Czego szukasz

Przy małych dzieciach bycie własnym szefem jest ogromnie ważne

„Teraz mam wrażenie, że to wszystko było bardzo dawno temu i widocznie musiało nastąpić, żebym mogła być w tym miejscu, w którym jestem” – mówi Justyna Mirońska, założycielka pracowni ceramicznej HVILKA i mama dwójki wesołych chłopaków. W rozmowie z Mamo Pracuj opowiada o swojej drodze do własnego biznesu, zapoczątkowanej trudną miłością do literatury rosyjskiej oraz o wyzwaniach związanych z przebranżowieniem i łączeniem roli mamy z rolą bizneswoman.

Porcelanowy biznes przy małych dzieciach

Justyno, bardzo dziękuję, że zgodziłaś się na ten wywiad. Proszę, opowiedz troszkę o sobie. W jakim momencie życia jesteś w chwili obecnej? Czym się zajmujesz zawodowo?

Dziękuję, że pomyślałaś o mnie jako o osobie, z którą można przeprowadzić wywiad. To dla mnie miłe zaskoczenie. Jestem kobietą tuż przed czterdziestką ;), rozpoczynającą swoje życie zawodowe właściwie od zera. Prowadzę małą pracownię ceramiczną na warszawskiej Starej Ochocie i próbuję pogodzić obowiązki domowe z zawodowymi. Na co dzień różnie to wychodzi i raczej daleko mi do pełnej harmonii w tej kwestii. Jestem również żoną i mamą 9-letniego Witka i 3-letniego Jasia.

Przyznam szczerze, że rola mamy jest dominująca w moim życiu i determinująca wszystkie moje działania zawodowe. Jeszcze na chwilę przed urodzeniem drugiego syna bardzo chciałam zmienić pracę. Przez długie lata zajmowałam się naukowo kulturą rosyjską na Uniwersytecie Jagiellońskim. Jednak nie udawało mi się utrzymać z mojej pasji, aż wreszcie pasja przestała cieszyć, a zaczęła ciążyć, bo była związana bez przerwy z wyrzeczeniami. Właściwie gdybym nie podjęła radykalnej decyzji, żeby zająć się czymś zupełnie nowym, to dzisiaj byłabym bardzo sfrustrowanym człowiekiem.

A zatem Twoja przygoda z ceramiką rozpoczęła się stosunkowo niedawno. Co Cię skłoniło do obrania takiej ścieżki?

Fanką pięknej ceramiki byłam od dawna, natomiast ceramika jest stosunkowo nowym odkryciem dla mnie jako osoby tworzącej. Zaczęło się od wielkiej chęci przemiany, dużej ciekawości, kilkunastu rysunków zwierzaków, które gdzieś kiedyś naszkicowałam sobie. Odwiedzając przez wiele lat różne miejsca z ładnymi rzeczami, galerie, targi, kiermasze ceramiczne, myślałam, że fajnie by było umieć kiedyś przenieść te moje skromne pomysły na jakieś naczynia.

Myśl o stworzeniu małego porcelanowego biznesu kiełkowała we mnie kilka lat. Jednak nie miałam wystarczająco dużo odwagi i determinacji, żeby zająć się tym na poważnie. Jest tylu utalentowanych ludzi, którzy tworzą piękne przedmioty codziennego użytku, że zawsze przyglądałam się im z podziwem i fascynacją, kupując coś dla siebie lub bliskich. Nigdy nie przypuszczałam, że to ja za kilka lat zostanę wystawcą na przykład na Targach Rzeczy Ładnych. Wejście na nową ścieżkę zawodową podyktowane było przede wszystkim brakiem satysfakcji z mojego ówczesnego życia zawodowego.

Porcelanowy biznes przy małych dzieciach - bycie własnym szefem jest ważne

Decyzja o porzuceniu ścieżki naukowej nie należała do najłatwiejszych… prawda? Co było najtrudniejsze?

W momencie, w którym moja miłość do literatury rosyjskiej stała się trudną miłością, byłam już na zaawansowanym etapie podczas pisania pracy doktorskiej. Miałam otwarty przewód, a że lubię doprowadzać sprawy i rozpoczęte projekty do końca, więc najzwyczajniej w świecie szkoda mi było nie złożyć pracy i nie obronić się.

Mieszkałam już wtedy w Warszawie, pracowałam na pełnych obrotach w jednej z agencji reklamowych, kończyłam dzienne studia doktoranckie w Krakowie, miałam malutkie dziecko, jeździłam do Krakowa z laktatorem pod pachą, bo jeszcze wtedy karmiłam piersią i wszystko to było ponad moje siły. Chyba się jeszcze łudziłam, że taki wysiłek mi się opłaci, że będę w stanie żyć z mojej naukowej pracy. Po obronie doktoratu wydałam jeszcze książkę „Małe światy wielkiej Rosji. Twórczość Wiktorii Tokariewej”, ciągle myśląc, że to jeszcze nie koniec mojej naukowej przygody.

Potem na krótko wróciłam do pracy w szkole. Jestem również z wykształcenia polonistką, pracowałam z dziećmi w świetlicy szkolnej, pracowałam także jako redaktorka i korektorka, przesiadując całymi godzinami przed komputerem, poprawiając kropki, przecinki, literówki i inne błędy.

Doszłam do takiego stanu, że nie mogłam już sama ze sobą wytrzymać. Nie miałam zbyt wiele do stracenia, postanowiłam zaryzykować i tak przez kilka miesięcy planowałam otwarcie swojego biznesu.

Przeczytaj także: Jak założyć biznes korepetytorski z perspektywy mamy szóstki dzieci?

Na polskim rynku funkcjonuje co najmniej kilka pracowni, które zajmują się zdobieniem gotowej już porcelany, technika przenoszenia grafik na naczynia też jest bardzo podobna. Zwykle wykorzystuje się kalkę ceramiczną z farbami wszkliwnymi. Większość dekorujących porcelanę swoimi rysunkami stosuje kolor czarny. Jednak ja wiedziałam od początku, że chciałabym, aby moje projekty były kolorowe – głównie zielone i brązowe, żeby nawiązywały do leśnych klimatów i jednocześnie ocieplały tę zimną, szlachetną, białą porcelanę.

Początkowo najtrudniejsza była dla mnie nauka grafiki wektorowej. Musiałam przenieść moje odręczne szkice na komputer, żeby dało się zrobić z nich kalkę metodą sitodruku. Nie stać mnie było na profesjonalnego grafika. Metodą prób i błędów udało mi się stworzyć pierwsze zwierzaki w wektorach.

Nie odczuwam żadnego żalu z tego powodu, że porzuciłam moje poprzednie dokonania zawodowe. Teraz mam wrażenie, że to wszystko było bardzo dawno temu i widocznie musiało nastąpić, żebym mogła być w tym miejscu, w którym jestem.

Pracownia porcelany - biznes przy małych dzieciach

Domyślam się, że proces przebranżowienia wymagał wiele determinacji i poświęceń z Twojej strony. Co było dla Ciebie największym wyzwaniem podczas tej drogi do własnego biznesu?

Jak tak teraz sobie myślę o tych początkach, to gdyby nie pandemia, nie byłoby aż tak trudno. Miałam wszystko sprawdzone wcześniej i zaplanowane wszystkie kroki, odbyłam kilka warsztatów, zdobyłam potrzebną mi wiedzę, zorientowałam się w kosztach prowadzenia własnej firmy. Według planu otwarcie pracowni miało nastąpić w lutym ubiegłego roku. Jednak dopiero w listopadzie udało mi się zarejestrować firmę, ponieważ przez kilka miesięcy miałam w domu szkołę, żłobek i pracę. Siedzieliśmy sobie we czwórkę na głowie i bywało bardzo ciężko, jak w wielu rodzinach na całym świecie.

Brakowało komputerów do pracy, brakowało ciszy i skupienia, ubiegłoroczny grudzień był walką z czasem i własnymi możliwościami. Uruchomiłam sklep online, zaczęła się sprzedaż, a moja pracownia była ciągle w mojej kuchni. Tonęłam w kartonach, nie miałam jeszcze swojego pieca, lokalu na pracownię. Istne szaleństwo, ale ten pierwszy rok przetrwałam. Jeszcze jednym ważnym wyzwaniem była kwestia finansowa. Żeby uruchomić taki mały biznes trzeba mieć co najmniej kilkadziesiąt tysięcy na start. Trudno je mieć, kiedy jest się najpierw na urlopie macierzyńskim, a potem na wychowawczym. Koszt samego pieca to około 14 tysięcy złotych. Łatanie dziur, żeby poczynić kolejne inwestycje, było mocno obciążające.

Jakie cechy i umiejętności pozwoliły Ci dotrzeć do miejsca, w którym jesteś obecnie?

Trudno mi to ocenić, ale myślę, że przede wszystkim elastyczność, komunikatywność, łatwość w uczeniu się nowych rzeczy. Jestem otwartą, bezpośrednią osobą, zawsze mam wokół siebie życzliwych mi ludzi, czuję ich mentalne wsparcie każdego dnia. Poza tym jestem indywidualistką, lubię pracować sama i być sama, jestem uparta i skrupulatna. Może to lata spędzone w bibliotekach nauczyły mnie tego uporu, rzetelności, wszystko zawsze musiałam dokładnie sprawdzić, przywołać konkretne źródła. Do dzisiaj tak mam, wolę wiedzieć niż nie wiedzieć, choć to bywa bardzo męczące, rzadko kiedy wypoczywa głowa.

Z wiekiem i w związku z nadmiarem obowiązków uczę się coraz więcej rzeczy odpuszczać, bo fizycznie nie jestem już w stanie wszystkiego ogarnąć. Będąc mamą, często muszę wybierać, bo doba ma jednak tylko 24 godziny. Wyprasować ubrania czy ozdobić kolejną partię porcelany, zetrzeć kurze z półek czy ulepić nowe osłonki na kwiatki? Długo nie umiałam wybrać, chciałam robić wszystko, być perfekcyjną panią domu i świetnym pracownikiem, skończyło się załamaniem psychicznym. Wiele matek odczuwa podobną presję, takie z nas Zosie Samosie, a potem wysiada nam układ nerwowy.

Ale to nie dlatego, że jesteśmy słabe, tylko dlatego, że tak długo byłyśmy silne.

A myślisz, że jest jakiś uniwersalny zestaw cech, które predestynują do bycia dobrym przedsiębiorcą? Czy to bardziej kwestia pracy nad sobą i ciągłego wychodzenia ze strefy komfortu? Jak to widzisz po tych 2 latach?

Myślę, że przedsiębiorcami są ludzie, którzy mało śpią ;), a dużo pracują. Skąd to wiem? Ludzie, z którymi najlepiej mi się współpracuje, są mili, uśmiechnięci, bezproblemowi, zwyczajni, korespondują ze mną zawsze mailowo w środku nocy, przesyłają wyceny, proponują rozwiązania, rozmawiamy ze sobą zazwyczaj późną nocą, kiedy dzieci już śpią.

Dobrzy przedsiębiorcy to ludzie bardzo zaangażowani w to, co robią. I ich biznesy funkcjonują prężnie, dlatego że sami są bardzo pracowici. Tacy trochę samozatraceńcy, ale bardzo pozytywni. Odnośnie pracy nad sobą, to jeśli prowadzi się biznes w pojedynkę, trzeba nauczyć się umiejętności wychodzenia z pracy. Ja tej umiejętności póki co nie opanowałam, cały czas jestem w pracy. W ogóle trudno u mnie z kulturą wypoczynku. Może dlatego tak na przekór założyłam markę, która nawołuje do celebracji chwili i czasu dla siebie. HVILKA to takie moje marzenie o kontemplacji przyrody, świata, cieszenia się z drobnostek.

HVILKA podczas wystawy na Targach - porcelanowy biznes

Prowadzenie własnej firmy to z pewnością jest nie lada wyzwanie. Jak sobie radzisz z ogarnianiem tego wszystkiego w pojedynkę? Czy ktoś Ci pomaga?

Jest to wyzwanie, kiedy się nie posiada rodziny, a kiedy się posiada małe dzieci, to poziom wyzwań niejednokrotnie sięga zenitu. Prowadzenie pracowni ceramicznej w pojedynkę to nie tylko ogarnianie faktur, pakowanie przesyłek, aktualizowanie strony internetowej, odpisywanie na maile Klientów, ale przede wszystkim tworzenie. Żeby mieć, co sprzedawać, trzeba to najpierw samemu wytworzyć, zaprojektować, ozdobić, wypalić, zapakować, zrobić zdjęcia, zgłosić się na targi. To praca od rana do wieczora i zawsze w niedoczasie, o czym świadczy choćby fakt, że od Twojej prośby o wywiad upłynęły już chyba trzy tygodnie, a dopiero dzisiaj udało się nam porozmawiać.

Na co dzień naszą domową rzeczywistość ogarniam z mężem. Nie mamy opiekunki do dzieci, pani sprzątającej, kierowcy do odbioru dzieci z przedszkola i szkoły, a szkoda. 😉 Zawsze musieliśmy z mężem radzić sobie sami, logistyka na najwyższym poziomie. Pracę doktorską pisałam w kasku strażackim na głowie, bawiąc się jednocześnie z synem w Strażaka Sama. Teraz z drugim synem pakuję zamówienia w pracowni, jak akurat nie idzie do przedszkola, i tylko się modlę, żeby nic nie spadło i się nie stłukło. Taka Wielka Pardubicka, o której wiedzą tysiące rodzin w Polsce – zwłaszcza tzw. słoiki, które na pomoc mieszkającej daleko rodziny specjalnie nie mogą liczyć.

Skąd czerpiesz wiedzę dotyczącą prowadzenia biznesu?

Z Internetu, doktor Google wie bardzo dużo. 😉 Czasami pytam kogoś ze znajomych, jak załatwić jakąś sprawę. Nie mam specjalnych doradców. Póki co wszystko próbuję ogarniać sama. Zdecydowałam się jedynie na profesjonalną firmę, która zajmuje się pozycjonowaniem mojej strony. Planuję jeszcze wynająć biuro rachunkowe, bo na razie sama prowadzę księgowość. Reszta rzeczy przychodzi mi jakoś naturalnie, robię jedno za drugim i staram się nie zastanawiać zbyt długo.

Korzystam z warsztatów u wielu profesjonalnych, wspaniałych ceramików, ludzi pełnych pasji i serdeczności. Raz w tygodniu biorę udział w zajęciach w pracowni ceramicznej „Angoba”, w której wielu artystów ze znanych dzisiaj marek zaczynało swoją przygodę z ceramiką. Inwestuję cały czas w naukę nowych umiejętności, jeszcze dużo pracy przede mną, ale to sama przyjemność. Sprawia mi to ogromną radość. Nawet jak spod moich rąk na kole garncarskim wychodzą niezbyt udane naczynka, to i tak w głębi duszy uśmiecham się do tych moich ceramicznych dziwadeł.

Wiem, że jesteś mamą dwójki wesołych chłopaków. Jak udaje Ci się godzić rolę mamy i bizneswoman?

Oj, tak, wesołych aż za bardzo ;), energicznych, rozbrykanych i testujących moją codzienną cierpliwość bardzo mocno. Różnie mi się to udaje. Nie jest to droga usłana różami, każdy dzień jest bardzo dynamiczny, sporo rzeczy się dzieje, jest pośpiech, są nerwy, nie starcza czasu na wszystko. Nie jestem typem matki Polki, która wraca do domu i już cała jest dla domu i dzieci. To nie jest mój świat.

Wprawdzie wychowałam się w tradycyjnej rodzinie, gdzie zawsze wszystko było na swoim miejscu, poprasowane, ugotowane, posprzątane. Dzisiaj dopiero doceniam tę niezwykłą, codzienną pracę mojej mamy, która zawsze miała w domu ułożone wszystko na tip top, a przy tym była aktywna zawodowo. Ja tak niestety nie mam. Oczywiście gotuję, piekę, piorę, ale wolałabym w tym czasie coś poczytać albo stworzyć kolejnego HVILKOWEGO zwierzaka.

A może masz jakąś radę dla rodziców jednocześnie będących przedsiębiorcami?

Nie martwcie się, na emeryturze będzie wreszcie czas na spokojną pracę. 😉

Czy od momentu zarejestrowania firmy zdarzyły się jakieś chwile zwątpienia? Jeśli tak, to jak sobie z nimi poradziłaś?

Chwile zwątpienia mam tylko wtedy, kiedy nie mogę wykonać rzeczy, które sobie zaplanowałam, bo albo chłopcy są chorzy, albo starszy syn ma nauczanie online. Wtedy czuję się strasznie nieprofesjonalna i niepoważna, bo nie nadążam, muszę przekładać terminy, denerwuję się, że tak niewiele ode mnie zależy. Że jest inny świat, który mnie ogranicza. Wiem, że to być może egoistyczne podejście do życia, ale tak czuję. Łatwiej jest rozwinąć skrzydła, kiedy jest się młodym, niezależnym, pełnym sił. Gdybym to wiedziała wcześniej, to dzisiaj nie musiałabym się tak szamotać i gonić w piętkę całymi dniami.

Porcelanowy biznes przy małych dzieciach - historia sukcesu

Na ile Twoje oczekiwania na temat własnej firmy rozminęły się z rzeczywistością? Co Cię zaskoczyło? Co okazało się faktem, a co mitem?

Potwierdziła się opinia mojego męża, który powiedział mi kiedyś, że jak się ma własny biznes, to już nigdy nie będzie się miało urlopu. I to prawda. W tegoroczne wakacje na Mazurach też pracowałam. Będąc z dziećmi na wakacjach w Karkonoszach zlecałam mężowi wysyłanie paczek z zamówieniami, wystawiałam faktury, listy przewozowe, a drugą ręką przesuwałam koło ratunkowe w ogrodowym basenie, bo syn chciał być motorówką.

W ogóle twierdzę, że rodzice, zwłaszcza mamy – mają dodatkowe, niewidoczne pary rąk. I oczywiście armię krasnoludków, która sprząta po nocach. Muszę także przyznać, że dzisiejsi ojcowie biorą na siebie masę obowiązków, które dotychczas wykonywały tylko kobiety. Partnerskie podejście współmałżonków do życia w rodzinie to fantastyczny wynalazek ostatnich dekad.

Czy gdybyś jeszcze raz miała podejmować decyzję dotyczącą działania na własny rachunek, byłabyś na tak?

Tak. Nie wyobrażam sobie w tej chwili innego zajęcia, pracy jest dużo, ale pracuję wtedy, kiedy mogę. Przy małych dzieciach bycie własnym szefem jest ogromnie ważne. Poza tym jak się jest niespokojnym duchem, to praca na własny rachunek daje wolność.

Bardzo dziękuję za rozmowę i życzę powodzenia!

Zdjęcia: Marzena Różecka

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Mama Wojtusia. Miłośniczka wędrówek górskich i rowerowych (zwłaszcza tych dalekich); uwielbiająca śpiew i taniec, mająca słabość do włoskiej kuchni. Ceni czas spędzony z rodziną i przyjaciółmi. Z wykształcenia polonistka, doradczyni zawodowa i spec od employer brandingu. Marzy jej się rynek pracy bez stereotypów i uprzedzeń.

Polecane artykuły

oferty
pracy
Sprawdź pełną listę
baza
pracodawców
Pracodawca przyjazny rodzicom
Reklama
Chcę otrzymywać inspiracje, pomysły i sugestie jak pracować i nie zwariować.
Newsletter wysyłamy raz na 2 tygodnie