Czego szukasz

Trasa dla Bobasa na spacer

Marta i Ada, mamy z Krakowa założyły fundację i propagują aktywny styl życia dla całej rodziny. Codziennie inna trasa dla bobasa? Proszę bardzo!

  • Paulina Sienczyło - 18/07/2014

Dziewczyny, od początku proszę – jak wpadłyście na taki pomysł?

Marta Mleczko: Wszystko zaczęło się pięć lat temu w przysłowiowej „piaskownicy”, kiedy nasze dzieci miały kilka miesięcy, a nam znudziły się codzienne spacery po osiedlowym parku. Zastanawiałyśmy się, dokąd można byłoby się wybrać z małym dzieckiem, może do kina, może gdzieś za miasto, a może nawet w góry? Ponieważ nie należymy do grona mam-siłaczek (przynajmniej nie pod względem fizycznym!) zależało nam, żeby wybrać się na taką wycieczkę, podczas której nie będzie trzeba dźwigać wózka po schodach. Fajnie byłoby też mieć gdzie wygodnie przewinąć i nakarmić malucha. Kiedy dzieci podrosły ważne stały się też pytania, czy dana trasa nie będzie za trudna dla przedszkolaka, czy będzie gdzieś w pobliżu plac zabaw, o czym ciekawym można opowiedzieć dziecku w trakcie spaceru. Nie udało nam się znaleźć takich informacji na istniejących stronach www, dlatego wpadłyśmy na pomysł stworzenia własnego portalu, gdzie rodzice mogliby się dzielić swoim doświadczeniem.

Dlaczego fundacja, a nie firma?

MM: Pierwszy był pomysł portalu, potem przyszedł czas na wybór formy działalności. Ponieważ w naszej pracy realizujemy cele „użyteczności publicznej” – tj. promujemy zdrowy, aktywny tryb życia i dobre wzorce wychowania kulturalnego mogłyśmy zarejestrować się jako organizacja pożytku publicznego. Zasadniczy plus takiej formy działania to fakt, że nie musimy ponosić comiesięcznych kosztów składek ZUS. Obie z koleżanką jesteśmy członkami Zarządu Fundacji i zdecydowana większość naszej pracy to praca społeczna, jednak nie wyklucza to możliwości zatrudnienia w fundacji, czy zawarcia czasowej umowy o dzieło czy umowy-zlecenia, kiedy fundacja ma na to dostępne środki. Wtedy oczywiście pojawiają się obciążenia ZUS i podatki, ale tylko wtedy, kiedy mamy dochód. Jeżeli przez kilka miesięcy Fundacja nic nie zarobi nie musimy ponosić żadnych kosztów. 

Dzięki temu że jesteśmy fundacją, a nie zwykłą firmą możemy pozyskiwać środki finansowe nie tylko z darowizn, ale także ze źródeł publicznych – możemy zwracać się o granty do organów samorządowych, brać udział w konkursach na zadania zlecane przez samorząd. Na przykład w ramach projektu „Bon Edukacyjny” Urzędu Marszałkowskiego Województwa Małopolskiego jesienią 2014 r. będziemy organizować zajęcia dla dzieci w Muzeum Narodowym w Krakowie, Muzeum Archeologicznym i Muzeum Inżynierii Miejskiej.

Z drugiej strony organizacja samorządowa może też działać jak zwykła firma – tzn. prowadzić działalność gospodarczą i w taki sposób zarabiać na swoją działalność statutową – w tym na wynagrodzenia dla pracowników. W ramach działalności gospodarczej w naszej fundacji planujemy m.in. sprzedaż naszych produktów (dostępnych też jako nagrody dla użytkowników portalu) – tj. np. plecaków, koców piknikowych, myślimy też o działalności wydawniczej, wypożyczalni sprzętu turystycznego, czy o pozyskiwaniu środków z reklam na portalu.

Adelina Pociecha: Niestety taka forma ma też swoje wady. Największą z nich są formalności… Jest ich dużo więcej niż przy prowadzeniu jednoosobowej działalności gospodarczej.

Ile czasu minęło od pomysłu do realizacji Waszej działalności?

MM: Pomysł pojawił się już 4-5 lat temu, potem nastąpiły długie miesiące krystalizowania się idei portalu, dyskusji nad jego kształtem, strukturą itp. Strona zaczęła działać pod koniec 2012 r., od stycznia 2013 r. działa fundacja, a od maja 2014 r. prowadzimy w jej ramach działalność gospodarczą. W czerwcu w związku z wydaniem map „Kraków dla dzieci. Kazimierz i Podgórze” i „Rzeszów dla dzieci. Śladami legend i opowieści” po raz pierwszy osiągnęłyśmy konkretny dochód i możemy wypłacić sobie wynagrodzenia.

Czy miałyście wsparcie najbliższych? Kto jeszcze Was wspierał?

MM: Jeżeli o mnie chodzi to ze wsparciem było kiepsko. Większość moich bliskich nie bardzo rozumie ideę fundacji i mojego zaangażowania. Czasami odnoszę też wrażenie, że tematyka dziecięca i turystyki rodzinnej wydaje się infantylna, mało poważna i istotna w obliczu innych bardziej wzniosłych celów i ideałów. Myślę, że niestety niektórych jest w stanie przekonać jedynie sukces finansowy… Zdarza mi się słyszeć, komentarze w rodzaju „chyba bogata ta fundacja, że opłaca opiekunkę do dzieci”, albo pytania, czy aby mi się nie nudzi przy trójce małych dzieci, albo czy mam za dużo wolnego czasu… Chyba jedyną osobą wspierającą od początku moje działania jest mój Tata, który od wielu lat jest prywatnym przedsiębiorcą, a jednocześnie pracuje społecznie w Izbie Inżynierów. Dużo wsparcia otrzymałam też od warszawskich organizacji: Stowarzyszenia Klon Jawor i Centrum Szpitalna. Dzięki bezpłatnemu szkoleniu organizowanemu przez te dwie organizacje dowiedziałam się wiele o prawnych i formalnych aspektach prowadzenia organizacji pozarządowej – zresztą do dziś korzystam z ich pomocy i wsparcia.

AP: Ja myślę, że głównie wspierałyśmy i mobilizowałyśmy się nawzajem. Mi przynajmniej dużo dawała świadomość, że nie jestem z tym sama. Mąż stara się mnie wspierać, jednak dla znajomych i rodziny nadal jestem osobą, która siedzi w domu i „nic nie robi”. Niektórzy wciąż dopytują „kiedy wreszcie pójdę do pracy”.

Jak docieracie do zainteresowanych Waszą działalnością? Na czym zarabiacie?

MM: Od momentu powstania fundacji naszym głównym zadaniem jest promowanie portalu – chcielibyśmy, aby dotrzeć do jak najszerszego grona osób zainteresowanych rodzinną turystyką, ale także do tych, którzy plany o wyjazdach odkładają na czas, „aż dziecko podrośnie” i pokazać im, że aktywne spędzanie czasu nie jest trudne i daje wiele radości całej rodzinie.

AP: Portal w zeszłym roku promowaliśmy poprzez ulotki, w tym roku wydaliśmy dwie mapy „Kraków z dziećmi. Kazimierz i Podgórze” oraz „Rzeszów dla dzieci. Śladami legend i opowieści” obie mapy oprócz funkcji informacyjnej pełnią również funkcję promocyjną naszego portalu, a zostały sfinansowane przez reklamodawców.

Jaką sumę na początek musiałyście zainwestować?

MM: Właściwie dokładnie nie liczyłam… Przypuszczam, że około 1000 zł na osobę. Były to koszty założenia i rejestracji fundacji (akt notarialny, fundusz założycielski, opłaty sądowe), wydatki związane z zakupem domeny i serwera. Zainwestowałyśmy też w tkaniny z których powstały nasze „gadżety” – torby, plecaki, koce piknikowe. Nasza główna inwestycja to setki godzin pracy – głównie ze strony Ady i jej męża, którzy stworzyli portal i zajmują się jego bieżącym utrzymaniem. Dzięki ich wiedzy i umiejętnościom nie musimy opłacać informatyków i grafików.

AP: Główną inwestycją rzeczywiście były umiejętności i poświęcony czas. Dużym plusem przy naszej wspólnej działalności jest fakt, że obie z Martą jesteśmy zupełnie inne, inne są również nasze umiejętności i zainteresowania. Marta jest osobą bardzo skrupulatną i zorganizowaną – to ona trzyma w ryzach naszą fundację, prowadzi wszelkie formalności. Ja na studiach hobbystycznie uczyłam się grafiki komputerowej, z której teraz często korzystamy w naszych projektach . Można powiedzieć, że nawzajem się z Martą uzupełniamy. Poznałyśmy się przypadkowo w okolicznym parku, więc mamy także różne kręgi znajomych, z różnymi umiejętnościami – nigdy nie wiadomo, co się jeszcze w przyszłości przyda. 

Waszym zdaniem, czy to że jesteście mamami w jakikolwiek sposób wpływa na prowadzenie działalności?

MM: Zdecydowanie tak! Bez doświadczenia macierzyństwa i podróżowania z małymi dziećmi nie wpadłybyśmy na pomysł stworzenia portalu. Z uwagi na to, że dzieci są jeszcze małe, wymagają wiele uwagi i niestety często chorują, nasza praca jest często mało systematyczna – „dorywcza”. Na pierwszym miejscu są zawsze dzieci, potem praca zawodowa (zarobkowa), dopiero potem sprawy fundacji. Mam nadzieję, że z czasem dla fundacji powstanie więcej przestrzeni – nie tylko późne godziny nocne…

AP: Cała nasza fundacja jest o dzieciach i dla rodziców, czyli jest tym, czym aktualnie żyjemy. Przekazujemy innym rodzicom nasze doświadczenia. Z biegiem czasu tych doświadczeń przybywa, dlatego stale ubogacamy zawartość portalu, np. na początku planowałyśmy skierować portal do rodziców niemowląt, gdyż gdy nasze dzieci były w okresie niemowlęcym mieliśmy spore trudności ze znalezieniem miejsc, w które można pójść z dzieckiem w tym wieku. Potem, gdy nasze dzieci weszły w okres przedszkolny pojawił się pomysł na rozszerzenie portalu o ciekawostki i legendy w danym miejscu – dzieci w tym wieku bardzo lubią wszelkie opowieści a takie też trudno było znaleźć i wyszukać.

Dzieci inspirują czy utrudniają pracę?

MM: Ja jestem potrójną mamą – Jasiek ma 5,5 roku, Tadek – 3 lata, a Anielka 6 miesięcy. W moim przypadku praca przy komputerze możliwa jest tylko kiedy dzieci śpią, ewentualnie kiedy mam kogoś do pomocy – okazjonalnie którąś z babć lub dorywczo opiekunkę. Jednak praca w fundacji to nie tylko wprowadzanie danych do komputera czy odpisywanie na maile. Dużo pracy koncepcyjnej można łączyć z domowo-rodzinnymi obowiązkami, bywa, że niektóre pomysły podsuwają mi same dzieci. A już samo „zbieranie danych” to czysta przyjemność – spacery i wycieczki całą rodziną.

AP: Ja ma łatwiejsze zadanie – do okiełznania mam jedynie 5-letnią córkę, Agatę, która jest bardzo wyrozumiała. W związku ze specyfiką naszej działalności często udaje mi się połączyć pracę z zabawą, np. rozniesienie map to równocześnie spacer do centrum i na Wawel a swoje biuro, czyli telefon+notatnik często przenoszę do parku lub na plac zabaw – córka się bawi i nie odczuwa tego, że mama „pracuje” tzn. wykonuje w tym czasie telefony. 

Nie ma jednak co ukrywać, jeśli nawet dziecko zainspiruje nas do otwarcia własnej działalności, to będzie istotnym czynnikiem utrudniającym jej prowadzenie. Prowadzenie działalności, praca wymaga czasu – dziecko nam go bardzo ogranicza i dezorganizuje, ogranicza nam również naszą wolność i możliwości. Jednak celem mojego życia nie jest sama praca dla pracy – jest nim rodzina. Praca jest jedynie dodatkiem, elementem samorealizacji i to ją dostosowuje do aktualnych warunków rodzinnych, a nie odwrotnie. Dlatego tym bardziej doceniam prowadzenie własnej działalności, a nie pracę na etacie – własna działalność to przede wszystkim dużo większa elastyczność i możliwość wyboru. 

Co Wam daje Wasza działalność?

MM: Przede wszystkim dużo satysfakcji, oderwanie się od codzienności, w pewnym sensie praca w fundacji jest dla mnie rozrywką – chyba jedną z niewielu czynności w ciągu dnia, których nie wykonuję z poczucia obowiązku, a wyłącznie z własnej inicjatywy. Bardzo odpowiada mi też połączenie idei pracy „społecznie pożytecznej” z elementami działalności zarobkowej. Cieszy mnie, kiedy fundacji uda się coś zarobić, ale nie przeliczam każdej godziny pracy na pieniądze – cieszy mnie to, że jest coraz więcej wejść na stronę, pojawiają się komentarze do opisywanych tras – oznacza to, że ktoś korzysta z naszej pracy.

Co chciałybyście powiedzieć innym mamom, które szukają swojej drogi zawodowej?

MM: Chyba nic oryginalnego i odkrywczego… pomyślcie co sprawia Wam przyjemność, pomyślcie jak zrobić z tego pracę. Wtedy nikt (w tym przede wszystkim Wy same!) nie wytknie Wam, że marnujecie czas na przyjemności, bo przecież to praca. A gdy czasem coś się nie uda, praca nie przyniesie wystarczającego dochodu to przynajmniej zostanie Wam przyjemność. A może przyjemność sprawia Wam świadomość, że komuś pomagacie, robicie coś pożytecznego nie tylko dla własnego budżetu, ZUS-u i US? Pomyślcie wtedy o założeniu organizacji pozarządowej!

www.trasadlabobasa.pl

Przeczytaj więcej o pracy w organizacji pozarządowej – historia Doroty

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Paulina Sienczyło
Absolwentka zarządzania kulturą i podyplomowego zarządzania zasobami ludzkimi na UJ. Mama Igutki Frygutki i Janka Gałganka. Kiedyś z pasją oddana harcerstwu, potem fajnej pracy w Coca - Coli, obecnie poszukująca swojej drogi zawodowej. Lubi ludzi, gorącą czekoladę w czasie posiadówek niepołomickiej grupy fajnych kobiet, bieganie z kijkami po puszczy w weekendowe poranki. Jest pasjonatką zdrowego trybu życia marzącą o byciu gospodynią - nauczycielką harmonijnego życia w Beskidzie Niskim.
Podyskutuj

Podróż z dziećmi do Indii: 7 zachwytów, 7 zaskoczeń i 3 rozczarowania

Dzisiaj mijają dwa tygodnie odkąd znów jesteśmy w Polsce. Indyjska przygoda za nami… choć nadal trudno nam w to uwierzyć. „Jak to, że już „po”?” - tyle przygotowań, niepewności, potem nowości i wspaniałych przeżyć i to już koniec? Postanowiłam spisać moje zachwyty, zaskoczenia i rozczarowania, aby nic nam nie umknęło - i podzielić się nimi z Tobą!
  • Agnieszka Kaczanowska - 16/04/2019
Podróż z dziećmi do Indii - Agnieszka z dziećmi

Podróż z dziećmi do Indii, a dokładniej trzy miesiące w Goi (poprawnie) – na Goa (potocznie)

Trzy miesiące. I mało i krótko zarazem. Mogłabym godzinami opowiadać 😉 Ale nie bój się, nie zanudzę Cię, bo postanowiłam podzielić się tylko najważniejszymi zachwytami, zaskoczeniami i rozczarowaniami z naszej podróży. Miałam sporo wyobrażeń, pewnie tak jak i Ty, ale też różnych lęków i obaw myśląc o Indiach. Gotowa?

Zachwyt 1: Pogoda

Dla mnie cudowna. Słońce praktycznie każdego dnia (2 dni, w trakcie 3 miesięcy były bardziej pochmurne), temperatura 26-33 stopnie i nie było gorąco! No dobra, ja uwielbiam ciepło 😉 Lekki wiaterek wiał, a powietrze było suche. Dla mnie idealnie. Dopiero ostatnie dni marca, tuż przed naszym powrotem, było coraz cieplej i ciało cały czas było lekko wilgotne. W maju zawita tam monsun… Podobno teraz jest już za gorąco…

Zachwyt 2: Jedzenie

Wiedziałam, że lubię kuchnię indyjską, choć znałam ją wyłącznie w wersji polskiej… ale pokochałam. Masale w niezliczonych odsłonach, i moja ulubiona paneer butter masala, do tego ryż tak sypki i długi jakiego w życiu nie widziałam, przepyszne warzywa w surówkach czy na ciepło. Raj dla wegetarian 😉 Bo w tej części Indii, w której byliśmy łatwiej znaleźć restaurację wegetariańską niż no-veg! Choć nie ukrywam, że chętnie podjadałam dzieciom ich ukochane butter chicken masala 😉

Mój mąż nie podziela mojego zachwytu – więc to bardzo subiektywne…

Zaskoczenie 1: Chili

Nie wiedziałam, że jedzenie ostrych potraw to taka przyjemność. Kiedy w ustach czuć przyjemne pieczenie, oczy lekko łzawią i z nosa leci 😉 A myślałam, że ja nie lubię ostrych potraw! Co więcej dzieci też polubiły i całkiem zmienił się nam smak… Teraz każdy prosi, aby dodawać więcej chili do jedzenia!

Rozczarowanie 1: Śmieci

Są wszędzie. Jest ich dużo. To dla Europejczyka spory szok. Przez dwa tygodnie miałam ochotę zbierać je po drodze, choć i tak za chwilę pojawiłyby się nowe. To jest o tyle ciekawe, że każdego ranka w hinduskich domach i przed nimi, odbywa się rytuał sprzątania, a przed wejściem do domu obowiązkowo zdejmuje się buty. A śmieci są wszędzie. Nawet pan, który zbiera śmieci (segregując) gubi je po drodze i zupełnie się tym nie przejmuje… Nie raz nie dwa było tak, że coś wyrzuciłam do kosza, a potem znajdowałam to po drodze… Po 3 tygodniach pobytu nauczyliśmy się po prostu nie patrzeć na śmieci, ale chyba zawsze nas to będzie ruszać.

Zaskoczenie 2: Indian time

Lubię mieć różne sprawy pod kontrolą, zaplanować, przemyśleć i przewidzieć co i jak. W Indiach się nie da. Po prostu. Zbyt wiele rzeczy dzieje się nie w czasie umówionym, ale wtedy kiedy się dzieje… „Indian time”. Skuter ma być dzisiaj? Ok. Nie ma? Acha. A kiedy będzie? Jutro. Acha. I tak czekałam ze dwa tygodnie 😉 I wiesz, już po pierwszym tygodniu poczułam przyjemną ulgę, że wcale nie muszę kontrolować, denerwować się czy wkurzać. I że jak coś idzie nie tak, jak miało być, to nie jest problem, tylko inna opcja i tyle. Ileż stresów mnie w ten sposób ominęło! Teraz próbuję zatrzymać tą umiejętność choć nie jest łatwo…

Zachwyt 3: Morze

Morze Arabskie. Piękne. Plaża pias(czysta), z palmami i bardzo pusta (w części, w której mieszkaliśmy). Godzinami mogłam gapić się na fale 😉 A myślałam, że jestem bardziej „górska”.

Zaskoczenie 3: Internet

Wiele razy słyszałam, że w Indiach słabo z internetem. Ale wiedziałam też, że muszę go mieć – choćby nie wiem co – aby pracować! No i się udało. Czasem był w telefonie, czasem przez WiFi, czasem go nie było… Wtedy ratowałam się internetem w knajpkach 😉 Raz nie było nigdzie, bo ktoś strajkował! A kilka razy nie było internetu, bo była „bad weather” i słaby sygnał… Ale dałam radę! A właściwie to dałyśmy radę, bo mój internet miał nieraz wpływ na cały „mamopracowy” zespół.

Zaskoczenie 4: Ruch lewostronny

Nie byłam na to gotowa. Wiedziałam, że czeka mnie nauka jazdy na skuterze, ale nie wiedziałam (pewnie mogłam się domyślić), że w Indiach jest ruch lewostronny. Bałam się, ale zastosowałam opcję „jakoś to będzie” i było! Bardzo dobrze. No może kilka razy prawie wylądowałam na murze, albo rowie czy krowie, ale obyło się bez wypadków – na szczęście 😉 Wiatr rozwiewał mi włosy, trójka dzieci mogła jechać ze mną i było super! Szkoda, że w Krakowie skuterem zbyt niebezpiecznie, no i z trójką dzieci daleko bym nie zajechała…

Rozczarowanie 2: Angielski

No dobrze. Przyznam się. Miałam nadzieję, że podszkolę się w angielskim. Wygrzebię go z czeluści mojego mózgu, ale niestety. Nie było takiej potrzeby. Codzienna komunikacja była bardzo prosta, wielu Hindusów słabo mówi po angielsku (choć to język urzędowy), więc czasem musiałam mówić bardzo prostym językiem, abyśmy się zrozumieli, a i to nie gwarantowało powodzenia 😉 Podsumowując, może trochę przewietrzyłam nieco swój angielski – ale nie za dużo! A szkoda.

Rozczarowanie 3: Słodycze

Nie uwierzysz ale przez 3 miesiące nie jadłam dobrego deseru… no chyba, że upiekłyśmy brownie 😉 Serio. Słodycze indyjskie zupełnie nam nie smakowały. Być może nie trafiliśmy na nic dobrego – nie przekreślam wszystkich deserów w Indiach – ale te, które próbowaliśmy były tak słodkie, twarde, suche że aż niedobre… Generalnie cukru jest sporo w napojach, ciastkach i cukierkach, dużo więcej niż w tych samych produktach w Europie.

Za to owoce… bajka!

Zaskoczenie 5 i zachwyt 4: Dziewczynki w szkole

Zosia i Helenka nie bez obaw szły pierwszego dnia do szkoły. Zastanawiały się: jak to będzie rozmawiać tylko po angielsku? A czy wszystko zrozumieją? A co jeśli nie będą wiedziały o co chodzi?

Ja myślałam: A nie za gorąco tam? W końcu lekcje w szałasach… Czy nie zapomną o piciu wody? No i czy aby to bezpieczne, że cały dzień będą na plaży beze mnie (piątek był beach day?). Jak się okazało były też inne Polki, więc polski był w ruchu, a o wszystko inne dbali nauczyciele 😉 wracały zmęczone i szczęśliwe!

Zaskoczenie 6: Krzyś w przedszkolu

To było trudne. Nasz Krzyś (l. 5) w Polsce rok adaptował się do przedszkola, i nie lubił się z nami rozstawać. Dość naiwnie założyłam, że w Indiach może będzie inaczej… Nie było. I choć miał w przedszkolnej grupie trzech kolegów z Polski, a na terenie placówki kolejną piątkę polskich dzieci (siostry były w innej szkole), to każdy poranek był trudny. Nie pomagały przytulaski, dużo czasu razem popołudniami, zapewnienia o naszej miłości. Było ciężko. Choć wracał radosny i pełen opowieści o zabawach w błocie, małych małpkach, które regularnie ich odwiedzały, rzucaniu kamieni i bazach, które zbudował; rozstania były trudne.

Do czasu, aż…

Zachwyt 5: Córka

Zosia sama zdecydowała się zmienić szkołę, aby być z Krzysiem. Aby jemu było raźniej! To było bardzo piękne i dojrzałe, choć wcale nie takie łatwe dla niej. Jak się później okazało, ta zmiana była i dla niej korzystna. W pierwszej szkole obyła się z językiem i spokojnie się komunikowała, używając oczywiście także rąk i nóg ;-). W nowej szkole trafiła do klasy ze starszymi dziećmi od siebie, mówiła wyłącznie po angielsku, uczyła się matematyki, geografii, angielskiego i francuskiego – oczywiście po angielsku. I choć wracała jeszcze bardziej zmęczona i brudna, to widziałam w oczach dumę z samej siebie!

Helenka też stanęła na wysokości zadania i choć została w szkole bez siostry, czego się bała (w końcu we dwie raźniej) bardzo dzielnie i odważnie zaprzyjaźniała się z coraz większą grupą dzieci z całego świata!

Zachwyt 6: Ludzie

Moje doświadczenia wskazują na to, że Hindusi to bardzo dobrzy ludzie. Lubią dzieci, są serdeczni, uśmiechnięci i choć wielu z nich wiedzie bardzo skromne, lub nawet biedne życie, są pogodni. Przynajmniej my takich spotykaliśmy każdego dnia. Bałam się o bezpieczeństwo dzieci w obcym i dalekim kraju, a to było zupełnie niepotrzebne.

Zachwyt 7: Zaufanie

Przed wyjazdem bałam się, że ktoś nas może chcieć oszukać, okraść czy naciągnąć. Ale przebywając wśród Hindusów, dając się wozić, leczyć czy powierzając swoje dzieci, czułam się najbezpieczniej w życiu.

Może mieliśmy szczęście do ludzi? Może po prostu nic złego nas nie spotkało? No chyba, że ktoś nas tak oszukał, że dotąd się nie zorientowaliśmy 😉

Zaskoczenie 7: Praca zdalna

Miałam nadzieję, że się uda. Takie było założenie. Ale też sporo obaw. A okazało się, że zupełnie niepotrzebnie. To nie tak, że nie było kłopotów, czy jakiś trudniejszych momentów – były. Zespół w Krakowie, a ja daleko, 4,5 h różnicy czasu. Dziewczyny dopiero się rozkręcały z działaniami ok. 10:30, a ja już kończyłam, bo zbliżała się 15:00 i czas odbierać dzieci. Ale wypracowałyśmy sobie rytm pracy. Planowałyśmy lepiej rozmowy, i czy był dobry czy zły internet, dawałyśmy radę rozmawiać i prowadzić wszystkie działania. A ja upewniłam się, że mamy super zespół! Dzięki dziewczyny!

To był niesamowity czas. Bardzo bogaty w doświadczenia i przeżycia. Czy coś się zmieniło w nas na lepsze? Zobaczymy!

A jeśli jesteś ciekawa, gdzie jest Goa, i upewnić się, że to nie jest wyspa 😉 kliknij tutaj >>>

A wiesz jak tam trafiliśmy? Jeśli nie, to zapraszam jeszcze tutaj 😉

Chcesz o coś zapytać napisz do mnie: [email protected]

Zdjęcia: Agnieszka Czmyr-Kaczanowska

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Agnieszka Kaczanowska
Współzałożycielka mamopracuj.pl, od dziesięciu lat rozwija swoje umiejętności łączenia życia rodzinnego i zawodowego i nawet jej to wychodzi! Lubi wyzwania i cieszy ją kiedy pracodawcy znajdują świetnych pracowników. Mama wesołej trójki, żona i miłośniczka kotów.  

Wynagrodzenie po urlopie macierzyńskim

Jednym z najczęściej pojawiających się pytań na etapie powrotu do pracy po urlopie, jest kwestia wynagrodzenia. Na jakie wynagrodzenie może liczyć? Co z dodatkami i premiami? Czy nadal przysługuje samochód służbowy?
  • Marzena Pilarz-Herzyk - 14/04/2019
mama z córeczką

W powyższej sytuacji należy rozpatrzyć kilka różnych sytuacji.

Powrót do pracy po urlopie macierzyńskim

W sytuacji, w której wracasz do pracy po urlopie macierzyńskim/rodzicielskim pracodawca ma obowiązek zapewnienia Ci wynagrodzenia takiego, jakie byś posiadała nie mając przerwy w pracy spowodowanej urlopem. W praktyce więc przysługują Ci również podwyżki, które otrzymałabyś, gdybyś nie była na urlopie.

Poniżej sprawdź kilka przykładów.

W czasie, gdy przebywałaś na urlopie, Twój zespół otrzymał 5% podwyżkę. Nie miały na nią wpływu wyniki indywidualne. Czy taka podwyżka wynagrodzenia powinna zostać uwzględniona po powrocie do pracy? TAK.

Przed przerwą urlopową miałaś wypracowane wyniki, przeszłaś pozytywnie ocenę roczną, ale zmiany umów nastąpiły w czasie, gdy Ty byłaś już na urlopie.
Czy Twoja umowa mogła zostać zmieniona podczas urlopu? TAK. Zmiana umowy może zostać dokonana w czasie urlopu. Podwyżka jednak nie przełożyłaby się na  wysokość zasiłku.

Czy Twoje wynagrodzenie powinno zostać zmienione po urlopie? TAK. Jeśli Twoja umowa nie została zmieniona w czasie urlopu, powinno to zostać zrobione tuż po Twoim powrocie do pracy.

Przed urlopem awansowałaś na stanowisko managerskie i zgodnie ze stopniami awansu w firmie od tego stanowiska przysługuje samochód. Po powrocie do pracy zmieniono Ci stanowisko pracy, ale w nowym dziale nie ma samochodów służbowych. Co z Twoim samochodem? Pamiętaj, że nadal masz ten sam stopień managerski, gdyż po powrocie nie można obniżyć stanowiska pracy (nowe stanowisko musi być zgodne z kompetencjami). To oznacza więc, że nadal zachowujesz
prawo do korzystania z samochodu służbowego.

Przed urlopem otrzymywałaś premię za określone dodatkowe zadania, zlecane przez przełożonego. Po powrocie z urlopu nie otrzymujesz już tych zadań, z racji powiększenia zespołu pracowniczego. Czy premia nadal Ci przysługuje? NIE. Nawet jeśli przed urlopem był to długi okres, mimo wszystko były to zadania ponad Twój standardowy zakres obowiązków i z tym wiązała się premia. Jeśli pracodawca nie ma w tej chwili dodatkowych zadań premiowanych dla Ciebie, premia nie będzie przysługiwała.

Powrót do pracy po urlopie wychowawczym

Nieco inaczej, niż powyżej wygląda sytuacja Twojego powrotu po urlopie wychowawczym. Tutaj bowiem, pracodawca nie może obniżyć Twojego wynagrodzenia. Nie ma jednak obowiązku uwzględniania ewentualnych podwyżek, które otrzymałabyś, gdybyś nie przebywała na urlopie.
A co zrobić w sytuacji, gdy bezpośrednio po urlopie macierzyńskim, wykorzystałaś urlop wychowawczy? Czy podwyżki za ten czas przysługują? Przepisy nie regulują wprost tej sytuacji.

Moim zdaniem należy jednak uwzględnić podwyżki, które przysługiwałyby za czas urlopu macierzyńskiego, natomiast już nie za okres urlopu wychowawczego.
Nie ma tutaj znaczenia, że formalnie wracasz z urlopu wychowawczego, gdyż wykorzystałaś go bezpośrednio po macierzyńskim.

Zdjęcie: 123 rf

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Marzena Pilarz-Herzyk
Na co dzień mama dwóch synów Oskara i Oliwiera. Z wykształcenia prawnik. Z zamiłowania artystka. Zawodowo przez kilka lat związana z zarządzaniem przedsiębiorstwami, procedurami prawnymi i finansowymi. Od 2018 postanowiła zawodowo zająć się doradztwem prawnym przede wszystkim kobietom, mamom, rodzicom, ale również mniej świadomym swoich obowiązków pracodawcom. Prowadzi stronę mamaprawniczka.pl.
Chcę otrzymywać inspiracje, pomysły i sugestie jak pracować i nie zwariować.
Newsletter wysyłamy raz na 2 tygodnie
Może Cię zainteresować także:
Uwaga. Strona wykorzystuje pliki cookies. Informacje uzyskane za ich pomocą wykorzystywane są w celach statystycznych. Pozostając tu godzisz się na ich zapisywanie w Twojej przeglądarce. ×

Email marketing powered by FreshMail
 

Email marketing powered by FreshMail
 

Email marketing powered by FreshMail