Czego szukasz

Szukałam miejsca, gdzie wszelka inność będzie tolerowana – historia Anny z Dubaju

Zapraszamy Was na kolejną rozmowę z naszego cyklu #mama za granicą. Anna w ciągu ostatnich ośmiu lat zmieniała miejsce zamieszkania kilka razy i trudno streścić jej historię w kilku zdaniach. To osiem cennych lat doświadczeń z różnych kultur. To osiem lat podróży z synkiem i mężem. Dziś ich przystankiem jest Dubaj, a po drodze był Cypr, Norwegia i Pakistan. Poznaj historię Anny!

  • Ewa Moskalik - Pieper - 30/04/2018
Anna z mężem i synkiem

Aniu w ciągu ostatnich ośmiu lat mieszkałaś ze swoją rodziną w wielu miejscach za granicą: na Cyprze, w Norwegii, przez jakiś czas w Pakistanie (rodzinnym kraju swojego męża), aż w końcu trafiliście do Dubaju i tu mieszkacie obecnie. Co zdecydowało o tych zmianach i wyjeździe z Polski?

Wiele czynników, ale przede wszystkim ekonomiczny. Nie wyobrażałam sobie, nie mając własnego mieszkania, życia w Polsce za pensję nauczycielki. Mój mąż jako obcokrajowiec z wykształceniem też miał problem ze znalezieniem dobrze płatnej pracy.

Do tego doszły czynniki kulturowe i (niestety) napięcie dotyczące innych religii, koloru skóry, języka, itd., które panuje w naszym kraju.

Stresowały mnie sytuacje na tle rasistowskim pod adresem mojego męża na ulicy, w urzędach, jak i również w mojej rodzinie (która do dziś nie potrafi się pogodzić, że mój mąż jest „inny”). Skonfliktowana z mamą i bratem nie widziałam powodu do pozostania, czy nawet odwiedzania mojego kraju po ślubie. Nikt tu na mnie nie czekał, nie tęsknił…

Szukałam miejsca na ziemi, gdzie pary mieszane, wszelka „inność” będzie tolerowana, na porządku dziennym. Szczególnie, że planowałam powiększenie rodziny i marzyłam o przyjaznym i bezpiecznym miejscu dla moich dzieci.

Jak to jest być żoną obcokrajowca, w dodatku mieszkając poza granicami swojej i jego ojczyzny? Jak się odnajdujecie w różnicach kulturowych? Nie tylko wynikających z miejsca Waszego urodzenia i wychowania, ale również z miejsc, w których mieszkaliście?

Kurcze, dla mnie to nigdy nie był problem. Znam świetnie j. angielski i kilka innych języków obcych i bycie obywatelką świata oraz podróżowanie bardzo mnie kręciło.

W sumie to było ukryte we mnie, bo zanim poznałam mojego męża nie miałam odwagi podróżować, a on otworzył mnie na świat.

Razem mamy łatwość dostosowania się do różnych kultur, języków, miejsc. On również opuścił swój kraj w młodym wieku i zwiedził kawał świata. Stąd może tak łatwo jest nam odnaleźć się gdziekolwiek byśmy nie byli.

I trzeba też kochać ludzi. 😉

Przez dwa lata mieszkaliście na Cyprze, tam też przyszedł na świat Wasz synek. Jakie było Twoje macierzyństwo na Cyprze? Co było dobre dla Ciebie? Czy coś Cię rozczarowało? Jak wygląda tam opieka nad mamą i jej małym dzieckiem?

Tak, to był dobry czas, chociaż Cypr pomimo, że to kraj Unii Europejskiej jest strasznie zacofany. Bardziej przypomina Bliski Wschód niż Europę, nawet poprzez samo budownictwo (lepianki ?! nie domy).

Cypr jest niesamowitą mieszanką kulturową, dlatego czułam się tam dobrze – pary i dzieci mieszane z całego świata, w tym inwazja Rosjan.

Mieliśmy tam wielu przyjaciół i życie towarzyskie kwitło przy grillach, plażowaniu (mieszkaliśmy w Limassol nad samym morzem), spacerowaniu i cieszeniu się słońcem.

Ten czas ma smak granatów, cytryn i mandarynek zbieranych prosto z drzew i sosu tzatzyki. Co prawda nie było żadnych benefitów dla młodych mam czy dzieci (to mnie rozczarowało), ale zarobki i koszty życia nie były takie złe (dla mnie dobre jak na Polkę, ale mój mąż aspirował o coś więcej).

Opieka zdrowotna nad matką i dzieckiem, jeżeli mąż pracuje lub kobieta pracowała do 7 miesiąca ciąży, jest na koszt państwa, a każda wizyta prenatalna kosztuje jedyne 2 euro (spotkanie z lekarzem co miesiąc do 7 miesiąca, 8 miesiąc – co 2 tygodnie, 9 – co tydzień).

Jeżeli ktoś nie ma ubezpieczenia, koszty są ogromne. Każda wizyta i badania to min. 50-100 euro, w tym pełny dostęp do aborcji (i lekarze pytający regularnie nawet w wysokiej ciąży czy chce się usunąć dziecko!?!? Szok…). Poród bez ubezpieczenia to ok. 2000-2500 euro.

Po porodzie, który mimo bariery językowej przebiegł dobrze, położne zajmują się matką i dzieckiem, uczą karmienia. Rankiem od 9 odbywa się zbiorowe kąpanie dzieci, nauka pielęgnacji, spotkania z pediatrą. Bardzo mi się to podobało, bo nie miałam pojęcia jak opiekować się noworodkiem i socjalizowanie się plus nauka były świetnym doświadczeniem.

Potem przez jakiś czas mieszkaliście w Norwegii. Jakie były plusy Waszego pobytu w Norwegii? Z jakich przywilejów i wsparcia może tam korzystać młoda mama?

Mieszkanie w Norwegii miało wiele plusów. Chodzi głównie o te finansowe. Owszem, jest to najdroższe państwo europejskie, ale i zarobki są fenomenalne.

Mieszkania na wynajem mają horrendalne ceny, ok. 9000 koron za klitkę w Oslo, dlatego popularne jest współdzielenie mieszkań.

Żywność – kosmos! Chleb pełnoziarnisty 50 koron (ok. 25 zł, Coca Cola ok. 15 zł, mleko ok. 13 zł, a owoce i warzywa – głównie importowane z powodu  ostrego norweskiego klimatu – to towar luksusowy. Może patrzę przez pryzmat Polski, ale dla mnie ceny były kosmiczne! Jedyna tania rzecz, przemycana często do Polski z Norwegii, to pieluchy Pampers. Można dostać za połowę ceny jumbo box!

Co do macierzyństwa, jeżeli dziecko rodzi się w Norwegii, matka która pracowała dostaje na wyprawkę (wtedy ok., 35 000 koron norweskich) na rzeczy dla dziecka (mnie to ominęło, bo synek urodził się na Cyprze), potem jeśli zostanie w domu z dzieckiem, 7000 koron miesięcznie przez rok oraz zasiłek na dziecko coś jak nasze 500+ (ok. 490 zł, czyli 980 koron miesięcznie do 18 roku życia jeżeli mieszka w Norwegii) od NAV.

Biedniejsze rodziny mogą korzystać z zasiłku mieszkaniowego, a po utracie pracy z zasiłku dla bezrobotnych (tak żyje wielu obcokrajowców, którzy przyjeżdżają do pracy, pracują ok. roku, a potem biorą zasiłki).

Do tego NAV – urząd pracy i polityki socjalnej – pomaga, jeżeli się zarejestrujesz, w poszukiwaniu pracy, w nauce języka (bezpłatne kursy), darmowych szkoleniach itp. Produkty zdrowotne dla dzieci, np. mleko dla dzieci alergików oferuje za darmo państwo, a Ty tylko odbierasz je raz w tygodniu w aptece. Świetne, prawda?

Jednak ilość papierkowej roboty, tej rejestracyjnej w NAV, w UDI, w systemie zdrowotnym (by przyznali rodzinie lekarza i położną, jeżeli jest małe dziecko – helsesoster), numer karty zdrowotnej, przeraża!

Wspominam chodzenie po urzędach, zawsze w śniegu po kolana… zimy są tam naprawdę długie i srogie. Do tego krótkie, przeszywająco lodowate dni (latem za to jasno do 23), brak towarzystwa (mimo wielokulturowości i istnienia dzielnic wyludnionych z ludności tubylczej, tzn. dosłownie będących małą Somalią czy Pakistanem), czy zwykłe zapracowanie, to wszystko nie sprzyja socjalizowaniu się.

Pamiętam wiele dni, gdy zaszywałam się z małym w parku, który był jak nasze polskie lasy, a niemal każdy miał stok narciarki, bo Norwegowie uwielbiają zimowe sporty, jak chodziliśmy całe dnie, bo nie było z kim pogadać. Jak typowa norweska mama wędrowałam z dzieckiem godzinami w samotności.

Wiem, że do pobytu w Norwegii jednak zniechęciła Was kontrola nad wychowaniem dziecka u obcokrajowców. Opowiedz o tym.

Tak, kontrola ze strony niesławnego Barnevernet, czyli urzędu do spraw dotyczących ochrony praw dzieci (na Youtube można obejrzeć słynne filmiki i reportaże, jak ta instytucja dosłownie porywa dzieci z ich domów, w tym setki dzieci Polaków) i nas dotknęła.

Zaczęło się od położnej (helsesoster), która zgłosiła swoje niezadowolenie urzędowi z faktu, że dziecko nie mówiło po norwesku, a jedynie po polsku i angielsku.

Nie zgodziłam się również na drugą partię szczepionki przeciwko pneumokokom (po pierwszej partii mały był nieswój, stracił panowanie nad mięśniami, a ja mimo, że zgłosiłam to lekarzowi, byłam zmuszana do podania drugiej partii). To wywołało burzę, urząd ustalił nam spotkania z psychologiem celem obserwacji dziecka oraz nas jako rodziny, która nie zapewniała małemu norweskiej integracji.

Raz odwiedzili nas jak się kłóciliśmy i po tym incydencie zasugerowali, że dziecko nie powinno być z nami i mamy się stawić na wizytę.

Na szczęście były wakacje, urzędy były leniwe, a my przezorni, i dosłownie w czasie weekendu uciekliśmy z Norwegii prosto do Pakistanu, bojąc się, że odbiorą nam dziecko tak jak wielu parom, w tym znajomym mojego męża.

Długo po tym wysyłano nam listy (mój mąż po jakimś czasie wrócił sam do Norwegii), żebyśmy przywieźli dziecko, strasząc zatrzymaniem zasiłku. Zasiłek jednak dalej jest wypłacany, a my nigdy nie odpowiedzieliśmy na jakąkolwiek korespondencję.

Obecnie w Oslo odbywają się protesty przeciwko bezpodstawnemu zabieraniu dzieci, bo np. śpią z rodzicami, mają siniaka, są smutne w szkole, itp., itd.

Waszym kolejnym przystankiem był Pakistan, ojczyzna Twojego męża. Jak długo tam przebywałaś i jak wspominasz ten czas?

Byłam tam ok. 8 miesięcy (w tym do teraz regularnie odwiedzamy Pakistan w czasie wakacji, świąt religijnych, itp.). Był to czas niesamowity, bogaty w kulturowe odkrycia i beztroski.

Poznałam czym jest prawdziwa rodzina, jak ludzie potrafią się kochać i wspierać, pomagać sobie, troszczyć się o siebie. Ci ludzie mają tak niewiele, a oddadzą Ci ostatnie ciastko, zawsze bogato ugoszczą.

Odpoczęłam od opieki nad dzieckiem, bo mąż ma wielką rodzinę i mały dosłownie przechodził z rąk do rąk. Pokochałam lokalne jedzenie, przyprawy, klimat, stroje, biżuterię. Orient w pełni, tym bardziej, że miasto mojego męża graniczy z Indiami i obie kultury gładko się przeplatają.

Jak wygląda macierzyństwo w Pakistanie?

Hehehe, to śmieszne, ale każda kobieta tutaj będzie Ci doradzała magiczne ziołowe mieszanki, mikstury na niemal każdą dolegliwość dziecka, a Ty jako wykształcona europejska matka będziesz wątpiła i chroniła dziecko przed nimi (owszem, niektóre zastosowałam i dały dobry rezultat – jak np. tzw. kawa – czarna herbata długo parzona z kardamonem, ziołem ajwain i miętą – home-made hit na żołądek i podrażnione gardło …aż sama nie wierzę, że to piszę!).

Do tego dziecko tutaj jest czymś wspaniałym, kompanem. Dla mnie bywało często przeszkodą, a tutaj zabiera się je wszędzie, angażuje, usamodzielnia. Do dziś trzęsę się nad synem jak ma tutaj coś zjeść, bo woda nie taka, bo przyprawy (poziom ostrości tylko dla Supermana!), bo to i tamto, a tutaj promuje się wyrabianie odporności i serio serio – dzieci tak nie chorują, a zielone chili jedzą jak my jabłko.

Wsparcie rodziny jest niesamowite. W domu, u lekarza – zawsze jest ktoś ze mną. A że ja zawsze marzyłam, żeby mieć wielką rodzinę, mamę przy sobie, to w Pakistanie mogłam tego doznać, docenić, nacieszyć się tym.

Po 8 miesiącach rozłąki z mężem (przebywałaś u rodziny męża tylko z synkiem), stwierdzając, że ta rozłąka nikomu ona nie służy, postanowiliście przenieść się do Dubaju. Mieszkacie w Dubaju już półtora roku, masz dobrą pracę, uczysz j. angielskiego, a w maju ma przyjść na świat Wasz drugi synek. Opowiedz o swoich macierzyńskich doświadczeniach w tym kraju?

Szczerze mówiąc, bałam się bardzo ciąży w Dubaju. Ale opieka zdrowotna i szpitale są naprawdę na najwyższym światowym poziomie. Lekarze z całego świata migrują właśnie tutaj, bo bezpodatkowa pensja jest jedną z najwyższych na świecie.

Jest tutaj mnóstwo lekarzy Amerykanów, Polaków, Niemców i chyba ogólnie mnóstwo tu innych kultur i narodowości (na 5 milionów ludzi tylko 1 mln to Arabowie!).

Jeżeli się pracuje i wykupi ubezpieczenie koszty są znikome, leki tanie, ale jeżeli nie ma się ubezpieczenia, mamy do czynienia z opieką zdrowotną droższą niż w Europie.

Mając zapalenie oskrzeli zaraz po przybyciu do Dubaju (i jeszcze bez ubezpieczenia) za samo rtg i badanie krwi zapłaciłam ok. 1200zł (1200 dirhamów). Zaś po wykupieniu ubezpieczenia, za ciężką operację wyrostka, leki i pobyt w najlepszym nowoczesnym szpitalu wraz z miejscem dla rodziny, która spała i jadła ze mną, zapłaciłam 19 zł (19 dirhamów).

Opieka nad matką i nienarodzonym dzieckiem jest na najwyższym poziomie i regularna jak w Europie. Ja mam panią doktor z Ameryki, spotkania co 3-4 tygodnie, regularne skany, również te w 3D, kontrole, suplementy – wszystko za symboliczne 15-20 zł każdorazowo. Zwolnienia do pracy bez problemu.

Jakie są mamy w Dubaju? Jak są wspierane przez rodzinę, państwo?

Hahah, biedne! Koszty żłobków, przedszkola, szkoły, rzeczy dla dziecka są ogromne! Matka ma tylko 45 dni na pozostanie z dzieckiem, a jeżeli wykorzysta je przed rozwiązaniem, to musi od razu wracać do pracy. Nie ma płatnego urlopu.

Wielu obcokrajowców opuszcza więc Emiraty na czas rozwiązania, szczególnie nie mając ubezpieczenia (koszt porodu naturalnego to od 12 000-25 000 zł, a cesarki od 25 000-35 000 zł), a z ubezpieczeniem np. w Daman, to tylko 500 zł.

Tutaj promowany jest krótki pobyt i odesłanie matki zaraz po porodzie do domu. Dziecko dostaje kartę szczepień, ale za te musi płacić – tylko niektóre są za darmo dla obcokrajowców w lokalnych klinikach.

Żłobek, a nie mówię już o przedszkolu, to koszt od 15 000 – 65 000 zł rocznie. Środowisko w pełni międzynarodowe i większość szkół jest amerykańskich, niemieckich, itd. Poziom nauczania to niestety żenada w porównaniu do Europy czy naszej Polski, ale co zrobić?!

Tutaj sukcesem jest czytające dziecko w 5 – tej klasie… Niektóre szkoły prowadzone przez środowiska syryjskie, egipskie czy arabskie są na tak niskim poziomie, że nawet nauczyciele nie potrafią wysłowić się po angielsku. Osobno trzeba zakupić mundurek, książki, opłacić autobus.
Minusem jest mieszkanie w innym mieście w Emiratach niż Dubaj – tylko tutaj jest Polska szkoła.

Mieszkałaś w wielu miejscach, co najmilej wspominasz jako mama?

Akceptację społeczeństwa wobec naszej rodziny w tych różnych krajach, wobec osoby mojego męża i synka, czucie się jak normalna rodzina… chciałabym się tak poczuć w naszym kraju, w Polsce…

Jedzenie i smakołyki jakimi się uraczyłam podróżując. Zwiedzanie i poznanie różnych krajów, miast, zabytków.

Ale doskwiera brak polskiego… muszę uczyć synka polskiego jako języka obcego, gdyż podczas tych wojaży przyswoił angielski i urdu (język męża), a polski został zaniedbany jako język nie będący w codziennym użytku.

Co Cię najbardziej zaskoczyło jako mamę mieszkającą w obcym kraju?

Cypr: zacofanie.

Norwegia: bezprawne odbieranie dzieci, nawet Norwegom.

Pakistan: różnorodność i kontrasty: od przepięknych budowli, pałaców, wystawnych domów i dostatniego życia po biedę, brud, slumsy i szczury paradujące po ulicach z małpami i kradnące banany z przydrożnych straganów.

Dubaj: gościnność i otwartość w Emiratach – to, że na plaży nikogo nie dziwi kobieta w burce obok kobiety w bikini. Tolerancja mimo, że na świecie panuje przekonanie, że to kraj typu Arabia Saudyjska – restrykcyjny i zamknięty, podczas gdy jest zupełnie inaczej, jest otwarty i liberalny!

A jak Twój synek przyjmował te wszystkie przeprowadzki?

Dobrze, on chyba nie rozumiał pobytu na Cyprze i w Norwegii. Pamięta troszkę Polskę, Pakistan, ale to Dubaj zna jako swój dom.

Pyta mnie czasem jak wygląda jego kraj, a ja go uczę, pokazuję mu wszystko, ale nie tęskni za Polską tak jak ja, bo jej po prostu nie zna… Marzę, aby zabrać go na Święta do Polski, ale to chyba tylko marzenia, bo nie mam nawet u kogo się zatrzymać.

Co przeniosłabyś na grunt polski? Jakie rozwiązania?

Naturalnie wszelkie zasiłki, zapomogi, wyższe pensje – jak w Norwegii.

A dla mojej rodziny kurs: jak kochać i szanować się nawzajem. Jak tolerować inność. A najlepsze na to chyba są podróże – otwierają nas na ludzi, inność, na świat…

Bardzo Ci dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Ewa Moskalik Pieper

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Ewa Moskalik - Pieper
Redaktor portalu Mamo Pracuj. Prywatnie spełniona, pełnoetatowa mama dwóch wspaniałych synów i żona, starająca się znaleźć swój patent na work - life balance. Absolwentka UJ. Miłośniczka kina, muzyki i książek.
Podyskutuj

Podróż z dziećmi do Indii: 7 zachwytów, 7 zaskoczeń i 3 rozczarowania

Dzisiaj mijają dwa tygodnie odkąd znów jesteśmy w Polsce. Indyjska przygoda za nami… choć nadal trudno nam w to uwierzyć. „Jak to, że już „po”?” - tyle przygotowań, niepewności, potem nowości i wspaniałych przeżyć i to już koniec? Postanowiłam spisać moje zachwyty, zaskoczenia i rozczarowania, aby nic nam nie umknęło - i podzielić się nimi z Tobą!
  • Agnieszka Kaczanowska - 16/04/2019
Podróż z dziećmi do Indii - Agnieszka z dziećmi

Podróż z dziećmi do Indii, a dokładniej trzy miesiące w Goi (poprawnie) – na Goa (potocznie)

Trzy miesiące. I mało i krótko zarazem. Mogłabym godzinami opowiadać 😉 Ale nie bój się, nie zanudzę Cię, bo postanowiłam podzielić się tylko najważniejszymi zachwytami, zaskoczeniami i rozczarowaniami z naszej podróży. Miałam sporo wyobrażeń, pewnie tak jak i Ty, ale też różnych lęków i obaw myśląc o Indiach. Gotowa?

Zachwyt 1: Pogoda

Dla mnie cudowna. Słońce praktycznie każdego dnia (2 dni, w trakcie 3 miesięcy były bardziej pochmurne), temperatura 26-33 stopnie i nie było gorąco! No dobra, ja uwielbiam ciepło 😉 Lekki wiaterek wiał, a powietrze było suche. Dla mnie idealnie. Dopiero ostatnie dni marca, tuż przed naszym powrotem, było coraz cieplej i ciało cały czas było lekko wilgotne. W maju zawita tam monsun… Podobno teraz jest już za gorąco…

Zachwyt 2: Jedzenie

Wiedziałam, że lubię kuchnię indyjską, choć znałam ją wyłącznie w wersji polskiej… ale pokochałam. Masale w niezliczonych odsłonach, i moja ulubiona paneer butter masala, do tego ryż tak sypki i długi jakiego w życiu nie widziałam, przepyszne warzywa w surówkach czy na ciepło. Raj dla wegetarian 😉 Bo w tej części Indii, w której byliśmy łatwiej znaleźć restaurację wegetariańską niż no-veg! Choć nie ukrywam, że chętnie podjadałam dzieciom ich ukochane butter chicken masala 😉

Mój mąż nie podziela mojego zachwytu – więc to bardzo subiektywne…

Zaskoczenie 1: Chili

Nie wiedziałam, że jedzenie ostrych potraw to taka przyjemność. Kiedy w ustach czuć przyjemne pieczenie, oczy lekko łzawią i z nosa leci 😉 A myślałam, że ja nie lubię ostrych potraw! Co więcej dzieci też polubiły i całkiem zmienił się nam smak… Teraz każdy prosi, aby dodawać więcej chili do jedzenia!

Rozczarowanie 1: Śmieci

Są wszędzie. Jest ich dużo. To dla Europejczyka spory szok. Przez dwa tygodnie miałam ochotę zbierać je po drodze, choć i tak za chwilę pojawiłyby się nowe. To jest o tyle ciekawe, że każdego ranka w hinduskich domach i przed nimi, odbywa się rytuał sprzątania, a przed wejściem do domu obowiązkowo zdejmuje się buty. A śmieci są wszędzie. Nawet pan, który zbiera śmieci (segregując) gubi je po drodze i zupełnie się tym nie przejmuje… Nie raz nie dwa było tak, że coś wyrzuciłam do kosza, a potem znajdowałam to po drodze… Po 3 tygodniach pobytu nauczyliśmy się po prostu nie patrzeć na śmieci, ale chyba zawsze nas to będzie ruszać.

Zaskoczenie 2: Indian time

Lubię mieć różne sprawy pod kontrolą, zaplanować, przemyśleć i przewidzieć co i jak. W Indiach się nie da. Po prostu. Zbyt wiele rzeczy dzieje się nie w czasie umówionym, ale wtedy kiedy się dzieje… „Indian time”. Skuter ma być dzisiaj? Ok. Nie ma? Acha. A kiedy będzie? Jutro. Acha. I tak czekałam ze dwa tygodnie 😉 I wiesz, już po pierwszym tygodniu poczułam przyjemną ulgę, że wcale nie muszę kontrolować, denerwować się czy wkurzać. I że jak coś idzie nie tak, jak miało być, to nie jest problem, tylko inna opcja i tyle. Ileż stresów mnie w ten sposób ominęło! Teraz próbuję zatrzymać tą umiejętność choć nie jest łatwo…

Zachwyt 3: Morze

Morze Arabskie. Piękne. Plaża pias(czysta), z palmami i bardzo pusta (w części, w której mieszkaliśmy). Godzinami mogłam gapić się na fale 😉 A myślałam, że jestem bardziej „górska”.

Zaskoczenie 3: Internet

Wiele razy słyszałam, że w Indiach słabo z internetem. Ale wiedziałam też, że muszę go mieć – choćby nie wiem co – aby pracować! No i się udało. Czasem był w telefonie, czasem przez WiFi, czasem go nie było… Wtedy ratowałam się internetem w knajpkach 😉 Raz nie było nigdzie, bo ktoś strajkował! A kilka razy nie było internetu, bo była „bad weather” i słaby sygnał… Ale dałam radę! A właściwie to dałyśmy radę, bo mój internet miał nieraz wpływ na cały „mamopracowy” zespół.

Zaskoczenie 4: Ruch lewostronny

Nie byłam na to gotowa. Wiedziałam, że czeka mnie nauka jazdy na skuterze, ale nie wiedziałam (pewnie mogłam się domyślić), że w Indiach jest ruch lewostronny. Bałam się, ale zastosowałam opcję „jakoś to będzie” i było! Bardzo dobrze. No może kilka razy prawie wylądowałam na murze, albo rowie czy krowie, ale obyło się bez wypadków – na szczęście 😉 Wiatr rozwiewał mi włosy, trójka dzieci mogła jechać ze mną i było super! Szkoda, że w Krakowie skuterem zbyt niebezpiecznie, no i z trójką dzieci daleko bym nie zajechała…

Rozczarowanie 2: Angielski

No dobrze. Przyznam się. Miałam nadzieję, że podszkolę się w angielskim. Wygrzebię go z czeluści mojego mózgu, ale niestety. Nie było takiej potrzeby. Codzienna komunikacja była bardzo prosta, wielu Hindusów słabo mówi po angielsku (choć to język urzędowy), więc czasem musiałam mówić bardzo prostym językiem, abyśmy się zrozumieli, a i to nie gwarantowało powodzenia 😉 Podsumowując, może trochę przewietrzyłam nieco swój angielski – ale nie za dużo! A szkoda.

Rozczarowanie 3: Słodycze

Nie uwierzysz ale przez 3 miesiące nie jadłam dobrego deseru… no chyba, że upiekłyśmy brownie 😉 Serio. Słodycze indyjskie zupełnie nam nie smakowały. Być może nie trafiliśmy na nic dobrego – nie przekreślam wszystkich deserów w Indiach – ale te, które próbowaliśmy były tak słodkie, twarde, suche że aż niedobre… Generalnie cukru jest sporo w napojach, ciastkach i cukierkach, dużo więcej niż w tych samych produktach w Europie.

Za to owoce… bajka!

Zaskoczenie 5 i zachwyt 4: Dziewczynki w szkole

Zosia i Helenka nie bez obaw szły pierwszego dnia do szkoły. Zastanawiały się: jak to będzie rozmawiać tylko po angielsku? A czy wszystko zrozumieją? A co jeśli nie będą wiedziały o co chodzi?

Ja myślałam: A nie za gorąco tam? W końcu lekcje w szałasach… Czy nie zapomną o piciu wody? No i czy aby to bezpieczne, że cały dzień będą na plaży beze mnie (piątek był beach day?). Jak się okazało były też inne Polki, więc polski był w ruchu, a o wszystko inne dbali nauczyciele 😉 wracały zmęczone i szczęśliwe!

Zaskoczenie 6: Krzyś w przedszkolu

To było trudne. Nasz Krzyś (l. 5) w Polsce rok adaptował się do przedszkola, i nie lubił się z nami rozstawać. Dość naiwnie założyłam, że w Indiach może będzie inaczej… Nie było. I choć miał w przedszkolnej grupie trzech kolegów z Polski, a na terenie placówki kolejną piątkę polskich dzieci (siostry były w innej szkole), to każdy poranek był trudny. Nie pomagały przytulaski, dużo czasu razem popołudniami, zapewnienia o naszej miłości. Było ciężko. Choć wracał radosny i pełen opowieści o zabawach w błocie, małych małpkach, które regularnie ich odwiedzały, rzucaniu kamieni i bazach, które zbudował; rozstania były trudne.

Do czasu, aż…

Zachwyt 5: Córka

Zosia sama zdecydowała się zmienić szkołę, aby być z Krzysiem. Aby jemu było raźniej! To było bardzo piękne i dojrzałe, choć wcale nie takie łatwe dla niej. Jak się później okazało, ta zmiana była i dla niej korzystna. W pierwszej szkole obyła się z językiem i spokojnie się komunikowała, używając oczywiście także rąk i nóg ;-). W nowej szkole trafiła do klasy ze starszymi dziećmi od siebie, mówiła wyłącznie po angielsku, uczyła się matematyki, geografii, angielskiego i francuskiego – oczywiście po angielsku. I choć wracała jeszcze bardziej zmęczona i brudna, to widziałam w oczach dumę z samej siebie!

Helenka też stanęła na wysokości zadania i choć została w szkole bez siostry, czego się bała (w końcu we dwie raźniej) bardzo dzielnie i odważnie zaprzyjaźniała się z coraz większą grupą dzieci z całego świata!

Zachwyt 6: Ludzie

Moje doświadczenia wskazują na to, że Hindusi to bardzo dobrzy ludzie. Lubią dzieci, są serdeczni, uśmiechnięci i choć wielu z nich wiedzie bardzo skromne, lub nawet biedne życie, są pogodni. Przynajmniej my takich spotykaliśmy każdego dnia. Bałam się o bezpieczeństwo dzieci w obcym i dalekim kraju, a to było zupełnie niepotrzebne.

Zachwyt 7: Zaufanie

Przed wyjazdem bałam się, że ktoś nas może chcieć oszukać, okraść czy naciągnąć. Ale przebywając wśród Hindusów, dając się wozić, leczyć czy powierzając swoje dzieci, czułam się najbezpieczniej w życiu.

Może mieliśmy szczęście do ludzi? Może po prostu nic złego nas nie spotkało? No chyba, że ktoś nas tak oszukał, że dotąd się nie zorientowaliśmy 😉

Zaskoczenie 7: Praca zdalna

Miałam nadzieję, że się uda. Takie było założenie. Ale też sporo obaw. A okazało się, że zupełnie niepotrzebnie. To nie tak, że nie było kłopotów, czy jakiś trudniejszych momentów – były. Zespół w Krakowie, a ja daleko, 4,5 h różnicy czasu. Dziewczyny dopiero się rozkręcały z działaniami ok. 10:30, a ja już kończyłam, bo zbliżała się 15:00 i czas odbierać dzieci. Ale wypracowałyśmy sobie rytm pracy. Planowałyśmy lepiej rozmowy, i czy był dobry czy zły internet, dawałyśmy radę rozmawiać i prowadzić wszystkie działania. A ja upewniłam się, że mamy super zespół! Dzięki dziewczyny!

To był niesamowity czas. Bardzo bogaty w doświadczenia i przeżycia. Czy coś się zmieniło w nas na lepsze? Zobaczymy!

A jeśli jesteś ciekawa, gdzie jest Goa, i upewnić się, że to nie jest wyspa 😉 kliknij tutaj >>>

A wiesz jak tam trafiliśmy? Jeśli nie, to zapraszam jeszcze tutaj 😉

Chcesz o coś zapytać napisz do mnie: [email protected]

Zdjęcia: Agnieszka Czmyr-Kaczanowska

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Agnieszka Kaczanowska
Współzałożycielka mamopracuj.pl, od dziesięciu lat rozwija swoje umiejętności łączenia życia rodzinnego i zawodowego i nawet jej to wychodzi! Lubi wyzwania i cieszy ją kiedy pracodawcy znajdują świetnych pracowników. Mama wesołej trójki, żona i miłośniczka kotów.  

Wynagrodzenie po urlopie macierzyńskim

Jednym z najczęściej pojawiających się pytań na etapie powrotu do pracy po urlopie, jest kwestia wynagrodzenia. Na jakie wynagrodzenie może liczyć? Co z dodatkami i premiami? Czy nadal przysługuje samochód służbowy?
  • Marzena Pilarz-Herzyk - 14/04/2019
mama z córeczką

W powyższej sytuacji należy rozpatrzyć kilka różnych sytuacji.

Powrót do pracy po urlopie macierzyńskim

W sytuacji, w której wracasz do pracy po urlopie macierzyńskim/rodzicielskim pracodawca ma obowiązek zapewnienia Ci wynagrodzenia takiego, jakie byś posiadała nie mając przerwy w pracy spowodowanej urlopem. W praktyce więc przysługują Ci również podwyżki, które otrzymałabyś, gdybyś nie była na urlopie.

Poniżej sprawdź kilka przykładów.

W czasie, gdy przebywałaś na urlopie, Twój zespół otrzymał 5% podwyżkę. Nie miały na nią wpływu wyniki indywidualne. Czy taka podwyżka wynagrodzenia powinna zostać uwzględniona po powrocie do pracy? TAK.

Przed przerwą urlopową miałaś wypracowane wyniki, przeszłaś pozytywnie ocenę roczną, ale zmiany umów nastąpiły w czasie, gdy Ty byłaś już na urlopie.
Czy Twoja umowa mogła zostać zmieniona podczas urlopu? TAK. Zmiana umowy może zostać dokonana w czasie urlopu. Podwyżka jednak nie przełożyłaby się na  wysokość zasiłku.

Czy Twoje wynagrodzenie powinno zostać zmienione po urlopie? TAK. Jeśli Twoja umowa nie została zmieniona w czasie urlopu, powinno to zostać zrobione tuż po Twoim powrocie do pracy.

Przed urlopem awansowałaś na stanowisko managerskie i zgodnie ze stopniami awansu w firmie od tego stanowiska przysługuje samochód. Po powrocie do pracy zmieniono Ci stanowisko pracy, ale w nowym dziale nie ma samochodów służbowych. Co z Twoim samochodem? Pamiętaj, że nadal masz ten sam stopień managerski, gdyż po powrocie nie można obniżyć stanowiska pracy (nowe stanowisko musi być zgodne z kompetencjami). To oznacza więc, że nadal zachowujesz
prawo do korzystania z samochodu służbowego.

Przed urlopem otrzymywałaś premię za określone dodatkowe zadania, zlecane przez przełożonego. Po powrocie z urlopu nie otrzymujesz już tych zadań, z racji powiększenia zespołu pracowniczego. Czy premia nadal Ci przysługuje? NIE. Nawet jeśli przed urlopem był to długi okres, mimo wszystko były to zadania ponad Twój standardowy zakres obowiązków i z tym wiązała się premia. Jeśli pracodawca nie ma w tej chwili dodatkowych zadań premiowanych dla Ciebie, premia nie będzie przysługiwała.

Powrót do pracy po urlopie wychowawczym

Nieco inaczej, niż powyżej wygląda sytuacja Twojego powrotu po urlopie wychowawczym. Tutaj bowiem, pracodawca nie może obniżyć Twojego wynagrodzenia. Nie ma jednak obowiązku uwzględniania ewentualnych podwyżek, które otrzymałabyś, gdybyś nie przebywała na urlopie.
A co zrobić w sytuacji, gdy bezpośrednio po urlopie macierzyńskim, wykorzystałaś urlop wychowawczy? Czy podwyżki za ten czas przysługują? Przepisy nie regulują wprost tej sytuacji.

Moim zdaniem należy jednak uwzględnić podwyżki, które przysługiwałyby za czas urlopu macierzyńskiego, natomiast już nie za okres urlopu wychowawczego.
Nie ma tutaj znaczenia, że formalnie wracasz z urlopu wychowawczego, gdyż wykorzystałaś go bezpośrednio po macierzyńskim.

Zdjęcie: 123 rf

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Marzena Pilarz-Herzyk
Na co dzień mama dwóch synów Oskara i Oliwiera. Z wykształcenia prawnik. Z zamiłowania artystka. Zawodowo przez kilka lat związana z zarządzaniem przedsiębiorstwami, procedurami prawnymi i finansowymi. Od 2018 postanowiła zawodowo zająć się doradztwem prawnym przede wszystkim kobietom, mamom, rodzicom, ale również mniej świadomym swoich obowiązków pracodawcom. Prowadzi stronę mamaprawniczka.pl.
Chcę otrzymywać inspiracje, pomysły i sugestie jak pracować i nie zwariować.
Newsletter wysyłamy raz na 2 tygodnie
Może Cię zainteresować także:
Uwaga. Strona wykorzystuje pliki cookies. Informacje uzyskane za ich pomocą wykorzystywane są w celach statystycznych. Pozostając tu godzisz się na ich zapisywanie w Twojej przeglądarce. ×

Email marketing powered by FreshMail
 

Email marketing powered by FreshMail
 

Email marketing powered by FreshMail