Czego szukasz

Macierzyństwo na Węgrzech uczy mnie otwartości – historia Joanny

Nigdy nie czułam żyjąc tu strachu przed tym, że mogę nie mieć pracy, bo zdecydowałam się na bycie mamą – mówi Asia, która od 14 lat mieszka na Węgrzech. Z wykształcenia jest pedagogiem, ale bez znajomości języka i bez doświadczenia mogła tylko pracować w korporacji. Gdy została mamą, żaden z pracodawców nie robił jej z tego powodu problemu, a jeden z nich wygrał konkurs na pracodawcę najbardziej przyjaznego mamom. – Ale nie tylko ten pracodawca był tak przyjazny, większość korporacji ma takie podejście – opowiada Asia. Zapraszamy Was na kolejną podróż z cyklu #mama za granicą, tym razem na Węgry 🙂

  • Ewa Moskalik - Pieper - 26/07/2018
Asia Karpiniak z córeczkami

Asiu, mieszkasz na Węgrzech i tam założyłaś rodzinę. Masz dwie córeczki, a Twój mąż jest Węgrem. Co Cię sprowadziło na Węgry i jak długo tam mieszkasz?

Z mężem poznaliśmy się w Polsce i wtedy gdy podejmowaliśmy decyzje co z nami będzie i gdzie, stanęło na tym że jednak Węgry. Tak było prościej, a może ja byłam odważniejsza… 🙂

Na Węgrzech jestem od 14 lat. Mamy dwie córeczki: Flora ma 8 lat, a Janka 5.

Chciałabym Cię zapytać o Twoje macierzyństwo na Węgrzech. Za co cenisz sobie najbardziej życie na Węgrzech jako mama?

Żyjąc tu, nigdy nie czułam strachu przed tym, że mogę nie mieć pracy przez to, że zdecydowałam się na bycie mamą. Poza tym zawsze czułam się tu bezpieczna pod względem opieki, zarówno będąc w ciąży i po urodzeniu dziewczynek. Nigdy nie odczułam braków z racji tego, że nie jestem Węgierką.

Jestem spokojna o to, że wszystkie nasze potrzeby są zaspokojone w takim stopniu w jakim potrzebujemy.

Podoba mi się też to, że mamy kontakt z lekarzem pediatrą nie tylko jak któraś z dziewczynek jest chora. Pani doktor wysyła maile informacyjne do rodziców np. zimą, gdy panuje grypa, jak się przed nią chronić, latem – co dziecku zapakować do plecaka z punktu widzenia lekarza, o szczepionkach i itp.

Poza tym jest łatwo dostępna i mailowo i telefonicznie, to dla mnie duże ułatwienie.

Jak wygląda opieka medyczna nad kobietą, która oczekuje dziecka i zaraz po jego urodzeniu ?

Jak tylko lekarz potwierdził ciążę musiałam nawiązać kontakt z lokalną pielęgniarką środowiskową i systematycznie miałyśmy spotkania. Poza tym comiesięczne wizyty u ginekologa. W moim przypadku to był lekarz prywatny i w większości przypadków to właśnie jest najczęściej praktykowane.

Poród odbył się w tym szpitalu, w którym pracuje mój lekarz. Przy obu porodach w momencie kiedy się zaczęły, zadzwoniłam do swojego lekarza z informacja, że to już i spotkaliśmy się w szpitalu, bo ani w jednym ani drugim przypadku nie miał w tym czasie dyżuru.

Nie miałam dodatkowej położnej przy porodzie, choć jest taka możliwość, tyle że jest to płatna usługa. Położna, która była przy porodzie i jednym i drugim wystarczyła mi w zupełności (choć możliwe, że byłoby jeszcze lepiej gdybym miała taką „własną” położną).

Przy drugim porodzie pojawiły się komplikacje, dziecko było duże (4 560 g), poród sporo po terminie (8 dni), więc dziecko trafiło do inkubatora. Musiałyśmy zostać w szpitalu dłużej niż zwykle.

Potem jeszcze byłyśmy przez tydzień w specjalistycznym szpitalu na oddziale neurologii, żeby mieć pewność, że z moją małą Janką wszystko jest porządku. Przy porodzie dostała 4 pkt. w skali Apgar. To były bardzo stresujące dla mnie chwile. Do tego po wyjściu z tego pierwszego szpitala byłam tydzień w domu z 40 stopniową gorączką spowodowaną zapaleniem piersi.

Miałam straszne wyrzuty sumienia, bo moja pierwsza, wtedy trzyletnia córka Flora, była beze mnie tyle czasu (tydzień w szpitalu, tydzień w domu z gorączką i tydzień na neurologii). Oczywiście był z nią tatuś i od tamtego czasu są ze sobą bardzo zżyci.

W trakcie tych przejść, nerwów i stresu byłam też zła na swojego lekarza, że pozwolił na naturalny poród przy tak dużym dziecku. Oczywiście brałam też winę na siebie, że nie walczyłam o cesarkę… ale po pierwszym udanym porodzie do głowy mi nie przyszło, że za drugim razem mogą być jakieś komplikacje. Flora – pierwsze dziecko też była duża, bo 3 960 g 🙂

Jeśli chodzi o opiekę po urodzeniu dziecka, to zaraz po przyjeździe ze szpitala odwiedził nas lekarz pediatra. Znowu spotkania z pielęgniarką środowiskową. Przy drugiej córce systematyczne wizyty na wspomnianej już neurologii do pierwszego roku życia. Pediatra natomiast wyznaczał nam terminy na kolejne wizyty, kontrole, szczepionki.

To miałyście trudne początki. A powiedz z jakich zasiłków, urlopów może korzystać młoda mama, przed i po urodzeniu dziecka? Jak szybko Ty wróciłaś do pracy po urodzeniu dziewczynek?

Trochę zmieniły się przepisy od czasu moich porodów w kwestii wypłacanych zasiłków. Czas trwania chyba jednak się nie zmienił i tak: jeszcze przed porodem można wykorzystać 4 tygodnie z 24 tygodni macierzyńskiego. Potem do trzeciego roku życia dziecka, przysługuje opieka nad dzieckiem.

Te wspomniane 24 tygodnie są płatne obecnie w wysokości około 70% wynagrodzenia. Do drugiego roku życia dziecka dostaje się również 70% pensji, ale tutaj nie można przekroczyć określonego progu, tak więc maksymalnie jest to kwota w przeliczeniu na złotówki około 2 300 pln.

Potem jeszcze przez rok (do trzeciego roku życia dziecka) około 380 zł. Oprócz tego dostaje się rodzinne, przy dwójce dzieci to około 350 zł. Jest też coś takiego jak w Polsce ulga prorodzinna i tutaj przy dwójce dzieci, to około 460 zł miesięcznie.

Do pracy wróciłam gdy pierwsza córka skończyła 2 lata. Mogłam pracować i pobierać zasiłek przez ten ostatni rok – do skończenia przez nią trzeciego roku życia.

Wróciłam na dosłownie na kilka miesięcy i znowu byłam w ciąży. Wróciłam dlatego, bo potem do tych zasiłków wliczał się poprzedni rok, tzn. zasiłki były wyliczane na podstawie dochodów z poprzedniego roku. To też uległo zmianie na korzyść mam, nie trzeba wracać do pracy z tego powodu, bowiem obecnie brane są pod uwagę dochody z poprzednich 2 lat.

Z drugą córką też spędziłam 2 lata w domu.

W jaki sposób jeszcze węgierski rząd wspiera rodziny z dziećmi? Czy są jakieś programy wspomagające młodych rodziców?

Oferują wspomniany już zasiłek rodzinny i ulgę prorodzinną. Ta ulga przysługuje już w trzecim miesiącu ciąży. Jest jeszcze tzw. becikowe około 850 zł.

Od niedawna funkcjonuje też program wspierający młode rodziny, które zadeklarują posiadanie 3 dzieci. Rząd wypłaci im 10 000 000 ft (135 000 zł), a dodatkowo mogą otrzymać kredyt na 10 000 000 ft na bardzo korzystnych warunkach. Pieniądze maja być przeznaczone na dom lub mieszkanie. Dla tych, którzy już mają dwójkę dzieci i chcieliby mieć trzecie, również to wsparcie jest możliwe.

Jeśli rodzina chce pozostać przy jednym lub dwójce dzieci, ale chcieliby kupić sobie nowe mieszkanie, też otrzymają wsparcie. Oczywiście nie w takiej kwocie jak w przypadku 3 dzieci, ale odpowiednio około 8000 zł i 35 000 zł.

Wspomniałaś mi wcześniej, że pracujesz w korporacji. Jak Twój pracodawca wspiera mamy?

Tak, z wykształcenia jestem pedagogiem, ale przyjeżdżając tutaj jeszcze bez doświadczenia w zawodzie i bez znajomości języka węgierskiego mogłam liczyć tylko na korporację. Wtedy, kilkanaście lat temu kiedy byłam na początku swojej kariery zawodowej, to było świetne rozwiązanie.

Jeden z moich pracodawców wygrał nagrodę w konkursie na najbardziej przyjaznego mamom. I tak, nie mogłam chyba sobie lepiej wyobrazić podejścia pracodawcy do mam, macierzyństwa. Ale nie tylko ten pracodawca był tak przyjazny, większość korporacji ma takie podejście.

Nie robił mi żadnych problemów ani przed porodem ani też po. Nie pracowałam do końca ciąży, a do pracy wróciłam wtedy, kiedy planowałam, bez żadnych nacisków z jego strony. Wróciłam na to samo stanowisko. Przy drugiej ciąży to ja czułam się niekomfortowo, bo popracowałam tylko kilka miesięcy i znowu byłam w ciąży… ale wybaczył mi i to 🙂

Z jakimi różnicami kulturowymi się spotkałaś na Węgrzech, np. w wychowywaniu dzieci, czy w życiu codziennym? Czy coś Cię szczególnie zaskoczyło?

Nie przychodzi mi nic do głowy jeśli myślę o różnicach. Jesteśmy do siebie podobni kulturowo. Pomyślałam jednak o czymś innym, chodzi o finansowe wsparcie dla lekarzy. Nie spotkałam się z tym w Polsce wtedy, kiedy tam mieszkałam. Teraz jak podpytuję rodzinę czy znajomych, to też nie słyszę o takich przypadkach. Chodzi o tzw. koperty… Przy pierwszym porodzie, mój lekarz jeszcze mówił, że nie ma taryfy, gdy pytałam go, bo znałam tutejszą praktykę, ile będzie kosztował poród… Przy drugim porodzie już w cenniku pojawiła się pozycja – poród. Jest to zazwyczaj dziesięciokrotność jednej wizyty. Ludzie płacą, np. za operacje złamanej ręki w szpitalu państwowym. I ta zapłata wcale nie gwarantuje Ci lepszej opieki, warunków czy też nie wiem czego jeszcze… To mnie zawsze dziwiło tutaj.

Druga rzecz, to szaleństwo młodych matek w temacie przyrostu wagi noworodka, niemowlaka. Zresztą nie tylko młodych matek, wszyscy to tutaj praktykują, od razu w szpitalu po porodzie.

Każda matka powinna być zaopatrzona w wagę. Ja też miałam 🙂 Po to żeby ważyć dziecko przed każdym karmieniem i zaraz po karmieniu. Służy to kontrolowaniu przyrostu masy. Prowadzi się zeszyt i zapisuje w nim każdy jeden gram. Nie chciałam tego robić, bo to dodatkowy stres…. I pamiętam jak ktoś mnie pytał (np. teściowa) ile je Flora czy Janka, czyli ile gramów pokarmu wysysa jednorazowo….paranoja 🙂 A ja tego nie wiedziałam… jak to ? Ano tak to!

Poza tym Polak Węgier dwa bratanki… kochamy się i rozumiemy, naprawdę!

Czego uczy Cię macierzyństwo na Węgrzech?

Kontrolowania przyrostu masy ciała dziecka….żartuję 🙂

Nie wiedziałam, że drzemie we mnie taki patriotyzm. Wzruszam się bardzo szybko w sytuacjach kiedy widzę jak moje dziewczyny czują się Polkami, bo nie oszukujmy się, mieszkamy tutaj i chyba wygodniej jest im czuć się Węgierkami. Chociaż to jest bardzo obszerny temat do dyskusji. Są dwujęzyczne, ja mówię tylko  po polsku do nich, ale one wiedząc, że mówię po węgiersku i rozumiem, w 80% odpowiadają po węgiersku. Nie daję za wygraną i nie odpuszczam – czyli wskrzesza się we mnie duch walki 🙂

Na uroczystościach w polskiej szkole z okazji polskich świąt płaczę jak nigdy przedtem przy takich okazjach, a jestem raczej z tych twardych niewzruszonych…

Uczę się jak być otwartą na innych, wytrwałości w realizowaniu swoich własnych projektów. Macierzyństwo na Węgrzech uczy mnie w pokonywania nieśmiałości, bo wiem, że muszę, ale i chcę, podejścia, że jak nie ja, to kto? Nieraz muszę przekraczać własne granice i potem dobrze się z tym czuję, zazwyczaj. Odkrywa przede mną bardzo dużo nowego…

Bardzo dziękuję Ci za rozmowę.

Rozmawiała: Ewa Moskalik Pieper

Zdjęcie: archiwum Joanny

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Ewa Moskalik - Pieper
Redaktor portalu Mamo Pracuj. Prywatnie spełniona, pełnoetatowa mama dwóch wspaniałych synów i żona, starająca się znaleźć swój patent na work - life balance. Absolwentka UJ. Miłośniczka kina, muzyki i książek.

Jestem dobrym przykładem, że jak się chce, to się da – Ewelina Wiercioch

Ewelina Wiercioch w 2013 r. złożyła papiery na kandydatkę na ratowniczkę TOPR i jest pierwszą po 30 latach przyjętą w szeregi elity kobietą - ratowniczką Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Czy było łatwo? - Przerażała mnie bardziej presja tego, że jestem sama jako kobieta i że nie do końca wszyscy są zadowoleni że jestem. To było bardzo trudne. Ale pokonałam to. Wiedziałam czego chcę - opowiada Ewelina, dziś również przewodniczka tatrzańska i międzynarodowa UIMLA, instruktorka narciarstwa zjazdowego, narciarstwa wysokogórskiego (ski-tourowego) oraz wspinaczki sportowej. Wybrała góry, bo tam odkryła siebie.
  • Ewa Moskalik - Pieper - 12/06/2019
Ewelina Wiercioch

Ewelina jesteś pierwszą od ponad trzydziestu lat kobietą – ratowniczką TOPR. Znałaś tę organizację od środka, pracowałaś w administracji TOPR-u, Twój mąż był ratownikiem TOPR-u, jesteś córką prezesa TOPR-u i wiedziałaś, że pokutuje opinia, iż ratownictwo górskie to męskie zajęcie. A jednak zdecydowałaś się złożyć papiery. Co Tobą kierowało?

To było już dobrych kilka lat temu i moje emocje z tym związane są dzisiaj zupełnie inne. W tamtym czasie miałam bardzo trudny okres, byłam w trakcie rozwodu, przeżywałam rewolucję w życiu. Potrzebowałam bodźców, żeby się trzymać i jakoś przetrwać. Podchodzę do życia zadaniowo i tak też podeszłam do tego wyzwania.

Pracowałam w administracji kilka lat, obserwowałam pracę ratowników. Ja również nieustannie byłam w górach, w tamtym czasie startowałam w zawodach zarówno w narciarstwie wysokogórskim, jak i wspinaczkowym. Byłam aktywna. Pewnego dnia, będąc tradycyjnie po pracy na treningu na nartach skiturowych stwierdziłam… czemu nie spróbować. Naczelnik TOPR także delikatnie mnie namawiał. I stało się. Złożyłam papiery na staż kandydacki do TOPR.

Jak zostało to przyjęte w środowisku?

Oj działo się. To była dla mnie stresująca sytuacja. Zrobiłam pewnego rodzaju rewolucję w TOPR, bo po tylu latach nikt się nie spodziewał, że nagle w TOPRze pojawi się kobieta. Był to gorący okres. Nie wszyscy byli zadowoleni. Zrobiło się wokół tego wydarzenia bardzo głośno, zarówno w Zakopanem, jak i w mediach. Dałam z siebie wszystko i udało się. Dzisiaj mogę powiedzieć, że jestem z siebie dumna. Nie zraziłam się, tylko konsekwentnie realizowałam to, co sobie założyłam.

Samo przyjęcie do elity Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratowniczego to jeszcze nie koniec. Jak wygląda droga do zostania ratownikiem?

Droga aby zostać ratownikiem jest dość długa. Początek tej drogi bierze się od naszej pasji chodzenia po górach. Oczywiście to nie tylko chodzenie po szlakach, ale także poza szlakami, wspinanie, czy bardzo dobra umiejętność jazdy na nartach. Nasze doświadczenie górskie, wykaz działalności to takie nasze CV.

Dodatkowo należy zdać egzaminy wstępne na staż kandydacki: medyczny, test kondycyjny na Kasprowy Wierch, wspinanie, jazdę na nartach po trasach i poza trasami, czy z topografii Tatr. Musimy mieć dwóch wprowadzających (opiekunów), którzy za nas ręczą, i którzy się nami „opiekują” podczas stażu kandydackiego.

Staż kandydacki trwa dwa lata. W tym czasie mamy cały szereg szkoleń z technik ratowniczych zarówno w lecie, jak i w zimie. Każde szkolenie zakończone jest egzaminem. Musimy także dyżurować i brać udział w wyprawach ratunkowych. Cały staż zakończony jest egzaminem. Po dwóch latach i po pomyślnym zaliczeniu wszystkiego zostajemy ratownikami ochotnikami TOPR 🙂

Podczas uroczystości Dnia Ratownika składamy Naczelnikowi TOPR przysięgę ratowniczą. To jest bardzo ważne wydarzenie. Zostaje w głowie chyba do końca życia. Ja moją przysięgę składałam w dolinie 5 Stawów Polskich.

Nie przerażały Cię te wszystkie testy, szkolenia, wyprawy? Miałaś chwilę zwątpienia?

Nie przerażały mnie szkolenia, dyżury czy wyprawy. Tym byłam podekscytowana, bo podnosiłam swoje umiejętności. To był super czas, ale miałam krótkie chwile zwątpienia. Tak jak wspomniałam, to był dla mnie ciężki okres i dużo się wówczas nałożyło.

Przerażała mnie bardziej presja tego, że jestem sama jako kobieta i że nie do końca wszyscy są zadowoleni że jestem. To było bardzo trudne. Ale pokonałam to. Wiedziałam czego chcę. Poza tym mój tata i moja rodzina bardzo mnie wspierali.

Jak wygląda praca ratownika?

W TOPR jest grupa ratowników zawodowych, którzy pracują na „etacie” i grupa ratowników ochotników. Ja jestem ratownikiem ochotnikiem. Praca ratownika zawodowego od ochotnika różni się tym, że Ci pierwsi pracują w systemie 12 godzinnym przez 7 dni, a następnie mają 7 dni wolnego. Ratownik ochotnik ma konieczność być na dyżurach społecznych co najmniej 120 godzin w ciągu roku.

Dyżurować możemy zarówno w Centrali TOPR, która znajduje się w Zakopanem, jak i w schroniskach. Jeśli jest wyprawa, a nas nie ma na Centrali to dostajemy informacje sms. Jeżeli mamy możliwość, to bierzemy udział w wyprawie.

Jesteś też przewodniczką tatrzańską, instruktorką narciarstwa zjazdowego, wysokogórskiego oraz wspinaczki sportowej. Wspólnie z ojcem, siostrą i mężem prowadzicie rodzinną firmę TAMiTU Tatry. Z Grzegorzem, Twoim mężem poznaliście się jeszcze w TOPR.

Tak, jestem w górach non stop. Albo prywatnie albo w pracy albo społecznie, jako ratownik albo na wakacjach – też w górach. Jak ja to wytrzymuje? 🙂 Na szczęście mam farta, bo cała moja rodzina chodzi po górach, dzięki temu się rozumiemy. To prawda, prowadzimy małą rodzinna firmę TAMiTU Tatry, która zajmuje się organizowaniem wypraw w góry. Jestem szczęśliwa, że pracuje z moim mężem. Rozumiemy się doskonale. Dodatkowo on jest także Ratownikiem TOPR, więc wspólnie chodzimy na dyżury.

Grzesia znam od dawna, ale nasze drogi zeszły się dopiero kilka lat temu. Przyznam, że wcześniej nie za bardzo się lubiliśmy 🙂 On był także przeciwnikiem kobiety w TOPR, brrr… do dzisiaj za to przeprasza 🙂 🙂 Nie znał mnie. Teraz już wie, że sobie dobrze radzę. Ale to wszystko nas połączyło. Cieszę się, że nasza pasja to także nasza praca, choć ma to także ciemne strony.

A jakie są ciemne strony tej pracy?

Każda praca ma swoje plusy i minusy. W mojej plusem jest to, że łączę pasję z pracą, że jestem w ciągłym ruchu, poznaję sporo świetnych ludzi, z niektórymi zawiązały się przyjaźnie. Niestety bywam bardzo zmęczona fizycznie i psychicznie. Moje życie nie kończy się po przyjściu z gór do domu, gdzie przeważnie każdy już odpoczywa. Po powrocie dopiero zaczynam życie, mam rodzinę i sporo różnych obowiązków. W górach opowiadam za ludzi, za ich bezpieczeństwo, a w domu za moją rodzinę.

Muszę też bardzo o siebie dbać. Moja działalność obarczona jest ryzykiem kontuzji, nie mogę sobie pozwolić na żadne problemy zdrowotne. No i… moja praca związana jest z czynnikiem, na który zupełnie nie mam wpływu – pogodą. A w Tatrach bywa bardzo kapryśnie 🙂

Staram się utrzymać balans pomiędzy pasją a pracą. Niestety oddając się przewodnictwu mam bardzo mało czasu, żeby być w górach wyłącznie dla siebie, z mężem czy z córką. Oczywiście znalazłam sposób żeby to w pewien sposób łączyć. Często pracuje z Grzesiem, a córkę biorę ze sobą jak idę z zaprzyjaźnionymi Klientami lub na łatwe szlaki. Mimo pewnych trudności cieszę się, jak obserwuje ludzi, którzy się rozwijają, zaczynają o siebie dbać, a niektórzy przewartościowują swoje życie.

Co jest takiego w górach, że pod ich wpływem ludzie zmieniają swoje życie?

To jest pasja. To nie muszą być góry, to może być cokolwiek co wciąga człowieka bez reszty, coś co jest tylko jego i nikt, ale to nikt mu tego nie zabierze. Pasja trzyma przy sobie podczas różnych zakrętów, trudności. Ja wybrałam góry. To prawda, zmieniły moje życie, bo znalazłam w nich coś wartościowego, odkryłam siebie.

Dzięki nim pokonuje różne bariery, jestem silna, twarda i konsekwentna, dążę w nich zawsze do celu. A żeby go osiągnąć – muszę się zmęczyć, czasami mocno zawalczyć. Nic nie przychodzi od tak i tego w nich uczę moją córkę. To także miejsce, w którym odpoczywam, w którym mam spokój. W górach nie muszę się spieszyć, myśleć o problemach „na ziemi”. W nich liczą się zupełnie inne rzeczy.

To ile czasu w ciągu roku spędzasz w górach? Da się to zliczyć?

🙂 Nie da, myślę, że co najmniej 6 dni w tygodniu. Czasami mam dość, ale zazwyczaj po dniu odpoczynku już mnie ciągnie. Nie mogę wysiedzieć w domu, nie lubię się nudzić. Fajnie jest coś robić. To nie zawsze są wysokogórskie wycieczki, wystarczy, że pójdę pobiegać i już jest dobrze 🙂

Jeszcze nie wspomniałyśmy o jednej ważnej roli w Twoim życiu – jesteś mamą nastoletniej już Oli. Czy Ola podziela Twoją pasję do gór?

Tak, moja córka ma już prawie 15 lat, kiedy to zleciało…? Ola podziela moją pasję do gór, choć nie w takim stopniu jak ja 🙂 Najbardziej lubimy się wspinać, a w zimie chodzić na skiturach. Moja córka jest przede wszystkim artystką. Dostała się do świetnego liceum plastycznego w Zakopanem. Moim zadaniem jest ją wspierać i pokazywać na własnym przykładzie, że wszystko jest możliwe i że fajnie jest fajnie żyć, z pasją.

W górach uczę ją przełamywania własnych barier, które potem wykorzystuje we własnym rozwoju. Ja też dużo zyskuję, bo „zmusza” mnie, żebym z nią jeździła po wszystkich muzeach sztuki nowoczesnej. Jak tylko pojawia się nowa wystawa to jedziemy. Raz w roku zabieram ją też do wybranej stolicy europejskiej, żeby mogła zobaczyć dzieła największych artystów. Przyznam, że te podróże są dla nas wszystkich fajne, to idealna odskocznia od gór.

Ewelina wspomniałaś mi wcześniej, że chcesz się angażować we wszelkie akcje pomagające kobietom. Czy nadal realizujesz projekt „Kobiety na szczytach”? – który ma na celu zachęcanie kobiet do chodzenia po Tatrach.

Tak, w tym roku kładę duży nacisk na kobiety. W wakacje będę organizowała wyjścia tylko dla kobiet o różnym stopniu trudności. Chcę pokazać, że góry są dostępne. Oczywiście wszystko musi odbywać się z głową. Ponadto chciałabym aktywować kobiety i przez góry pokazywać, że można i że warto mieć coś tylko dla siebie. Chciałabym żeby przestały się bać.

W tym roku kończę 40 lat, to jakiś mały przełom w moim życiu. Niektóre kobiety: młodsze, starsze które spotykam, z którymi chodzę po górach opisują się jako stare, wszystkie grube 🙂 „zablokowane”, przeważnie źle o sobie mówią. Zupełnie nie wiem skąd się to bierze? Myślę, że jestem dobrym przykładem na to, że jak się chce, to się da. Nie można szukać wymówek, tylko działać.

Kobiety w górach są także często postrzegane troszkę z przymrużeniem oka. Przyznam, że dzisiaj na szlakach spotykam w większości kobiety. Zachęcam Was dziewczyny do działania!

Nasuwa mi się taki analogiczny wniosek, że skoro dzisiaj kobiety coraz częściej wybierają na swoje wędrówki górskie szczyty, wysokie szczeble kariery też są dla nich do osiągnięcia. Jak myślisz?

Oczywiście, że są! Dla każdej z nas. Niestety kobiety wciąż są dyskryminowane, w górach także, ale to nie oznacza, że mamy przestać próbować! Żyję w rejonie, w którym jest ogromny patriarchat. Nie godzę się na to, ale przyznam, że życie wbrew zasadom, przyzwyczajeniom, pewnym zwyczajom akceptowalnym społecznie wcale nie jest łatwe. To nieustająca walka. Nie sądzę jednak, żeby to był powód rezygnowania z samej siebie i z własnego podejścia do życia, swoich ambicji! Musimy się wspierać drogie dziewczyny.

Bardzo Ci dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Ewa Moskalik Pieper

Zdjęcia: archiwum Eweliny

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Ewa Moskalik - Pieper
Redaktor portalu Mamo Pracuj. Prywatnie spełniona, pełnoetatowa mama dwóch wspaniałych synów i żona, starająca się znaleźć swój patent na work - life balance. Absolwentka UJ. Miłośniczka kina, muzyki i książek.

Powrót taty? Polskie ojcostwo: pełny etat czy praca dorywcza?

Czy pojawienie się dziecka w równym stopniu zaważa na życiu obojga rodziców? Czy bycie tatą to praca dorywcza czy na pełen etat? Jak współczesne ojcostwo wpływa na życie zawodowe mężczyźni i jak to jest zostać tatą w dzisiejszych czasach? Prezentujemy wyniki raportu Nationale-Nederlanden - pracodawcy, który od kilku lat współpracuje z naszą Fundacją i wspiera pracujących rodziców!
  • Redakcja portalu Mamo Pracuj - 12/06/2019
ojciec z przytulonym dzieckiem na rękach

Jakie jest współczesne polskie ojcostwo?

Według raportu przygotowanego przez firmą Nationale-Nederlanden – ponad 60 proc. ojców deklaruje, że spędza z dzieckiem średnio 3-8 godzin dziennie.

Nieco krytyczniej, niż mężczyźni, oceniają to zaangażowanie w opiekę nad potomstwem kobiety. Natomiast ponad 80 proc. ojców chciałoby poświęcać swoim dzieciom więcej czasu.

Co jest najtrudniejsze w byciu ojcem

Co jest najtrudniejsze w byciu tatą?

Wielu mężczyzn deklaruje, że ojcostwo to jedno z większych w ich życiu wyzwań. A prawie 1/3 panów uważa, że najtrudniejsza w byciu tatą jest umiejętność wspierania dziecka na każdym etapie jego rozwoju oraz bycia dla niego autorytetem.

O bycie autorytetem i wsparciem dla swojego dziecka, częściej martwią się też panowie przebywający w związkach partnerskich niż w małżeństwach.

Z raportu Nationale-Nederlanden wynika również, że co czwarty mężczyzna chce przygotować się do roli ojca i robi to m.in. poprzez:

  • wymianę doświadczeń z innymi ojcami (25 %),
  • czytanie literatury na temat wychowania dziecka (17 %) – potwierdza to tylko co dziesiąta kobieta,
  • sięganie po wiedzę w internecie (16 %),
  • uczęszczanie do szkoły rodzenia (15 %).

Co dziesiąty tata przyznaje, że brakuje mu pomysłów na spędzanie czasu z dzieckiem. Natomiast co piąta kobieta twierdzi, że jej partner ma takie problemy. Tymczasem 64 proc. mężczyzn uważa, że zawsze umie zaplanować takie aktywności

Narodziny dziecka a kariera zawodowa taty

Wyniki badania pokazują, że mężczyźni, którym urodziło się dziecko mniej czasu poświęcają na swoją karierę. Prawie 40% Polaków twierdzi, że odkąd w ich życiu pojawiło się dziecko, poświęcają mniej czasu na pracę. Natomiast co czwarty świeżo upieczony tata nie widzi różnicy.

39 proc. ojców natomiast przyznaje, że to partnerka zajmuje się większością obowiązków domowych, a zaledwie 7 proc. kobiet dostrzega, że partner przejął większą odpowiedzialność w tym zakresie.

Połowa mężczyzn twierdzi również, że dzielą się obowiązkami domowymi po równo. Potwierdza to tylko 29 % kobiet 🙂

Największe nierówności w opiece nad dziećmi występują wśród rolników, a najmniejsze wśród pracowników umysłowych.

Godzenie życia zawodowego z rodzinnym

Wychowanie i wykształcenie dziecka

Aż 89 % mężczyzn twierdzi, że pozwala dziecku na swobodne rozwijanie swoich talentów. Natomiast 73 % panów przyznaje się, że buduje zainteresowania dziecka z myślą o jego przyszłym zawodzie.

Mężczyźni też w zdecydowanej większości chętniej pozwalają dzieciom uczyć się na własnych błędach oraz dają dzieciom poczucie niezależności i swobody. Również w ramach poczucia swoich obowiązków rodzicielskich panowie często angażują się w rozwiązywanie problemów dziecka z rówieśnikami.

Dyscyplina

W ramach korygowania zachowania dzieci, panowie najchętniej stosują upomnienia i rozmowy dyscyplinujące oraz ograniczanie czasu spędzonego przed komputerem lub smartfonem. Takie formy kary najczęściej stosują w sytuacjach gdy dziecko niewłaściwie się zachowa, skłamie lub nadużyje zaufania rodziców.

W jakich sytuacjach stosuje się kary wobec dzieci

Finanse

Panowie aż w 80 % przyznają, że chętnie wspierają swoje dzieci finansowo poprzez dawanie im kieszonkowego. Podobny procent mężczyzn przyznaje również się do fundowania dzieciom wakacji oraz szkoleń. A 77 % respondentów przed 30 – stką przyznaje się do spełniania zachcianek swoich pociech.

Ograniczenie własnych wydatków

Dziecko zmienia wiele płaszczyzn życia obojga rodziców. Okazuje się również, że blisko 3/4 mężczyzn ogranicza wydatki na siebie po pojawieniu się na świecie dziecka. Z taką postawą częściej można się spotkać wśród mieszkańców wsi, niż dużych miast.

Odkąd mam dziecko mniej czasu poświęcam na pracę zawodową

Oszczędzanie na przyszłość

Panowie aż w 56 % deklarują posiadanie oszczędności przeznaczonych na tzw. „lepsze jutro” swoich dzieci. Do takich oszczędzanych pieniędzy najczęściej przyznają się mieszkańcy średnich miast (61 %). 1/4 rodziców wskazała moment narodzin dziecka jako ten, w którym zaczęli myśleć o zabezpieczeniu finansowym dziecka. Natomiast 47 % badanych przyznaje, że nie odkłada żadnych pieniędzy dla swojego dziecka.

Pełny raport dostępny w biurze prasowym Nationale-Nederlander >>>

A jeśli chcesz dowiedzieć się jak Nationale-Nederlanden wspiera pracujących rodziców przejdź do nasze Bazy Pracodawców Przyjaznych Mamie >>> 

Źródło: materiał Nationale-Nederlanden

Zdjęcie i grafiki: raport Nationale-Nederlanden

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Redakcja portalu Mamo Pracuj
Chcę otrzymywać inspiracje, pomysły i sugestie jak pracować i nie zwariować.
Newsletter wysyłamy raz na 2 tygodnie
Może Cię zainteresować także:
Uwaga. Strona wykorzystuje pliki cookies. Informacje uzyskane za ich pomocą wykorzystywane są w celach statystycznych. Pozostając tu godzisz się na ich zapisywanie w Twojej przeglądarce. ×

Email marketing powered by FreshMail
 

Email marketing powered by FreshMail
 

Email marketing powered by FreshMail