Czego szukasz

Nie można uciekać od swojego przeznaczenia – wywiad z Kingą Gąska

Zajmuje się redagowaniem powieści i uczy młodzież języka polskiego, ale jak sama mówi – „nie można wciąż uciekać od swojego przeznaczenia”. Dlatego 11 marca miała premierę jej debiutancka książka „Miłość aż po rozwód”. Kinga Gąska poruszyła tematykę toksycznych związków, manipulacji i uwięzienia w małżeństwie, ale dała też czytelnikom okazję do uśmiechu i relaksu. Dlaczego warto sięgnąć po tę książkę? Poznaj odpowiedź autorki!

Kinga Gąska

Kingo, książka „Miłość aż po rozwód” to Twój debiut literacki. Czym się na co dzień zajmujesz? I jak się czujesz jako debiutująca pisarka?

Zajmuję się redagowaniem powieści, czyli pracuję z autorem nad jego tekstem. To dość żmudne i czasochłonne zajęcie, ale sprawiało mi sporo satysfakcji. Jestem też nauczycielką. Uczę, głównie języka polskiego, młodzież w szkole ponadgimnazjalnej i ponadpodstawowej.

Mija już prawie miesiąc od premiery, więc mogę powiedzieć, że jako debiutująca pisarka czuję się dobrze. Zaczęłam pisać bardzo wcześnie, już w dzieciństwie. Tylko w pewnym momencie przestałam dzielić się moją pisaniną z innymi. Zatrzasnęłam się w szufladzie dość szczelnie i na długo. Ale nie można wciąż uciekać od swojego przeznaczenia. 🙂

„Miłość aż po rozwód” opowiada o relacjach damsko-męskich. Poruszyłaś temat rozwodów, manipulacji i kłamstw w związku. Czy to znak naszych czasów?

To, co powiem, może nie zabrzmi zbyt dobrze. Jednak w życiu też nie wszystko jest piękne i przyjemne, a uważam, że rzeczywistości nie należy cieniować. Według mnie złe relacje, manipulowanie drugim człowiekiem, wykorzystywanie go do własnych celów, zapętlenie się w spirali kłamstw, rozpad związków, to znak każdych czasów.

Może wiek XX i XXI przyniosły w tej materii „nowe możliwości”, ale opisywane przeze mnie problemy są uniwersalne. Takich Joann, Jadwig i Ewelin na świecie jest i było wiele. Dlatego też zdecydowałam się na tego typu kreacje bohaterek. Chciałam pokazać, że przed nieudanym związkiem nie obroni nas wykształcenie, doświadczenie, dobre serce, bystrość umysłu. To zawsze jest relacja z drugim człowiekiem, więc jak się będzie w niej układać, nie zależy tylko od nas samych.

Natomiast rozwody – tak, myślę, że to domena naszych czasów. I dlatego postanowiłam ten temat poruszyć właśnie w swojej debiutanckiej powieści. Pomyślałam, że może być po prostu potrzebna. I wcale nie nakłaniam do porzucania drugich połówek. Wręcz przeciwnie. Chciałam pokazać, że człowiek nie jest zabawką, że nie powinno się rzucać go w kąt, gdy nam się znudzi. Że nie jesteśmy w relacji sami, zawsze są inne osoby, które możemy naszym zachowaniem zranić, czasami niemal śmiertelnie. I wskazać, że niekiedy wystarczy trochę pomyśleć.

A z drugiej strony bywają i takie sytuacje, gdy praktycznie nie ma innego wyboru niż rozwód, o nich właśnie pisałam. Nie należy się tego wstydzić, uznawać za porażkę życiową czy koniec świata. Trzeba to po prostu w swoim tempie przeżyć. A potem będzie lepiej.

Czy nie jest trochę tak, że niezależność kobiet, również ta finansowa, sprawia, że coraz częściej nie chcemy „ryzykować” i angażować się w stały związek?

Zwłaszcza bez gwarancji, że będzie on idealny. A przecież nigdy nie ma żadnej gwarancji.

Zadałaś ciekawe, ale złożone pytanie. Myślę, że jest w nas sporo lęku, ale nie upatrywałabym jego źródła w rosnącej niezależności kobiet. Powodów do obaw znajdziemy chyba tyle, co ludzi na świecie. U jednych może być to związane z przykrymi przeszłymi doświadczeniami, u innych z brakiem zdecydowania lub zbyt drobiazgowym roztrząsaniem wszystkiego, a jeszcze u innych ze zwyczajną niedojrzałością i pragnieniem ciągłej zabawy.

Czasami tak po prostu układa się życie, ale jest bardzo wiele osób w ogóle niemających takich rozterek! Można przecież być z kimś na dobre i na złe, znajdziemy wiele pięknych przykładów takich relacji, współcześnie wciąż zawiera się małżeństwa, pielęgnuje związki i walczy o miłość. Wydaje mi się, że generalizowanie w tak delikatnym temacie byłoby ryzykowne i mogłoby okazać się dla kogoś krzywdzące, dlatego wolałabym tego uniknąć.

Inną sprawą jest, że łatwiej się poddajemy i niechętnie deklarujemy, a czasami pęd za ideałem sprowadza nas na manowce. W dodatku tak, trochę się w naszej kulturze zmieniło i ma to pewien związek z przedefiniowaniem pojęć kobiecości i męskości.

Profesor Philip Zimbardo przytacza badania, które wskazują, że młode kobiety nie chcą chodzić na randki z młodymi mężczyznami, bo po prostu nie mogą nawiązać z nimi nici porozumienia. Chłopcy coraz częściej wycofują się do świata wirtualnego i nie potrafią odnaleźć się w erze silnych kobiet.

Ten znany, amerykański psycholog zasygnalizował współczesny problem, jakim jest kryzys męskości. A to przekłada się według mnie także na fakt, że nie zawsze natrafia się na partnera, z którym można stworzyć dojrzały, stabilny związek.

Podobnie przecież było w historiach moich bohaterek. Spotkały takie typy mężczyzn, które lepiej byłoby od samego początku omijać szerokim łukiem. Ale skąd one mogły to wiedzieć? A potem chciały w swoich zobowiązaniach wytrwać. Tylko nie zawsze się da. I nie zawsze się powinno. W dodatku sportretowane przeze mnie kobiety nie są idealne. Nikt nie jest. Związanie się z kimś niesie za sobą pewne ryzyko, może być jednym z gorszych doświadczeń, a może okazać się jedną z piękniejszych rzeczy w naszym życiu. I tak, nigdy nie będziemy mieć gwarancji. Warto sobie z tego zdawać sprawę, ale nie warto rezygnować z drugiego człowieka.

Każdy tytuł rozdziału Twojej książki rozpoczyna się hasztagiem, a jedna z bohaterek to typowy przykład dzisiejszej #instamamy. Co Cię zaintrygowało w kulturze Instagrama? Skąd pomysł na taką formę narracji?

Szczerze mówiąc, pomysł na instapowieść (bo tak sama nazywam moją debiutancką książkę) to był błysk. Uderzył mnie nagle i pomyślałam, że może okazać się strzałem w dziesiątkę. Dlaczego? Byłam bliska przyznania, że kultura czytania zanika. Że ludzie wolą oglądać seriale, spędzać czas na portalach społecznościowych i unikają wartościowych treści. Tylko dlaczego to negować, skoro można wykorzystać potencjał tkwiący w tym fakcie?

Czasy się zmieniają, ludzie też, jednak schematy zachowań pozostają te same. Zaczęłam myśleć, jak to ze sobą pogodzić. I z tego wzięła się nowatorska forma powieści inspirowana kulturą Instagrama, połączona z treścią starą jak świat – złe relacje międzyludzkie, utrata bliskich. Świat nowych mediów jest dla mnie fascynujący, ale też niebezpieczny.

Współcześnie bardzo łatwo przekraczamy granicę między tym, co prywatne, a tym, co publiczne. Pół biedy, jeśli robimy to świadomie, ale z moich obserwacji wynika, że często nie potrafimy rozgraniczyć tych dwóch sfer. Zdjęcia na Instagramie są piękne, ale nie ukazują całej prawdy o życiu.

W „Miłości aż po rozwód” pokazuję, co może kryć się za ładnymi fotografiami. Nie zawsze jest to przyjemne, ale przynajmniej prawdziwe. W dodatku hasztagi pasują do moich bohaterek, zdradzają, kim są, jakie są, na ile zadomowiły się w wirtualnej rzeczywistości. Joanna jest trendy, używa przeważnie hasztagów w języku angielskim, czasami popularnych, ale nieoczywistych, będących np. nawiązaniami do innych tekstów kultury. Jadwiga dzielnie tworzy oznaczenia w języku polskim, czasami są zbyt długie i zdecydowanie niemodne, bo ta bohaterka jest najstarsza i dopiero wkracza do świata mediów społecznościowych. Natomiast Ewelina wychowała się w dobie internetu, stąd dobrze wie, który hasztag jest najpopularniejszy i przyniesie jej najwięcej polubień. Poza tym tytuły rozdziałów łączą się z ich treścią, warto na to zwracać uwagę podczas lektury.

Jak możesz zareklamować swoją książkę? Dlaczego warto po nią sięgnąć?

„Miłość aż po rozwód” to książka dla każdego. Naprawdę. Można przy niej pośmiać się, zapłakać, odprężyć i chwilę zadumać. I to nie jest pustosłowie, bo właśnie takie opinie otrzymuję od czytelników. Sięgają po nią i kobiety, i mężczyźni. Starsi i młodsi. Bardzo cieszy mnie, że wywołuje emocje. Moi bohaterowie irytują, ich czyny bywają uznawane za nieracjonalne. I właśnie o to mi chodziło, żeby pokazać złożoność życia, czasami absurdalne sytuacje oraz zagrać stereotypami. Tylko jak piszę w posłowiu: nie bądźmy tacy pewni siebie. Bo każdy dzień może przynieść dla nas samych coś zaskakującego, a trudno orzec, jak wtedy się zachowamy. Lepiej takie historie przeżywać w książkach, niż we własnym życiu.

Poza tym chciałam, by czytelnik mógł w dowolnym momencie odłożyć książkę i bez problemu do niej wrócić. Myślałam np. o mamach, które są przez cały dzień zajęte i bywa, że nie mają czasu ani siły, by śledzić długie opisy. Niekiedy muszą odrywać się od lektury, bo wzywa je życie. Stąd krótkie rozdziały i skondensowana narracja.

W dodatku pragnęłam zaoferować czytelnikowi coś aktualnego, a temat, który poruszam, jest ważny, choć niełatwy. Dlatego staram się okraszać go humorem.

Domyślam się, że to pierwsza i nie ostatnia Twoja powieść. Kiedy przeczytamy jakąś nową książkę Twojego autorstwa?

To szczególnie teraz, trudne pytanie. W ciągu ostatnich tygodni wszyscy musieliśmy zweryfikować swoje plany i niestety nie wiemy, jak sytuacja się rozwinie. Dlatego odpowiem zachowawczo: przyszły rok. Co prawda czytelnicy sygnalizują, że czekają na kolejne książki, więc gdyby udało się szybciej, byłoby wspaniale, ale to już życie pokaże. 🙂

To trzymam kciuki za kolejną książkę i dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Ewa Moskalik Pieper

Zdjęcie: archiwum prywatne Kingi

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Redaktor portalu Mamo Pracuj. Prywatnie spełniona, pełnoetatowa mama dwóch wspaniałych synów i żona, starająca się znaleźć swój patent na work - life balance. Absolwentka UJ. Miłośniczka kina, muzyki i książek.

Akcesoria do drewnianego domku dla lalek, które zachwycą każdą dziewczynkę

Sam drewniany domek dla lalek nie wystarczy, by zabawa była naprawdę ekscytująca i umożliwiała realizację najśmielszych scenariuszy. Domek z lalkami trzeba odpowiednio wyposażyć! Jakie dodatki i mebelki dla lalek zachwycą każdą dziewczynkę?
Dziewczynka siedzi przy swoim domku dla lalek

Czym kierować się, kupując drewniany domek i mebelki dla lalek?

Półki sklepów z zabawkami uginają się pod różnorodnymi domkami i akcesoriami dla lalek. Decyzja o wyborze konkretnego domku dla lalek powinna opierać się na kilku kryteriach, spośród których najważniejsze jest kryterium jakościowe.

Producenci zabawek często kuszą kolorowymi, bogato wyposażonymi konstrukcjami, których jakość pozostawia jednak wiele do życzenia. Kupując domek dla lalek drewniany, zwróć uwagę przede wszystkim na:

  • materiały użyte do produkcji – czy zarówno sam domek, jak i akcesoria wykonano z drewna (najlepiej litego);
  • bezpieczeństwo – kupuj zabawki pokryte atestowanymi powłokami i starannie wykończone;
  • komfort zabawy – czy konstrukcja domku zapewnia wygodny dostęp do wszystkich pomieszczeń (również do poddasza);
  • rozmiar – czy tak duży domek dla lalek na pewno zmieści się w pokoju Twojej córki. Jeśli w pomieszczeniu jest mało miejsca, a wybór padł na kilkukondygnacyjną rezydencję, to zabawa szybko przeniesie się do… salonu.

Jeżeli dokupujesz same akcesoria, zastanów się, czy będą one pasować do domku Twojej córki nie tylko pod względem rozmiaru, ale również estetyki.

Czy można kupić domek dla lalek od razu z pełnym wyposażeniem?

Akcesoria możesz kupić niezależnie od samego domku z lalkami albo zdecydować się od razu na kompletny zostaw. W sklepach z zabawkami znajdziesz drewniane domki dla lalek wraz z bogatym wyposażeniem

Niektóre zestawy są bardzo rozbudowane. Zawierają praktycznie wszystkie potrzebne mebelki i dodatki do poszczególnych pomieszczeń. Inne oferują zaledwie kilka elementów. Pozwól córce samej zadecydować, czy woli „pusty” budynek, czy duży, drewniany domek dla lalek z kompletnym wyposażeniem – taki, jak np. w sklepie Dollo.

Złotym środkiem może się okazać domek dla lalek ze zjeżdżalnią, schodami i oświetleniem, ale bez mebelków, dodatków i dekoracji. Te możesz dokupić osobno albo… wykonać ręcznie razem ze swoim dzieckiem.

Materiał powstał we współpracy z partnerem portalu.

Zdjęcie: partnera portalu

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:

Jak wykorzystać kompetencje rodzicielskie w pracy? Rozmowa z Pawłem i Radkiem, menedżerami z firmy Franklin Templeton

„Mimo że mówimy tu o dwóch zupełnie innych światach, umiejętności zdobyte w jednym z nich, przydają się w tym drugim”. Do ciekawej rozmowy o byciu ojcem i menedżerem zaprosiliśmy Pawła Rybickiego i Radosława Duszyńskiego, którzy - kiedy nie zajmują się dziećmi - są menedżerami w firmie Franklin Templeton i zarządzają zespołami. Zapytałyśmy, jak przeplatają się w ich życiu role ojców i menedżerów, co jest dla nich największym wyzwaniem, i co zmieniła pandemia?
Radek Duszyński z synkiem



Pytanie na rozgrzewkę: jaki jest pracujący tata?

Radek: Zabiegany i dobrze zorganizowany, szczególnie teraz, kiedy pracujemy z domu z dziećmi.

Paweł: Pracujący tata jest… często niewyspany. A odpowiadając bardziej poważnie – zorganizowany i przewidujący.

Pawle, Radku, obaj jesteście menedżerami. Zarządzacie zespołami w firmie Franklin Templeton. Obaj macie po dwójce dzieci. Czy kompetencje menedżerskie przydają się w domu? Czy to zupełnie inna bajka?

Radek: Na pewno się przydają, chociaż jeśli używam kompetencji menedżerskich w domu, to raczej bezwiednie. Ale to działa w obie strony i czasem w ramach autorefleksji dochodzę do wniosku, że to, jak rozmawiam z moim zespołem, często wynika z moich doświadczeń z dziećmi. Natomiast dynamika tych kontaktów jest zupełnie inna!

Paweł: Mimo że mówimy tu o dwóch zupełnie innych światach, umiejętności zdobyte w jednym z nich przydają się w tym drugim.
Pierwszym, o czym pomyślałem, są jednak umiejętności menedżerskie rozwinięte dzięki byciu rodzicem, a nie na odwrót. Elastyczność, spokój i opanowanie w kryzysowych sytuacjach, samodyscyplina, większa empatia, lepsza organizacja pracy – to zaledwie początek długiej listy cech, które rozwinąłem dzięki byciu ojcem.

Z drugiej strony, w domu staram się odchodzić jak najdalej od bycia menedżerem, choć niewątpliwie opanowanie, odporność na stres, umiejętność szybkiego podejmowania decyzji czy zarządzanie czasem też bardzo się tu przydają.

Radek Duszyński z córką

Macie już troszkę starsze dzieci. Być może pewne rzeczy się zatarły w Waszej pamięci, ale czy było coś, co szczególnie zaskoczyło Was w ojcostwie?

Radek: Na początku wszystko było zaskakujące. Nie wiem, jakie było doświadczenie Pawła w tym temacie, ale ja, szczególnie przy pierwszym dziecku, miałem wrażenie, że błądzimy we mgle. I chociaż teraz jest łatwiej, to nadal jest to nieustająca nauka. Jeśli chodzi o stereotypy – nie. Myślę, że mamy to szczęście z Pawłem, że nasza firma raczej z nimi walczy. Na przykład jak w moim przypadku – udało mi się z pełnym poparciem przełożonych wziąć trzy miesiące urlopu, którym podzieliła się ze mną żona po narodzinach drugiego dziecka.

Paweł: Mnie w byciu ojcem zaskoczyła gwałtowność, z jaką ono przyszło, z przewartościowaniem dotychczasowych osiągnięć czy zmianą priorytetów niemal z dnia na dzień. Pamiętam szczególnie pierwsze dni, tygodnie po narodzeniu dzieci – wypełnione mieszanką dumy i obaw, euforii i wyczerpania, radości i stresu, a także wielu innych emocji, których wcześniej nie odczuwałem w takim natężeniu. Pamiętam, że czułem się wtedy, jakby ktoś uczył mnie pływać, wrzucając do oceanu podczas sztormu. Po kilku latach, na szczęście, można się do tego sztormu przyzwyczaić, a może nawet nieźle surfować po niektórych z fal…

Radku, wspomniałeś w rozmowie z nami, o dobrych wzorcach, które otrzymałeś od swoich przełożonych, w kontekście łączenia roli rodzica i pracownika. Jakie znaczenie ma to Twoim zdaniem? I jak zmieniło Twoje postępowanie?

Radek: Od małych rad, jak radzić sobie z silną osobowością córki, po zwykłe zrozumienie dla sytuacji, w której trzeba nagle opuścić biuro – takie ludzkie podejście ma ogromne znaczenie dla komfortu pracy. Dzięki temu mam zrozumienie dla wszystkich możliwych i (wydawałoby się) niemożliwych sytuacji związanych z posiadaniem dzieci. I nie tylko. Moi pracownicy wiedzą, że mogą liczyć na moje wsparcie i elastyczność w związku z różnymi życiowymi sprawami.

Radek Duszyński z synem

Pawle, Ty wspomniałeś, że w łączeniu bycia tatą z pracą zawodową pomaga Ci dzielenie się historiami. Jak wyglądają takie rozmowy? Co jeszcze pomaga Ci i jest dla Ciebie takim wentylem bezpieczeństwa?

Paweł: Tak, to swego rodzaju terapia przez śmiech. Często sprowadza się to po prostu do wymiany doświadczeń z innymi rodzicami na temat tego, kto miał bardziej koszmarniejszy poranek, kto musiał w środku nocy, tłukąc coś po drodze, biec z interwencją do dziecka, czego które dziecko omal sobie nie zrobiło, co dziwnego tym razem połknęło, itp. Ciekawe jest to, że większość anegdot spotyka się z natychmiastowym zrozumieniem i opowiedzeniem podobnej historii, która spotkała innego rodzica i jego dziecko. Czasem przybiera to wręcz formę licytowania się, kto miał gorzej, ale kluczowe jest to, że są to historie opowiedziane ze śmiechem (bardzo rzadko przez łzy). Pomaga to nieco odreagować, spojrzeć na te „uroki” rodzicielstwa i drobne dramaty życia codziennego z dystansu i poczuć, że nie jest się osamotnionym.

Jeśli chodzi o inne „wentyle”, paradoksalnie jest to wspólny czas z rodziną: zabawa, wypad do lasu, w góry, wspólne czytanie, rysowanie, odwiedziny u znajomych. Po prostu – oderwanie się od pośpiechu i chwile beztroski. Jeśli uda się to uzupełnić sporadycznym wypadem ze znajomymi (bez dzieci) – mam zapewnioną równowagę psychiczną.

Paweł Rybicki z dziećmi

Co Wam pomaga w codziennych wyzwaniach, w byciu tatą i menedżerem w firmie Franklin Templeton?

Radek: Dla mnie ogromnie ważna jest elastyczność, którą daje mi firma i mój przełożony, oraz dbanie o ogólnie pojęty work-life balance. I tu znów mój szef ma dla mnie dużo zrozumienia, na przykład kiedy potrzebuję wyjść wcześniej, by odebrać dzieci ze szkoły czy wziąć wolne na czytanie bajek w przedszkolu. Wszystko, jak mówiłem wcześniej, wymaga też dobrego planowania i podziału obowiązków między mnie i żonę.

Paweł: Od strony równowagi psychicznej, są to właśnie te “wentyle”, o których wspominałem wcześniej. Od strony bardziej praktycznej, kluczem jest dla mnie dobre rozplanowanie dnia oraz podział zadań i obowiązków. Wzajemne wspieranie się z żoną i zastępowanie przy codziennych obowiązkach bardzo pomaga nam obojgu w realizacji celów prywatnych i zawodowych.

Oczywiście mając małe dzieci, nie sposób wszystkiego zaplanować, więc równie ważne jak dobra organizacja bywają umiejętności zarządzania kryzysowymi sytuacjami oraz wyrozumiałość ze strony przełożonego.
Pracując w firmie Franklin Templeton już kilkanaście lat, ale też obserwując i słuchając wielu pracujących tu rodziców, mogę z całą pewnością stwierdzić, że jest to miejsce bardzo przyjazne rodzicom i dobrze rozumiejące codzienne wyzwania, które przed nimi stają.

Właśnie ta wyrozumiałość i wspieranie rodziców są częścią kultury tej firmy, co zawsze uważałem za istotne, ale co teraz, odkąd sam jestem ojcem, jest dla mnie nie do przecenienia. Przejawia się to na wielu płaszczyznach – w postawie przełożonych, w udogodnieniach i benefitach, w organizowanych wydarzeniach (jak choćby rodzinne pikniki, zwiedzanie firmy z dziećmi), w wewnętrznych i zewnętrznych inicjatywach.

Poznaj lepiej firmę Franklin Templeton!

Od ponad roku wszyscy zmagamy się z pandemią. Zmieniła nasze życie. Jak z Waszej perspektywy pandemia wpłynęła na ludzi w Waszych zespołach? Czy coś uwidoczniła?

Radek: Wszyscy pracujemy z domu, więc siłą rzeczy mamy dużo bardziej nieformalny kontakt. Naturalne stało się to, co wcześniej bywało wyjątkiem – dzieci wchodzące w kadr spotkania online, zwierzęta domowe kradnące show podczas prezentacji, itp. Dzięki temu ludzie są dużo bardziej skłonni mówić o sprawach, o których wcześniej się nie rozmawiało. Okazało się, że wszyscy jesteśmy bardziej ludzcy, mamy problemy i trudności związane z pandemią (i nie tylko). I potrzebujemy wsparcia.

Paweł: Odnoszę wrażenie, że większość osób zdążyła się oswoić z zaistniałą sytuacją i uczy się efektywnie korzystać z udogodnień, jakie pojawiły się chociażby w związku z pracą zdalną i zaoszczędzonym czasem.

Wyzwaniem, które dotknęło wszystkich w znacznym stopniu, jest brak wzajemnego, bezpośredniego kontaktu. Większość osób z mojego zespołu od ponad roku nie była w biurze, a codzienne przerwy na kawę, spontaniczne rozmowy, czy wyjście na lunch z kolegami z pracy zniknęły zupełnie. Na szczęście kreatywność mojego zespołu nie zna granic i w miejsce dawnych spotkań pojawiły się wirtualne przerwy na kawę, wspólne inicjatywy (niekoniecznie związane z pracą), wirtualne świętowanie urodzin połączone z zamówieniem pizzy-niespodzianki dla jubilata, itp. Muszę przyznać, że jestem pod ogromnym wrażeniem pomysłowości zespołu w tych kwestiach.

Patrząc ze strony pracodawcy, dodam, że kluczowa jest przy tym również rola przełożonego, który powinien dodatkowo dbać o jak najczęstszy kontakt i spotykać się z zespołem zarówno indywidualnie, jak i w grupie.

Zainteresowały Cię benefity dla rodziców (i nie tylko), jakie oferuje Franklin Templeton? Przeczytaj wywiad!

Dziękuję! A przechodząc na trochę bardziej prywatną stronę: jak wygląda w Waszych domach podział obowiązków?

Radek: Pytanie dla mojej żony, bo mam mocne przeświadczenie, że różnimy się w ocenie (śmiech). Chciałbym powiedzieć, że dzielimy się po połowie, ale niestety tak nie jest, bo to moja Zuza głównie gotuje, a to kawał pracy. Staram się więc nadrabiać w innych dziedzinach. Dużo czasu spędzam z dziećmi. Teraz to tematy szkolne, lekarz, spacery, zabawa. Wcześniej – przebieranie pieluch, kąpanie i usypianie. Nadal czytam im wieczorem. Do tego sprzątam, robię zakupy, załatwiam sprawy urzędowe, drobne naprawy domowe, itp. Uzupełniamy się.

Paweł: Najważniejszą zasadą, której trzymamy się z żoną, jest wzajemne wspieranie się i zastępowanie przy codziennych obowiązkach, jeśli tylko sytuacja tego wymaga. Bardzo pomaga to nam obojgu w realizacji celów prywatnych i zawodowych.

Kolejną bardzo ważną rzeczą jest dobre rozplanowanie zadań na najbliższe godziny, czasem dni, co ma bezpośredni wpływ na obowiązki każdego z nas.

W praktyce może oznaczać to, że w niektóre dni to ja odwożę i odbieram dzieci z zajęć, a w inne moja żona. Podobne podejście mamy do innych obowiązków – sprzątania, zadbania o zakupy czy posiłek.

Niemniej jednak są pewne czynności, które każde z nas wykonuje częściej od drugiego. Dla przykładu – moją główną domeną jest logistyka domowa (codzienne zakupy i transport), mycie naczyń czy sprzątanie łazienki, a żony – przygotowywanie posiłków, dbanie o wystrój i brak kurzu na półkach. Ten podział nie oznacza jednak, że żona nigdy nie zrobi zakupów, a ja nie ugotuję obiadu. Taki układ po prostu na przestrzeni lat sprawdził się bardziej i pozwala nam oszczędzić sobie czasu i frustracji – zakupy to dla mojej żony męczarnia, a moje gotowanie trwa wieki.

Tym, do czego dążymy, jest dzień, który nie kręci się wokół obowiązków, a wokół wspólnie spędzonego czasu.

Przedszkole i żłobek w firmie Franklin Templeton!

Co wyjątkowo zaczęliście sobie cenić od momentu zostania ojcem? A jak z czasem dla siebie?

Radek: Ciszę. Drugie pytanie przemilczę…

Paweł: Odkąd jestem tatą, trudniej mi znaleźć czas dla siebie. Nie zniknął on jednak zupełnie i nadal ze sporym powodzeniem udaje mi się wygospodarować czas na swoje rytuały i pasje. Wymaga to jednak dobrej organizacji, planowania i podziału obowiązków, o których wspominałem wcześniej.

Poza dodatkowymi obowiązkami, przyszedł jednak równie ważny czas: czas „dla nas”. To właśnie on jest tą rzeczą, którą cenię szczególnie od momentu zostania ojcem.

Czas wspólnych gier i zabaw, czytania książek i odkrywania przed dziećmi świata pochłania mnie niekiedy całkowicie, a mnie samego przenosi do dzieciństwa. W tych chwilach czuję się beztrosko i mam poczucie, że mogę więcej. Dzięki dzieciom na powrót czerpię radość z drobiazgów, jak budowa szałasu dla Kłapouchego, sus do wody, ratowanie robaków czy skakanie wokół bloku na jednej nodze… Dzięki nim lepiej dostrzegam świat i robię rzeczy, o których zapomniałem jako dorosły.

W jakim kierunku chcielibyście, aby zmierzało rodzicielstwo i praca? Jaka byłaby idealna symbioza tych dwóch ważnych sfer naszego życia?

Radek: Najlepiej niech to będą kierunki odwrotne. To, że nie da się uniknąć przenikania się tych dwóch sfer w pandemii, uznaję za tymczasowe. Byłoby kapitalnie, gdyby obie te dziedziny życia sobie nie przeszkadzały. Ostatnie czego chcę, to myśleć o pracy, kiedy jestem z dziećmi i martwić się o rodzinę, kiedy pracuję. Nie zawsze da się tego uniknąć, ale warto próbować, bo wtedy można na sto procent angażować się w jedno albo w drugie.

Paweł: Idealnym światem jest dla mnie ten, w którym praca nie koliduje z rodzicielstwem, a rodzicielstwo z pracą; gdy udaje się zapewnić dzieciom poczucie, że zawsze, gdy tego potrzebują, jesteśmy dla nich, nie zawalając jednocześnie obowiązków w pracy.

Myślę, że pandemia przyspieszyła drogę ku takiej symbiozie i pozwoliła w dużym stopniu łączyć oba światy, przynosząc pracę zdalną, nowe narzędzia, ale też większą wyrozumiałość otoczenia na przeplatanie się tych sfer.

Moim osobistym zadaniem domowym, nad którym pracuję, jest nieprzenoszenie frustracji z jednej z tych sfer do drugiej i dalszy rozwój tych cech, które czynią mnie lepszym w domu i w pracy.

Dziękuję za rozmowę.

Po więcej informacji o firmie Franklin Templeton i do ich najświeższych ofert pracy, zapraszamy na profil firmy w Bazie Pracodawców Przyjaznych Rodzicom!

A także do innych wywiadów, które doskonale pokazują atmosferę pracy w firmie:

Wsparcie męża i wyrozumiałość pracodawcy – bez tego nie dałabym rady pracować i opiekować się dziećmi

Jak pracodawca może wspierać powrót do pracy po urlopie macierzyńskim?

Być mamą, pracować i podróżować. Jak to można pogodzić?

Nowe zawody – krótkie historie o naszych rozmowach z dziećmi o pracy

Zdjęcia: archiwa prywatne Pawła i Radka.

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Redaktor portalu Mamo Pracuj. Prywatnie spełniona, pełnoetatowa mama dwóch wspaniałych synów i żona, starająca się znaleźć swój patent na work - life balance. Absolwentka UJ. Miłośniczka kina, muzyki i książek.
Chcę otrzymywać inspiracje, pomysły i sugestie jak pracować i nie zwariować.
Newsletter wysyłamy raz na 2 tygodnie
Uwaga. Strona wykorzystuje pliki cookies. Informacje uzyskane za ich pomocą wykorzystywane są w celach statystycznych. Pozostając tu godzisz się na ich zapisywanie w Twojej przeglądarce. ×