Czego szukasz

Szukałam miejsca, gdzie wszelka inność będzie tolerowana – historia Anny z Dubaju

Zapraszamy Was na kolejną rozmowę z naszego cyklu #mama za granicą. Anna w ciągu ostatnich ośmiu lat zmieniała miejsce zamieszkania kilka razy i trudno streścić jej historię w kilku zdaniach. To osiem cennych lat doświadczeń z różnych kultur. To osiem lat podróży z synkiem i mężem. Dziś ich przystankiem jest Dubaj, a po drodze był Cypr, Norwegia i Pakistan. Poznaj historię Anny!

  • Ewa Moskalik - Pieper - 30/04/2018
Anna z mężem i synkiem

Aniu w ciągu ostatnich ośmiu lat mieszkałaś ze swoją rodziną w wielu miejscach za granicą: na Cyprze, w Norwegii, przez jakiś czas w Pakistanie (rodzinnym kraju swojego męża), aż w końcu trafiliście do Dubaju i tu mieszkacie obecnie. Co zdecydowało o tych zmianach i wyjeździe z Polski?

Wiele czynników, ale przede wszystkim ekonomiczny. Nie wyobrażałam sobie, nie mając własnego mieszkania, życia w Polsce za pensję nauczycielki. Mój mąż jako obcokrajowiec z wykształceniem też miał problem ze znalezieniem dobrze płatnej pracy.

Do tego doszły czynniki kulturowe i (niestety) napięcie dotyczące innych religii, koloru skóry, języka, itd., które panuje w naszym kraju.

Stresowały mnie sytuacje na tle rasistowskim pod adresem mojego męża na ulicy, w urzędach, jak i również w mojej rodzinie (która do dziś nie potrafi się pogodzić, że mój mąż jest „inny”). Skonfliktowana z mamą i bratem nie widziałam powodu do pozostania, czy nawet odwiedzania mojego kraju po ślubie. Nikt tu na mnie nie czekał, nie tęsknił…

Szukałam miejsca na ziemi, gdzie pary mieszane, wszelka „inność” będzie tolerowana, na porządku dziennym. Szczególnie, że planowałam powiększenie rodziny i marzyłam o przyjaznym i bezpiecznym miejscu dla moich dzieci.

Jak to jest być żoną obcokrajowca, w dodatku mieszkając poza granicami swojej i jego ojczyzny? Jak się odnajdujecie w różnicach kulturowych? Nie tylko wynikających z miejsca Waszego urodzenia i wychowania, ale również z miejsc, w których mieszkaliście?

Kurcze, dla mnie to nigdy nie był problem. Znam świetnie j. angielski i kilka innych języków obcych i bycie obywatelką świata oraz podróżowanie bardzo mnie kręciło.

W sumie to było ukryte we mnie, bo zanim poznałam mojego męża nie miałam odwagi podróżować, a on otworzył mnie na świat.

Razem mamy łatwość dostosowania się do różnych kultur, języków, miejsc. On również opuścił swój kraj w młodym wieku i zwiedził kawał świata. Stąd może tak łatwo jest nam odnaleźć się gdziekolwiek byśmy nie byli.

I trzeba też kochać ludzi. 😉

Przez dwa lata mieszkaliście na Cyprze, tam też przyszedł na świat Wasz synek. Jakie było Twoje macierzyństwo na Cyprze? Co było dobre dla Ciebie? Czy coś Cię rozczarowało? Jak wygląda tam opieka nad mamą i jej małym dzieckiem?

Tak, to był dobry czas, chociaż Cypr pomimo, że to kraj Unii Europejskiej jest strasznie zacofany. Bardziej przypomina Bliski Wschód niż Europę, nawet poprzez samo budownictwo (lepianki ?! nie domy).

Cypr jest niesamowitą mieszanką kulturową, dlatego czułam się tam dobrze – pary i dzieci mieszane z całego świata, w tym inwazja Rosjan.

Mieliśmy tam wielu przyjaciół i życie towarzyskie kwitło przy grillach, plażowaniu (mieszkaliśmy w Limassol nad samym morzem), spacerowaniu i cieszeniu się słońcem.

Ten czas ma smak granatów, cytryn i mandarynek zbieranych prosto z drzew i sosu tzatzyki. Co prawda nie było żadnych benefitów dla młodych mam czy dzieci (to mnie rozczarowało), ale zarobki i koszty życia nie były takie złe (dla mnie dobre jak na Polkę, ale mój mąż aspirował o coś więcej).

Opieka zdrowotna nad matką i dzieckiem, jeżeli mąż pracuje lub kobieta pracowała do 7 miesiąca ciąży, jest na koszt państwa, a każda wizyta prenatalna kosztuje jedyne 2 euro (spotkanie z lekarzem co miesiąc do 7 miesiąca, 8 miesiąc – co 2 tygodnie, 9 – co tydzień).

Jeżeli ktoś nie ma ubezpieczenia, koszty są ogromne. Każda wizyta i badania to min. 50-100 euro, w tym pełny dostęp do aborcji (i lekarze pytający regularnie nawet w wysokiej ciąży czy chce się usunąć dziecko!?!? Szok…). Poród bez ubezpieczenia to ok. 2000-2500 euro.

Po porodzie, który mimo bariery językowej przebiegł dobrze, położne zajmują się matką i dzieckiem, uczą karmienia. Rankiem od 9 odbywa się zbiorowe kąpanie dzieci, nauka pielęgnacji, spotkania z pediatrą. Bardzo mi się to podobało, bo nie miałam pojęcia jak opiekować się noworodkiem i socjalizowanie się plus nauka były świetnym doświadczeniem.

Potem przez jakiś czas mieszkaliście w Norwegii. Jakie były plusy Waszego pobytu w Norwegii? Z jakich przywilejów i wsparcia może tam korzystać młoda mama?

Mieszkanie w Norwegii miało wiele plusów. Chodzi głównie o te finansowe. Owszem, jest to najdroższe państwo europejskie, ale i zarobki są fenomenalne.

Mieszkania na wynajem mają horrendalne ceny, ok. 9000 koron za klitkę w Oslo, dlatego popularne jest współdzielenie mieszkań.

Żywność – kosmos! Chleb pełnoziarnisty 50 koron (ok. 25 zł, Coca Cola ok. 15 zł, mleko ok. 13 zł, a owoce i warzywa – głównie importowane z powodu  ostrego norweskiego klimatu – to towar luksusowy. Może patrzę przez pryzmat Polski, ale dla mnie ceny były kosmiczne! Jedyna tania rzecz, przemycana często do Polski z Norwegii, to pieluchy Pampers. Można dostać za połowę ceny jumbo box!

Co do macierzyństwa, jeżeli dziecko rodzi się w Norwegii, matka która pracowała dostaje na wyprawkę (wtedy ok., 35 000 koron norweskich) na rzeczy dla dziecka (mnie to ominęło, bo synek urodził się na Cyprze), potem jeśli zostanie w domu z dzieckiem, 7000 koron miesięcznie przez rok oraz zasiłek na dziecko coś jak nasze 500+ (ok. 490 zł, czyli 980 koron miesięcznie do 18 roku życia jeżeli mieszka w Norwegii) od NAV.

Biedniejsze rodziny mogą korzystać z zasiłku mieszkaniowego, a po utracie pracy z zasiłku dla bezrobotnych (tak żyje wielu obcokrajowców, którzy przyjeżdżają do pracy, pracują ok. roku, a potem biorą zasiłki).

Do tego NAV – urząd pracy i polityki socjalnej – pomaga, jeżeli się zarejestrujesz, w poszukiwaniu pracy, w nauce języka (bezpłatne kursy), darmowych szkoleniach itp. Produkty zdrowotne dla dzieci, np. mleko dla dzieci alergików oferuje za darmo państwo, a Ty tylko odbierasz je raz w tygodniu w aptece. Świetne, prawda?

Jednak ilość papierkowej roboty, tej rejestracyjnej w NAV, w UDI, w systemie zdrowotnym (by przyznali rodzinie lekarza i położną, jeżeli jest małe dziecko – helsesoster), numer karty zdrowotnej, przeraża!

Wspominam chodzenie po urzędach, zawsze w śniegu po kolana… zimy są tam naprawdę długie i srogie. Do tego krótkie, przeszywająco lodowate dni (latem za to jasno do 23), brak towarzystwa (mimo wielokulturowości i istnienia dzielnic wyludnionych z ludności tubylczej, tzn. dosłownie będących małą Somalią czy Pakistanem), czy zwykłe zapracowanie, to wszystko nie sprzyja socjalizowaniu się.

Pamiętam wiele dni, gdy zaszywałam się z małym w parku, który był jak nasze polskie lasy, a niemal każdy miał stok narciarki, bo Norwegowie uwielbiają zimowe sporty, jak chodziliśmy całe dnie, bo nie było z kim pogadać. Jak typowa norweska mama wędrowałam z dzieckiem godzinami w samotności.

Wiem, że do pobytu w Norwegii jednak zniechęciła Was kontrola nad wychowaniem dziecka u obcokrajowców. Opowiedz o tym.

Tak, kontrola ze strony niesławnego Barnevernet, czyli urzędu do spraw dotyczących ochrony praw dzieci (na Youtube można obejrzeć słynne filmiki i reportaże, jak ta instytucja dosłownie porywa dzieci z ich domów, w tym setki dzieci Polaków) i nas dotknęła.

Zaczęło się od położnej (helsesoster), która zgłosiła swoje niezadowolenie urzędowi z faktu, że dziecko nie mówiło po norwesku, a jedynie po polsku i angielsku.

Nie zgodziłam się również na drugą partię szczepionki przeciwko pneumokokom (po pierwszej partii mały był nieswój, stracił panowanie nad mięśniami, a ja mimo, że zgłosiłam to lekarzowi, byłam zmuszana do podania drugiej partii). To wywołało burzę, urząd ustalił nam spotkania z psychologiem celem obserwacji dziecka oraz nas jako rodziny, która nie zapewniała małemu norweskiej integracji.

Raz odwiedzili nas jak się kłóciliśmy i po tym incydencie zasugerowali, że dziecko nie powinno być z nami i mamy się stawić na wizytę.

Na szczęście były wakacje, urzędy były leniwe, a my przezorni, i dosłownie w czasie weekendu uciekliśmy z Norwegii prosto do Pakistanu, bojąc się, że odbiorą nam dziecko tak jak wielu parom, w tym znajomym mojego męża.

Długo po tym wysyłano nam listy (mój mąż po jakimś czasie wrócił sam do Norwegii), żebyśmy przywieźli dziecko, strasząc zatrzymaniem zasiłku. Zasiłek jednak dalej jest wypłacany, a my nigdy nie odpowiedzieliśmy na jakąkolwiek korespondencję.

Obecnie w Oslo odbywają się protesty przeciwko bezpodstawnemu zabieraniu dzieci, bo np. śpią z rodzicami, mają siniaka, są smutne w szkole, itp., itd.

Waszym kolejnym przystankiem był Pakistan, ojczyzna Twojego męża. Jak długo tam przebywałaś i jak wspominasz ten czas?

Byłam tam ok. 8 miesięcy (w tym do teraz regularnie odwiedzamy Pakistan w czasie wakacji, świąt religijnych, itp.). Był to czas niesamowity, bogaty w kulturowe odkrycia i beztroski.

Poznałam czym jest prawdziwa rodzina, jak ludzie potrafią się kochać i wspierać, pomagać sobie, troszczyć się o siebie. Ci ludzie mają tak niewiele, a oddadzą Ci ostatnie ciastko, zawsze bogato ugoszczą.

Odpoczęłam od opieki nad dzieckiem, bo mąż ma wielką rodzinę i mały dosłownie przechodził z rąk do rąk. Pokochałam lokalne jedzenie, przyprawy, klimat, stroje, biżuterię. Orient w pełni, tym bardziej, że miasto mojego męża graniczy z Indiami i obie kultury gładko się przeplatają.

Jak wygląda macierzyństwo w Pakistanie?

Hehehe, to śmieszne, ale każda kobieta tutaj będzie Ci doradzała magiczne ziołowe mieszanki, mikstury na niemal każdą dolegliwość dziecka, a Ty jako wykształcona europejska matka będziesz wątpiła i chroniła dziecko przed nimi (owszem, niektóre zastosowałam i dały dobry rezultat – jak np. tzw. kawa – czarna herbata długo parzona z kardamonem, ziołem ajwain i miętą – home-made hit na żołądek i podrażnione gardło …aż sama nie wierzę, że to piszę!).

Do tego dziecko tutaj jest czymś wspaniałym, kompanem. Dla mnie bywało często przeszkodą, a tutaj zabiera się je wszędzie, angażuje, usamodzielnia. Do dziś trzęsę się nad synem jak ma tutaj coś zjeść, bo woda nie taka, bo przyprawy (poziom ostrości tylko dla Supermana!), bo to i tamto, a tutaj promuje się wyrabianie odporności i serio serio – dzieci tak nie chorują, a zielone chili jedzą jak my jabłko.

Wsparcie rodziny jest niesamowite. W domu, u lekarza – zawsze jest ktoś ze mną. A że ja zawsze marzyłam, żeby mieć wielką rodzinę, mamę przy sobie, to w Pakistanie mogłam tego doznać, docenić, nacieszyć się tym.

Po 8 miesiącach rozłąki z mężem (przebywałaś u rodziny męża tylko z synkiem), stwierdzając, że ta rozłąka nikomu ona nie służy, postanowiliście przenieść się do Dubaju. Mieszkacie w Dubaju już półtora roku, masz dobrą pracę, uczysz j. angielskiego, a w maju ma przyjść na świat Wasz drugi synek. Opowiedz o swoich macierzyńskich doświadczeniach w tym kraju?

Szczerze mówiąc, bałam się bardzo ciąży w Dubaju. Ale opieka zdrowotna i szpitale są naprawdę na najwyższym światowym poziomie. Lekarze z całego świata migrują właśnie tutaj, bo bezpodatkowa pensja jest jedną z najwyższych na świecie.

Jest tutaj mnóstwo lekarzy Amerykanów, Polaków, Niemców i chyba ogólnie mnóstwo tu innych kultur i narodowości (na 5 milionów ludzi tylko 1 mln to Arabowie!).

Jeżeli się pracuje i wykupi ubezpieczenie koszty są znikome, leki tanie, ale jeżeli nie ma się ubezpieczenia, mamy do czynienia z opieką zdrowotną droższą niż w Europie.

Mając zapalenie oskrzeli zaraz po przybyciu do Dubaju (i jeszcze bez ubezpieczenia) za samo rtg i badanie krwi zapłaciłam ok. 1200zł (1200 dirhamów). Zaś po wykupieniu ubezpieczenia, za ciężką operację wyrostka, leki i pobyt w najlepszym nowoczesnym szpitalu wraz z miejscem dla rodziny, która spała i jadła ze mną, zapłaciłam 19 zł (19 dirhamów).

Opieka nad matką i nienarodzonym dzieckiem jest na najwyższym poziomie i regularna jak w Europie. Ja mam panią doktor z Ameryki, spotkania co 3-4 tygodnie, regularne skany, również te w 3D, kontrole, suplementy – wszystko za symboliczne 15-20 zł każdorazowo. Zwolnienia do pracy bez problemu.

Jakie są mamy w Dubaju? Jak są wspierane przez rodzinę, państwo?

Hahah, biedne! Koszty żłobków, przedszkola, szkoły, rzeczy dla dziecka są ogromne! Matka ma tylko 45 dni na pozostanie z dzieckiem, a jeżeli wykorzysta je przed rozwiązaniem, to musi od razu wracać do pracy. Nie ma płatnego urlopu.

Wielu obcokrajowców opuszcza więc Emiraty na czas rozwiązania, szczególnie nie mając ubezpieczenia (koszt porodu naturalnego to od 12 000-25 000 zł, a cesarki od 25 000-35 000 zł), a z ubezpieczeniem np. w Daman, to tylko 500 zł.

Tutaj promowany jest krótki pobyt i odesłanie matki zaraz po porodzie do domu. Dziecko dostaje kartę szczepień, ale za te musi płacić – tylko niektóre są za darmo dla obcokrajowców w lokalnych klinikach.

Żłobek, a nie mówię już o przedszkolu, to koszt od 15 000 – 65 000 zł rocznie. Środowisko w pełni międzynarodowe i większość szkół jest amerykańskich, niemieckich, itd. Poziom nauczania to niestety żenada w porównaniu do Europy czy naszej Polski, ale co zrobić?!

Tutaj sukcesem jest czytające dziecko w 5 – tej klasie… Niektóre szkoły prowadzone przez środowiska syryjskie, egipskie czy arabskie są na tak niskim poziomie, że nawet nauczyciele nie potrafią wysłowić się po angielsku. Osobno trzeba zakupić mundurek, książki, opłacić autobus.
Minusem jest mieszkanie w innym mieście w Emiratach niż Dubaj – tylko tutaj jest Polska szkoła.

Mieszkałaś w wielu miejscach, co najmilej wspominasz jako mama?

Akceptację społeczeństwa wobec naszej rodziny w tych różnych krajach, wobec osoby mojego męża i synka, czucie się jak normalna rodzina… chciałabym się tak poczuć w naszym kraju, w Polsce…

Jedzenie i smakołyki jakimi się uraczyłam podróżując. Zwiedzanie i poznanie różnych krajów, miast, zabytków.

Ale doskwiera brak polskiego… muszę uczyć synka polskiego jako języka obcego, gdyż podczas tych wojaży przyswoił angielski i urdu (język męża), a polski został zaniedbany jako język nie będący w codziennym użytku.

Co Cię najbardziej zaskoczyło jako mamę mieszkającą w obcym kraju?

Cypr: zacofanie.

Norwegia: bezprawne odbieranie dzieci, nawet Norwegom.

Pakistan: różnorodność i kontrasty: od przepięknych budowli, pałaców, wystawnych domów i dostatniego życia po biedę, brud, slumsy i szczury paradujące po ulicach z małpami i kradnące banany z przydrożnych straganów.

Dubaj: gościnność i otwartość w Emiratach – to, że na plaży nikogo nie dziwi kobieta w burce obok kobiety w bikini. Tolerancja mimo, że na świecie panuje przekonanie, że to kraj typu Arabia Saudyjska – restrykcyjny i zamknięty, podczas gdy jest zupełnie inaczej, jest otwarty i liberalny!

A jak Twój synek przyjmował te wszystkie przeprowadzki?

Dobrze, on chyba nie rozumiał pobytu na Cyprze i w Norwegii. Pamięta troszkę Polskę, Pakistan, ale to Dubaj zna jako swój dom.

Pyta mnie czasem jak wygląda jego kraj, a ja go uczę, pokazuję mu wszystko, ale nie tęskni za Polską tak jak ja, bo jej po prostu nie zna… Marzę, aby zabrać go na Święta do Polski, ale to chyba tylko marzenia, bo nie mam nawet u kogo się zatrzymać.

Co przeniosłabyś na grunt polski? Jakie rozwiązania?

Naturalnie wszelkie zasiłki, zapomogi, wyższe pensje – jak w Norwegii.

A dla mojej rodziny kurs: jak kochać i szanować się nawzajem. Jak tolerować inność. A najlepsze na to chyba są podróże – otwierają nas na ludzi, inność, na świat…

Bardzo Ci dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Ewa Moskalik Pieper

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Ewa Moskalik - Pieper
Redaktor portalu Mamo Pracuj. Prywatnie spełniona, pełnoetatowa mama dwóch wspaniałych synów i żona, starająca się znaleźć swój patent na work - life balance. Absolwentka UJ. Miłośniczka kina, muzyki i książek.
Podyskutuj

Kamperem przez Polskę, czyli spełnienie marzeń o wakacjach na kółkach

Jak to jest podróżować kamperem z trójką dzieci? Ile kosztuje taka przygoda? Dlaczego warto planować wszystko wcześniej? No i skąd woda w prysznicu, jak działa specjalny papier toaletowy i czy lodówka może chłodzić także w czasie jazdy? Wszystko, co warto wiedzieć o wakacyjnym życiu na czterech kółkach. Kamperem przez Polskę w praktyce, czyli spełnione marzenie Agnieszki :)
  • Anna Łabno - Kucharska - 14/08/2018
Dzieci w kamperze

Agnieszko, to była Wasza pierwsza przygoda z kamperem, prawda? 2 dorosłych, 3 dzieci, 1 kamper. Skąd pomysł na takie spędzanie wakacji? I dlaczego Polska?

Jesteśmy totalnymi świeżakami w sprawie caravaningu – bo tak fachowo określa się to, co zrobiliśmy 😉 Ale właśnie dlatego, ponieważ nic nie wiedzieliśmy o kamperach, to pojawił się ten pomysł – bo lubimy nowe przygody 😉 A, że nie mieliśmy innych planów na wakacje, pomyśleliśmy – czemu nie?
Dzieci, kiedy się dowiedziały, skakały z radości 😉

Polska wybraliśmy dlatego, bo uznaliśmy, że skoro nic nie wiemy o kamperach, to lepiej nauczyć się jednak w Polsce, w razie czego bliżej domu. Chcieliśmy też poznać nieznane nam zakątki Polski – Kaszuby, okolice Grudziądza, Włocławka, tereny, do których nigdy jeszcze nie zaglądaliśmy.

Jakie mieliście obawy, związane z takim środkiem lokomocji? O czym trzeba pamiętać?

Całe mnóstwo. Ale w końcu tyle osób to robi, jeżdżąc na dalekie trasy. Wierzyliśmy, że damy radę. To są sprytne pojazdy 😉 No i po drodze spotykaliśmy też innych kamperowiczów.

Rada numer 1: Wypożyczenie kampera jest coraz modniejsze i warto zarezerwować sobie auto wcześniej.

My bardzo późno zabraliśmy się za planowanie akcji. W wybranym przez nas terminie nie było łatwo znaleźć pojazd – taki, jaki chcieliśmy i potrzebowaliśmy. Ale się udało. Wypożyczyliśmy w Krakowie kamper, który nas pomieścił 😉

Właśnie, o czym jeszcze warto pomyśleć, wybierając kamper? Czym Wy się kierowaliście?

Gdzieś przeczytałam, że warto pożyczać auto w sprawdzonej firmie, aby nie okazało się, że nawali. Tak też zrobiliśmy. Po małym researchu, wybraliśmy firmę poleconą przez znajomą.

Rada numer 2: Pożyczaj samochód w sprawdzonym miejscu.

Wybierając auto, ważna jest liczba miejsc i tym samym pasów w pojeździe. W kamperze trzeba być przypiętym pasem – moje dzieci były zawiedzione ;-). Zależało nam także, aby kamper miał małą łazienkę (szczególnie WC) ze względu na dzieci i kuchnię oraz był na tyle duży, abyśmy nie chodzili sobie po głowie w razie deszczu… No i trochę wykrakaliśmy ten deszcz…

Rada numer 3: Pamiętaj o fotelikach dla młodszych dzieci.

Ja chciałam też, aby auto było w miarę nowe, nie było bardzo zużyte, żeby lepiej się prowadziło…, choć pewnie nie było to super racjonalne. I to był ten moment, kiedy ustaliliśmy, że nie kierujemy się ceną. Powiedzieliśmy sobie, jak szaleć to szaleć! Wypożyczyliśmy prawie TIR’a 😉 no w każdym razie było to duże auto.

kamper

Czy każdy może prowadzić taki pojazd?

O dziwo tak. Wystarczy prawo jazdy kategorii B. Co więcej, na bramkach na autostradzie, płaciliśmy jak samochód osobowy. Na początku zakładaliśmy, że oboje damy radę prowadzić w razie czego, ale okazało się, że ostatecznie mąż przejął prowadzenie, a ja byłam pokładową stewardessą 😉

Jak wygląda wynajmem kampera, jakie są formalności? No i jak wygląda odbiór auta?

Kiedy już znaleźliśmy auto, musieliśmy uzgodnić jakie wyposażenie chcemy jeszcze wypożyczyć – takie kampingowe – krzesła, stolik, parasol, mata pod markizę (taka rozsuwana zasłonka z dachu ;-)), hamak, schodek dla dzieci etc. Potem jeszcze trzeba przeczytać/uzgodnić umowę (elektronicznie) i wpłacić zaliczkę. Pozostałą kwotę płaci się przed lub w dniu odbioru auta, plus oczywiście kaucja (zwrotna).

Z nieoczywistych tematów, to okazało się, że część kamperów ma dzienny limit kilometrów. Przykładowo, można zrobić nie więcej niż 350 km dziennie. Dla nas nie miało to znaczenia, ale pewnie dla innych podróżników będzie to ważna informacja. Niektórzy wynajmujący zaznaczają, że ubezpieczenie (w pakiecie) nie obejmuje wyjazdów za naszą wschodnią granicę. Wtedy trzeba wykupić dodatkowe ubezpieczenie.

Na odbiór kampera umówiliśmy się o 16:00. Oddać auto mieliśmy o 11:00 po 8 dniach. Potem już indywidualnie uzgodniliśmy z właścicielem, że się trochę spóźnimy, bo akurat nikt na auto nie czekał.

Ile kosztuje wynajem kampera? Podsumowując wszystkie koszty 😉

Sporo. Generalnie to droga impreza. Ten „nasz” wcześniej był w Norwegii i śmialiśmy się, że chyba tylko w tym kraju to jest opłacalna zabawa. Ale właśnie tego chcieliśmy i byliśmy świadomi, że to spory koszt.

Na koszt wynajmu składają się (może się różnić oczywiście zależnie od firmy):

  • wynajem auta (płaci się za dobę), w tym jest ubezpieczenie, pełny bak (a warto wiedzieć, że ten smok pali spokojnie kilkanaście litrów na km), kilka tabletek do toalety i rolek papieru toaletowego, dwie butle gazowe;

Od 300 do 500 zł za dzień (takie ceny widziałam), zależnie od tego jakie auto, ile osób pomieści, czy to nowszy czy starszy model itp.

  • dodatkowe wyposażenie (wyposażenie kuchni, pościel, krzesła i wszystko co tam może być potrzebne), a także – możecie się śmiać – dodatkowy papier toaletowy! Serio – to taki specjalny papier – ok. 5 zł za rolkę, która się rozpuszcza w tej magicznej wodzie w toalecie i jak braknie to podobno zwykłego papieru nie można używać – ja nie chciałam ryzykować 😉

10, 20, 5 czy 7 zł za leżak, krzesło, parasol. A także 50 zł za całe wyposażenie kuchni. Tym razem cena za tydzień wynajmu.

  • sprzątanie kampera – w kilku firmach, w których czytaliśmy umowy, to była opłata obowiązkowa;

250 – 350 zł za usługę, która oczywiście jest konieczna, bo po tygodniu kamper wygląda na bardzo zmęczony…

  • kaucja zwrotna (zabezpieczenie na wypadek zniszczenia) – ale nie chodzi o tzw. zwykłe zużycie, tylko rzeczywiście zniszczenie specjalnie. Nam urwała się rączka od spuszczania wody szarej (nie wiemy kiedy), ale to nie był problem 😉 kaucja trafiła cała do nas.

Sporo tego…

No rzeczywiście. Ale to jeszcze nie wszystko. Bo wakacje w kamperze, zakładając noclegi na kempingach, to koszt pomiędzy 50 a 100 zł za dobę (z możliwością korzystania z prysznica, podłączeniem prądu) – to ceny dla naszej rodziny, gdzie dzieci nie zawsze łapią się na zniżki.

A jeszcze jedzenie. Można gotować samemu cały czas. To nawet wygodne, i akurat gotowanie, choć nie jestem jakąś super kucharką, było dla mnie dużą przyjemnością. Nie zawsze jednak mieliśmy ochotę i czas stać przy garach, wtedy w restauracjach musieliśmy zostawić znów trochę pieniędzy. Ile? Średnio dla rodziny z trójką dzieci, które sporo jedzą, ok. 60 – 145 zł (najdroższa była ryba ;-)). Ale wyspecjalizowaliśmy się w zamawianiu 3-4 dań i dzieleniu się. Działało bardzo dobrze.

dzieci w kamperze

A nie można spać na dziko?

Można. Pewnie nie wszędzie, ale można. Są strony www o miejscach, gdzie można kamperować na dziko. Podobno można mieszkać i używać kampera bez podłączenia do prądu ok. dwie doby (nie próbowaliśmy). Kuchnia jest. Lodówka, która działa na gaz (z zamrażalnikiem) albo prąd zależnie czy jest czy nie. Łazienka z prysznicem jest. Full wypas można rzec. I pełna samowystarczalność. Ale my mieliśmy sporo obaw przed nocowaniem na dziko. W końcu początkujemy… Wybieraliśmy kempingi. I podróżowaliśmy od jednego do drugiego, czasem zostając na dwie noce (maksymalnie trzy).

Opowiedz jak wybieraliście trasę?

Wiedzieliśmy, że chcemy jechać tam, gdzie jeszcze nie byliśmy, a docelowo dotrzeć na Kaszuby… Mieliśmy listę kempingów, wybranych wcześniej, gdzie potencjalnie możemy się zatrzymać. I tym się kierowaliśmy. Ale uwaga, my byliśmy tym zaskoczeni, nie wszędzie (akurat na Kaszubach nas to spotkało) było miejsce. Dowiedzieliśmy się, że nie możemy przyjechać (dzwoniliśmy wcześniej), bo nie ma miejsca. Rezerwacji nie przyjmują. I obowiązują turnusy – czyli nie na krócej niż tydzień (podobno to norma nad morzem). To było rzeczywiście dla nas zupełne zaskoczenie… Ale w Polsce jest sporo kampingów, więc daliśmy radę.

Rada numer 4: Upewnij się, że kemping, na który zmierzasz nie ma turnusów i że możesz przyjechać kiedy chcesz, a także czy jest miejsce, albo czy kemping jeszcze działa… 

Ile kilometrów jechaliście dziennie?

Około 200 – 250 km dziennie. Nie za dużo. A i tak trwało to ok. 3 – 4 godzin z dziećmi. A to siusiu, a to jeść, a to nudzi mi się… 😉

Wybieraliśmy „większe” drogi, bo wtedy było łatwiej. Jazda lokalnymi drogami bywała dla nas wyzwaniem, a mijanie się z ciężarówkami było ciekawe. Chwilę trwało aż nauczyliśmy się „czuć” wymiary auta. Ale na pewno kamper to nie jest mistrz szybkości 😉

dzieci w kamperze

Co koniecznie należy ze sobą spakować?

Zacznę od tego, że większość rzeczy pakuje się do szafek w kamperze, aby nie latały w czasie jazdy. Walizki i torby raczej tylko przeszkadzają. Po prostu nie ma na nie miejsca. Wszystko musi być w szafkach, i to pozamykane. A szafek jest sporo, ale małych.

Zabraliśmy standardowe wyjazdowe rzeczy dla siebie do ubrania 😉 Jedzenia spakowaliśmy tylko trochę, bo robiliśmy zakupy na bieżąco. Miałam oliwę, jakieś przyprawy, kaszę czy ryż. Oczywiście zapakowaliśmy książki i gry na czas podróży dla dzieci, kolorowanki i takie tam. Dla siebie książki na wieczór z nadzieją, że będzie czas na czytanie.

No i kempingowe wyposażenie: latarki, koc piknikowy. Coś na komary.

Krzesła, stolik, leżak, hamak – czekały na nas w kamperze. Podobnie talerze, sztućce, kubki, a nawet kieliszki – wszystko plastikowe. Garnki, deski, miseczki, wszystko było. Ale to już opowiadałam…

A jak z tą toaletą i wodą? Były kłopotliwe?

Generalnie są trzy wody, że tak powiem. Czysta, z której się korzysta do mycia, gotowania. Woda szara, czyli to, co zostaje po umyciu naczyń, rąk, kąpieli. A także takie szare pudełko – my nazwaliśmy je kuwetą, na nieczystości z toalety. W nim są rozpuszczone tabletki (lub płyn), aby rozpuszczały co trzeba i było nieprzyjemnych zapachów, plus ten super extra papier, i tyle.

Szarą wodę spuszcza się w specjalnych miejscach albo do kanału. Czystą uzupełnia też w specjalnych miejscach. A z kuwetą wędruje do toalety albo szuka znów specjalnego miejsca do opróżniania toalet turystycznych. Na kempingach często widzi się osoby wędrujące z tym pudłem w stronę WC (takie same pudła są w przyczepach i na jachtach – podobno). I to generalnie nie jest żaden kłopot. Powiem, tak, rodzica to niewiele już obrzydza 😉

kamper, wnętrze kampera

A czy czegoś Wam brakowało w czasie podróży?

Przez kilka dni słońca – bo akurat trafiliśmy na jedyne deszczowe dwa tygodnie tych wakacji… A tak poza tym, to chyba niczego. To było fajne doświadczenie. Wymagające, ale w mojej ocenie bardzo fajne. Mąż przyznał tylko, że jemu brakowało porządnego/czystego prysznica…

Co dała Ci ta wyprawa? Myślisz, że jeszcze kiedyś to powtórzycie?

Moje dzieci nauczyły się zmywać naczynia po obiedzie w zimnej wodzie 😉 i to była cenna lekcja – nawet ją uwieczniłam z zza krzaka ;-). My mieliśmy frajdę patrząc, jak szybko dzieci adaptują się do otoczenia, i że prysznic na kempingu to dla nich nie problem, czy jedzenie tego, co jest – bez marudzenia (choć w domu czasem się zdarza).

Dla nas to był aktywny czas i kombinowanie, gdzie spać, co zjeść. Ale z każdym dniem było łatwiej. Pewnie po miesiącu bylibyśmy już zupełnie wyluzowani 😉

Czy pojedziemy jeszcze kiedyś? Ja mogę jechać, ale niech mój najmłodszy syn – Krzyś – już czyta, w czasie jazdy będzie mniej się nudził 😉

Spotkały Was jakieś specjalne przygody?

Cały wyjazd był przygodą i częstym zaskoczeniem 😉 ale raz było groźnie, kiedy nie mogliśmy wyjechać z pola namiotowego, bo było mokro i ślisko po burzy 😉 Z jeziora nosiliśmy piasek, żeby się wydostać, a dzieci wyciągały ręce wysyłając magiczną moc… i się udało!

Później bardziej pilnowaliśmy, gdzie stajemy. Bo generalnie kamper to nie jest zbyt zwrotne autko, i nie wszędzie zaparkuje 😉

mama z dziećmi - kamperem przez Polskę

Dziękuję za rozmowę!

O swojej przygodzie z kamperem opowiadała Agnieszka Czmyr-Kaczanowska

Zdjęcia: własność Agnieszka Czmyr-Kaczanowska i jej rodzina

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Anna Łabno - Kucharska
Jestem mamą mądrej indywidualistki. Posiadam doświadczenie w koordynacji projektów, prowadzeniu szkoleń oraz doradztwa. Uwielbiam spędzać czas z rodziną, podróżować, czytać książki i celebrować picie kawy. W "wolnym" czasie wspieram osoby chore onkologicznie.

Suplementacja cennych kwasów DHA u dzieci

Kwas DHA, czyli kwas dokozaheksaenowy to substancja zalecana do stosowania przez kobiety w czasie ciąży – może zmniejszyć ryzyko przedwczesnego porodu, wspomaga także prawidłowy rozwój mózgu oraz zmysłu wzroku u nienarodzonego jeszcze dziecka.
  • Zofia Kowalska - 14/08/2018
mama z dzieckiem, suplementacja cennych kwasów dha u dzieci

Kwas DHA można podawać także niemowlętom i starszym dzieciom, w celu optymalnego funkcjonowania układów nerwowego, immunologicznego i sercowo-naczyniowego.

Właściwości kwasów DHA

W czasie ciąży i karmienia piersią kobieta musi dostarczyć nie tylko sobie, ale i drugiemu, zależnemu od niej organizmowi wszystkich niezbędnych substancji odżywczych. To także czas, kiedy i mama i dziecko wykazują zwiększone zapotrzebowanie na cenne dla ich prawidłowego rozwoju i funkcjonowania substancje. Za co jeszcze odpowiadają kwasy DHA? Mają one wpływ między innymi na:

  • prawidłową masę urodzinową malucha,
  • niewielkie wydłużenie czasu ciąży,
  • obniżenie ryzyka niektórych chorób, np. ADHD, autyzmu i dysleksji oraz powikłań ciążowych,
  • wykształcenie narządu mowy,
  • eliminowanie toksyn z organizmu,
  • stabilizowanie ciśnienia krwi i zmniejszenie ryzyka powstawania zakrzepów krwi.

Jak i kiedy podawać maluchom preparaty z kwasem DHA?

Suplementowanie kwasów DHA zaleca się stosować przynajmniej w 20. tygodniu ciąży, jednak, jeśli lekarz zaleci inaczej można przyjmować go także w pierwszych tygodniach ciąży. Jednak na tym nie koniec. Preparaty zawierające ten składnik warto podawać także niemowlętom i starszym pociechom. Momentem kiedy warto wprowadzić do codziennej diety preparat jest moment gdy sami lub po konsultacji z lekarzem zauważymy jakiekolwiek nieprawidłowości w rozwoju maleństwa lub stopniowe osłabienie jego układu odpornościowego. Preparaty dedykowane dzieciom mają zwykle formę płynów o neutralnym lub owocowym smaku, dzięki czemu są przez nie łatwo przyswajane i w porównaniu z innymi lekami czy suplementami, nie budzą sprzeciwu (np. Omegamed dla dzieci).

Najlepszym sposobem na przyswajanie wartościowych mikro- i makroelementów powinien być pokarm – najpierw mleko mamy, a w kolejnych etapach rozwoju – owoce, warzywa, nabiał, ryby i mięso. Nie zawsze jednak jest to możliwe, czy to ze względu na indywidualne upodobania kulinarne czy na nietolerancję niektórych składników znajdujących się w tych produktach. Wtedy, aby nie dopuścić do ich niedoboru niezbędna jest suplementacja, która korzystnie wpływa na prawidłową pracę i rozwój każdego, nawet bardzo wymagającego organizmu.

Materiał powstał we współpracy z partnerem portalu.

Zdjęcie: partnera portalu.

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Zofia Kowalska
Chcę otrzymywać inspiracje, pomysły i sugestie jak pracować i nie zwariować.
Newsletter wysyłamy raz na 2 tygodnie
Może Cię zainteresować także:
Uwaga. Strona wykorzystuje pliki cookies. Informacje uzyskane za ich pomocą wykorzystywane są w celach statystycznych. Pozostając tu godzisz się na ich zapisywanie w Twojej przeglądarce. ×

Email marketing powered by FreshMail
 

Email marketing powered by FreshMail
 

Email marketing powered by FreshMail