Czego szukasz

Moje macierzyństwo w Niemczech? Historia Kasi z Drezna

Zapraszamy Was na kolejny wywiad z cyklu #mamazagranicą. Tym razem bohaterką jest Kasia, mama dwóch chłopców, która opowie nam o swoim macierzyństwie w Niemczech. Kasia wyjechała do Niemiec w ramach programu stypendialnego Erasmus. To miały być 3 miesiące, a jest już ponad 10 lat. Została tam głównie z 2 powodów: pracy i męża. Po obronie dostała propozycję stypendium doktoranckiego na uczelni w Dreźnie. Tam mieszkał i pracował jej obecny mąż. Dziś wspominając mówi, że w Niemczech ostatecznie to On Ją „zatrzymał” 🙂

  • Ewa Moskalik - Pieper - 14/03/2018
Katarzyna ze swoją rodziną

Kasiu  od 10 – ciu lat mieszkasz w Niemczech. Urodziłaś tam dwóch chłopców. Jakie są Twoje doświadczenia z wczesnego macierzyństwa? Co jest standardem w niemieckich szpitalach jeśli chodzi o opiekę nad kobietą w czasie ciąży, porodu i połogu?

Opieka prenatalna w Niemczech jest bardzo dobra. Ginekolog i położna współpracują ze sobą. W razie problemów zdrowotnych termin wizyty jest natychmiastowy. Cieżarne mają pierwszeństwo.

Ośrodki położnicze organizują kursy porodowe, opiekują się pacjentkami, a po porodzie przychodzą do domu aby obserwować niemowlę i matkę. Pomagają w problemach z laktacją, doradzają jak zorganizować codzienność z nowym członkiem rodziny, doradzają w razie problemów.

Na sali porodowej to rodząca decyduje, ona jest najważniejsza. Położne są do pomocy, są tłem, a nie głównym aktorem. Rodzić po ludzku to tutaj standard, a nie wyjątek (niestety słyszę wiele negatywnych opinii o polskich szpitalach).

Po porodzie, który nie był łatwy, ale nie należał też do najgorszych (również zasługa położnych i lekarzy w szpitalu), pozostałam na rocznym, płatnym urlopie wychowawczym – 65% zarobków ostatniego roku.

Po tym czasie zamierzałam wrócić do pracy bądź na uczelnię, jednak życie napisało inny scenariusz. Mój mąż dostał propozycję 2 – letniego kontraktu w Pekinie, w Chinach. Z różnych względów zdecydowaliśmy się wyjechać.

W ciążę z pierwszym synem Filipem zaszłaś w trakcie doktoratu. Można powiedzieć, że to były Twoje pierwsze kroki zawodowe. Ze względów zdrowotnych musiałaś przerwać doktorat. Jak zachował się wtedy Twój pracodawca?

Mój pracodawca zachował się fair. Ponieważ mój doktorat był ściśle powiązany z pracą w laboratorium, musiałam zmienić system i miejsce pracy.

Nie było z tym żadnego problemu, mój szef przeniósł mnie do innego budynku i przedłużył mi nawet umowę aż do wystąpienia ochrony przedporodowej – kończyła się w lutym, a moja ochrona zaczynała się dopiero z końcem marca. Wiąże się to z opieką lekarską – jeśli nie masz pracy, musisz samodzielnie opłacać ubezpieczenie zdrowotne, które jest tutaj stosunkowo drogie.

Na jakie formy pomocy finansowej w Niemczech może liczyć młoda mama lub kobieta oczekująca dziecka? Za co cenisz najbardziej życie w Niemczech jako mama?

Funkcjonuje tu wiele programów wspomagających mamy, rodziny. Jest wiele kursów przygotowawczych, sportowych, spotkań informacyjnych dla młodych lub przyszłych mam.

Po porodzie również jest bogata oferta spotkań, grup i aktywności z małym dzieckiem. Są kursy – mama, tata i dziecko. Niektóre Kasy Chorych mają nawet programy skierowane do młodych rodziców. Można bezpłatnie ukończyć kurs pływania z niemowlakiem.

Jest wiele ułatwień dla młodych mam. Sporo lokali przystosowanych dla wózków i niemowlaków. Komunikacja też jest przyjazna wózkom.
Generalnie dużo zależy od miejsca, w którym się jest. Wiadomo – większe miasta mają lepszą ofertę.

Jakie urlopy przysługują młodym rodzicom?

Tutaj chyba nie różni się to zbytnio od polskich realiów – 2 dni chorobowego „na dziecko“, 26-30 dni urlopu płatnego. Matki i ojcowie mają także pierwszeństwo w braniu urlopu podczas ferii (dzieci w wieku szkolnym).

W Niemczech również przysługuje 10 dni bezpłatnego urlopu na każde dziecko. I nie są to dni dzielone. Zarówno matka, jak i ojciec posiadają po 10 dni.

Jak niemieccy pracodawcy wspierają kobiety w ciąży, czy po urodzeniu dziecka? A może też wspierają ojców?

Urlopy tacierzyńskie są pozytywnie widziane. Wielu ojców bierze urlopy wychowawcze. Tutaj, jeśli ojciec chce wziąć wychowawczy, musi to być minimum 2 miesiące, a nie „marne“ 2 tygodnie. Naprawdę widać różnicę w kontaktach tato-dziecko po tym okresie.

Gdy okazało się, że firma mojego męża będzie zamknięta, a nad nami wisiało widmo przeprowadzki i wielkich zmian, mój mąż wziął urlop wychowawczy – tutaj właśnie minimum te 2 miesiące. Efekty są widoczne do dzisiaj – Oliver ma prawie 3 latka i ma o wiele lepszy kontakt z ojcem w tym wieku niż Filip.

Jak w Niemczech funkcjonują przedszkola czy żłobki, czy inne instytucje przyjmujące pod opiekę dzieci lub wspierające rodziców w czasie, gdy przebywają oni w pracy? Wspomniałaś też w naszej rozmowie o świetnym podejściu do pierwszoklasistów. Co dokładnie miałaś na myśli?

Kiedy urodził się mój starszy syn miejsce w żłobku było na wagę złota. Żartowaliśmy nawet, że powinno się zapisać dziecko do żłobka w chwili pokazania się 2 kresek na teście… Faktycznie było ciężko, a to z powodu mojego braku stałego zatrudnienia.

Jeszcze widać różnicę w podejściu do żłobków w Niemczech byłego bloku wschodniego. Przedszkola i żłobki są otwarte od 6 rano, częściowo nawet do 17:30, 18:00. W Niemczech „Zachodnich” są to godziny 7-15.

Jest jeszcze instytucja Niani – certyfikowanej przez Opiekę Społeczną „Jugendamt“. To kobiety, które opiekują się dziećmi do 3 roku życia (max. 5 dzieci), najczęściej we własnych lokalach mieszkalnych. Po przeprowadzce skorzystałam z ich pomocy w sprawie opieki nad Oliverem. Zwróciłam się do nich po listę autoryzowanych opiekunek. Otrzymałam od nich pełną listę dostępnych placówek plus kilka rad dla przyjezdnych. W imię zasady – kto pyta nie błądzi. Naprawdę bardzo miłe Panie.

Mój starszy syn poszedł w tym roku do pierwszej klasy. Polską rzeczywistość znam tylko z własnego doświadczenia – wciąż pamiętam 45 minut w ławce od początku roku. Tak nagle, po przedszkolu.

Tutaj słucham co opowiada mój syn i czasem uszom nie wierzę, (ale widziałam na własne oczy :)). Owszem, siedzą w ławkach, ale nie jest to bite 45 minut. Często siadają na podłodze, w kółku i tam realizują program. Myślę, że to ułatwia dzieciom przestawienie się na tryb szkolny z przedszkolnego.

Wspomniałaś jeszcze o Waszym dwuletnim pobycie w Chinach. Możesz opowiedzieć jak się odnalazłaś jako mama małego dziecka, w tak odmiennym kulturowo kraju?

Paradoksalnie, posiadanie małego dziecka (Filip miał 10 miesięcy) ułatwiło nam kontakty z innymi. Trzeba też przyznać, że społeczność niemieckojęzyczna w Pekinie ma bardzo rozwinięte struktury. Szczęśliwie się złożyło, że nasza lekarka pediatra miała znajomą w Pekinie. Dostałam od niej namiary na grupę matek z małymi dziećmi, które spotykały się cyklicznie.

Poza tym moja rodzina lubi wyzwania i postanowiliśmy „podbić“ Pekin. Poruszaliśmy się głównie metrem i autobusami, co było czasem bardzo zabawne. Niektórzy Chińczycy nie widzieli wcześniej blond włosów i niebieskich, okrągłych oczu, jakie w tamtym czasie posiadał jeszcze Filip. Był swoistą atrakcją w Zakazanym Mieście 🙂 Myślę, że to kwestia otwartości i chęci.

Wspominasz również, że obecnie nie pracujesz i że nie chciałabyś skazywać swoich dzieci na długi pobyt w świetlicach, czy pod opieką niani. Jaka praca spełniłaby Twoje wszystkie potrzeby? O jakiej pracy marzysz?

Wiele o tym myślałam i wciąż rozmyślam. Chciałabym pracować na pół etatu lub w domu. Myślę, że taka forma pracy odpowiadałaby mi najbardziej. Mam nadzieję, że uda mi się spełnić moje oczekiwania i marzenia.

Na razie jestem zmuszona odłożyć wszelkie plany na bok – mój młodszy syn póki co nie ma miejsca w żłobku, ani w przedszkolu. Tutaj gdzie mieszkamy obecnie, żłobki są przepełnione i ciężko jest dostać miejsce, jeśli nie ma się pracy (sytuacja podobna do tej z moim starszym synem, choć teoretycznie każdemu dziecku powyżej 1 roku życia przysługuje opieka). Mam nadzieję, że wkrótce się to zmieni. Zarówno fakt opieki, jak i moja sytuacja zawodowa.

Trzymam za to kciuki! Powiedz mi jeszcze proszę na koniec, czego uczy Cię niemiecka kultura? Tak ogólnie, życiowo i w kwestiach wychowania dzieci?

Nie wiem czy to kultura, czy pobyt w obcym kraju, ale nauczyłam się … otwartości, tolerancji. Kiedyś nie zawierałam znajomości łatwo, teraz mam wrażenie, że przychodzi mi to o wiele łatwiej. Może to być też spowodowane posiadaniem dzieci – wiadomo są dobrym łącznikiem z innymi rodzicami.

Wokół mnie jest tak wiele ludzi różnej narodowości, pochodzenia, wyznania. Wielu moich znajomych nie ma niemieckich korzeni, choć wielu z nich jest w Niemczech już od paru pokoleń. Pozytywnie mnie zaskoczyła ich otwartość, również ludzi starszych, na odmienność czy to języka, wyglądu czy poglądów.

Dziękuję Ci za rozmowę.

Rozmawiała: Ewa Moskalik Pieper

Zdjęcia: archiwum Katarzyny Werner

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Ewa Moskalik - Pieper
Redaktor portalu Mamo Pracuj. Prywatnie spełniona, pełnoetatowa mama dwóch wspaniałych synów i żona, starająca się znaleźć swój patent na work - life balance. Absolwentka UJ. Miłośniczka kina, muzyki i książek.
Podyskutuj

Jestem dobrym przykładem, że jak się chce, to się da – Ewelina Wiercioch

Ewelina Wiercioch w 2013 r. złożyła papiery na kandydatkę na ratowniczkę TOPR i jest pierwszą po 30 latach przyjętą w szeregi elity kobietą - ratowniczką Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Czy było łatwo? - Przerażała mnie bardziej presja tego, że jestem sama jako kobieta i że nie do końca wszyscy są zadowoleni że jestem. To było bardzo trudne. Ale pokonałam to. Wiedziałam czego chcę - opowiada Ewelina, dziś również przewodniczka tatrzańska i międzynarodowa UIMLA, instruktorka narciarstwa zjazdowego, narciarstwa wysokogórskiego (ski-tourowego) oraz wspinaczki sportowej. Wybrała góry, bo tam odkryła siebie.
  • Ewa Moskalik - Pieper - 12/06/2019
Ewelina Wiercioch

Ewelina jesteś pierwszą od ponad trzydziestu lat kobietą – ratowniczką TOPR. Znałaś tę organizację od środka, pracowałaś w administracji TOPR-u, Twój mąż był ratownikiem TOPR-u, jesteś córką prezesa TOPR-u i wiedziałaś, że pokutuje opinia, iż ratownictwo górskie to męskie zajęcie. A jednak zdecydowałaś się złożyć papiery. Co Tobą kierowało?

To było już dobrych kilka lat temu i moje emocje z tym związane są dzisiaj zupełnie inne. W tamtym czasie miałam bardzo trudny okres, byłam w trakcie rozwodu, przeżywałam rewolucję w życiu. Potrzebowałam bodźców, żeby się trzymać i jakoś przetrwać. Podchodzę do życia zadaniowo i tak też podeszłam do tego wyzwania.

Pracowałam w administracji kilka lat, obserwowałam pracę ratowników. Ja również nieustannie byłam w górach, w tamtym czasie startowałam w zawodach zarówno w narciarstwie wysokogórskim, jak i wspinaczkowym. Byłam aktywna. Pewnego dnia, będąc tradycyjnie po pracy na treningu na nartach skiturowych stwierdziłam… czemu nie spróbować. Naczelnik TOPR także delikatnie mnie namawiał. I stało się. Złożyłam papiery na staż kandydacki do TOPR.

Jak zostało to przyjęte w środowisku?

Oj działo się. To była dla mnie stresująca sytuacja. Zrobiłam pewnego rodzaju rewolucję w TOPR, bo po tylu latach nikt się nie spodziewał, że nagle w TOPRze pojawi się kobieta. Był to gorący okres. Nie wszyscy byli zadowoleni. Zrobiło się wokół tego wydarzenia bardzo głośno, zarówno w Zakopanem, jak i w mediach. Dałam z siebie wszystko i udało się. Dzisiaj mogę powiedzieć, że jestem z siebie dumna. Nie zraziłam się, tylko konsekwentnie realizowałam to, co sobie założyłam.

Samo przyjęcie do elity Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratowniczego to jeszcze nie koniec. Jak wygląda droga do zostania ratownikiem?

Droga aby zostać ratownikiem jest dość długa. Początek tej drogi bierze się od naszej pasji chodzenia po górach. Oczywiście to nie tylko chodzenie po szlakach, ale także poza szlakami, wspinanie, czy bardzo dobra umiejętność jazdy na nartach. Nasze doświadczenie górskie, wykaz działalności to takie nasze CV.

Dodatkowo należy zdać egzaminy wstępne na staż kandydacki: medyczny, test kondycyjny na Kasprowy Wierch, wspinanie, jazdę na nartach po trasach i poza trasami, czy z topografii Tatr. Musimy mieć dwóch wprowadzających (opiekunów), którzy za nas ręczą, i którzy się nami „opiekują” podczas stażu kandydackiego.

Staż kandydacki trwa dwa lata. W tym czasie mamy cały szereg szkoleń z technik ratowniczych zarówno w lecie, jak i w zimie. Każde szkolenie zakończone jest egzaminem. Musimy także dyżurować i brać udział w wyprawach ratunkowych. Cały staż zakończony jest egzaminem. Po dwóch latach i po pomyślnym zaliczeniu wszystkiego zostajemy ratownikami ochotnikami TOPR 🙂

Podczas uroczystości Dnia Ratownika składamy Naczelnikowi TOPR przysięgę ratowniczą. To jest bardzo ważne wydarzenie. Zostaje w głowie chyba do końca życia. Ja moją przysięgę składałam w dolinie 5 Stawów Polskich.

Nie przerażały Cię te wszystkie testy, szkolenia, wyprawy? Miałaś chwilę zwątpienia?

Nie przerażały mnie szkolenia, dyżury czy wyprawy. Tym byłam podekscytowana, bo podnosiłam swoje umiejętności. To był super czas, ale miałam krótkie chwile zwątpienia. Tak jak wspomniałam, to był dla mnie ciężki okres i dużo się wówczas nałożyło.

Przerażała mnie bardziej presja tego, że jestem sama jako kobieta i że nie do końca wszyscy są zadowoleni że jestem. To było bardzo trudne. Ale pokonałam to. Wiedziałam czego chcę. Poza tym mój tata i moja rodzina bardzo mnie wspierali.

Jak wygląda praca ratownika?

W TOPR jest grupa ratowników zawodowych, którzy pracują na „etacie” i grupa ratowników ochotników. Ja jestem ratownikiem ochotnikiem. Praca ratownika zawodowego od ochotnika różni się tym, że Ci pierwsi pracują w systemie 12 godzinnym przez 7 dni, a następnie mają 7 dni wolnego. Ratownik ochotnik ma konieczność być na dyżurach społecznych co najmniej 120 godzin w ciągu roku.

Dyżurować możemy zarówno w Centrali TOPR, która znajduje się w Zakopanem, jak i w schroniskach. Jeśli jest wyprawa, a nas nie ma na Centrali to dostajemy informacje sms. Jeżeli mamy możliwość, to bierzemy udział w wyprawie.

Jesteś też przewodniczką tatrzańską, instruktorką narciarstwa zjazdowego, wysokogórskiego oraz wspinaczki sportowej. Wspólnie z ojcem, siostrą i mężem prowadzicie rodzinną firmę TAMiTU Tatry. Z Grzegorzem, Twoim mężem poznaliście się jeszcze w TOPR.

Tak, jestem w górach non stop. Albo prywatnie albo w pracy albo społecznie, jako ratownik albo na wakacjach – też w górach. Jak ja to wytrzymuje? 🙂 Na szczęście mam farta, bo cała moja rodzina chodzi po górach, dzięki temu się rozumiemy. To prawda, prowadzimy małą rodzinna firmę TAMiTU Tatry, która zajmuje się organizowaniem wypraw w góry. Jestem szczęśliwa, że pracuje z moim mężem. Rozumiemy się doskonale. Dodatkowo on jest także Ratownikiem TOPR, więc wspólnie chodzimy na dyżury.

Grzesia znam od dawna, ale nasze drogi zeszły się dopiero kilka lat temu. Przyznam, że wcześniej nie za bardzo się lubiliśmy 🙂 On był także przeciwnikiem kobiety w TOPR, brrr… do dzisiaj za to przeprasza 🙂 🙂 Nie znał mnie. Teraz już wie, że sobie dobrze radzę. Ale to wszystko nas połączyło. Cieszę się, że nasza pasja to także nasza praca, choć ma to także ciemne strony.

A jakie są ciemne strony tej pracy?

Każda praca ma swoje plusy i minusy. W mojej plusem jest to, że łączę pasję z pracą, że jestem w ciągłym ruchu, poznaję sporo świetnych ludzi, z niektórymi zawiązały się przyjaźnie. Niestety bywam bardzo zmęczona fizycznie i psychicznie. Moje życie nie kończy się po przyjściu z gór do domu, gdzie przeważnie każdy już odpoczywa. Po powrocie dopiero zaczynam życie, mam rodzinę i sporo różnych obowiązków. W górach opowiadam za ludzi, za ich bezpieczeństwo, a w domu za moją rodzinę.

Muszę też bardzo o siebie dbać. Moja działalność obarczona jest ryzykiem kontuzji, nie mogę sobie pozwolić na żadne problemy zdrowotne. No i… moja praca związana jest z czynnikiem, na który zupełnie nie mam wpływu – pogodą. A w Tatrach bywa bardzo kapryśnie 🙂

Staram się utrzymać balans pomiędzy pasją a pracą. Niestety oddając się przewodnictwu mam bardzo mało czasu, żeby być w górach wyłącznie dla siebie, z mężem czy z córką. Oczywiście znalazłam sposób żeby to w pewien sposób łączyć. Często pracuje z Grzesiem, a córkę biorę ze sobą jak idę z zaprzyjaźnionymi Klientami lub na łatwe szlaki. Mimo pewnych trudności cieszę się, jak obserwuje ludzi, którzy się rozwijają, zaczynają o siebie dbać, a niektórzy przewartościowują swoje życie.

Co jest takiego w górach, że pod ich wpływem ludzie zmieniają swoje życie?

To jest pasja. To nie muszą być góry, to może być cokolwiek co wciąga człowieka bez reszty, coś co jest tylko jego i nikt, ale to nikt mu tego nie zabierze. Pasja trzyma przy sobie podczas różnych zakrętów, trudności. Ja wybrałam góry. To prawda, zmieniły moje życie, bo znalazłam w nich coś wartościowego, odkryłam siebie.

Dzięki nim pokonuje różne bariery, jestem silna, twarda i konsekwentna, dążę w nich zawsze do celu. A żeby go osiągnąć – muszę się zmęczyć, czasami mocno zawalczyć. Nic nie przychodzi od tak i tego w nich uczę moją córkę. To także miejsce, w którym odpoczywam, w którym mam spokój. W górach nie muszę się spieszyć, myśleć o problemach „na ziemi”. W nich liczą się zupełnie inne rzeczy.

To ile czasu w ciągu roku spędzasz w górach? Da się to zliczyć?

🙂 Nie da, myślę, że co najmniej 6 dni w tygodniu. Czasami mam dość, ale zazwyczaj po dniu odpoczynku już mnie ciągnie. Nie mogę wysiedzieć w domu, nie lubię się nudzić. Fajnie jest coś robić. To nie zawsze są wysokogórskie wycieczki, wystarczy, że pójdę pobiegać i już jest dobrze 🙂

Jeszcze nie wspomniałyśmy o jednej ważnej roli w Twoim życiu – jesteś mamą nastoletniej już Oli. Czy Ola podziela Twoją pasję do gór?

Tak, moja córka ma już prawie 15 lat, kiedy to zleciało…? Ola podziela moją pasję do gór, choć nie w takim stopniu jak ja 🙂 Najbardziej lubimy się wspinać, a w zimie chodzić na skiturach. Moja córka jest przede wszystkim artystką. Dostała się do świetnego liceum plastycznego w Zakopanem. Moim zadaniem jest ją wspierać i pokazywać na własnym przykładzie, że wszystko jest możliwe i że fajnie jest fajnie żyć, z pasją.

W górach uczę ją przełamywania własnych barier, które potem wykorzystuje we własnym rozwoju. Ja też dużo zyskuję, bo „zmusza” mnie, żebym z nią jeździła po wszystkich muzeach sztuki nowoczesnej. Jak tylko pojawia się nowa wystawa to jedziemy. Raz w roku zabieram ją też do wybranej stolicy europejskiej, żeby mogła zobaczyć dzieła największych artystów. Przyznam, że te podróże są dla nas wszystkich fajne, to idealna odskocznia od gór.

Ewelina wspomniałaś mi wcześniej, że chcesz się angażować we wszelkie akcje pomagające kobietom. Czy nadal realizujesz projekt „Kobiety na szczytach”? – który ma na celu zachęcanie kobiet do chodzenia po Tatrach.

Tak, w tym roku kładę duży nacisk na kobiety. W wakacje będę organizowała wyjścia tylko dla kobiet o różnym stopniu trudności. Chcę pokazać, że góry są dostępne. Oczywiście wszystko musi odbywać się z głową. Ponadto chciałabym aktywować kobiety i przez góry pokazywać, że można i że warto mieć coś tylko dla siebie. Chciałabym żeby przestały się bać.

W tym roku kończę 40 lat, to jakiś mały przełom w moim życiu. Niektóre kobiety: młodsze, starsze które spotykam, z którymi chodzę po górach opisują się jako stare, wszystkie grube 🙂 „zablokowane”, przeważnie źle o sobie mówią. Zupełnie nie wiem skąd się to bierze? Myślę, że jestem dobrym przykładem na to, że jak się chce, to się da. Nie można szukać wymówek, tylko działać.

Kobiety w górach są także często postrzegane troszkę z przymrużeniem oka. Przyznam, że dzisiaj na szlakach spotykam w większości kobiety. Zachęcam Was dziewczyny do działania!

Nasuwa mi się taki analogiczny wniosek, że skoro dzisiaj kobiety coraz częściej wybierają na swoje wędrówki górskie szczyty, wysokie szczeble kariery też są dla nich do osiągnięcia. Jak myślisz?

Oczywiście, że są! Dla każdej z nas. Niestety kobiety wciąż są dyskryminowane, w górach także, ale to nie oznacza, że mamy przestać próbować! Żyję w rejonie, w którym jest ogromny patriarchat. Nie godzę się na to, ale przyznam, że życie wbrew zasadom, przyzwyczajeniom, pewnym zwyczajom akceptowalnym społecznie wcale nie jest łatwe. To nieustająca walka. Nie sądzę jednak, żeby to był powód rezygnowania z samej siebie i z własnego podejścia do życia, swoich ambicji! Musimy się wspierać drogie dziewczyny.

Bardzo Ci dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Ewa Moskalik Pieper

Zdjęcia: archiwum Eweliny

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Ewa Moskalik - Pieper
Redaktor portalu Mamo Pracuj. Prywatnie spełniona, pełnoetatowa mama dwóch wspaniałych synów i żona, starająca się znaleźć swój patent na work - life balance. Absolwentka UJ. Miłośniczka kina, muzyki i książek.

Powrót taty? Polskie ojcostwo: pełny etat czy praca dorywcza?

Czy pojawienie się dziecka w równym stopniu zaważa na życiu obojga rodziców? Czy bycie tatą to praca dorywcza czy na pełen etat? Jak współczesne ojcostwo wpływa na życie zawodowe mężczyźni i jak to jest zostać tatą w dzisiejszych czasach? Prezentujemy wyniki raportu Nationale-Nederlanden - pracodawcy, który od kilku lat współpracuje z naszą Fundacją i wspiera pracujących rodziców!
  • Redakcja portalu Mamo Pracuj - 12/06/2019
ojciec z przytulonym dzieckiem na rękach

Jakie jest współczesne polskie ojcostwo?

Według raportu przygotowanego przez firmą Nationale-Nederlanden – ponad 60 proc. ojców deklaruje, że spędza z dzieckiem średnio 3-8 godzin dziennie.

Nieco krytyczniej, niż mężczyźni, oceniają to zaangażowanie w opiekę nad potomstwem kobiety. Natomiast ponad 80 proc. ojców chciałoby poświęcać swoim dzieciom więcej czasu.

Co jest najtrudniejsze w byciu ojcem

Co jest najtrudniejsze w byciu tatą?

Wielu mężczyzn deklaruje, że ojcostwo to jedno z większych w ich życiu wyzwań. A prawie 1/3 panów uważa, że najtrudniejsza w byciu tatą jest umiejętność wspierania dziecka na każdym etapie jego rozwoju oraz bycia dla niego autorytetem.

O bycie autorytetem i wsparciem dla swojego dziecka, częściej martwią się też panowie przebywający w związkach partnerskich niż w małżeństwach.

Z raportu Nationale-Nederlanden wynika również, że co czwarty mężczyzna chce przygotować się do roli ojca i robi to m.in. poprzez:

  • wymianę doświadczeń z innymi ojcami (25 %),
  • czytanie literatury na temat wychowania dziecka (17 %) – potwierdza to tylko co dziesiąta kobieta,
  • sięganie po wiedzę w internecie (16 %),
  • uczęszczanie do szkoły rodzenia (15 %).

Co dziesiąty tata przyznaje, że brakuje mu pomysłów na spędzanie czasu z dzieckiem. Natomiast co piąta kobieta twierdzi, że jej partner ma takie problemy. Tymczasem 64 proc. mężczyzn uważa, że zawsze umie zaplanować takie aktywności

Narodziny dziecka a kariera zawodowa taty

Wyniki badania pokazują, że mężczyźni, którym urodziło się dziecko mniej czasu poświęcają na swoją karierę. Prawie 40% Polaków twierdzi, że odkąd w ich życiu pojawiło się dziecko, poświęcają mniej czasu na pracę. Natomiast co czwarty świeżo upieczony tata nie widzi różnicy.

39 proc. ojców natomiast przyznaje, że to partnerka zajmuje się większością obowiązków domowych, a zaledwie 7 proc. kobiet dostrzega, że partner przejął większą odpowiedzialność w tym zakresie.

Połowa mężczyzn twierdzi również, że dzielą się obowiązkami domowymi po równo. Potwierdza to tylko 29 % kobiet 🙂

Największe nierówności w opiece nad dziećmi występują wśród rolników, a najmniejsze wśród pracowników umysłowych.

Godzenie życia zawodowego z rodzinnym

Wychowanie i wykształcenie dziecka

Aż 89 % mężczyzn twierdzi, że pozwala dziecku na swobodne rozwijanie swoich talentów. Natomiast 73 % panów przyznaje się, że buduje zainteresowania dziecka z myślą o jego przyszłym zawodzie.

Mężczyźni też w zdecydowanej większości chętniej pozwalają dzieciom uczyć się na własnych błędach oraz dają dzieciom poczucie niezależności i swobody. Również w ramach poczucia swoich obowiązków rodzicielskich panowie często angażują się w rozwiązywanie problemów dziecka z rówieśnikami.

Dyscyplina

W ramach korygowania zachowania dzieci, panowie najchętniej stosują upomnienia i rozmowy dyscyplinujące oraz ograniczanie czasu spędzonego przed komputerem lub smartfonem. Takie formy kary najczęściej stosują w sytuacjach gdy dziecko niewłaściwie się zachowa, skłamie lub nadużyje zaufania rodziców.

W jakich sytuacjach stosuje się kary wobec dzieci

Finanse

Panowie aż w 80 % przyznają, że chętnie wspierają swoje dzieci finansowo poprzez dawanie im kieszonkowego. Podobny procent mężczyzn przyznaje również się do fundowania dzieciom wakacji oraz szkoleń. A 77 % respondentów przed 30 – stką przyznaje się do spełniania zachcianek swoich pociech.

Ograniczenie własnych wydatków

Dziecko zmienia wiele płaszczyzn życia obojga rodziców. Okazuje się również, że blisko 3/4 mężczyzn ogranicza wydatki na siebie po pojawieniu się na świecie dziecka. Z taką postawą częściej można się spotkać wśród mieszkańców wsi, niż dużych miast.

Odkąd mam dziecko mniej czasu poświęcam na pracę zawodową

Oszczędzanie na przyszłość

Panowie aż w 56 % deklarują posiadanie oszczędności przeznaczonych na tzw. „lepsze jutro” swoich dzieci. Do takich oszczędzanych pieniędzy najczęściej przyznają się mieszkańcy średnich miast (61 %). 1/4 rodziców wskazała moment narodzin dziecka jako ten, w którym zaczęli myśleć o zabezpieczeniu finansowym dziecka. Natomiast 47 % badanych przyznaje, że nie odkłada żadnych pieniędzy dla swojego dziecka.

Pełny raport dostępny w biurze prasowym Nationale-Nederlander >>>

A jeśli chcesz dowiedzieć się jak Nationale-Nederlanden wspiera pracujących rodziców przejdź do nasze Bazy Pracodawców Przyjaznych Mamie >>> 

Źródło: materiał Nationale-Nederlanden

Zdjęcie i grafiki: raport Nationale-Nederlanden

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Redakcja portalu Mamo Pracuj
Chcę otrzymywać inspiracje, pomysły i sugestie jak pracować i nie zwariować.
Newsletter wysyłamy raz na 2 tygodnie
Może Cię zainteresować także:
Uwaga. Strona wykorzystuje pliki cookies. Informacje uzyskane za ich pomocą wykorzystywane są w celach statystycznych. Pozostając tu godzisz się na ich zapisywanie w Twojej przeglądarce. ×

Email marketing powered by FreshMail
 

Email marketing powered by FreshMail
 

Email marketing powered by FreshMail