Czego szukasz

Na dobrym sąsiedzie polegaj jak na Zawiszy!

Jakiś czas temu przeczytałam, że Polacy lubią sąsiadów, ale tylko powierzchownie. Nie, nie chodzi o sąsiadów Polski, żadne uprzedzenia względem Rosjan czy Niemców; śmichy chichy z rodaków wojaka Szwejka czy niechęć do Ukraińców. Chodzi o naszych sąsiadów zza ściany czy zza płotu. Aż 89 proc. ankietowanych Polaków twierdzi, że swoich sąsiadów lubi, a 70 proc. relacje z nimi określa jako „pełne życzliwości”…

W rzeczywistości relacje z sąsiadami są powierzchowne i najczęściej ograniczają się do przywitania podczas przypadkowego spotkania. Tylko połowa z nas zna imiona swoich sąsiadów, stosunki towarzyskie utrzymuje 4 proc. respondentów.

Czy mnie to dziwi?
I tak, i nie.

Cenię sobie miejską anonimowość. Ani ja, ani członkowie mojej rodziny nie są narażeni na żadne formy społecznego ostracyzmu z racji wyznawanych poglądów.

Kolokwialnie mówiąc, nikt nam w garnki nie zagląda. Ale nie zawsze tak było. Z dzieciństwa pamiętam dość paskudne relacje sąsiedzkie. To samo miasto, osiedle z wielkiej płyty i sporo ludności napływowej. Zaglądanie w garnki było na porządku dziennym. Zadałam sobie trud powrotu do tamtych emocji, można o nich poczytać tutaj

Są stosunki zażyłe…

Dziś wciąż mieszkam w mieście pochodzenia, ale zamieniłam blokowisko na enklawę trzech budynków wielorodzinnych. Także sporo ludności napływowej. Może to kwestia czasów, może wicher historii wywiał z głów wścibstwo, bezinteresowną złośliwość i instynkt kontrolera biletów w zatłoczonym tramwaju w godzinach szczytu – tutaj się sobie nawzajem w rondle nie zagląda, chociaż wielu sąsiadów utrzymuje ze sobą stosunki zażyłe, by nie rzec: przyjacielskie. Należę do tej ekipy z racji matkowania Ostrej i Maltretorowi.

Dzieciarnia z dwóch sąsiadujących bloków przelewa się przez zaprzyjaźnione mieszkania od wczesnej wiosny do późnej jesieni. Wiosną i latem dwa niewielkie ogródki – nasz i sąsiadów (nie postawiliśmy płota, coby sobie roboty nie dokładać i nie musieć dybać na dziatwę z onego spadającą i kończyny łamiącą) – przeżywają prawdziwy najazd. Trawa wydeptana do gołej ziemi, kocyki ścielą się gęsto, a to pokaz mody, a to zaleganie pokotem i rysowanie, a to inne bóg-wie-co. Kiedy się znudzą, wypad przed blok i tradycyjnie kwitnięcie na krawężniku, celem omawiania (czytaj: obrabiania) spraw damsko-męskich (czytaj: tyłków).

… i wypas stadny

Wypas dzieciarni odbywa się rotacyjnie: pierwszego dnia jedna smaży górę naleśników i rzuca stadu na żer, stado nurza w marmeladzie, posypuje cukrem pudrem, upycha w pachnące ruloniki sezonowe owoce; drugiego dnia kolejna warzy wiaderko pomidorówki i naści; trzeciego… i tak dalej. Zasię piątego dnia stado zostaje rozpędzone i spacyfikowane każda sztuka w swoim pokoju, iżby matki miały odpocznienie.

Na porządku dziennym są wieczorne piżamowe nasiadówki celem oglądania filmów tudzież programów wiadomej stacji o tematyce taneczno-taneczno-tanecznej. I śpiewaczej. Nie raz, nie dwa zapakowuje się dziatwę swoją i cudzą w samochód i zabiera do kina, na basen, do handlowej galerii.

O rodzicach zaprzyjaźnionych dzieciąt wiem tyle, ile mi do szczęścia potrzebne. Koegzystujemy w zgodzie i zażyłości, pozwalającej nam na zostawianie sobie wzajem kluczy do mieszkań, kiedy ktoś jedzie na urlop – wiadomo karmienie kotów, podlewanie kwiatków,  czy odbieranie paczek od kurierów kursujących o najprzedziwniejszych porach.

Z grubsza

Nie, nie jesteśmy jednomyślni w każdej kwestii – nawet sposoby wychowywania członkiń omawianego wyżej stada różnią nas zasadniczo. Tak, jesteśmy (z grubsza) roczniki siedemdziesiąte i mamy (z grubsza) dwa rodzaje doświadczeń z dzieciństwa: albo mieszkanie na wsi, gdzie życie dzieci wyglądało (z grubsza) tak, jak życie naszych dzieci dzisiaj w mieście, albo mieszkanie na blokowisku, gdzie życie dzieci… – patrz wyżej.

Kultywujemy proceder wpadania do siebie na kawę, dzielimy się przywiezionymi ze wsi jajkami od kurów i namiętnie uprawiamy sąsiedzki szafing dziecięcy.

Ale wciąż jesteśmy zanurzeni w cudownej miejskiej anonimowości, dzięki której kwestie światopoglądowe nie stają się przyczyną podziałów, komentarzy, złośliwości. W tej delikatnej materii każdy sobie rzepkę skrobie.

Nie ma kumciu z baciarami

Z drugiej strony doskonale rozumiem ludzi, który od takiego kumania się z okoliczną ludnością uciekają jak od zarazy. Zwłaszcza w hermetycznym środowisku wiejskim, albo po prostu mniej wyrozumiałym i tolerancyjnym miejskim.

Jeden z moich ukochanych pisarzy, Ignacy Karpowicz, mówi tak:

– Kiedyś, muszę przyznać, wierzyłem w mit małych ojczyzn, z których powstanie wspaniała, wielka ojczyzna, ale już mi przeszło jak amen w pacierzu. Bo mała wspólnota jest homogeniczna, restrykcyjna, ekskluzywna raczej niż inkluzywna. I często okrutna. Małe ojczyzny to nie otwartość, tolerancja, pogoda ducha, lecz takie… zamknięte osiedla. Wstęp dla wybranych, reszta musi je obchodzić łukiem.

Moja mała wspólnota jest chlubnym wyjątkiem. Umiemy nie podzielać swoich poglądów, bezkolizyjnie się różnić i dzięki temu nasze dzieci dorastają w takim mikroświecie, o którym ja na próżno marzyłam szczenięciem będąc.

Są, oczywiście, wśród moich sąsiadów tacy, z którymi kontakty ograniczają się do dzień dobry i do widzenia. Są i tacy, których po prostu nie lubię. 

Ale dobrze mi się żyje tu, gdzie jestem, właśnie dzięki tym, z którymi utrzymuję stosunki towarzyskie i którzy dają mnie, egzystencjalnej nomadce, chwilowe poczucie zakorzeniania i bezpieczeństwa. Chwilowe, bo dzieci rosną, a nasze mieszkania nie i już widać, że zaczynają się odloty do własnych domów, gorączkowe poszukiwania działek pod budowę… Na razie jednak chwilo trwaj. Jest dobrze.

Czy i u Was?

Zdjęcie: 123 rf

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Nałogowa czytelniczka, która kocha pisać i pisarka, która nie umie żyć bez czytania. Autorka powieści "Oaza spokoju" i "Pustostan". Copywriterka, webwriterka, blogerka. Matka, żona i kociara z tytułem naukowym.
Podyskutuj
Chcę otrzymywać inspiracje, pomysły i sugestie jak pracować i nie zwariować.
Newsletter wysyłamy raz na 2 tygodnie