Czego szukasz

Mama w Kalifornii – moje macierzyństwo po amerykańsku

Ponad rok temu wraz z mężem i 2,5 letnią wtedy córeczką Ania przeprowadziła się do słonecznej Kalifornii. Może teraz właśnie parę z Was wzięło głęboki oddech z myślą: ech marzenie, mieszkać w Kalifornii. I to wcale nie dziwne, bo ten „amerykański sen” towarzyszy nam od pokoleń. Ania obala niektóre mity i z dużym dystansem opowiada jak to amerykańskie życie wygląda naprawdę. Zapraszam Was na kolejną rozmowę z cyklu #mamazagranicą

  • Ewa Moskalik - Pieper - 12/12/2018
Anna Sperber

Aniu, trochę ponad rok temu, 6 października zaczęła się Twoja przygoda. Wraz z mężem i wtedy 2,5-letnią córeczką, zapakowani w 6 walizek i dwa plecaki wyruszyliście do Kalifornii. Dlaczego wyjechaliście do Stanów?

Mąż pracował w firmie technologicznej w Polsce, a ja w tym czasie pomagałam współtworzyć startup, byłam odpowiedzialna za relacje z klientami i prowadzenie projektów. W wielkim skrócie miałam dowieźć do mety to, co klient sobie u nas zamówił, zadbać, aby było to na czas i aby klient był zadowolony ze współpracy. W tym czasie w pracy męża padła sugestia, że jeśli chce, to mógłby przenieść się do teamu do Stanów.

Zaczęliśmy analizować wszystkie za i przeciw. Pomyśleliśmy, że świetnie byłoby przeżyć taką przygodę, ale mieliśmy stabilną sytuację w Polsce, mieszkanie, ja spełniałam się zawodowo. Nie jest łatwo rzucić wszystko i wyjechać w nieznane. Niestety rozwój startupu zaczął z różnych powodów hamować i projekt miał się zakończyć. Już nie wiem, czy ostatecznie to przeważyło, czy coś innego, ale powiedzieliśmy tak i maszyna ruszyła.

Czy bałaś się tak dużej zmiany w Waszym życiu? Czy trudno było Ci się zaadaptować do nowej sytuacji?

Gdzieś kiedyś przeczytałam, że tylko głupcy nie boją się zmian. To była ekscytacja na przemian ze strachem. Przed samym wylotem było tyle do ogarnięcia, że odbiło się to totalnie na moim zdrowiu. Mało snu, stres związany z wylotem, ciągłe sprawdzanie, czy niczego nie zapomnieliśmy, w końcu tak łatwo nikt nam potem tego nie mógł dosłać ;-).

Niezwykłe było dla mnie to, że będę mieszkać w USA, a jednocześnie wiedziałam, że w przeciwieństwie do mojego męża, lecę do miejsca, gdzie nic na mnie nie czeka. Nie wiedziałam, czy i jaką dostanę pracę, czy warunki, na które się zgodziliśmy, okażą się wystarczające, aby żyć tak, jak żyliśmy w Polsce. Smucił mnie też fakt, że bliskie nam osoby znajdą się tysiące kilometrów od nas. Prawdziwe przyjaźnie potrzebują przecież czasu, musieliśmy się nastawić na samotność. Na początku było mi osobiście bardzo ciężko. Mąż wychodził do pracy, a ja zostawałam z córką sama. Znaliśmy kilka osób, ale były to świeże znajomości.

Po przyjeździe chwilę musiałaś czekać na pozwolenie na pracę.

Tak, był to trudny dla mnie psychicznie okres. Moja wiza jest zależna od wizy mojego męża. Pozwala mi na legalną pracę, ale po uzyskaniu pozwolenia. Miesiąc po przylocie złożyłam zatem odpowiednie podanie i dokumenty. Miałam czekać około dwóch miesięcy, a czekałam ponad siedem.

Na początku mieliśmy sporo na głowie, więc nie odczuwałam tak bardzo tego, że nie mam pracy. Urządzenie mieszkania, wyrobienie dokumentów, poszukiwanie przedszkola, podatki, których trzeba się było nauczyć od nowa i tym podobne. Potem spraw było coraz mniej, a ja zaczynałam mieć coraz więcej czasu, z którym nie wiedziałam, co mam zrobić. Zawsze miałam wypełniony kalendarz, byłam zorganizowana, lubiłam swoją pracę. Nie widziałam siebie nigdy w roli, tylko i wyłącznie mamy. Chciałam być aktywna zawodowo, mieć swój wkład w budżet domowy. Córka poszła do przedszkola, mąż był w pracy, a ja leżałam i gapiłam się w sufit. Nie potrafiłam się odnaleźć w sytuacji.

Zajmujesz się teraz czymś zupełnie innym zawodowo niż wcześniej?

Pozwolenie dostałam dopiero pod koniec lipca. Na początku zaczęłam szukać pracy w firmach zajmujących się marketingiem jako project manager. Chciałam robić to, co robiłam w Polsce, ale nie wiedziałam, czy amerykańskie firmy będą w ogóle mną zainteresowane. Referencje mają tu bardzo duże znaczenie, więc od razu poprosiłam byłych przełożonych i kolegów z pracy o napisanie kilku słów na LinkedIn.

Rekruterzy często dzwonią do poprzednich miejsc pracy, a w moim przypadku nikt nie był w stanie zwyczajnie podnieść słuchawkę i spytać mojego poprzedniego szefa o opinię na mój temat. Mimo to dostałam kilka zaproszeń na rozmowę, były to poważne oferty i takie, które za pięknym opisem speca od marketingu, ukryły pozycję sprzedawcy „door-to-door”.

W trakcie poszukiwań dotarło do mnie, że przecież w grudniu lecimy na trzy tygodnie do Polski, a nikt nie da mi tak długiego urlopu. Musiałabym albo zdenerwować pracodawcę i zrezygnować z pracy po 3-4 miesiącach, albo zrezygnować z planów wylotu i odwiedzenia rodziny. Postanowiłam poszukać czegoś tymczasowego i tak wylądowałam w punkcie druku jako Print&Marketing Associate. Pomagam klientom dobrać odpowiedni produkt, robię drobne edycje graficzne, ale również zajmuję się produkcją. Pracodawca przyzwyczajony jest do dużej rotacji pracowników, a ja mam szansę codziennie rozmawiać po angielsku i dodać sobie do CV stanowisko w USA, a nie tylko w nieznanej dla Amerykanów Polsce.

W naszej rozmowie wcześniej wspomniałaś, że jak już zaczęłaś pracować, to zmieniło się Twoje spojrzenie na pracę, że inaczej pracuje się w Polsce, inaczej w USA. Co to oznacza?

Generalnie nie tylko praca tu, ale samo mieszkanie w USA zmieniło moje spojrzenie na wiele spraw. Chyba każdemu, a przynajmniej większości, Ameryka kojarzy się z American Dream. Wielu osobom z Polski, z którymi mamy kontakt, wydaje się, że żyje nam się tu jak w bajce. Rzeczywistość jest trochę inna. Żyje się normalnie, są dni piękne i dni trudne. Jest kilka rzeczy, które zaskakują naszych znajomych.

Po pierwsze nie ma tu 20, a tym bardziej 26 dni urlopu. Pracodawcy czasami oferują płatne 10 – 14 dni w roku, ale jest to traktowane jako dodatkowy benefit dla danego stanowiska. Edukacja jest bardzo kosztowna, wielu młodych ludzi pracuje i uczy się jednocześnie. Ci, których nie było stać na ukończenie studiów, pracują w kilku miejscach jednocześnie, a ich miesięczne zarobki są bardzo niskie. Pojęcie płatnego zwolnienia chorobowego nie istnieje. Koleżanka z pracy miała skomplikowane złamanie ręki, które zakończyło się operacją. Po tygodniu była już w pracy w gipsie. Rachunek za leczenie opiewa na 70 tysięcy dolarów! Rachunki za leczenie są bardzo wysokie.

Jeśli nie pochodzi się z bogatej rodziny, to pracuje się od 16 roku życia, aż się padnie. Na emeryturę jak sobie nie uzbierasz sam, to jej nie masz. W Polsce narzekamy na umowy śmieciowe i kolejki do lekarzy. No cóż, zapraszam do USA, to zakochamy się w Polskim systemie ponownie. 😉 Zaczęłam zatem doceniać każdy dzień wolny, który mogę spędzić z rodziną, szanuję bardzo wszystkie osoby, które pracują, zostawiamy zawsze napiwki każdemu, bo wiemy, że stawka za godzinę jest niezwykle marna.

Czym różni się Twoje macierzyństwo w Kalifornii, od tego w Polsce? Jak wychowuje się tam dzieci?

Moje spojrzenie na macierzyństwo, w ogóle się nie zmieniło. Tu chyba w większości panuje przekonanie do zimnego chowu. A może po prostu miałam pecha, że spotkałam tylko takie osoby – mam taką nadzieję. Trening samodzielnego zasypiania, szybki trening na nocniku, dzieciaki w żłobkach od 6 tygodnia życia, chociaż to akurat często nie z wyboru mamy.

Ja kieruję się sercem, ideą rodzicielstwa bliskości, opieram się na intuicji, rozmawiamy, przytulamy się, tłumaczymy. Daleka jestem od jakiejkolwiek tresury. Dziecko to dla mnie mały człowiek, który ma wolną wolę i ma prawo decydować o sobie. Ameryka to ogromny kraj, Kalifornia ma podobną ilość mieszkańców co Polska, podejrzewam, że są tu ludzie, i bardziej zakręceni na punkcie kontroli nad dzieckiem, i mniej.

Zasadniczo jednak Amerykanie uwielbiają dzieciaki, nierzadko na ulicy słyszymy zachwyty nad tym, jaka Nela jest „cute, pretty, amazing” itd. Znacie te wszystkie dobre „ciocie”, które powiedzą Wam, kiedy zaczął się sezon na czapeczkę, albo próbują wcisnąć dziecku ciasteczko? Nie ma takich ciotek w Stanach. Widziałam dzieciaki biegające przy 13 stopniach w krótkich spodenkach i nikt nie mierzy tu za to rodzica potępiającym wzrokiem. Dziecko płaczące w sklepie? Nie martwcie się, obsługa Was nie wyprosi i nikt Wam nic złego nie powie. Generalnie nie wpychają nosa w nie swoje sprawy, raczej będą starali się zabawić malucha i pomóc mamie.

Jak wygląda taki zwykły dzień amerykańskiej rodziny?

Dzieciaki w USA mają bardzo zorganizowany czas. Ogólnie całe życie amerykańskiej rodziny kręci się wokół harmonogramu. Kobieta, która decyduje się na pozostanie z dzieckiem w domu, ma dzień wypełniony obowiązkami od rana do wieczora. Szczególnie wtedy, gdy dziecko jest już w wieku szkolnym. Choćby lekcje w szkole, na które musi je zawieść rodzic, albo jedzie samo, słynnym żółtym autobusem.

Dziecko musi być pod ciągłą opieką, więc auta rodziców mogą zatrzymać się tylko w określonych punktach, a autobus podjeżdża często nawet pod sam dom. Lekcje trwają do około 2.30, następnie jest czas na zajęcia pozalekcyjne, zazwyczaj jest to jakiś sport lub zajęcia muzyczne, wieczorem główny posiłek. Amerykanie w ciągu dnia mają drobne posiłki, a wieczorem około 19 dopiero obiad z całą rodziną.

Dziecko zazwyczaj przynależy do jakiejś grupy albo nawet kilku. Może być to drużyna sportowa, zespół muzyczny lub harcerze (scouts). Weekend kręci się wokół tej grupy, na przykład zwyczajem jest weekendowa impreza sportowa, w której biorą udział dzieci. Znacie to na pewno z amerykańskich filmów rodzinnych.

Z ciekawostek, to najbardziej zaskoczył mnie brak gondoli do wózków. Nie jest to dla sprzedawcy oczywiste, że chcesz mieć wózek z gondolą. Prawie wszędzie widzę dzieciaki wożone w nosidełkach, zamiast gondoli. Jeśli ktoś używa nosidła, to dziecko jest w nim umieszczone przodem do świata. Jest to być może brak edukacji, a być może nie ma tu, aż tak dużego nacisku na kontrolę bioderek dziecka, jak w Polsce. Odnośnie dziecka obcy ludzie pytają zawsze o pozwolenie. Przy kasie nie dadzą nawet mojej córce naklejki, jeśli wcześniej się nie zgodzę.

Jak Twoja córeczka zaadaptowała się do nowych warunków życia?

Dla niej dom jest tam, gdzie są jej rodzice, to było dla mnie najważniejsze. Nie zareagowała źle na zmianę. To my stanowimy dla niej oparcie. Jeśli jesteśmy przy niej, to nie jest dla niej ważne, gdzie mieszkamy. Było kilka takich momentów, że nie chciała rozmawiać z babcią, bo była na nią obrażona, że nie ma jej blisko. Dużo z nią rozmawiam i tłumaczę. Nie naciskam na codzienne dzwonienie na Skype, staram się jej dać możliwość samodzielnego poukładania sobie wszystkiego w główce.

Już od pół roku chodzi do przedszkola. Na początku było mi ją ciężko zostawiać, adaptacja była trudna, a na pewno to, że nauczyciele mówili w innym języku, jej nie pomagało. Po miesiącu się przyzwyczaiła. Obecnie nie ma już problemów z komunikacją, ma ulubione koleżanki, a jej akcent powala mnie na łopatki. Mówi czysto w obu językach. Dzieci niesamowicie szybko chłoną język. Chcecie nauczyć malucha mówić płynnie w innym języku, zapiszcie je na lekcje, ale koniecznie z native speakerem.

Jak wygląda edukacja dzieci w Stanach?

Publiczne szkoły w Kalifornii są darmowe. Dzieciaki chodzą do szkoły, która jest im „przypisana” z racji zamieszkania, czyli bardzo podobnie jak w Polsce. Rok szkolny zaczyna się w sierpniu. Dzieci muszą mieć ukończone 5 lat przed 1 sierpnia, aby móc iść do tutejszej zerówki, która ma nazwę kindergarten.

Szkoła podstawowa zaczyna się właśnie od kindergarten i trwa do piątej klasy, następnie jest middle school (szkoła średnia), która ma 3 klasy (6,7 i 8) i high school od 9 do 12 klasy.

Rodzice mają możliwość zapisania dziecka do szkoły publicznej lub licencjonowanej szkoły prywatnej. Mogą też uczyć dziecko w domu, jeśli uzyskają akceptację programu nauczania. Dzieciaki muszą mieć raport na temat stanu zdrowia od lekarza oraz pełną kartę szczepień. Niby dziecko nie musi być specjalnie przygotowane, aby rozpocząć szkołę, jednak rodzice otrzymują listę umiejętności, które określają, czy dziecko jest gotowe do pójścia do szkoły.

Czy wymagana jest znajomość języka angielskiego przy zapisie do szkoły?

Dzieci, których angielski jest drugim językiem, muszą przejść specjalny test ze znajomości angielskiego, zanim zostaną przyjęte do szkoły. A tak poza tym dziecko powinno rozpoznawać kształty, liczyć do 20, znać alfabet i umieć napisać swoje imię lub chociaż je rozpoznać. Polskie dzieciaki uczą się tego wszystkiego w zerówce, tu uczą się tego dzieci w wieku 3-4 lat. Oczywiście w formie zabawy, jednak mimo wszystko wcześniej niż w Polsce.

Kiedy polskie przedszkole skupia się na zabawie i rozwijaniu kreatywności, to amerykańskie na przygotowaniu malucha do szkoły. Nawet jeśli danego dnia Nela ma zajęcia plastyczne, to są one uzależnione od jakiejś litery i cyfry, np. wyklejają literkę O. Jeśli chcemy więcej szaleństwa, to musimy się trochę bardziej wysilić podczas poszukiwań placówki.

Czy w amerykańskim przedszkolu są jakieś rozwiązania dla dzieci lub rodziców, z którymi nie spotkałaś się w Polsce?

Często przedszkole posługuje się aplikacją do komunikacji z rodzicem i umieszczania tam codziennych aktywności dziecka. Wiem, że w Polsce to jeszcze nowość. Dodatkowo wszędzie jest zakaz przynoszenia czegokolwiek, co mogłoby zawierać orzechy. Jeśli chcemy przynieść poczęstunek dla dzieci z okazji urodzin naszej pociechy, to musi być on kupiony w sklepie i zawierać etykietę z listą składników. Musi być odpowiedni dla alergików.

Większość przedszkoli oferuje dodatkową opiekę wieczorami raz w miesiącu, jest to tak zwane Parents Night Out, czyli wieczór na randkę dla rodziców.

Niezłym zaskoczeniem było dla nas to, że dzieci nie zmieniają butów na kapcie i chodzą cały dzień w tych samych. Drzemki odbywają się na specjalnych matach na ziemi i nawet wtedy buty nie są im zdejmowane.

Jaka jest opieka zdrowotna dla dzieci?

Szczepienia są obowiązkowe i są oferowane dla dzieci za darmo. Jak wspomniałam wcześniej, żeby być przyjętym do przedszkola lub szkoły należy przedstawić pełną listę szczepień i raport od lekarza. Wizyty w celu ogólnego sprawdzenia stanu zdrowia są bezpłatne, natomiast za wizytę z chorym dzieckiem należy zapłacić. Nasza rodzina bardzo mało choruje i mieliśmy przyjemność gościć u lekarza jedynie 2 razy w ciągu naszego, do tej pory, rocznego pobytu. Raz przed zapisaniem Neli do przedszkola, a drugi raz podczas przeziębienia. Nie mamy zatem dużego doświadczenia i wiedzy na ten temat. Na całe szczęście.

A jak jest z dostępem do leków?

Apteki w Stanach są częścią większych sklepów, nie ma miejsc, gdzie sprzedaje się tylko lekarstwa. Trochę tak jakby każdy Rossmann w Polsce dodatkowo oferował realizację recept. Recepty od lekarza można zrealizować jedynie u farmaceuty, ale chcąc wyleczyć zwykłe przeziębienie można iść na szybkie zakupy i wsadzić do koszyka to, co uznamy, że nam pomoże. Czasami podczas płatności będziemy musieli okazać dowód, że jesteśmy pełnoletni. Z tego, co zdążyliśmy zauważyć, to jeśli Twoje dziecko nie ma ukończonego 6 roku życia, to na zwykłe przeziębienie nie znajdziesz na półkach nic oprócz wody morskiej w sprayu do czyszczenia nosa i syropu na bazie miodu na kaszel. Jeśli podejrzewasz zatem, że potrzebujesz czegoś silniejszego, to musisz udać się do lekarza po poradę, ale nie masz gwarancji, że przepisze ci cokolwiek oprócz zalecenia odpoczynku i tego co dostępne na półkach.

Czy planujecie wrócić do Polski?

Chyba nie chciałabym zostać w USA na stałe. Na razie jednak nic nie planujemy. Żyjemy tym, co jest tu i teraz. Skupiamy się na tym, aby jak najwięcej zwiedzić, trochę odłożyć, nabrać doświadczenia. Pierwszy rok był dla nas ciężki z racji tego, że zaczynaliśmy od totalnego zera, zobaczymy, co przyniesie nam kolejny.

A jak po tym roku wyobrażasz sobie przyszłość swojej córki? Chciałabyś, żeby mieszkała np. w Kalifornii?

Targają mną sprzeczne emocje. Kalifornia ma swoje plusy, ale ma też swoje wady. Latem i jesienią, kiedy trawa jest bardzo sucha mamy tu problem z pożarami. Bezpieczeństwo w większych miastach jest słabe. W ubiegłym tygodniu miałam 10 zleceń na zalaminowanie pozwoleń na broń. Trochę to przerażające.

Tak sobie teraz myślę, że jak ktoś będzie czytał ten artykuł, to może się zastanawiać, po co my w ogóle w tych Stanach siedzimy, skoro wymieniłam Ci podczas tej rozmowy w sumie same negatywne aspekty życia. No cóż, może Ameryka nie jest tak piękna jak pokazują nam ją w serialach i filmach, ale ma swój urok i również wiele plusów. Musimy też pamiętać, że my jesteśmy w trochę innej sytuacji niż przeciętny mieszkaniec. Mój mąż pracuje w korporacji i może sobie pozwolić na trochę więcej swobody związanej, chociaż z urlopami. Często wyjeżdżamy, aby zwiedzić kolejny skrawek Stanów, kiedy znajomi z mojej pracy nigdy nie byli nigdzie poza Kalifornią.

Rachunki za opiekę zdrowotną są dużym obciążeniem, ale mimo wszystko przy dobrym zarządzaniu budżetem jest nas na nie stać. Żyjemy w małej miejscowości, gdzie jest o wiele bezpieczniej, nie ma aż tak dużego problemu z przestępczością i z bezdomnością, a sama Kalifornia jest piękna, szczególnie jej północna część z Tahoe i Yosemite. Jak zatęsknię za śniegiem, to wsiadam w auto zimą i po 2 godzinach mogę jeździć na nartach. Mam 3 godziny do oceanu, 2 godziny w góry, 5 godzin na pustynię.

Ludzie są niezwykle pozytywni, chociaż, pewnie sami o sobie tak nie myślą. Jednak jeśli porównam zachowanie ludzi z kolejki na poczcie w Polsce i z kolejki na poczcie w USA, widzę różnicę pomiędzy mentalnością. To prawdopodobnie efekt tej pogody, bo sezon na deszcz trwa tu jedynie przez 3 miesiące, co nie znaczy, że pada codziennie. Obsługa klienta jest na najwyższym poziomie, wszędzie naprawdę starają ci się pomóc. Nie wiem gdzie będziemy mieszkali w momencie, kiedy moja córka będzie pełnoletnia, ale jeśli będzie chciała swoje życie związać z miejscem, które będzie tysiące mil ode mnie, to po prostu tak zrobi. Ważne jest dla mnie, aby była tam szczęśliwa.

Prowadzisz blog californiadreamin.pl. Od jak dawna? Robiłaś to już wcześniej, czy zaczęłaś po przyjeździe do USA?

Zaczęłam pisać na krótko przed wyjazdem, nie miałam planu i pomysłu. Chciałam, aby to był jednocześnie mój pamiętnik, ale też baza informacji dla ludzi, których Stany interesują. Blog ma już rok i powinna być na nim cała masa wpisów, jednak całość bardzo przycichła. Na początku ciężko mi było napisać, chociażby o tym, jak wygląda edukacja dzieci w przedszkolu lub co zobaczyć w San Francisco. Nie byłam na tyle pewna siebie, aby publikować kolejne wpisy. Chciałam, aby to były wartościowe materiały.

Myślę, że teraz po roku mam już odpowiednią dawkę zasobów, aby go reaktywować. Aktywna jestem za to bardzo od początku na Instagramie. To co jest dla mnie najmilsze w całym życiu online to, że piszą do mnie osoby, które stoją przed decyzją o wyjeździe i mój wpis sprzed roku pomógł im delikatnie opanować stres, bo wiedzą, że ktoś też się zmagał z podobnymi uczuciami. Dzięki Instagramowi poznałam też wspaniałych ludzi, z którymi spotkaliśmy się już nie raz na żywo, a mam nadzieję, że z kolejnymi będę miała taką okazję.

Co najbardziej cenisz sobie jako mama żyjąc w takim kraju jak Stany Zjednoczone? Za co lubisz Kalifornię?

Najbardziej cieszy mnie to, że Nela ma okazję nauczyć się płynnie mówić w drugim języku. Dodatkowo otoczona jest ludźmi różnych narodowości, ras i religii. Jako trzylatka zwiedziła już całą masę miejsc, w Polsce nie miałaby takiej okazji. Mam nadzieję, że choć trochę z tego zapamięta, a jeśli nie, to zadbamy o to, aby mogła powtórzyć dotychczasowe podróże.

Jak już Ci wcześniej wspomniałam, uwielbiam Kalifornię za to, jak blisko mam do miejsc, które są tak od siebie różne: ocean, góry pustynia. Lubię też oczywiście kalifornijską pogodę, upały są męczące, ale jednak mamy ciepełko przez większość roku. Nie posiadam w ogóle zimowej kurtki. Ciągle zaskakuje mnie pozytywne nastawienie ludzi i ich otwartość. Jeśli Amerykaninowi podobają się Twoje buty, to Ci o tym powie nawet jeśli Cię nie zna. Chcę jeszcze tu trochę pomieszkać, a potem zobaczymy. Jest jeszcze przecież tyle miejsc do poznania.

Bardzo Ci dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Ewa Moskalik-Pieper

Zdjęcia: archiwum prywatne Ani

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Ewa Moskalik - Pieper
Redaktor portalu Mamo Pracuj. Prywatnie spełniona, pełnoetatowa mama dwóch wspaniałych synów i żona, starająca się znaleźć swój patent na work - life balance. Absolwentka UJ. Miłośniczka kina, muzyki i książek.

Czego najbardziej boją się współczesne mamy?

Czego boją się współczesne mamy? Po przeczytaniu pół miliona wypowiedzi w Internecie, okazuje się, że jeśli chodzi o obawy i troski rodzicielskie, to wszyscy jesteśmy do siebie podobni. Czy nasz strach można wyeliminować, albo przynajmniej je zmniejszyć? O tym rozmawiam z panią Joanną Talaśką, twórczynią projektu LINK4 Mama.
  • Joanna Gotfryd - 17/03/2019
mama i malutkie dziecko - przytulanie

Pani Joanno, jest Pani mamą trójki dzieci i „mamą” całkiem nowej na polskim rynku linii produktowej LINK4 Mama, czyli specjalnych ubezpieczeń dla przyszłych i obecnych rodziców. Skąd wziął się pomysł na taki produkt?

Odpowiadając wprost, z doświadczenia. Zastanawialiśmy się, jaką nową wartość moglibyśmy dostarczyć potencjalnym nowym i obecnym klientom, a która będzie też wiarygodna i spójna z naszymi wartościami.

W LINK4 pracuje wielu rodziców z dziećmi w różnym wieku. Co roku organizujemy dla nich dzień otwarty w firmie i piknik rodzinny, a co jakiś czas odbywają się warsztaty tematyczne poświęcone wychowywaniu dzieci. Posiadamy też specjalny program dla mam, które wracają po urlopie macierzyńskim, bo chcemy, żeby się sprawnie zaadaptowały po przerwie.

Skoro więc wspieramy LINKowe mamy w powrotach do pracy i w macierzyństwie, to dlaczego nie wesprzeć naszych klientów? I tak narodził się produkt LINK4 Mama. Przeczytaliśmy w internecie pół miliona wypowiedzi przyszłych i obecnych mam, ale też ojców, na temat ich obaw związanych z macierzyństwem czy wychowywaniem dzieci. To była kopalnia wiedzy o potrzebach rodzicielskich i ich obawach, na podstawie których zbudowaliśmy naszą ofertę.

Jakie obawy towarzyszyły Pani od początku macierzyństwa?

Nie jestem wyjątkiem. Tak jak większość mam przy każdej ciąży zastanawiałam się, czy do samego końca nie będzie komplikacji, stresował mnie powrót do pracy, bo po ponad roku przerwy chyba wszystkie zastanawiamy się, czy na pewno moje miejsce jeszcze na mnie czeka.

Teraz z kolei mnie stresuje, czy w przypadku choroby dzieci nadrobią zaległości w szkole, albo czy nie zrobią sobie krzywdy na jakichś zajęciach pozalekcyjnych. A muszę przyznać, że już nie raz im się zdarzało lądować w szpitalu z bandażem na ręku albo na głowie.

I naprawdę jest dobrze, gdy po kilku godzinach można wrócić do domu, a przecież zdarzają się sytuacje, w których urwis musi zostać w szpitalu na kilka dni. Wtedy okazuje się, że nikt nie może zapewnić drugiego łóżka obok niego, bo ten standard jest luksusem dostępnym tylko w nielicznych placówkach. I to jest taki strach, który nigdy się nie kończy.

I czy jest jakiś sposób na oswojenie tych lęków? Co możemy zrobić. żeby się nie bać, albo bać mniej?

Rodzic nigdy nie pozbędzie się w zupełności lęku o swoje dziecko, bo on jest naturalny i bierze się z bezwarunkowej miłości. Ale te wszystkie strachy można oswoić i to właśnie robimy poprzez LINK4 Mama.

Naszym ubezpieczeniem nie sprawimy, że dzieci przestaną skakać po drzewach, ani nie uchronimy ich przed przeziębieniem lub inną chorobą, ale pomożemy łagodzić skutki ewentualnych zdarzeń tego typu.

Zapewnimy korepetycje w przypadku dłuższej nieobecności w szkole, łóżko szpitalne w placówce medycznej dla opiekuna, w przypadku nieszczęśliwego wypadku zorganizujemy pomoc domową, dostarczymy i pokryjemy koszty leków i sprzętu rehabilitacyjnego zarówno rodzicom, jak i dzieciom. Mamy będą mogły skorzystać z konsultacji telefonicznych z lekarzem lub porad prawnych o bardzo szerokim zakresie.

A wracając do tych pół miliona głosów mam z całej Polski – czego boją się mamy i co z tych lęków wynika? Czy jest jakiś wspólny obraz tych mam?

Tak, bo to są właśnie te strachy, o których rozmawiamy. Żadna z nas nie jest wyjątkowa w tych obawach. One pojawiają się już przy pierwszej informacji o ciąży i zmieniają się po narodzinach i potem z upływem lat, gdy nasze urwisy rosną. Każdy rodzic powie, że najważniejsze jest zdrowie dziecka i to o nie najbardziej się boimy.

Wszystkie inne strachy schodzą na dalszy plan w obliczu zagrożenia zdrowia lub życia, ale nigdy nie znikają w zupełności. Dlatego tak ważne jest zapewnienie sobie komfortu psychicznego, że w trudnych sytuacjach zawsze jest ktoś, kto nas wesprze, nie tylko organizacyjnie, ale też finansowo. I tym kimś jest właśnie ubezpieczyciel.

Czym LINK4 Mama różni się od innych ubezpieczeń dostępnych na rynku? Poza tym często mamy mają extra ubezpieczenie w swojej pracy, lub są objęte dodatkowym ubezpieczeniem z pracy męża.

Podstawowe ubezpieczenia oferują podstawowy zakres ochrony, który często nie spełnia oczekiwań klientów. Dlatego w polisach grupowych w szkole czy w miejscu pracy zazwyczaj znajdziemy niewielkie sumy ubezpieczenia i koszty leczenia. One rzeczywiście mogą być tanie, ale w przypadku ubezpieczeń dobrowolnych cena nie może być głównym kryterium wyboru. Oczywiście finalny koszt polisy jest ważny, dlatego staraliśmy się stworzyć dobrą ofertę w rozsądnej cenie.

Nasi klienci mogą ubezpieczyć zarówno siebie, jak i swoje dzieci. Podstawowe polisy, takie jak ubezpieczenie od następstw nieszczęśliwych wypadków czy OC w życiu prywatnym, obudowaliśmy pakietami usług, które nas wyróżniają.

To zupełnie nowe podejście na rynku, bo w LINK4 Mama klienci sami konstruują swój produkt w oparciu o dostępne w pakietach usługi, takie jak wspomniane porady prawne, szpitalne łóżko, korepetycje, dowóz leków etc.

Staraliśmy się te wszystkie usługi spakietować w taki sposób, żeby proces zakupowy był maksymalnie przyjazny.  Zaprojektowaliśmy dedykowane kalkulatory na stronie internetowej, które łatwo przeprowadzają klienta przez cały proces, objaśniając przystępnym językiem zakres ochrony i wyliczając na bieżąco cenę w zależności od wybieranych usług. Chcieliśmy, żeby zakup ubezpieczenia był także szybki, bo w końcu każda mama wie, że przy dzieciach – zwłaszcza małych – czas jest towarem na wagę złota.

 

Spodobało mi się to, że pomyśleliście Państwo o takich codziennych, bardzo przyziemnych sprawach – kiedy mama się rozchoruje, pomagacie Państwo ugotować obiad czy posprzątać mieszkanie. Druga rzecz, która wydała mi się bardzo ważna, to pomoc prawnika, w każdej kwestii…

Tak, nasz pakiet z poradami prawnymi ma szeroki zakres. Najczęściej mówimy o przypadkach, gdy pracodawca stwarza problemy z powrotem do pracy i wtedy porada prawnika w zakresie prawa pracy czy przygotowanie pisma procesowego jest bezcenne. Ale to tylko jedna z wielu trudnych sytuacji, które mogą nas spotkać.

Dlatego nasza usługa gwarantuje nielimitowane konsultacje telefoniczne z prawnikiem również w codziennych sytuacjach, takich jak spadki, darowizny, umowy, kradzież tożsamości, czy kwestie związane z posiadaniem lub użytkowaniem nieruchomości. W ramach pakietu prawnik przygotuje opinię prawną i opracuje stosowne dokumenty.

Ambasadorką LINK4 Mama została Paulina Krupińska, mama 2 dzieci, była Miss Polonia. Co ją ujęło w produkcie LINK4 Mama?

Paulina jest niesamowicie silną i ciepłą kobietą, która z powodzeniem realizuje się w macierzyństwie, a przy okazji potrafi pięknie o nim opowiadać. Bez wątpienia jest kobietą sukcesu, która ma odwagę głośno powiedzieć, że czegoś się boi. Już po pierwszej rozmowie wiedzieliśmy, że będzie naturalnym ambasadorem naszej marki.

Ujęło nas też jej podejście do LINK4 Mama, bo rzeczywiście ma przekonanie, że odpowiada on na kluczowe potrzeby mam. Pamiętam, gdy na konferencji prasowej przy starcie marki Paulina powiedziała, że żałuje, że dopiero teraz taki produkt powstał, bo ona w swoim macierzyństwie też się mierzy z tymi strachami, które my chcemy oswajać. A my przecież nie mówimy: nie masz czego się bać, wszystko będzie dobrze.

My mówimy: nie bój się bać, bo każda mama tak ma.

Na koniec zadam jeszcze pytanie o Pani sekret na godzenie życia rodzinnego i zawodowego. Jest Pani Dyrektorem Departamentu Komunikacji Marketingowej w LINK4 i równocześnie mamą 3 dzieci – 10 latki i dwójki nastolatków – proszę nam powiedzieć, jakie ma Pani „patenty”, którymi chciałaby się Pani podzielić z naszymi czytelniczkami?

Myślę, że najgorsze co się może nam przydarzyć to perfekcjonizm 24 godziny na dobę. Uważam, że czasami warto sobie odpuścić i być „wystarczająco dobrą” mamą. Zawsze staram się tak pogodzić pracę z byciem mamą, żeby jeszcze wystarczyło trochę czasu tylko dla mnie.

Niedawno rozpoczęłam kolejne studia i raz na jakiś czas dzieci w weekend jedzą odmrażaną pizzę, bo jestem w tym czasie na zajęciach. Uważam, że odmrażana pizza z supermarketu im nie zaszkodzi, a pokaże moim dzieciom, że warto znaleźć czas na pasje w życiu.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Joanna Gotfryd

Zdjęcia: materiały LINK4

Partnerem wywiadu jest firma LINK4 oferująca polisę dla rodziców LINK4 Mama

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Joanna Gotfryd
Współzałożycielka portalu Mamo Pracuj, absolwentka UEK, z doświadczeniem zawodowym w dużym biznesie. Mama dwóch rozbrykanych dziewczynek. Pasjonatka górskich wycieczek i Italii w każdej postaci. Marzy o dalekich podróżach i zdobyciu Korony Gór Polski.

Karać czy nie karać? Czyli co pozytywnego jest w dyscyplinie?

Czego chcemy dla naszych dzieci? Odpowiedzi będzie tyle, ilu rodziców. Zapewne większość z nas pragnie dla swoich dzieci wspaniałego życia, w którym sobie świetnie radzą. Tworzą głębokie, zdrowe relacje z innymi. Znają siebie, swoje możliwości i umiejętności. Rozwiązują sprawnie konflikty, koncentrują się na rozwiązaniach. Marzymy, że z naszych dzieci wyrosną odpowiedzialni dorośli. Odporni psychicznie, mądrze oceniający otaczającą ich rzeczywistość. Że ich życie będzie pełne radości i harmonii. Że odniosą sukcesy dzięki wytrwałości, cierpliwości i samokontroli. Że mogą żyć w zgodzie ze sobą, realizując swoje śmiałe cele.
  • Sylwia Bujko - 14/03/2019
mama w trakcie rozmowy z kilkuletnim synem

Stwórz własną listę umiejętności, cech i zachowań, które chciałabyś, aby Twoje dzieci reprezentowały w dorosłym życiu.

Kiedy już wiemy, czego chcemy dla naszych dzieci, zastanówmy się, jak tego dokonać? W jaki sposób przeprowadzić je przez całe dzieciństwo i wiek nastoletni aż po dorosłość, aby były gotowe na stworzenie wymarzonego przez nich życia?

Jednym ze sposobów jest Pozytywna Dyscyplina. Może „dyscyplina” kojarzy się Wam negatywnie: z surowością, sztywnymi regułami, bezwzględnym posłuszeństwem. A przecież łacińska disciplina to nauka i nauczanie. Cóż innego robimy, będąc rodzicami: uczymy nasze dzieci życia tak, jak potrafimy najlepiej.

Często spotykamy dwie szkoły wychowywania. Albo nadmierną pobłażliwość czyli tzw. wychowanie bezstresowe, albo nadmierną surowość czyli tzw. styl autorytarny. Mogą nawet występować jednocześnie i działać niczym wahadło. Pozwalamy dziecku na coraz więcej, aż sprawy wymykają się spod kontroli i emocje biorą górę, więc wahadło uderza w skrajnie przeciwnym kierunku. Zarządzamy nagłą zmianę frontu z surowymi konsekwencjami. Stłamszone dziecko się dostosowuje, a nami targają wyrzuty sumienia, zatem znów wracamy do większego pobłażania i rozmytych granic, aż do następnego „wahnięcia”.

Pozytywna Dyscyplina jest złotym środkiem. Zamiast wybierać między wolnością bez zdrowych granic a surowym porządkiem bez miłości możemy pójść inną drogą. Zaprowadzi nas ona do połączenia wolności z porządkiem, miłości z granicami czyli do uprzejmej stanowczości, która jest esencją Pozytywnej Dyscypliny.

Ta filozofia jest daleka od stosowania kar. Jeśli naszym celem jest poprawa zachowania dziecka, karami uzyskujemy odwrotny skutek. Jane Nelsen, autorka książki „Pozytywna Dyscyplina” wymienia „cztery R”, jako możliwe skutki stosowania kary. A czy my, dorośli, nie sięgamy po podobne reakcje, gdy nas ktoś – słusznie czy niesłusznie – ukarze?

1. Rozgoryczenie

Dzieci często nawet nie rozumieją konsekwencji, z jakimi się spotkały. Część mózgu odpowiedzialna za zaawansowane procesy myślowe, takie jak wyciąganie wniosków, analizowanie i przewidywanie konsekwencji, czyli kora przedczołowa to ewolucyjnie najnowsza warstwa mózgu. Rozwija się do 25 roku życia! Dlatego to całkowicie normalny scenariusz, kiedy dziecko po prostu nie jest w stanie zrozumieć, za co zostało ukarane. I absolutnie nie dlatego, że jest głupie czy udaje, tylko dlatego, że ewolucyjnie nie jest jeszcze na to gotowe. Jeśli temat mózgu dzieci zainteresował Cię bardziej: tutaj  https://www.holimum.com/2018/10/13/ile-mozgow-ma-twoje-dziecko/ znajdziesz ciekawy i szczegółowy artykuł.

2. Rewanż

Planowanie odwetu to naturalna reakcja, kiedy czujemy się źle potraktowani. Słabi, mali, bez autonomii i kontroli nad swoim losem, potrzebujemy odnowić w sobie poczucie siły. Knując w skrytości przeciw ciemiężycielowi. Owszem, dziecko to nie mały dorosły. Ale to mały człowiek, z wieloma podobnymi reakcjami, szczególnie jeśli chodzi o reakcje instynktowne, impulsywne, intuicyjne.

3. Rebelia

To jawny bunt. Który rodzic nie zna tej reakcji! Dziecko za wszelką cenę chce zachować swoją autonomię. Oto apogeum walki o władzę. Walki, w której nie ma wygranych.

4. Rejterada

Ucieczka w głąb siebie to tylko pozornie pasywna reakcja. W wycofaniu mogą się kryć dwojakie konsekwencje. Dziecko może uznać, że wystarczy nie dać się złapać następnym razem i buduje w sobie przebiegłość w kierunku manipulacji. Albo wyciąga błędne wnioski, że jest złą osobą. Bo przecież karze się złych ludzi, prawda? Takie przekonanie o sobie będzie skutkowało obniżonym poczuciem własnej wartości.

Kary nie pomagają dzieciom rozwinąć żadnych umiejętności, które chcemy, aby reprezentowały w swoim dorosłym życiu. Co zatem zamiast kar?

Kiedy już dojdzie do nieodpowiedniego zachowania i konfliktu, pochopne działanie i rozwiązywanie problemu „na gorąco” najczęściej nie jest dobrym pomysłem. Targani silnymi emocjami mamy wyłączoną część mózgu odpowiedzialną za racjonalne myślenie. (Dzieje się to w każdym wieku.)

  1. Najpierw uspokajamy siebie i dziecko, dbamy o relację. Okazujemy szacunek (szczególnie gdy dziecko nam go nie okazuje, to my jesteśmy odpowiedzialni jako dorośli za jakość relacji). Dopiero potem szukamy rozwiązań. W ten sposób uczymy dzieci, jak działać w trudnych sytuacjach.
  2. Skupiamy się na zachowaniu, nie na etykietowaniu cechami (np. „Zachowałeś się źle, niszcząc zabawkę kolegi” zamiast „Jesteś okropny i niekoleżeński, nikt cię nie będzie lubił!”). Zachowanie zawsze można zmienić. Cechy wydają się być „wrodzone” i piętnują, utrudniając jakąkolwiek zmianę („taki już jestem”)
  3. Dopytujmy z życzliwą ciekawością, np. „Co dokładnie się stało?” Może się okazać, że to kolega najpierw porysował autko, co było zarzewiem konfliktu.
  4. Angażujmy dziecko w poszukiwanie rozwiązania problemu, w ustalenie nowych zasad, które będą obowiązywać wszystkich. Dajemy ograniczony wybór adekwatnie do wieku. Dziecko chętniej dostosuje się do zasad, których jest współautorem. (Oczywiście będą sytuacje i problemy, w których i tak podejmiemy samodzielnie decyzję wbrew oczekiwaniom dziecka. Ważne jest nie tylko, co zrobimy, ale też jak to zrobimy.)
  5. Pamiętajmy, że najważniejsza jest nasza intencja. Dziecko zawsze ją wyczuje między słowami, w naszej mimice i w mowie ciała.

Stosowanie kar jest o wiele prostsze. I krótkoterminowo najczęściej przynosi rezultaty. Choć w dłuższej perspektywie skutki są opłakane, bo kosztem jest relacja, której nie da się potem odbudować. Jeśli naprawdę chcemy nauczyć dzieci umiejętności, wymienionych na wstępie, nie ma innej drogi, niż najpierw reprezentować je samemu.

Nauczymy dzieci rozwiązywać konflikty, koncentrując się na rozwiązaniu, kiedy jako rodzice będziemy tak postępować. Dzieci nauczą się z czasem odpowiedzialności i panowania nad sobą, jeśli my im pokażemy, jak to jest panować nad sobą i zachowywać się odpowiedzialnie. Nauczą się żyć w zgodzie ze sobą, jeśli my okażemy im pełną akceptację i szacunek oraz spełnimy ich potrzebę przynależności.

To my jesteśmy najważniejszymi nauczycielami dla naszych dzieci. Myślmy więc długofalowo.

Zdjęcie: 123 rf

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Sylwia Bujko
Certyfikowany coach. Specjalizuje się w pracy z mamami, które chcą łączyć macierzyństwo z karierą. Manager operacyjny w międzynarodowym koncernie w branży nieruchomości, Apleona Real Estate. Zarządza zespołem ponad 60 osób. Ma 10-letnie doświadczenie w biznesie (m.in. w budowaniu i prowadzeniu zespołów, CRM, BD, HR). Autorka platformy coachingowej www.holimum.com. Prywatnie mama Janka (2014) i Dianki (2018).
Chcę otrzymywać inspiracje, pomysły i sugestie jak pracować i nie zwariować.
Newsletter wysyłamy raz na 2 tygodnie
Może Cię zainteresować także:
Uwaga. Strona wykorzystuje pliki cookies. Informacje uzyskane za ich pomocą wykorzystywane są w celach statystycznych. Pozostając tu godzisz się na ich zapisywanie w Twojej przeglądarce. ×

Email marketing powered by FreshMail
 

Email marketing powered by FreshMail
 

Email marketing powered by FreshMail