Czego szukasz

Szukałam miejsca, gdzie wszelka inność będzie tolerowana – historia Anny z Dubaju

Zapraszamy Was na kolejną rozmowę z naszego cyklu #mama za granicą. Anna w ciągu ostatnich ośmiu lat zmieniała miejsce zamieszkania kilka razy i trudno streścić jej historię w kilku zdaniach. To osiem cennych lat doświadczeń z różnych kultur. To osiem lat podróży z synkiem i mężem. Dziś ich przystankiem jest Dubaj, a po drodze był Cypr, Norwegia i Pakistan. Poznaj historię Anny!

Anna z mężem i synkiem

Aniu w ciągu ostatnich ośmiu lat mieszkałaś ze swoją rodziną w wielu miejscach za granicą: na Cyprze, w Norwegii, przez jakiś czas w Pakistanie (rodzinnym kraju swojego męża), aż w końcu trafiliście do Dubaju i tu mieszkacie obecnie. Co zdecydowało o tych zmianach i wyjeździe z Polski?

Wiele czynników, ale przede wszystkim ekonomiczny. Nie wyobrażałam sobie, nie mając własnego mieszkania, życia w Polsce za pensję nauczycielki. Mój mąż jako obcokrajowiec z wykształceniem też miał problem ze znalezieniem dobrze płatnej pracy.

Do tego doszły czynniki kulturowe i (niestety) napięcie dotyczące innych religii, koloru skóry, języka, itd., które panuje w naszym kraju.

Stresowały mnie sytuacje na tle rasistowskim pod adresem mojego męża na ulicy, w urzędach, jak i również w mojej rodzinie (która do dziś nie potrafi się pogodzić, że mój mąż jest „inny”). Skonfliktowana z mamą i bratem nie widziałam powodu do pozostania, czy nawet odwiedzania mojego kraju po ślubie. Nikt tu na mnie nie czekał, nie tęsknił…

Szukałam miejsca na ziemi, gdzie pary mieszane, wszelka „inność” będzie tolerowana, na porządku dziennym. Szczególnie, że planowałam powiększenie rodziny i marzyłam o przyjaznym i bezpiecznym miejscu dla moich dzieci.

Jak to jest być żoną obcokrajowca, w dodatku mieszkając poza granicami swojej i jego ojczyzny? Jak się odnajdujecie w różnicach kulturowych? Nie tylko wynikających z miejsca Waszego urodzenia i wychowania, ale również z miejsc, w których mieszkaliście?

Kurcze, dla mnie to nigdy nie był problem. Znam świetnie j. angielski i kilka innych języków obcych i bycie obywatelką świata oraz podróżowanie bardzo mnie kręciło.

W sumie to było ukryte we mnie, bo zanim poznałam mojego męża nie miałam odwagi podróżować, a on otworzył mnie na świat.

Razem mamy łatwość dostosowania się do różnych kultur, języków, miejsc. On również opuścił swój kraj w młodym wieku i zwiedził kawał świata. Stąd może tak łatwo jest nam odnaleźć się gdziekolwiek byśmy nie byli.

I trzeba też kochać ludzi. 😉

Przez dwa lata mieszkaliście na Cyprze, tam też przyszedł na świat Wasz synek. Jakie było Twoje macierzyństwo na Cyprze? Co było dobre dla Ciebie? Czy coś Cię rozczarowało? Jak wygląda tam opieka nad mamą i jej małym dzieckiem?

Tak, to był dobry czas, chociaż Cypr pomimo, że to kraj Unii Europejskiej jest strasznie zacofany. Bardziej przypomina Bliski Wschód niż Europę, nawet poprzez samo budownictwo (lepianki ?! nie domy).

Cypr jest niesamowitą mieszanką kulturową, dlatego czułam się tam dobrze – pary i dzieci mieszane z całego świata, w tym inwazja Rosjan.

Mieliśmy tam wielu przyjaciół i życie towarzyskie kwitło przy grillach, plażowaniu (mieszkaliśmy w Limassol nad samym morzem), spacerowaniu i cieszeniu się słońcem.

Ten czas ma smak granatów, cytryn i mandarynek zbieranych prosto z drzew i sosu tzatzyki. Co prawda nie było żadnych benefitów dla młodych mam czy dzieci (to mnie rozczarowało), ale zarobki i koszty życia nie były takie złe (dla mnie dobre jak na Polkę, ale mój mąż aspirował o coś więcej).

Opieka zdrowotna nad matką i dzieckiem, jeżeli mąż pracuje lub kobieta pracowała do 7 miesiąca ciąży, jest na koszt państwa, a każda wizyta prenatalna kosztuje jedyne 2 euro (spotkanie z lekarzem co miesiąc do 7 miesiąca, 8 miesiąc – co 2 tygodnie, 9 – co tydzień).

Jeżeli ktoś nie ma ubezpieczenia, koszty są ogromne. Każda wizyta i badania to min. 50-100 euro, w tym pełny dostęp do aborcji (i lekarze pytający regularnie nawet w wysokiej ciąży czy chce się usunąć dziecko!?!? Szok…). Poród bez ubezpieczenia to ok. 2000-2500 euro.

Po porodzie, który mimo bariery językowej przebiegł dobrze, położne zajmują się matką i dzieckiem, uczą karmienia. Rankiem od 9 odbywa się zbiorowe kąpanie dzieci, nauka pielęgnacji, spotkania z pediatrą. Bardzo mi się to podobało, bo nie miałam pojęcia jak opiekować się noworodkiem i socjalizowanie się plus nauka były świetnym doświadczeniem.

Potem przez jakiś czas mieszkaliście w Norwegii. Jakie były plusy Waszego pobytu w Norwegii? Z jakich przywilejów i wsparcia może tam korzystać młoda mama?

Mieszkanie w Norwegii miało wiele plusów. Chodzi głównie o te finansowe. Owszem, jest to najdroższe państwo europejskie, ale i zarobki są fenomenalne.

Mieszkania na wynajem mają horrendalne ceny, ok. 9000 koron za klitkę w Oslo, dlatego popularne jest współdzielenie mieszkań.

Żywność – kosmos! Chleb pełnoziarnisty 50 koron (ok. 25 zł, Coca Cola ok. 15 zł, mleko ok. 13 zł, a owoce i warzywa – głównie importowane z powodu  ostrego norweskiego klimatu – to towar luksusowy. Może patrzę przez pryzmat Polski, ale dla mnie ceny były kosmiczne! Jedyna tania rzecz, przemycana często do Polski z Norwegii, to pieluchy Pampers. Można dostać za połowę ceny jumbo box!

Co do macierzyństwa, jeżeli dziecko rodzi się w Norwegii, matka która pracowała dostaje na wyprawkę (wtedy ok., 35 000 koron norweskich) na rzeczy dla dziecka (mnie to ominęło, bo synek urodził się na Cyprze), potem jeśli zostanie w domu z dzieckiem, 7000 koron miesięcznie przez rok oraz zasiłek na dziecko coś jak nasze 500+ (ok. 490 zł, czyli 980 koron miesięcznie do 18 roku życia jeżeli mieszka w Norwegii) od NAV.

Biedniejsze rodziny mogą korzystać z zasiłku mieszkaniowego, a po utracie pracy z zasiłku dla bezrobotnych (tak żyje wielu obcokrajowców, którzy przyjeżdżają do pracy, pracują ok. roku, a potem biorą zasiłki).

Do tego NAV – urząd pracy i polityki socjalnej – pomaga, jeżeli się zarejestrujesz, w poszukiwaniu pracy, w nauce języka (bezpłatne kursy), darmowych szkoleniach itp. Produkty zdrowotne dla dzieci, np. mleko dla dzieci alergików oferuje za darmo państwo, a Ty tylko odbierasz je raz w tygodniu w aptece. Świetne, prawda?

Jednak ilość papierkowej roboty, tej rejestracyjnej w NAV, w UDI, w systemie zdrowotnym (by przyznali rodzinie lekarza i położną, jeżeli jest małe dziecko – helsesoster), numer karty zdrowotnej, przeraża!

Wspominam chodzenie po urzędach, zawsze w śniegu po kolana… zimy są tam naprawdę długie i srogie. Do tego krótkie, przeszywająco lodowate dni (latem za to jasno do 23), brak towarzystwa (mimo wielokulturowości i istnienia dzielnic wyludnionych z ludności tubylczej, tzn. dosłownie będących małą Somalią czy Pakistanem), czy zwykłe zapracowanie, to wszystko nie sprzyja socjalizowaniu się.

Pamiętam wiele dni, gdy zaszywałam się z małym w parku, który był jak nasze polskie lasy, a niemal każdy miał stok narciarki, bo Norwegowie uwielbiają zimowe sporty, jak chodziliśmy całe dnie, bo nie było z kim pogadać. Jak typowa norweska mama wędrowałam z dzieckiem godzinami w samotności.

Wiem, że do pobytu w Norwegii jednak zniechęciła Was kontrola nad wychowaniem dziecka u obcokrajowców. Opowiedz o tym.

Tak, kontrola ze strony niesławnego Barnevernet, czyli urzędu do spraw dotyczących ochrony praw dzieci (na Youtube można obejrzeć słynne filmiki i reportaże, jak ta instytucja dosłownie porywa dzieci z ich domów, w tym setki dzieci Polaków) i nas dotknęła.

Zaczęło się od położnej (helsesoster), która zgłosiła swoje niezadowolenie urzędowi z faktu, że dziecko nie mówiło po norwesku, a jedynie po polsku i angielsku.

Nie zgodziłam się również na drugą partię szczepionki przeciwko pneumokokom (po pierwszej partii mały był nieswój, stracił panowanie nad mięśniami, a ja mimo, że zgłosiłam to lekarzowi, byłam zmuszana do podania drugiej partii). To wywołało burzę, urząd ustalił nam spotkania z psychologiem celem obserwacji dziecka oraz nas jako rodziny, która nie zapewniała małemu norweskiej integracji.

Raz odwiedzili nas jak się kłóciliśmy i po tym incydencie zasugerowali, że dziecko nie powinno być z nami i mamy się stawić na wizytę.

Na szczęście były wakacje, urzędy były leniwe, a my przezorni, i dosłownie w czasie weekendu uciekliśmy z Norwegii prosto do Pakistanu, bojąc się, że odbiorą nam dziecko tak jak wielu parom, w tym znajomym mojego męża.

Długo po tym wysyłano nam listy (mój mąż po jakimś czasie wrócił sam do Norwegii), żebyśmy przywieźli dziecko, strasząc zatrzymaniem zasiłku. Zasiłek jednak dalej jest wypłacany, a my nigdy nie odpowiedzieliśmy na jakąkolwiek korespondencję.

Obecnie w Oslo odbywają się protesty przeciwko bezpodstawnemu zabieraniu dzieci, bo np. śpią z rodzicami, mają siniaka, są smutne w szkole, itp., itd.

Waszym kolejnym przystankiem był Pakistan, ojczyzna Twojego męża. Jak długo tam przebywałaś i jak wspominasz ten czas?

Byłam tam ok. 8 miesięcy (w tym do teraz regularnie odwiedzamy Pakistan w czasie wakacji, świąt religijnych, itp.). Był to czas niesamowity, bogaty w kulturowe odkrycia i beztroski.

Poznałam czym jest prawdziwa rodzina, jak ludzie potrafią się kochać i wspierać, pomagać sobie, troszczyć się o siebie. Ci ludzie mają tak niewiele, a oddadzą Ci ostatnie ciastko, zawsze bogato ugoszczą.

Odpoczęłam od opieki nad dzieckiem, bo mąż ma wielką rodzinę i mały dosłownie przechodził z rąk do rąk. Pokochałam lokalne jedzenie, przyprawy, klimat, stroje, biżuterię. Orient w pełni, tym bardziej, że miasto mojego męża graniczy z Indiami i obie kultury gładko się przeplatają.

Jak wygląda macierzyństwo w Pakistanie?

Hehehe, to śmieszne, ale każda kobieta tutaj będzie Ci doradzała magiczne ziołowe mieszanki, mikstury na niemal każdą dolegliwość dziecka, a Ty jako wykształcona europejska matka będziesz wątpiła i chroniła dziecko przed nimi (owszem, niektóre zastosowałam i dały dobry rezultat – jak np. tzw. kawa – czarna herbata długo parzona z kardamonem, ziołem ajwain i miętą – home-made hit na żołądek i podrażnione gardło …aż sama nie wierzę, że to piszę!).

Do tego dziecko tutaj jest czymś wspaniałym, kompanem. Dla mnie bywało często przeszkodą, a tutaj zabiera się je wszędzie, angażuje, usamodzielnia. Do dziś trzęsę się nad synem jak ma tutaj coś zjeść, bo woda nie taka, bo przyprawy (poziom ostrości tylko dla Supermana!), bo to i tamto, a tutaj promuje się wyrabianie odporności i serio serio – dzieci tak nie chorują, a zielone chili jedzą jak my jabłko.

Wsparcie rodziny jest niesamowite. W domu, u lekarza – zawsze jest ktoś ze mną. A że ja zawsze marzyłam, żeby mieć wielką rodzinę, mamę przy sobie, to w Pakistanie mogłam tego doznać, docenić, nacieszyć się tym.

Po 8 miesiącach rozłąki z mężem (przebywałaś u rodziny męża tylko z synkiem), stwierdzając, że ta rozłąka nikomu ona nie służy, postanowiliście przenieść się do Dubaju. Mieszkacie w Dubaju już półtora roku, masz dobrą pracę, uczysz j. angielskiego, a w maju ma przyjść na świat Wasz drugi synek. Opowiedz o swoich macierzyńskich doświadczeniach w tym kraju?

Szczerze mówiąc, bałam się bardzo ciąży w Dubaju. Ale opieka zdrowotna i szpitale są naprawdę na najwyższym światowym poziomie. Lekarze z całego świata migrują właśnie tutaj, bo bezpodatkowa pensja jest jedną z najwyższych na świecie.

Jest tutaj mnóstwo lekarzy Amerykanów, Polaków, Niemców i chyba ogólnie mnóstwo tu innych kultur i narodowości (na 5 milionów ludzi tylko 1 mln to Arabowie!).

Jeżeli się pracuje i wykupi ubezpieczenie koszty są znikome, leki tanie, ale jeżeli nie ma się ubezpieczenia, mamy do czynienia z opieką zdrowotną droższą niż w Europie.

Mając zapalenie oskrzeli zaraz po przybyciu do Dubaju (i jeszcze bez ubezpieczenia) za samo rtg i badanie krwi zapłaciłam ok. 1200zł (1200 dirhamów). Zaś po wykupieniu ubezpieczenia, za ciężką operację wyrostka, leki i pobyt w najlepszym nowoczesnym szpitalu wraz z miejscem dla rodziny, która spała i jadła ze mną, zapłaciłam 19 zł (19 dirhamów).

Opieka nad matką i nienarodzonym dzieckiem jest na najwyższym poziomie i regularna jak w Europie. Ja mam panią doktor z Ameryki, spotkania co 3-4 tygodnie, regularne skany, również te w 3D, kontrole, suplementy – wszystko za symboliczne 15-20 zł każdorazowo. Zwolnienia do pracy bez problemu.

Jakie są mamy w Dubaju? Jak są wspierane przez rodzinę, państwo?

Hahah, biedne! Koszty żłobków, przedszkola, szkoły, rzeczy dla dziecka są ogromne! Matka ma tylko 45 dni na pozostanie z dzieckiem, a jeżeli wykorzysta je przed rozwiązaniem, to musi od razu wracać do pracy. Nie ma płatnego urlopu.

Wielu obcokrajowców opuszcza więc Emiraty na czas rozwiązania, szczególnie nie mając ubezpieczenia (koszt porodu naturalnego to od 12 000-25 000 zł, a cesarki od 25 000-35 000 zł), a z ubezpieczeniem np. w Daman, to tylko 500 zł.

Tutaj promowany jest krótki pobyt i odesłanie matki zaraz po porodzie do domu. Dziecko dostaje kartę szczepień, ale za te musi płacić – tylko niektóre są za darmo dla obcokrajowców w lokalnych klinikach.

Żłobek, a nie mówię już o przedszkolu, to koszt od 15 000 – 65 000 zł rocznie. Środowisko w pełni międzynarodowe i większość szkół jest amerykańskich, niemieckich, itd. Poziom nauczania to niestety żenada w porównaniu do Europy czy naszej Polski, ale co zrobić?!

Tutaj sukcesem jest czytające dziecko w 5 – tej klasie… Niektóre szkoły prowadzone przez środowiska syryjskie, egipskie czy arabskie są na tak niskim poziomie, że nawet nauczyciele nie potrafią wysłowić się po angielsku. Osobno trzeba zakupić mundurek, książki, opłacić autobus.
Minusem jest mieszkanie w innym mieście w Emiratach niż Dubaj – tylko tutaj jest Polska szkoła.

Mieszkałaś w wielu miejscach, co najmilej wspominasz jako mama?

Akceptację społeczeństwa wobec naszej rodziny w tych różnych krajach, wobec osoby mojego męża i synka, czucie się jak normalna rodzina… chciałabym się tak poczuć w naszym kraju, w Polsce…

Jedzenie i smakołyki jakimi się uraczyłam podróżując. Zwiedzanie i poznanie różnych krajów, miast, zabytków.

Ale doskwiera brak polskiego… muszę uczyć synka polskiego jako języka obcego, gdyż podczas tych wojaży przyswoił angielski i urdu (język męża), a polski został zaniedbany jako język nie będący w codziennym użytku.

Co Cię najbardziej zaskoczyło jako mamę mieszkającą w obcym kraju?

Cypr: zacofanie.

Norwegia: bezprawne odbieranie dzieci, nawet Norwegom.

Pakistan: różnorodność i kontrasty: od przepięknych budowli, pałaców, wystawnych domów i dostatniego życia po biedę, brud, slumsy i szczury paradujące po ulicach z małpami i kradnące banany z przydrożnych straganów.

Dubaj: gościnność i otwartość w Emiratach – to, że na plaży nikogo nie dziwi kobieta w burce obok kobiety w bikini. Tolerancja mimo, że na świecie panuje przekonanie, że to kraj typu Arabia Saudyjska – restrykcyjny i zamknięty, podczas gdy jest zupełnie inaczej, jest otwarty i liberalny!

A jak Twój synek przyjmował te wszystkie przeprowadzki?

Dobrze, on chyba nie rozumiał pobytu na Cyprze i w Norwegii. Pamięta troszkę Polskę, Pakistan, ale to Dubaj zna jako swój dom.

Pyta mnie czasem jak wygląda jego kraj, a ja go uczę, pokazuję mu wszystko, ale nie tęskni za Polską tak jak ja, bo jej po prostu nie zna… Marzę, aby zabrać go na Święta do Polski, ale to chyba tylko marzenia, bo nie mam nawet u kogo się zatrzymać.

Co przeniosłabyś na grunt polski? Jakie rozwiązania?

Naturalnie wszelkie zasiłki, zapomogi, wyższe pensje – jak w Norwegii.

A dla mojej rodziny kurs: jak kochać i szanować się nawzajem. Jak tolerować inność. A najlepsze na to chyba są podróże – otwierają nas na ludzi, inność, na świat…

Bardzo Ci dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Ewa Moskalik Pieper

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Redaktor portalu Mamo Pracuj. Prywatnie spełniona, pełnoetatowa mama dwóch wspaniałych synów i żona, starająca się znaleźć swój patent na work - life balance. Absolwentka UJ. Miłośniczka kina, muzyki i książek.
Podyskutuj

Akcesoria do drewnianego domku dla lalek, które zachwycą każdą dziewczynkę

Sam drewniany domek dla lalek nie wystarczy, by zabawa była naprawdę ekscytująca i umożliwiała realizację najśmielszych scenariuszy. Domek z lalkami trzeba odpowiednio wyposażyć! Jakie dodatki i mebelki dla lalek zachwycą każdą dziewczynkę?
Dziewczynka siedzi przy swoim domku dla lalek

Czym kierować się, kupując drewniany domek i mebelki dla lalek?

Półki sklepów z zabawkami uginają się pod różnorodnymi domkami i akcesoriami dla lalek. Decyzja o wyborze konkretnego domku dla lalek powinna opierać się na kilku kryteriach, spośród których najważniejsze jest kryterium jakościowe.

Producenci zabawek często kuszą kolorowymi, bogato wyposażonymi konstrukcjami, których jakość pozostawia jednak wiele do życzenia. Kupując domek dla lalek drewniany, zwróć uwagę przede wszystkim na:

  • materiały użyte do produkcji – czy zarówno sam domek, jak i akcesoria wykonano z drewna (najlepiej litego);
  • bezpieczeństwo – kupuj zabawki pokryte atestowanymi powłokami i starannie wykończone;
  • komfort zabawy – czy konstrukcja domku zapewnia wygodny dostęp do wszystkich pomieszczeń (również do poddasza);
  • rozmiar – czy tak duży domek dla lalek na pewno zmieści się w pokoju Twojej córki. Jeśli w pomieszczeniu jest mało miejsca, a wybór padł na kilkukondygnacyjną rezydencję, to zabawa szybko przeniesie się do… salonu.

Jeżeli dokupujesz same akcesoria, zastanów się, czy będą one pasować do domku Twojej córki nie tylko pod względem rozmiaru, ale również estetyki.

Czy można kupić domek dla lalek od razu z pełnym wyposażeniem?

Akcesoria możesz kupić niezależnie od samego domku z lalkami albo zdecydować się od razu na kompletny zostaw. W sklepach z zabawkami znajdziesz drewniane domki dla lalek wraz z bogatym wyposażeniem

Niektóre zestawy są bardzo rozbudowane. Zawierają praktycznie wszystkie potrzebne mebelki i dodatki do poszczególnych pomieszczeń. Inne oferują zaledwie kilka elementów. Pozwól córce samej zadecydować, czy woli „pusty” budynek, czy duży, drewniany domek dla lalek z kompletnym wyposażeniem – taki, jak np. w sklepie Dollo.

Złotym środkiem może się okazać domek dla lalek ze zjeżdżalnią, schodami i oświetleniem, ale bez mebelków, dodatków i dekoracji. Te możesz dokupić osobno albo… wykonać ręcznie razem ze swoim dzieckiem.

Materiał powstał we współpracy z partnerem portalu.

Zdjęcie: partnera portalu

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:

Jak wykorzystać kompetencje rodzicielskie w pracy? Rozmowa z Pawłem i Radkiem, menedżerami z firmy Franklin Templeton

„Mimo że mówimy tu o dwóch zupełnie innych światach, umiejętności zdobyte w jednym z nich, przydają się w tym drugim”. Do ciekawej rozmowy o byciu ojcem i menedżerem zaprosiliśmy Pawła Rybickiego i Radosława Duszyńskiego, którzy - kiedy nie zajmują się dziećmi - są menedżerami w firmie Franklin Templeton i zarządzają zespołami. Zapytałyśmy, jak przeplatają się w ich życiu role ojców i menedżerów, co jest dla nich największym wyzwaniem, i co zmieniła pandemia?
Radek Duszyński z synkiem



Pytanie na rozgrzewkę: jaki jest pracujący tata?

Radek: Zabiegany i dobrze zorganizowany, szczególnie teraz, kiedy pracujemy z domu z dziećmi.

Paweł: Pracujący tata jest… często niewyspany. A odpowiadając bardziej poważnie – zorganizowany i przewidujący.

Pawle, Radku, obaj jesteście menedżerami. Zarządzacie zespołami w firmie Franklin Templeton. Obaj macie po dwójce dzieci. Czy kompetencje menedżerskie przydają się w domu? Czy to zupełnie inna bajka?

Radek: Na pewno się przydają, chociaż jeśli używam kompetencji menedżerskich w domu, to raczej bezwiednie. Ale to działa w obie strony i czasem w ramach autorefleksji dochodzę do wniosku, że to, jak rozmawiam z moim zespołem, często wynika z moich doświadczeń z dziećmi. Natomiast dynamika tych kontaktów jest zupełnie inna!

Paweł: Mimo że mówimy tu o dwóch zupełnie innych światach, umiejętności zdobyte w jednym z nich przydają się w tym drugim.
Pierwszym, o czym pomyślałem, są jednak umiejętności menedżerskie rozwinięte dzięki byciu rodzicem, a nie na odwrót. Elastyczność, spokój i opanowanie w kryzysowych sytuacjach, samodyscyplina, większa empatia, lepsza organizacja pracy – to zaledwie początek długiej listy cech, które rozwinąłem dzięki byciu ojcem.

Z drugiej strony, w domu staram się odchodzić jak najdalej od bycia menedżerem, choć niewątpliwie opanowanie, odporność na stres, umiejętność szybkiego podejmowania decyzji czy zarządzanie czasem też bardzo się tu przydają.

Radek Duszyński z córką

Macie już troszkę starsze dzieci. Być może pewne rzeczy się zatarły w Waszej pamięci, ale czy było coś, co szczególnie zaskoczyło Was w ojcostwie?

Radek: Na początku wszystko było zaskakujące. Nie wiem, jakie było doświadczenie Pawła w tym temacie, ale ja, szczególnie przy pierwszym dziecku, miałem wrażenie, że błądzimy we mgle. I chociaż teraz jest łatwiej, to nadal jest to nieustająca nauka. Jeśli chodzi o stereotypy – nie. Myślę, że mamy to szczęście z Pawłem, że nasza firma raczej z nimi walczy. Na przykład jak w moim przypadku – udało mi się z pełnym poparciem przełożonych wziąć trzy miesiące urlopu, którym podzieliła się ze mną żona po narodzinach drugiego dziecka.

Paweł: Mnie w byciu ojcem zaskoczyła gwałtowność, z jaką ono przyszło, z przewartościowaniem dotychczasowych osiągnięć czy zmianą priorytetów niemal z dnia na dzień. Pamiętam szczególnie pierwsze dni, tygodnie po narodzeniu dzieci – wypełnione mieszanką dumy i obaw, euforii i wyczerpania, radości i stresu, a także wielu innych emocji, których wcześniej nie odczuwałem w takim natężeniu. Pamiętam, że czułem się wtedy, jakby ktoś uczył mnie pływać, wrzucając do oceanu podczas sztormu. Po kilku latach, na szczęście, można się do tego sztormu przyzwyczaić, a może nawet nieźle surfować po niektórych z fal…

Radku, wspomniałeś w rozmowie z nami, o dobrych wzorcach, które otrzymałeś od swoich przełożonych, w kontekście łączenia roli rodzica i pracownika. Jakie znaczenie ma to Twoim zdaniem? I jak zmieniło Twoje postępowanie?

Radek: Od małych rad, jak radzić sobie z silną osobowością córki, po zwykłe zrozumienie dla sytuacji, w której trzeba nagle opuścić biuro – takie ludzkie podejście ma ogromne znaczenie dla komfortu pracy. Dzięki temu mam zrozumienie dla wszystkich możliwych i (wydawałoby się) niemożliwych sytuacji związanych z posiadaniem dzieci. I nie tylko. Moi pracownicy wiedzą, że mogą liczyć na moje wsparcie i elastyczność w związku z różnymi życiowymi sprawami.

Radek Duszyński z synem

Pawle, Ty wspomniałeś, że w łączeniu bycia tatą z pracą zawodową pomaga Ci dzielenie się historiami. Jak wyglądają takie rozmowy? Co jeszcze pomaga Ci i jest dla Ciebie takim wentylem bezpieczeństwa?

Paweł: Tak, to swego rodzaju terapia przez śmiech. Często sprowadza się to po prostu do wymiany doświadczeń z innymi rodzicami na temat tego, kto miał bardziej koszmarniejszy poranek, kto musiał w środku nocy, tłukąc coś po drodze, biec z interwencją do dziecka, czego które dziecko omal sobie nie zrobiło, co dziwnego tym razem połknęło, itp. Ciekawe jest to, że większość anegdot spotyka się z natychmiastowym zrozumieniem i opowiedzeniem podobnej historii, która spotkała innego rodzica i jego dziecko. Czasem przybiera to wręcz formę licytowania się, kto miał gorzej, ale kluczowe jest to, że są to historie opowiedziane ze śmiechem (bardzo rzadko przez łzy). Pomaga to nieco odreagować, spojrzeć na te „uroki” rodzicielstwa i drobne dramaty życia codziennego z dystansu i poczuć, że nie jest się osamotnionym.

Jeśli chodzi o inne „wentyle”, paradoksalnie jest to wspólny czas z rodziną: zabawa, wypad do lasu, w góry, wspólne czytanie, rysowanie, odwiedziny u znajomych. Po prostu – oderwanie się od pośpiechu i chwile beztroski. Jeśli uda się to uzupełnić sporadycznym wypadem ze znajomymi (bez dzieci) – mam zapewnioną równowagę psychiczną.

Paweł Rybicki z dziećmi

Co Wam pomaga w codziennych wyzwaniach, w byciu tatą i menedżerem w firmie Franklin Templeton?

Radek: Dla mnie ogromnie ważna jest elastyczność, którą daje mi firma i mój przełożony, oraz dbanie o ogólnie pojęty work-life balance. I tu znów mój szef ma dla mnie dużo zrozumienia, na przykład kiedy potrzebuję wyjść wcześniej, by odebrać dzieci ze szkoły czy wziąć wolne na czytanie bajek w przedszkolu. Wszystko, jak mówiłem wcześniej, wymaga też dobrego planowania i podziału obowiązków między mnie i żonę.

Paweł: Od strony równowagi psychicznej, są to właśnie te “wentyle”, o których wspominałem wcześniej. Od strony bardziej praktycznej, kluczem jest dla mnie dobre rozplanowanie dnia oraz podział zadań i obowiązków. Wzajemne wspieranie się z żoną i zastępowanie przy codziennych obowiązkach bardzo pomaga nam obojgu w realizacji celów prywatnych i zawodowych.

Oczywiście mając małe dzieci, nie sposób wszystkiego zaplanować, więc równie ważne jak dobra organizacja bywają umiejętności zarządzania kryzysowymi sytuacjami oraz wyrozumiałość ze strony przełożonego.
Pracując w firmie Franklin Templeton już kilkanaście lat, ale też obserwując i słuchając wielu pracujących tu rodziców, mogę z całą pewnością stwierdzić, że jest to miejsce bardzo przyjazne rodzicom i dobrze rozumiejące codzienne wyzwania, które przed nimi stają.

Właśnie ta wyrozumiałość i wspieranie rodziców są częścią kultury tej firmy, co zawsze uważałem za istotne, ale co teraz, odkąd sam jestem ojcem, jest dla mnie nie do przecenienia. Przejawia się to na wielu płaszczyznach – w postawie przełożonych, w udogodnieniach i benefitach, w organizowanych wydarzeniach (jak choćby rodzinne pikniki, zwiedzanie firmy z dziećmi), w wewnętrznych i zewnętrznych inicjatywach.

Poznaj lepiej firmę Franklin Templeton!

Od ponad roku wszyscy zmagamy się z pandemią. Zmieniła nasze życie. Jak z Waszej perspektywy pandemia wpłynęła na ludzi w Waszych zespołach? Czy coś uwidoczniła?

Radek: Wszyscy pracujemy z domu, więc siłą rzeczy mamy dużo bardziej nieformalny kontakt. Naturalne stało się to, co wcześniej bywało wyjątkiem – dzieci wchodzące w kadr spotkania online, zwierzęta domowe kradnące show podczas prezentacji, itp. Dzięki temu ludzie są dużo bardziej skłonni mówić o sprawach, o których wcześniej się nie rozmawiało. Okazało się, że wszyscy jesteśmy bardziej ludzcy, mamy problemy i trudności związane z pandemią (i nie tylko). I potrzebujemy wsparcia.

Paweł: Odnoszę wrażenie, że większość osób zdążyła się oswoić z zaistniałą sytuacją i uczy się efektywnie korzystać z udogodnień, jakie pojawiły się chociażby w związku z pracą zdalną i zaoszczędzonym czasem.

Wyzwaniem, które dotknęło wszystkich w znacznym stopniu, jest brak wzajemnego, bezpośredniego kontaktu. Większość osób z mojego zespołu od ponad roku nie była w biurze, a codzienne przerwy na kawę, spontaniczne rozmowy, czy wyjście na lunch z kolegami z pracy zniknęły zupełnie. Na szczęście kreatywność mojego zespołu nie zna granic i w miejsce dawnych spotkań pojawiły się wirtualne przerwy na kawę, wspólne inicjatywy (niekoniecznie związane z pracą), wirtualne świętowanie urodzin połączone z zamówieniem pizzy-niespodzianki dla jubilata, itp. Muszę przyznać, że jestem pod ogromnym wrażeniem pomysłowości zespołu w tych kwestiach.

Patrząc ze strony pracodawcy, dodam, że kluczowa jest przy tym również rola przełożonego, który powinien dodatkowo dbać o jak najczęstszy kontakt i spotykać się z zespołem zarówno indywidualnie, jak i w grupie.

Zainteresowały Cię benefity dla rodziców (i nie tylko), jakie oferuje Franklin Templeton? Przeczytaj wywiad!

Dziękuję! A przechodząc na trochę bardziej prywatną stronę: jak wygląda w Waszych domach podział obowiązków?

Radek: Pytanie dla mojej żony, bo mam mocne przeświadczenie, że różnimy się w ocenie (śmiech). Chciałbym powiedzieć, że dzielimy się po połowie, ale niestety tak nie jest, bo to moja Zuza głównie gotuje, a to kawał pracy. Staram się więc nadrabiać w innych dziedzinach. Dużo czasu spędzam z dziećmi. Teraz to tematy szkolne, lekarz, spacery, zabawa. Wcześniej – przebieranie pieluch, kąpanie i usypianie. Nadal czytam im wieczorem. Do tego sprzątam, robię zakupy, załatwiam sprawy urzędowe, drobne naprawy domowe, itp. Uzupełniamy się.

Paweł: Najważniejszą zasadą, której trzymamy się z żoną, jest wzajemne wspieranie się i zastępowanie przy codziennych obowiązkach, jeśli tylko sytuacja tego wymaga. Bardzo pomaga to nam obojgu w realizacji celów prywatnych i zawodowych.

Kolejną bardzo ważną rzeczą jest dobre rozplanowanie zadań na najbliższe godziny, czasem dni, co ma bezpośredni wpływ na obowiązki każdego z nas.

W praktyce może oznaczać to, że w niektóre dni to ja odwożę i odbieram dzieci z zajęć, a w inne moja żona. Podobne podejście mamy do innych obowiązków – sprzątania, zadbania o zakupy czy posiłek.

Niemniej jednak są pewne czynności, które każde z nas wykonuje częściej od drugiego. Dla przykładu – moją główną domeną jest logistyka domowa (codzienne zakupy i transport), mycie naczyń czy sprzątanie łazienki, a żony – przygotowywanie posiłków, dbanie o wystrój i brak kurzu na półkach. Ten podział nie oznacza jednak, że żona nigdy nie zrobi zakupów, a ja nie ugotuję obiadu. Taki układ po prostu na przestrzeni lat sprawdził się bardziej i pozwala nam oszczędzić sobie czasu i frustracji – zakupy to dla mojej żony męczarnia, a moje gotowanie trwa wieki.

Tym, do czego dążymy, jest dzień, który nie kręci się wokół obowiązków, a wokół wspólnie spędzonego czasu.

Przedszkole i żłobek w firmie Franklin Templeton!

Co wyjątkowo zaczęliście sobie cenić od momentu zostania ojcem? A jak z czasem dla siebie?

Radek: Ciszę. Drugie pytanie przemilczę…

Paweł: Odkąd jestem tatą, trudniej mi znaleźć czas dla siebie. Nie zniknął on jednak zupełnie i nadal ze sporym powodzeniem udaje mi się wygospodarować czas na swoje rytuały i pasje. Wymaga to jednak dobrej organizacji, planowania i podziału obowiązków, o których wspominałem wcześniej.

Poza dodatkowymi obowiązkami, przyszedł jednak równie ważny czas: czas „dla nas”. To właśnie on jest tą rzeczą, którą cenię szczególnie od momentu zostania ojcem.

Czas wspólnych gier i zabaw, czytania książek i odkrywania przed dziećmi świata pochłania mnie niekiedy całkowicie, a mnie samego przenosi do dzieciństwa. W tych chwilach czuję się beztrosko i mam poczucie, że mogę więcej. Dzięki dzieciom na powrót czerpię radość z drobiazgów, jak budowa szałasu dla Kłapouchego, sus do wody, ratowanie robaków czy skakanie wokół bloku na jednej nodze… Dzięki nim lepiej dostrzegam świat i robię rzeczy, o których zapomniałem jako dorosły.

W jakim kierunku chcielibyście, aby zmierzało rodzicielstwo i praca? Jaka byłaby idealna symbioza tych dwóch ważnych sfer naszego życia?

Radek: Najlepiej niech to będą kierunki odwrotne. To, że nie da się uniknąć przenikania się tych dwóch sfer w pandemii, uznaję za tymczasowe. Byłoby kapitalnie, gdyby obie te dziedziny życia sobie nie przeszkadzały. Ostatnie czego chcę, to myśleć o pracy, kiedy jestem z dziećmi i martwić się o rodzinę, kiedy pracuję. Nie zawsze da się tego uniknąć, ale warto próbować, bo wtedy można na sto procent angażować się w jedno albo w drugie.

Paweł: Idealnym światem jest dla mnie ten, w którym praca nie koliduje z rodzicielstwem, a rodzicielstwo z pracą; gdy udaje się zapewnić dzieciom poczucie, że zawsze, gdy tego potrzebują, jesteśmy dla nich, nie zawalając jednocześnie obowiązków w pracy.

Myślę, że pandemia przyspieszyła drogę ku takiej symbiozie i pozwoliła w dużym stopniu łączyć oba światy, przynosząc pracę zdalną, nowe narzędzia, ale też większą wyrozumiałość otoczenia na przeplatanie się tych sfer.

Moim osobistym zadaniem domowym, nad którym pracuję, jest nieprzenoszenie frustracji z jednej z tych sfer do drugiej i dalszy rozwój tych cech, które czynią mnie lepszym w domu i w pracy.

Dziękuję za rozmowę.

Po więcej informacji o firmie Franklin Templeton i do ich najświeższych ofert pracy, zapraszamy na profil firmy w Bazie Pracodawców Przyjaznych Rodzicom!

A także do innych wywiadów, które doskonale pokazują atmosferę pracy w firmie:

Wsparcie męża i wyrozumiałość pracodawcy – bez tego nie dałabym rady pracować i opiekować się dziećmi

Jak pracodawca może wspierać powrót do pracy po urlopie macierzyńskim?

Być mamą, pracować i podróżować. Jak to można pogodzić?

Nowe zawody – krótkie historie o naszych rozmowach z dziećmi o pracy

Zdjęcia: archiwa prywatne Pawła i Radka.

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Redaktor portalu Mamo Pracuj. Prywatnie spełniona, pełnoetatowa mama dwóch wspaniałych synów i żona, starająca się znaleźć swój patent na work - life balance. Absolwentka UJ. Miłośniczka kina, muzyki i książek.
Chcę otrzymywać inspiracje, pomysły i sugestie jak pracować i nie zwariować.
Newsletter wysyłamy raz na 2 tygodnie
Uwaga. Strona wykorzystuje pliki cookies. Informacje uzyskane za ich pomocą wykorzystywane są w celach statystycznych. Pozostając tu godzisz się na ich zapisywanie w Twojej przeglądarce. ×