Czego szukasz

Godzę obie role – mamy i pracownika – historia Agnieszki z Irlandii

Urzekła mnie historia Agnieszki. Czyta się ją trochę jak książkę. Agnieszka to mama – bohaterka naszego cyklu #mama za granicą. Tym razem mniej o tym jak wygląda system wsparcia dla młodej mamy za granicą, a więcej o tym jak macierzyństwo nie przeszkadza w podróżowaniu, ale rozwija, dodaje skrzydeł, pozwala na rozwijanie swoich pasji i spełnianie się po prostu jako mama. Poznajcie historię Agnieszki, mamy trójki dzieci i zaraźcie się jej energią i pasją.

  • Ewa Moskalik - Pieper - 15/08/2018

Agnieszko dzisiaj mieszkasz w Irlandii, ale Twoja przygoda z emigracją zaczęła się od Anglii. Opowiedz skąd decyzja o wyjeździe z kraju i jak to wszystko się zaczęło?

Do 30 – stki wiodłam bardzo zwyczajne i przewidywalne życie – studia z zakresu Informacji Naukowej i Bibliotekoznawstwa w Krakowie, ze specjalnościami edytorstwo oraz informacja naukowa, po dyplomie praca w bibliotece prywatnej uczelni biznesowej jako specjalista ds. informacji naukowej, po drodze różne kursy, awanse, studia podyplomowe z Informatyki Stosowanej, związane z tym nowe funkcje w pracy – w zasadzie praca była moją pasją i spełniałam się w niej.

Tuż przed trzydziestką, dostałam nową atrakcyjną propozycję pracy, zmieniłam miejsce zamieszkania, zaczęłam nawet remont domu, podpisałam umowę i pojechałam na krótki urlop w odwiedziny do kolegi ze studiów, który mieszkał w Anglii. To miało być parę dni na zwiedzanie Londynu, ale zakochałam się … podwójnie, i w nim i w Anglii.

Nalegał bym została już od razu, a skoro już podpisałam umowę, wróciłam do Polski, przepracowałam okres próbny, w zasadzie wykonałam pewien projekt, który bardzo wiele mnie nauczył i dał mi mnóstwo zawodowej satysfakcji, rozwiązałam umowę, uporządkowałam polskie sprawy i po trzech miesiącach przeprowadziłam się do Anglii.

Tam zaczęłam nowe życie, zupełnie inne od tego, które znałam, ale dość szybko się zaaklimatyzowałam, znalazłam pracę w biurze dużej firmy logistycznej, robiłam wszelkie możliwe brytyjskie uprawnienia, zdałam nawet brytyjską maturę z angielskiego i z matematyki, bo niestety moje dyplomy, certyfikaty i inne kwitki wydane przed wstąpieniem do UE, nic tam nie znaczyły. Moje doświadczenie z Polski również nie. Tam liczyło się lokalne.

Podjęłaś można powiedzieć męską decyzję i bardzo szybko zmieniłaś swoje życie 🙂

Tak, już po roku wzięliśmy ślub, znalazłam też inną pracę, prowadziłam biuro agencji pracy tymczasowej, a jakiś czas później zaszłam w ciążę. Pracowałam do końca i miałam plan, by po urlopie macierzyńskim wrócić do pracy.

Wszystko było ustalone z szefem, starszym angielskim gentlemenem, ale kilka dni przed powrotem, okazało się, że pan jest starej daty i w sumie uważa, że miejsce młodej matki jest w domu z dzieckiem. Byłam na niego wściekła, ale zachował się przyzwoicie, bo dał mi należną odprawę, a nawet nieco więcej, no i w pewien sposób miał rację.

Wracając do pracy musiałabym małe, 9 miesięczne dziecko zostawić z opiekunką, co w sumie nie wchodziło w grę, bo uważam, że albo jest się mamą albo zaangażowaną pracownicą. Nie da się tego pogodzić, a dzieci tak szybko rosną, że naprawdę warto z nimi spędzić te pierwsze lata, a nie zostawiać je z obcą opiekunką.

Rozumiem, że mogłaś sobie też materialnie pozwolić na pozostanie z dzieckiem w domu?

Miałam ten komfort, że na życie zarabiał mąż, a ja mogłam zajmować się dzieckiem i domem. A i Wielkiej Brytanii matki mają trochę więcej przywilejów niż w Polsce, jak na przykład lata spędzone z dzieckiem są kredytowane do emerytury, tak więc nie ma przymusu i tak ogromnego ciśnienia na powrót do pracy.

Moja praca nie musiała być źródłem dochodu, a raczej satysfakcji, możliwości rozwoju i spotkań z ludźmi, dodatkowych pieniędzy, ale nie za wszelką cenę.

Czy w czasie gdy byłaś z dzieckiem w domu robiłaś coś dla swojego rozwoju?

Tak, za pieniądze uzyskane z odprawy zrobiłam jeszcze kilka uprawnień i otworzyłam własną działalność gospodarczą – uczyłam Polaków angielskiego, Anglików polskiego. Zajmowałam się tłumaczeniami ustnymi, pisemnymi, po paru miesiącach nawiązałam współpracę z kancelarią prawną zajmującą się odszkodowaniami za wypadki komunikacyjne i w miejscach pracy. I to był mój największy zleceniodawca.

Przez półtora roku robiłam dla nich tłumaczenia, spotykałam się z klientami, głównie polskimi, w ich domach, wypełniałam z nimi formularze w języku angielskim, bo wielu nie mówiło po polsku, zbierałam niezbędną dokumentację i cały pakiet odsyłałam je do kancelarii. Byli bardzo prężną firmą, a ja byłam ich jednym przedstawicielem w obrębie trzech hrabstw, więc zlecenia sypały się tak, że czasem musiałam odmawiać, bo nie nadążałam z obowiązkami domowymi i podróżami do klientów. Pomagałam też Polakom w wizytach w szpitalach, bankach, załatwianiu różnych formalności urzędowych. Prowadzenie jednoosobowej działalności w UK jest łatwe, przyjemne i kosztuje nieco mniej niż w Polsce.

Czyli jednak dla Ciebie pozostanie z dzieckiem w domu nie oznaczało braku działań zawodowych. Byłaś i jesteś bardzo aktywną mamą.

Moją największą pasją jest pisanie, mam specjalność edytorską, zawsze pisałam, a to do gazetek szkolnych, a to do wewnętrznych biuletynów w pracy, a to teksty naukowe w pracy, dlatego też szybko nawiązałam współpracę z polskimi magazynami, pisałam dla nich artykuły, felietony, razem z koleżanką prowadziłyśmy też portal dla kobiet w naszym hrabstwie, pisałam tam artykuły na temat historii i atrakcji turystycznych naszego hrabstwa. Stało się to zaczątkiem ebooka, jaki stworzyłam wspólnie z mężem, pierwszego polskiego przewodnika po Northamptonshire.

Oboje uwielbiamy podróże, zwiedziliśmy pół Anglii, ja pisałam o tych miejscach, przeczesywałam źródła w bibliotece, by zebrać jak najwięcej informacji, mąż robił zdjęcia. Chciałam, żeby zostało nam coś na pamiątkę, z pobytu w Northamptonshire, bo tam spędziliśmy pierwsze chwile naszego małżeństwa i życia rodzinnego. Oboje jako niespokojne duchy nie lubimy siedzieć w jednym miejscu i wiedzieliśmy, że prędzej czy później zmienimy miejsce zamieszkania i nie będziemy wiecznie mieszkać w Northamptonshire.

Publikacja Waszego ebooka zbiegła się z narodzinami drugiego dziecka, synka, który urodził się z ciężką postacią alergii pokarmowej. Wiem, że nie miałaś już tyle czasu na pracę i też nastąpiły w Waszym życiu kolejne zmiany…

Tak, nasz synek w zasadzie niewiele mógł jeść, miał też bardzo silną postać AZS. Nie miałam już czasu na pracę, mały wymagał opieki przez całą dobę, kąpieli po kilka razy dziennie, smarowania specjalnymi kremami, również w nocy, bo nie mógł z tego powodu spać. Zrezygnowałam z wszystkich zawodowych zajęć.

Kilka miesięcy później mąż otrzymał ciekawą propozycję pracy w Irlandii. Starsza córka miała prawie 4 lata, w Anglii musiałaby zacząć już szkołę, dlatego był to odpowiedni czas by wyjechać, zanim została wciągnięta w system edukacyjny. Najpierw pojechał mąż, poszukał dla nas domu i za kilka tygodni dołączyliśmy do niego.

To był czerwiec 2014 roku, dokładnie w dniu jego wyjazdu dowiedziałam się, że będziemy mieli trzeciego dzidziusia, też to nam trochę zmieniało plany, bo znalazłam się w obcym kraju, z zupełnie innym, bo prywatnym systemem służby zdrowia, w ciąży, bez lekarza, ale szybciutko to ogarnęliśmy. Moje plany zawodowe też trochę się zmieniły, bo z trójką dzieci już nie mogłam być tak dyspozycyjna jakbym chciała i zrobiłam sobie zupełną przerwę na macierzyństwo.

Najstarsza jeszcze nie musiała tu iść do szkoły, panują inne zasady niż w UK, chodziła do przedszkola, gdzie szlifowała angielski, ja byłam tylko mamą, zajmowałam się nią i młodszym dzieckiem, który nadal chorował na alergię i AZS ( w sumie poprawa skóry następuje dopiero teraz, a z jedzeniem nadal jest problem, dlatego musimy gotować mu specjalne dania, unikając alergenów).

Urodziłam trzecie dziecko, i przez ponad dwa lata zawodowo nie robiłam nic, z braku czasu. Wykorzystałam ten czas na rozwój własny, na swoje pasje, np. nauczyłam się szyć, spędzałam też dużo czasu z dziećmi, zwiedzaliśmy Irlandię. Czytałam im, z małą poznawałam polskie literki, polskie książki. Gdy zaczęła szkołę irlandzką, uczestniczyłam w wielu kursach dla rodziców, bo są takie od językowych, komputerowych, po zupełnie hobbystyczne. Uczęszczałam na kurs kreatywnego pisania, rozwijałam swoje literackie i pisarskie pasje w języku angielskim.

Twoja najmłodsza córka skończyła dwa latka, a Ty stwierdziłaś, że czas by zrobić coś jeszcze, by za parę lat wrócić na rynek pracy.

Poszperałam w sieci, w biurach doradztwa zawodowego i rozpoczęłam studia z księgowości i biznesu na jednym z dublińskich college – studia w trybie online, w dogodnym dla siebie czasu, które wyglądają naprawdę imponująco jeśli chodzi o poziom zajęć, materiały, ćwiczenia i kontakt z wykładowcami, przygotowanie praktyczne.

Takie studia równocześnie przygotowują do zdawania egzaminów ACCA – jednej z najstarszych instytucji zrzeszającej księgowych, zdaję je jednym w certyfikowanych centrum egzaminacyjnych w Dublinie, również w dowolnie wybranych przeze mnie terminach, gdy czuję się gotowa, zapisuję się i podchodzę do egzaminu. Na razie zdałam pięć takich egzaminów, z siedmiu, które planuję.

Mam już cztery certyfikaty, jak na razie uprawniają mnie one do wykonywania czynności księgowego w małych i średnich przedsiębiorstwach – i właśnie kilka miesięcy temu, zupełnie przypadkiem, otrzymałam propozycję prowadzenia finansów średniej irlandzkiej spółki handlowej. Zostałam rzucona na dość głęboką wodę, przejęłam ten dział tuż pod koniec roku finansowego, który w Irlandii kończy się 31 marca. Moja poprzedniczka odeszła nagle i zostawiła nieco nieuporządkowane papiery, a ja weszłam w to i praktycznie z dnia na dzień zostałam sama. Miałam z nią tylko kilkugodzinne spotkanie na omówienie najważniejszych kwestii, reszta została dla mnie, ale poradziłam sobie, udało mi się wszystko uporządkować, uzupełnić, zamknąć rok.

Księgowość w Irlandii jest łatwiejsza, jest mniej przepisów, irlandzki Urząd Skarbowy również jest łaskawszy niż ten w Polsce. Deklaracje roczne, miesięczne i kwartalne składa się online, nie ma setek stron do wypełnienia, jest tylko kilka rubryk, wpisuję dane, zatwierdzam i już. Nie ma też tylu kontroli skarbowych.

Równocześnie nadal studiuję, by zdobyć dyplom, choć teraz, w natłoku obowiązków domowych i zawodowych mam mniej czasu na naukę, ale daję radę. Od ponad 10 lat nie mam telewizora, to bardzo dobry sposób na zajęcie się tym co ważne i nie tracenie czasu.

Posiadam uprawnienia pedagogiczne z zakresu nauk humanistycznych i od roku, w soboty uczę dzieci w wieku 10-12 lat języka polskiego, historii i polskiej przyrody w jednej z polskich szkół działających na terenie Irlandii. Nauczanie to też jedna z moich pasji i cieszę się, że mogę współtworzyć to miejsce i przekazywać młodym potomkom Polaków wiedzę o Polsce.

Jak sobie radzisz z takim natłokiem obowiązków, zarówno tych domowych, jaki i tych związanych z pracą zawodową? Jak to wszystko godzisz?

Studia z dziećmi to trudna sprawa, ale z pomocą męża daję rade. Praca i natłok zajęć pomagają mi w lepszym planowaniu czasu i paradoksalnie mam teraz więcej czasu dla dzieci i dla domu, bo idąc do pracy skupiam się na zadaniach, robię swoje, a wracając do domu, skupiam się na domu, dzieciach, ich rozwoju, rozrywkach, zajęciach dodatkowych.

Czuję się spełniona, bo godzę obie role – pracownika i mamy. No i trzecią – żony. Ale bez pomocy męża niedaleko bym zaszła. Uzupełniamy się i wspieramy. Nie pracuję na pełen etat, łącznie ze szkołą spędzam w pracy niewiele ponad 20 godzin w tygodniu, ale odciążyłam na tyle męża, że mógł zrezygnować z jednego dnia pracy i spędzamy teraz więcej czasu razem 🙂

Moje średnie dziecko we wrześniu kończy 5 lat i zaczyna szkołę, najmłodsza od pół roku jest w przedszkolu. Skupiam się też na nich, chcę spędzać z nimi czas. Małego przygotowuję do szkoły, dużo czytamy i rozmawiamy po angielsku, żeby rozwijał język, bo w domu mówimy głównie po polsku, ale po starszej córce widzę, że parę godzin dziennie w przedszkolu oraz irlandzcy znajomi, z którymi dużo rozmawiamy u dzieci czynią cuda – uczą się języka i akcentu błyskawicznie, więc myślę, że i on sobie poradzi.

Irlandzkie przedszkola są dość drogie, jedne z najdroższych w Europie, dlatego też niewiele mam wraca do pracy. Zostają z dziećmi przez kilka lat, a te lata również są kredytowane do emerytury. Przy dwójce czy trójce dzieci, nawet całym etatem nie zarobiły na opłaty, finansowo opłaca więc się siedzieć w domu i spędzać czas z dziećmi, dlatego Irlandki siedzą w domu.

W sumie większość Polek pracuje, dzieci zostawiają z opiekunkami, często przypadkowymi osobami, bez przygotowania, licencji, ubezpieczenia, ale za to biorącymi dużo mniej niż opiekunki z prawdziwego zdarzenia. To już indywidualna decyzja czy warto podjąć takie ryzyko dla paru groszy zarobionych poza domem.

A czy rząd w jakiś sposób wspiera kobiety, które chcą wrócić na rynek pracy po urodzeniu dziecka?

Są programy aktywizujące kobiety do powrotu na rynek pracy po przerwie, kursy, szkolenia, studia finansowane przez rząd. Wiele kobiet decyduje się na wolontariat. Na irlandzkim rynku pracy bardzo liczą się referencje, polecenia, opinie, a wolontariat oprócz zdobywania umiejętności potrzebnych na rynku pracy, daje też rekomendacje i potwierdzenie współpracy.

Wiek nie ma znaczenia w Irlandii, osoby po 40 czy 50 też pracują i również znajdują zatrudnienie. Prowadzenie działalności też jest łatwiejsze i tańsze niż w Polsce, mnóstwo ludzi decyduje się na świadczenie usług.

Jakie masz plany na przyszłość? Co zamierzasz robić jak dzieci już pójdą do szkoły?

Mam taki plan, gdy dzieci pójdą do szkoły i zyskam więcej czasu w ciągu dnia, by rozpocząć działalność świadczącą usługi dla small businessu, coś na kształt wirtualnego asystenta, zajmującego się prowadzeniem dokumentacji firmy, korespondencji, copywritingu, nadzoru nad serwisami www, social mediami, księgowością, wszystkim tym, co pożera w małej firmie najwięcej czasu, który można poświęcić na rozwój działalności, świadczenie usług.

Wiem, że wielu przedsiębiorców nie cierpi papierkowej roboty, a ja ją uwielbiam, więc myślę powoli o tym. Spełniałoby to moją potrzebę niezależności oraz możliwość wykorzystania moich umiejętności i doświadczeń, które nabyłam przez lata.

Myślałam też o kursach językowych dla Polaków, ale z własnego doświadczenia wiem, że oni niechętnie uczą się angielskiego, bo bez niego na Wyspach również można sobie poradzić, teraz gdy większość tam mieszkających to Polacy. No i nauka wymaga od kursanta nakładu pracy, a to też zniechęca.

W zasadzie ciągle się rozwijam, ciągle czegoś się uczę, mam kilka zawodów, a uważam, że im więcej umiejętności ma człowiek, tym większe ma szanse w świecie, szanse na ciekawe życie, na ciekawą pracę. I tego też uczę swoje i nie swoje, bo szkolne dzieci.

Bardzo Ci dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Ewa Moskalik Pieper

Zdjęcia: archiwum Agnieszki

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Ewa Moskalik - Pieper
Redaktor portalu Mamo Pracuj. Prywatnie spełniona, pełnoetatowa mama dwóch wspaniałych synów i żona, starająca się znaleźć swój patent na work - life balance. Absolwentka UJ. Miłośniczka kina, muzyki i książek.

Kalendarz wakacyjny DIY i rodzinna lista przyjemności

Jak pokazać dzieciom, że ponad 11 tygodni wakacji to dużo czasu i fajnie aby cieszyć się z każdego dnia? Jak pokazać, że czekają na nich różne atrakcje (wspólne wyjazdy, obóz czy wyjazd z babcią) ale też, że są dni kiedy musimy wymyślić coś fajnego aby było fajnie, po prostu? Z pomocą przyszły kredki, kartka i rodzinna burza mózgów. I tak powstają nasze wakacyjne kalendarze DIY! Co sądzisz o tym pomyśle?
  • Agnieszka Kaczanowska - 18/06/2019

Kalendarz wakacyjny DIY

Próbowałam pokazać na zwykłym kalendarzu ile mamy dni wakacji, co się będzie działo i kiedy. Ale to nie działało, to było jakieś abstrakcyjne… Dlatego razem z moją wesołą gromadką, już trzeci rok, przygotowujemy wakacyjne kalendarze DIY 😉

Każde dziecko, z moją pomocą lub bez (na szczęście w tym roku tylko jedno jej potrzebowało) ;-), rysuje na dużej kartce z bloku technicznego swój kalendarz. Zaznaczają każdy dzień wakacji i wszystkie już zaplanowane atrakcje: wyjazd z rodzicami, obóz w górach (starsze) czy to co chcieliby robić – każdego dnia.

A tak wyglądają  kalendarze moich dzieci 😉

Lista rodzinnych przyjemności

Aby nie było, że tylko oni „pracują”, ja w tym czasie spisuję listę przyjemności.

Lista przyjemności, to tworzona razem lista pomysłów na wspólne spędzenie czasu. Liczą się zarówno małe atrakcje jak lody, dużo lodów i jeszcze więcej lodów, jak i podróż wodnym tramwajem, jazda konna, spanie na kempingu czy odwiedziny koleżanek z nocowaniem, a nawet pomalowanie paznokci ;-).

Oczywiście rodzice też swoje przyjemności dodają (no może nie wszystkie trzeba pisać ;-))

Listę wieszamy na lodówce, czy w innym widocznym miejscu aby każdego dnia widzieć i planować kolejne przyjemności.

A może przyda Ci się nasze 101 pomysłów na udane wakacje? >>>

Co potrzebne aby powstał kalendarz?

  • Kartka A3 (njalepsza, nie za duża nie za mała) z bloku technicznego, może być kolorowa
  • Kredki, pisaki, co tam jeszcze chcecie 😉
  • Linijka i ołówek i gumka

No i jeszcze kartka dodatkowa na listę przyjemności 😉

Spodobał Ci się nasz pomysł?

Zrób swój kalendarz lub listę lub i jedno i drugie i podeślij do nas!

Na pewnie zaglądniemy!

Zdjęcia: własność autorki i jej dzieci 😉

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Agnieszka Kaczanowska
Współzałożycielka mamopracuj.pl, od dziesięciu lat rozwija swoje umiejętności łączenia życia rodzinnego i zawodowego i nawet jej to wychodzi! Lubi wyzwania i cieszy ją kiedy pracodawcy znajdują świetnych pracowników. Mama wesołej trójki, żona i miłośniczka kotów.  

Gdybym robiła remont generalny drugi raz, to…

Remont generalny to jest wyzwanie! Kto przeżył ten wie. Kto planuje, ten niedługo się dowie. Zwłaszcza jeśli zabieramy się za to pierwszy raz w życiu ;) Tak było w moim przypadku. Błędów oczywiście nie udało się uniknąć. Ale z efektu końcowego jestem zadowolona. Jeśli jesteś ciekawa na co dzisiaj zwróciłabym większą uwagę, to zapraszam do lektury artykułu!
  • Agnieszka Kumorek - 18/06/2019
kobieta i mężczyzna podczas remontu

Długo zabierałam się za opisanie naszej jesiennej „przygody”. W końcu minęło już pół roku odkąd wprowadziliśmy się do własnego mieszkania. Emocje opadły i mogłam na spokojnie pomyśleć nad tym, co zrobiliśmy dobrze, a co można było zrobić lepiej 😉

Bo z perspektywy czasu zmieniłabym kilka rzeczy, i…

…gdybym robiła remont generalny drugi raz, to…

Rezerwowałabym ekipę remontową dużo wcześniej

Wiedzieliśmy, że budowlańcy mają długie terminy oczekiwania, więc zaczęliśmy szukać ekipy (w naszym odczuciu) dużo wcześniej. Chcieliśmy, żeby remont zaczął się od września lub października, więc 3 miesiące wcześniej mąż obdzwaniał poleconych specjalistów.

Jak się okazało to już było za późno 😉 Ludzie z polecenia mieli zajęcie na pół roku do przodu, a nawet dłużej. Odpowiadali nam, że mogą przyjść, ale w grudniu…

Na szczęście nam jakoś się udało. Zapraszaliśmy kilka ekip i porównywaliśmy ich wyceny i nasze odczucia 😉 Remont generalny ruszył od końcówki września.

Moja rada: remont generalny, a nawet kupno mieszkania do remontu, warto zacząć od „zaklepania” dobrej ekipy.

Pamiętałabym, że ekipa to Twoi pracownicy a nie koledzy

Brzmi jak oczywista oczywistość. Klient płaci, klient wymaga. Ale kiedy ekipa ma tyle lat co ty, to można trochę o tym zapomnieć…a to niedobrze. „Koleżeńskie” relacje sprawdzały się, gdy wszystko szło dobrze.

Wiadomo jednak, że sielanka nie trwała cały czas i musieliśmy wyegzekwować oczywiste błędy, powiedzieć co nam się nie podoba, negocjować – wtedy rozmowa robiła się trudna.

Moja rada: warto zachować większy dystans z ekipą. Nie trzeba być bardzo oficjalnym, ale podział ma być jasny – zatrudniona osoba/fachowiec robi wszystko najlepiej jak się da, a zatrudniający wymaga i egzekwuje to, na co się umawialiście.

Przygotowałabym się wcześniej na to, że zgranie terminów i materiałów jest trudne 😉

Nie wiem do końca jak opisać ten punkt, bo jest bardzo obszerny. Przy remoncie dobrze mieć naprawdę mocnego skilla logistyki (albo mocne nerwy :P).

W umowie remontowej mieliśmy rozpisane etapy prac, co będzie potrzebne do ich realizacji itp. Nie mieliśmy gdzie trzymać materiałów, więc wszystko chcieliśmy załatwiać na bieżąco. No i się zaczęło… codzienne (a nawet częściej) wizyty w Castoramie, objazdówka po sklepach z drzwiami, wybór meblarza, który zrobi meble do kuchni na wymiar, dogadywanie się z terminem montowania paneli, ogarnięcie elektryki…

Ja nie zdawałam sobie sprawy, że po pierwsze: nawet na coś o standardowych wymiarach czeka się tak długo, po drugie: każdą z tych rzeczy montują inne osoby (o zgrozo), które trzeba ze sobą zgrać, bo inaczej prace stoją…

Nawet jak to piszę, to biorę dwa głębokie oddechy, bo wszystko mi się przypomina 😉

Moja rada/rady: przygotować się psychicznie, że tak już po prostu jest. Załatwiać wszystko najwcześniej jak się da (w końcu niektórych rzeczy nie trzeba przechowywać, np. zgód na podłączenie trzeciej fazy :P). Jeśli ma się taką możliwość, to wziąć ekipę, która zajmie się kilkoma rodzajami prac lub kompleksowo wszystkim.

Dwa razy zastanowiłabym się nad robieniem projektu mieszkania

To już jest rzecz bardzo względna. Znam wiele osób, które zrobiły projekt, trzymały się go i dzięki temu zaoszczędziły sporo czasu i nerwów. My podeszliśmy do tematu zbyt spontanicznie. Zrobiliśmy projekt, podobał się nam… i na tym się skończyło 😉 Nie płaciliśmy za opcję z dokładnymi wymiarami… a przy rynku wtórnym niestety co chwilkę wychodziły nowe kwestie pod tytułem „tego się tak nie da zrobić”. To wystająca rurka, to ściana nie-nośna, ale z żelbetonu 😉 , to drzwi, które były 70, ale nowe 70 już nie pasują, konieczność zrobienia podwieszanego sufitu lub ściana, która musi pójść pod innym kątem, bo „coś tam”.

Sporo rzeczy musieliśmy modyfikować/zmieniać w trakcie.

Moja rada: robić projekt od A do Z, nie bać się dopłacić za dokładne wymiary itd. Inaczej może się okazać, że z niego po prostu nie skorzystamy 😉

Na koniec podsumuję, co w moim odczuciu zrobiliśmy dobrze (taki optymistyczny akcent) 🙂

  • wszystko było zapisane w umowach i na wszystko – WSZYSTKO – braliśmy pisemne zgody, dzięki czemu uniknęliśmy kilku mało przyjemnych sytuacji;
  • przed remontem, w trakcie i po poprosiliśmy znajomego, który zna się na budowniczych kwestiach i który powiedział nam: na co mamy zwrócić uwagę, co jest zrobione super, a do czego ekipa ewidentnie się nie przyłożyła;
  • nie kupowaliśmy najtańszych materiałów, dużo czasu poświęcaliśmy na porównywaniu stosunku ceny do jakości produktów – dzięki czemu z większości jesteśmy bardzo zadowoleni;
  • poinformowaliśmy wcześniej sąsiadów o planowanym remoncie, wywiesiliśmy też kartkę, że „przepraszamy za niedogodności” i dbaliśmy, żeby na korytarzu każdego dnia był porządek a prace nie przedłużały się do późnego wieczoru;
  • prawie codziennie byliśmy w mieszkaniu, żeby zobaczyć postępy prac, dzięki czemu na bieżąco mogliśmy ustalać z ekipą co jest ok, a co chcemy zmienić. Przy rynku wtórnym okazało się to bardzo ważne – wychodziło mnóstwo rzeczy, które zmuszały nas do zmiany wcześniejszych planów.

Remont generalny przeżyliśmy. W najbliższym czasie nie chcemy do tego wracać 😉 Wiemy już, że jest to bardzo czasochłonne zajęcie, które wymaga sporo cierpliwości.

Dzisiaj siedzimy w naszym salonie i wspominamy to wszystko z uśmiechem 🙂
Tobie też tego życzę. Powodzenia!

Zdjęcie artykułu: źródło 123rf.com

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Agnieszka Kumorek
Jestem osobą, która nie potrafi się nudzić. Lubię różnorodność, dlatego skończyłam studia łączące zajęcia humanistyczne, graficzne i informatyczne. Odpoczywam podczas długich spacerów, a znajomi wiedzą, że dobrej herbaty w miłym towarzystwie nigdy nie odmówię.
Chcę otrzymywać inspiracje, pomysły i sugestie jak pracować i nie zwariować.
Newsletter wysyłamy raz na 2 tygodnie

Może Cię zainteresować także:

Uwaga. Strona wykorzystuje pliki cookies. Informacje uzyskane za ich pomocą wykorzystywane są w celach statystycznych. Pozostając tu godzisz się na ich zapisywanie w Twojej przeglądarce. ×

Email marketing powered by FreshMail
 

Email marketing powered by FreshMail
 

Email marketing powered by FreshMail