasem się śmieje, że to całkiem sprytne z naszej strony…

Co w razie „awarii” (zgubione klucze, zepsuta lodówka) 😉 ?

Pomagamy. Na szczęście raz się zdarzyło, Ewie akurat, że zaczął wyć alarm – jakiś durny, bo nawet nie wiedzieliśmy, że tak może wyć – pomagaliśmy telefonicznie go rozbroić. No a sprzęty to się psują po prostu. Kiedy my opiekowaliśmy się domem znajomych, to zepsuł się piec i nie było ciepłej wody – po konsultacji z właścicielami załatwiłam naprawę, a oni mi oddali pieniądze – pewnie u nas też tak to by wyglądało.

Czy przed takim udostępnieniem domu zdarza Ci się jednak „schować” cenne drobiazgi w bezpieczne miejsce? Czy opierasz się na 100% zaufaniu?

Tak, chowam przede wszystkim komputer mamopracuj 😉 ale tylko aby nie przeszkadzał. Poza tym nie mamy drogocennej biżuterii, nie trzymamy w domu pieniędzy – chyba, że te od monopoly 😉 Chyba nie mamy też jakiś bardzo kompromitujących przedmiotów 😉

A wiesz, że nawet o tym nie pomyślałam? Zaufanie – 100%.

A zdarzyła się jakaś ciekawa przygoda związana z udostępnieniem domu? 😉

Hmmm. Chyba nic – jeszcze 😉

No może tyle, że nasi sąsiedzi najpierw byli zdziwieni naszym pomysłem. Potem zaczęli nam znosić swoje kwiaty 😉 do podlewania, a teraz to już się dzieci zaprzyjaźniły np. z chłopcami Ewy i pytają się kiedy znów będą u nas 😉

Jakbyś miała podsumować, czy możesz wymienić 3 najważniejsze zalety „dzielenia się domem”?

Kot ma towarzystwo, to po pierwsze. Ale gdyby kota nie było, także dzielilibyśmy się domem 😉

Po drugie uczymy nasze dzieci dzielenia się tym, co mamy tak ogólnie, z taką myślą, że różnymi rzeczami można się dzielić, także swoją przestrzenią. Uczymy ich też otwartości na innych i zaufania.

No i to wielka radość wiedzieć, że ktoś ma frajdę z tego, że chwilę pomieszka sobie jakoś inaczej, a my jesteśmy spokojni, że dom i kot mają opiekę. Same plusy!

Ewa Moskalik

Ewo, a jak zaczęła się Twoja przygoda z korzystaniem z „dzielenia się domem”?

Pierwszy raz opiekowałam się domem Agnieszki. Wcześniej zdarzały się takie pomysły, ale nie doszło do ich realizacji. Tzn. my mieliśmy w planach udostępnić nasze małe, ale jednak położone w centrum Krakowa – co zawsze jest kuszące – mieszkanie, ale ostatecznie, poza moimi rodzicami, jakoś jeszcze nikt z tej opcji nie skorzystał.

Natomiast, co do naszej opieki nad domem Agnieszki, to zaczęło się tak, że pewnego dnia Agnieszka nam to zaproponowała. Dla mnie to było bardzo miłe, bo świadczyło o zaufaniu. Ponadto ucieszyłam się z perspektywy mieszkania w domu, bo jestem wychowana w bloku, a dom kojarzy mi się z czymś bardzo rodzinnym.

Czy można to porównać do wyjazdu na wczasy? Czy jednak odczucia są zupełnie inne?

Dla mnie to trochę jak wczasy. Co prawda prawie za każdym razem gdy opiekuję się domem Agnieszki to pracuję zdalnie, ale i miejsce, w którym położony jest dom – nie jest to centrum miasta – i sam dom, sprawiają, że czuję się jak na wakacjach. Jest choćby taras, którego na co dzień nie mam w domu 🙂

Wszystko jest inaczej. Już znam dom Agnieszki, ale nadal to zmiana. Bardzo miła zmiana! Poza tym o fakcie, że to trochę jak wyjazd na wakacje świadczy ilość toreb, które wnoszę do domu Agnieszki. Nie dość, że jest to nasza garderoba i jakieś inne szpargały, to jeszcze zabieram, to co aktualnie mam w lodówce, żeby się nie zepsuło. A pomimo tego, że bez korków od siebie do Agnieszki mogę dojechać nawet w 15 min., to nie jeżdżę do swojego domu. Przenoszę się z całym inwentarzem i stacjonuję na miejscu ustalony okres czasu 🙂

No właśnie, to przygoda czy bardziej obowiązek?

Jak najbardziej przygoda 🙂 Choć, żeby nie wybrzmiało tutaj, że traktuję powierzony mi dom lekkomyślnie, to przytoczę historię z naszego pierwszego pobytu w domu Agnieszki.

Kot poznawał naszą całą rodzinę po raz pierwszy, więc może nie był nieufny, ale z rezerwą. Dał się pogłaskać, byle nie za długo i na jego warunkach. Kot to kot i nic dodać, nic ująć. Natomiast ja podczas tego głaskania wyczułam jakąś kulkę na nodze kota, a że wydawało mi się też, że lekko utykał na nóżkę, to po kilku minutach bicia się z myślami, czy przeszkadzać Agnieszce w wakacjach, zadzwoniłam jednak co robić. Nasza rozmowa otarła się już o wizytę u weterynarza, ale koniec końców, jak kot nas bardziej zaakceptował kulkę dało się rozczesać. Na szczęście nie był to kleszcz, który w mojej wyobraźni urósł do niebotycznych rozmiarów.

A wspomniany przez Agnieszkę alarm rzeczywiście się uruchomił i nie da się tutaj oszacować, kto był bardziej przejęty – my czy Agnieszka 🙂 Oczywiście wszystko dobrze się skończyło. Zatem podsumowując – zdecydowanie to przygoda.

Czy razem z Agnieszką i jej Rodziną przygotowujecie się do mieszkania w ich domu?

Przed naszym pierwszym pobytem w domu Agnieszki, byłam u Agnieszki z dziećmi przy okazji naszego mamopracowego coworkingowania i wtedy Agnieszka opowiedziała mi o domu i pokazała najważniejsze rzeczy. I zawsze gdy już przyjeżdżamy z naszymi bambetlami do domu Agnieszki, zastajemy wydrukowane dokumenty z google docs, w których jest naprawdę wszystko opisane ze szczegółami. Kiedyś się nawet zastanawiałam, czy potrafiłabym tak opisać komuś funkcjonowanie swojego mieszkania 🙂

Dodatkowo, zawsze są naniesione ręcznie przez właścicieli zmiany, narzucone przez sezon – mieliśmy już przyjemność witać w domu Agnieszki nowy rok i spędzać ferie zimowe – lub choćby przez kota, który ostatnio trochę „poszerzył” swoją dietę. W tym przypadku korekta została wprowadzona przez dzieci, bo wiadomo czyj jest kot 🙂

Jakie widzisz zagrożenia, a jakie korzyści związane z mieszkaniem „u kogoś” przez jakiś czas?

Oj, ja widzę same korzyści. Mieszkanie w domu Agnieszki tylko utwierdziło mnie w tym, że to fajnie jest pożyczać dom/mieszkanie. Jak wspomniałam wcześniej, sama miałam taki pomysł ze swoim mieszkaniem i teraz tylko upewniłam się, że to bardzo dobra idea.

Mieszkając u Agnieszki, staram się dbać o nie bardziej niż o swoje. To trochę tak jak z dziećmi, jak dostaje się pod opiekę cudze dziecko, to staramy się i trzęsiemy bardziej niż nad swoim. Nie wspomnę o kocie, który chodzi własnymi ścieżkami. Zawsze dbałam o to, żeby noc spędzał w domu, a pierwsze pytanie, które padało zaraz po przebudzeniu, to czy kot już jadł 🙂 Myślę, że ktoś mieszkając w moim mieszkaniu tak samo przejmowałby się tym w jakim stanie je pozostawi po sobie.

Dodatkowo moje dzieci uczą się odpowiedzialności za czyjeś rzeczy. Wiedzą, że mają odkładać wszystko na miejsce i starają się bardziej niż w swoim domu 🙂

Nie wspominając o radości z korzystania z innych zabawek, takich których na co dzień po prostu nie mają.

opieka nad domem

Jak na tę zmianę reagują Twoi synowie? Czy łatwo im się dostosować?

Wygląda to tak, że co jakiś czas – zwłaszcza młodszy syn – dopytuje kiedy będziemy opiekować się kotem. Starszy poznał już topografię okolicy i sam podróżuje komunikacją miejską do centrum miasta, więc zaaklimatyzował się w pełni. Oni po prostu lubią tam być. A za kotem wprost przepadają. Cieszą się na każdą oznakę sympatii z jego strony.

Mają też zdecydowanie więcej przestrzeni, bo nasze mieszkanie jest bardzo małe, ale i tak najczęściej siedzą z nami na dole, na tzw. kupie. Chyba tak po prostu lubią. Taras i ogród dają im przestrzeń do wybiegania się, czasem grają w piłkę, a czasem robią sobie prysznic zraszaczem. Tego nie da się zrobić mieszkając w mieszkaniu w bloku.

Odpowiadając wprost na pytanie, nie dostosowują się, bo czy do lepszego trzeba się dostosowywać? Trzeba brać i cieszyć się póki jest 🙂

Mieszkałaś u Agnieszki, a czy udostępniłabyś swoje mieszkanie?

Odpowiedziałam już na to trochę wcześniej, ale powtórzę – zdecydowanie tak. I myślę, że sprawiłoby mi to wiele radości. Świadomość, że ktoś może skorzystać z mojego mieszkania i pospacerować po rynku Krakowa sprawiłaby mi przyjemność. To trochę jak dobry uczynek 🙂 nie wspominając już o tym, że wiem, że mieszkanie byłoby w dobrych rękach.

To pytanie mi teraz przypomniało, że miałam już okazję w ten sposób skorzystać wcześniej z czyjejś gościny. Partner mojej kuzynki, dla mnie zupełnie obca osoba, przekazał kiedyś klucze do swojego mieszkania w Gdańsku moim rodzicom i powiedział, że możemy tam być ile chcemy. Spędziliśmy wtedy tam miesiąc wakacji wspólnie z moimi rodzicami, czyli w 6 osób i wspominam to jako wspaniały czas. Uwielbiam Gdańsk i cieszę się, że mogłam tam mieszkać miesiąc czasu.

Dziękujemy za rozmowę.

Rozmawiały: Agnieszka Kumorek i Anna Łabno-Kucharska

Zdjęcia: własność Ewa Moskalik-Pieper i Agnieszka Czmyr-Kaczanowska

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Anna Łabno - Kucharska
Jestem mamą mądrej indywidualistki. Posiadam doświadczenie w koordynacji projektów, prowadzeniu szkoleń oraz doradztwa. Uwielbiam spędzać czas z rodziną, podróżować, czytać książki i celebrować picie kawy. W "wolnym" czasie wspieram osoby chore onkologicznie.

Idealny sernik nieidealnej Pani domu

Nadal nie wierzę, że to piszę... Ale naciski były przeogromne, więc... Nie jestem idealną Panią domu, rzadko piekę, chyba że brownie (25 minut roboty) lub inne "coś", równie prostego z gwarancją pyszności. Nie wdaję się w rozmowy na temat przepisów bo niewiele mam w tym zakresie do powiedzenia, choć... jest jeden wyjątek! Jego wysokość Sernik! 13 lat temu znalazłam przepis, którego się trzymam, który zawsze gwarantuje "ochy i achy" tych, którzy mają okazję załapać się na kawałek. Bo znika szybko...
  • Agnieszka Kaczanowska - 17/04/2019
produkty do pieczenia: mąka, mleko, masło, ser

Z dedykacją dla Marzeny 😉

Ten sernik piekę wyłącznie dwa razy do roku. Trudno nie zgadnąć, na jakie okazje, ale udaje się zawsze, a nawet jeśli nie jest idealny w wyglądzie, to smakuje zacnie! No i sam przepis napisany jest tak, że mam z tego kupę zabawy. Dodam tylko, że ja sernika sama nie jadam… nie mój smak, wolę suche ciasta np. makowiec, ale z reguły spełnieniem moich marzeń jest makowiec z cukierni, albo orzechowiec od mamy Asi, mniam.

Natomiast sernik robię z miłości do męża 😀

Składniki:

  • kilogram dobrze odciśniętego tłustego białego sera (nie może być kwaśny). Ja kupuję gotowy, mielony, ale taki, który jest w miarę suchy (bez ekstra śmietany) i zawsze twaróg sernikowy Piątnica (choć producent nic nie wie, że go polecam ;-)). To jest o tyle ważne, że inne miękkie sprawiają, że sernik pływa… Oczywiście możesz także zmielić sama ser. Ja nie mam nawet odpowiedniej maszynki…
  • 2 niepełne szklanki cukru (można ciut mniej jeśli budyń jest z cukrem i wanilia… ale nie dużo mniej, próbowałam z mniejszą ilością, ale jednak lepiej dać więcej…),
  • 8 jaj, z 7 jaj też wyszedł 😉
  • kostkę masła,
  • budyń waniliowy (z reguły daję ten z cukrem, ale przypuszczam, że nie ma tu różnicy,
  • torebkę cukru z prawdziwą wanilią (w odróżnieniu od cukru wanilinowego!) a jeszcze lepiej laskę prawdziwej wanilii, tych czarnych kuleczek oczywiście,
  • cytrynę, a dokładniej sok z jednej połówki,
  • szczypta soli,
  • bakalie: torebkę (10 dag) rodzynek, najlepiej jasne, malutkie, 3 dag płatków migdałowych, 5 dag smażonej skórki pomarańczowej (wg. mnie najlepszego składnika sernika ;-)).

Niezbędne sprzęty:

  • mikser (wiem, wiem można w makutrze, jak masz to super)
  • spora miska do ucierania masy serowej
  • garnuszek/miseczka na białka
  • rondelek na topione masło
  • duża tortownica

Dodałabym lampka dobrego wina, ale odkąd sernik piekę razem z dziećmi atrakcji dodatkowych nie potrzebuję ;-).

Sprawdzony algorytm działania

  1. W rondelku na małym ogniu topisz masło pokrojone na małe kawałki. Ciepłe masło (niech się, broń Boże, nie przypali!) odstawiasz do wystygnięcia.
  2. W tym czasie przygotowujesz bakalie, tzn. płuczesz rodzynki, odsączasz, suszysz ręcznikiem papierowym i razem z płatkami migdałowymi wsypujesz do miseczki, dodajesz skórkę pomarańczową. Zostawiasz.
  3. Smarujesz tortownicę masłem, wysypujesz bułką tartą, odstawiasz na bok, żeby nie przeszkadzała.
  4. W tym miejscu możesz skosztować tej lampki wina, jeśli już nalałaś 😉
  5. Teraz kluczowa sprawa: rozbijasz jajka nad garnuszkiem/miską, w którym potem ubijesz pianę. Białka lądują w właśnie w nim/niej, a żółtka w dużej misce.Garnek z białkami ląduje w lodówce.
  6. Do żółtek dodajesz cukier, szczyptę soli, wanilię/cukier z prawdziwą wanilią, sok z połówki cytryny.
  7. Ucierasz puszysty kogel-mogel, starając się nie podjadać…. jest pyszny…
  8. Włączasz piekarnik. Ma mieć idealnie 180 stopni C, kiedy wjedzie do niego sernik.
  9. Otwierasz wiaderko 😉 sera gotowego lub bierzesz idealnie zmielony i do kogla-mogla dodajesz łyżkami na zmianę z proszkiem budyniowym, wciąż ucierając masę mikserem. Masa ma być gładka, jasno żółta i puchata.
  10. Następnie delikatnie wlewasz zimne masło (wcześniej roztopione) i miksujesz do chwili, aż się całkowicie wchłonie.
  11. Dodajesz bakalie i już nie mikserem a łyżką z resztką masy serowej (nie pytaj dlaczego, ale działa…) mieszasz starannie ale delikatnie.
  12. Wyjmujesz z lodówki garnek/miskę z białkami i mikserem (z czystymi końcówkami) ubijasz sztywną pianę.
  13. Ważne: teraz odstawiasz mikser na bok i więcej nie wolno go użyć 😉
  14. Łyżką od sera i bakalii mieszasz białka z masą serową. Delikatnie, z czułością aż się połączą.
  15. Teraz już bez ociągania, zgarniasz masę do tortownicy, wygładzasz wierzch.
  16. I wkładasz sernik delikatnie do piekarnika w idealnej temperaturze 180 stopni. Nie używam tutaj termoobiegu, gdybyś chciała mnie o to zapytać.
  17. Teraz też jest idealny moment, aby zamiast mycia garów napić się wina bo…
  18. Od teraz przez 40 minut nie otwierasz piekarnika, nie zaglądasz co chwilę i nie myślisz o serniku.
  19. Po 40 minutach zerkasz przez szybkę, czy aby w wierzchu nie za bardzo się przypiekł. Jeśli tak, otwierasz delikatnie piekarnik i przykrywasz ciasto płatem folii aluminiowej. Szybko zamykasz drzwiczki, ale uważaj (!) aby nie klapnęły, bo sernik się może „przestraszyć” i opaść. Serio. zawsze ten fragment mnie rozczula ale nie próbowałam straszyć sernika i zawsze wychodzi 😉
  20. Gdy minie kolejne 15-20 minut a czasem dłużej (wiem, to mało precyzyjne ale lepiej dłużej, aby sernik był upieczony), wyłączasz dopływ ciepła i uchylasz drzwiczki, aby zahartować sernik i uchronić przed opadnięciem przy gwałtownej zmianie temperatury. Po kolejnych 10 minutach wyjmujesz ciasto na blat i pozwalasz ostygnąć w pokojowej temperaturze.
  21. Ja zwykle rozkrawam go na drugi dzień, wtedy brzegi sernika trzeba oddzielić ostrzem noża od brzegów tortownicy i gotowe.
  22. Idealny sernik to taki, który ma szansę stężeć w lodówce, ale nie zawsze mu się udaje…

Z życia sernika: bywa z nim różnie, czasem ma fantazyjne fale, czasem rośnie idealnie równomiernie, ale potem, kiedy wyjmuję go z piekarnika zawsze zmienia swój kształt na taki idealnie sernikowy. Bywa, że pęka… ale w smaku pozostaje idealny i wierzcie mi nikt nie narzeka.

Smacznego!

I wielkiej frajdy z pieczenia Wam życzę.

Przepis jest moją wariacją na temat przepisu znalezionego 8 lat temu w sieci, bodajże z tego linku >. Tym bardziej dziękuję jego autorce za cudowne przeżycia smakowe mojej rodziny!

Zdjęcie: Pixabay.com

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Agnieszka Kaczanowska
Współzałożycielka mamopracuj.pl, od dziesięciu lat rozwija swoje umiejętności łączenia życia rodzinnego i zawodowego i nawet jej to wychodzi! Lubi wyzwania i cieszy ją kiedy pracodawcy znajdują świetnych pracowników. Mama wesołej trójki, żona i miłośniczka kotów.  
Podyskutuj
Chcę otrzymywać inspiracje, pomysły i sugestie jak pracować i nie zwariować.
Newsletter wysyłamy raz na 2 tygodnie

Może Cię zainteresować także:

Uwaga. Strona wykorzystuje pliki cookies. Informacje uzyskane za ich pomocą wykorzystywane są w celach statystycznych. Pozostając tu godzisz się na ich zapisywanie w Twojej przeglądarce. ×

Email marketing powered by FreshMail
 

Email marketing powered by FreshMail
 

Email marketing powered by FreshMail