Czego szukasz

Akceptacja pewnego chaosu – wywiad z Grażyną – przedsiębiorczą mamą 5 dzieci

– Sztukarnia pomogła mi w macierzyństwie. Miałam odskocznię, mogłam oderwać się od „pieluchowej” rzeczywistości. To mi też dawało pewną moc. Jak załatwiałam coś w urzędach i wracałam do dzieci, to czułam, że jestem cała dla nich, bo swoje potrzeby na dziś zrealizowałam – opowiada Grażyna, mama 5 dzieci.

  • Natalia Gozdowska - 04/03/2020
Grażyna Tynel

Grażyno, jesteś ekonomistką, masz wykształcenie ścisłe. Jak to się stało, że zawodowo związałaś się z zupełnie z innym obszarem?

Kończyłam SGH i po studiach zaczęłam od razu pracę w banku. W międzyczasie urodziłam dwójkę dzieci. Miałam jednak poczucie, że bankowość to nie jest coś, czym chciałabym się zajmować. Pierwszym impulsem do założenia pracowni artystycznej był pomysł namalowania obrazu dla mojego męża na trzydzieste urodziny.

Skąd taki oryginalny pomysł?

Pracując w banku czułam, że brakuje mi czegoś w życiu, że nie jest pełne. W pracy szło mi bardzo dobrze. Wprowadzałam rozwiązania, które się sprawdzały, a firma dawała mi ścieżkę rozwoju. Ja jednak zaczęłam poszukiwać różnych opcji, jakiegoś elementu, który by sprawił, że poczuję, że jestem kompletna. Stąd może ten pomysł, żeby coś stworzyć. Chciałam dać mężowi coś od siebie, coś co sama zrobię. Ten obraz to był mój pierwszy kontakt z pędzlem od czasu podstawówki.

Interesowałaś się sztuką?

Nie, bardziej sportem, matematyką… Zobaczyłam jednak pewną niszę w Warszawie. Chciałam nauczyć się malować, przygotować się do zrobienia tego obrazu. Szukałam osoby, która wprowadzi mnie w ten świat. Do wyboru miałam domy kultury, gdzie uczyła się młodzież i seniorzy albo instytucje, przygotowujące profesjonalistów. Nie znalazłam miejsca dla siebie.

Ostatecznie poszukałam w Internecie instruktora, który mi pomógł. Wtedy poczułam, że dzieje się ze mną coś, czego szukałam: to był moment głębszej refleksji, wyrażenia się w inny sposób, nie taki konkretny, liczbowy. To był też fantastyczny relaks. Pomyślałam, że dużo ludzi tego nie doświadcza, bo właśnie nikt im tego nie organizuje.

Postawiłam na jedną kartę. Byłam na urlopie wychowawczym, ale miałam też dwójkę malutkich dzieci, więc to było ogromne wyzwanie. Wynajęłam najpierw jeden lokal w starej kamienicy na Mokotowie. Potem kolejne.
Pierwszą stronę internetową zrobiłam sama, chociaż się na tym nie znałam. Odnowiłam pracownię, prowadziłam księgowość, kadry, rozwiązywałam sprawy prawne. Myślałam też nad koncepcją samego miejsca.

Ostatecznie powstała szkoła artystycznego rozwoju dla dorosłych, w której skupiamy się na procesie tworzenia, a nie na jego efektach. To jest dla mnie kluczowe.

Dlaczego tak jest? Co ten proces może w nas zmieniać?

To jest otworzenie się na własne potrzeby, swoboda, pozbycie się szablonów. Jeśli skupiamy się na efekcie i chcemy, żeby coś było ładne, to już wprowadzamy pewien element stresu i cenzury. A my chcemy, żeby działania artystyczne kojarzyły nam się z myśleniem, zmienianiem, reagowaniem na własne emocje i odczucia. To jest praca ze sobą. Mogę dwie godziny lepić i nie będzie efektu, ale dużo może mi to dać.

Jakiś czas temu zaczęliśmy też robić zajęcia dla dzieci. Osoby, które do nas przychodziły, wierzyły w ten proces, w działanie twórcze. Klienci pytali nas, czy mogliby przyjść z dzieckiem. Odpowiedzieliśmy więc na ich potrzeby.

Jak zaczynałaś, to miałaś dwójkę małych dzieci – Hania miała 2,5 roku, a Kuba rok. Przecież to już jest spore wyzwanie. Jak radziłaś sobie jeszcze organizacyjnie z nowym biznesem?

Mam dość spokojne dzieci. Poza tym nie miałam presji, że szybko muszę coś osiągnąć. Dla mnie to był też proces. Dałam sobie dużo czasu, żeby rozwijać Sztukarnię.

Pracowałaś z domu?

Dużo pracowałam zdalnie, to co mogłam załatwiałam z dziećmi. Pomagała nam babcia. Angażowałam się bardzo w pracę, to wszystko niezwykle mnie cieszyło, ale z drugiej strony mierzyłam się z nieprzespanymi nocami i nie miałam fizycznie dużo sił oraz jasności intelektualnej.

Przeczytaj także: 12 podpowiedzi, jak założyć biznes bez pieniędzy!

Myślę jednak, że Sztukarnia pomogła mi w macierzyństwie. Miałam odskocznię, mogłam oderwać się od „pieluchowej” rzeczywistości. To mi też dawało pewną moc. Jak załatwiałam coś w urzędach i wracałam do dzieci, to czułam, że jestem cała dla nich, bo swoje potrzeby na dziś zrealizowałam.

Imponujące jest to, że znalazłaś nie tylko czas, ale przede wszystkim siłę i energię.

Dzieci jak to dzieci – nie przesypiały nocy, chorowały, wymagały zabawy, tulenia, spaceru i placu zabaw. To wszystko trzeba było im dostarczyć, a w głowie miałam mnóstwo pomysłów, związanych ze sprawami firmowymi. Ta sytuacja nauczyła mnie pokory. Miałam myśl, chciałam ją natychmiast sprawdzić, wdrożyć, ale nie mogłam – ze względu na obowiązki domowe.

Bardzo wspierał mnie mąż. Zajmował się dziećmi, ale też pomagał merytorycznie. Zadawał mi trudne pytania, pytał o biznesplan… Tylko, że wtedy wszystkie wskaźniki pokazywały, że ta placówka nie ma racji bytu, nawet przy pełnym obłożeniu. Ale ja w to szłam i cały czas szukałam możliwości, żeby firma była niezależna finansowo.

Otwierały się nowe perspektywy, szkoliliśmy bezrobotnych, firmy, ktoś zapytał czy wynajmę sztalugi. Kupiłam więc zestaw nowych sztalug i zaczęłam je wypożyczać. W tej pracy podobało mi się zawsze to, że mam dużą elastyczność, coś wymyślę i mogę po prostu to wdrożyć. Mam też duże szczęście do ludzi, zawsze miałam taki zespół, że chciało mi się przychodzić do firmy.

Cztery lata później pojawia się mały Antek, a Sztukarnia rozwija się…

Tak, powiedzmy, że już w tym okresie jestem na bezpiecznych torach, nie stresuję się pod koniec miesiąca, czy będę miała na wypłaty, czynsze, podatki… Mam ułożone procesy, zaufaną kadrę. I mój mąż dostaje propozycję wyjazdu…

Twoje życie znowu się przewraca?

Tak, decyzja o przeprowadzce do Krakowa zapadła, jak Antek miał 2 miesiące. Przez 5 lat zarządzałam więc firmą zdalnie. Do Warszawy podróżowałam czasami z trójką, a potem – jak urodziła się Helenka – z czwórką dzieci. Na szczęście tych wyjazdów nie było dużo. Dużo rzeczy delegowałam albo po prostu odpuszczałam.

Miałam w tym czasie różne ciekawe propozycje, ale jeśli czułam, że zaburzy to moje życie prywatne, myślałam: „Widocznie, to nie jest ten moment. Spróbuję za rok, dwa.” Rozwój firmy mógłby więc nastąpić szybciej, ale też większym kosztem moim i dzieci.

Zawsze chcieliście mieć taką dużą rodzinę?

Wierzę, że taka duża rodzina to pełnia szczęścia, że to jest też dobre dla dzieci. To na pewno też wielki trud, ale dla mnie to ogromna wartość. Nigdy co prawda nie zakładałam, że będę miała czwórkę czy tym bardziej piątkę dzieci (śmiech).

Fajna z nich ekipa, która się czasem kłóci, ale najczęściej wspiera. Dzieci są żywiołowe, ale nie mamy wielkich problemów wychowawczych. Mają dobre relacje między sobą. To ogromna przyjemność widzieć, że oni w swoim towarzystwie tak dobrze się odnajdują.

Kiedy wróciliście z Krakowa?

Jak Antek poszedł do pierwszej klasy. Mężowi skończył się 5-letni kontrakt. Ja coraz częściej też bywałam w Warszawie – wtedy już zupełnie biznesowo, bez dzieci. Któregoś razu spotkaliśmy się z Pawłem na Dworcu Centralnym. On przyjechał z Krakowa, a ja wracałam. Mój pociąg miał półtorej godziny opóźnienia. My oboje w Warszawie, a czwórka naszych dzieci w szkole i przedszkolu w Krakowie. Dojechałam na czas, ale uznaliśmy, że to chyba pora na powrót. Czułam, że mniej dostaję energii z firmy, bo jestem gdzieś daleko. Traciłam motywację. Chciałam znowu uczestniczyć w tym wszystkim.

Czy w trakcie ciąży wyłączałaś się z życia Sztukarni?

Ciąża to był czas największej aktywności, bo wiedziałam, że zaraz na trochę zniknę. Zawsze chciałam mieć choć trochę urlopu macierzyńskiego, skupić się na potrzebach dzieci. Oczywiście tu jest inaczej niż w korporacji, gdzie można się odciąć na wiele miesięcy.

Co miesiąc trzeba rozliczyć firmę, reagować na pojawiające się problemy, czy trudne sytuacje. Z drugiej strony można samemu regulować swój czas. Teraz Łucja ma 1,5 roku i wciąż mam wrażenie, że jestem na „pół gwizdka”, nie wróciłam jeszcze do pełnych obrotów. Staram się pracować krócej, ale jak jestem na miejscu to działam bardzo intensywnie.

Jak wygląda Twoja codzienność, poranki? Jak radzisz sobie z piątką dzieci? Dla mnie dwójka rano to wyzwanie.

Postawiliśmy na dużą samodzielność dzieci i współpracę. Starsze odprowadzają młodsze do szkoły. Starszaki wstają same, budzimy dzieci młodsze, przygotowujemy duże śniadanie, jest taśma robienia kanapek i spory harmider. Mamy wypracowane pewne mechanizmy. Kto idzie rano z psem na spacer to kupuje pieczywo i podstawowe produkty w budce z warzywami.

Czyli jeszcze jest pies?

Tak. 🙂 Mamy za to łatwiej ze szkołą, bo trójka dzieci chodzi do tej samej placówki i naszą Helenkę odprowadzają starsi bracia. Dzieci włączają się w zakupy i pomagają w codziennych obowiązkach. Poza tym mieszkamy blisko szkoły i mojej pracy. Jeśli chodzi o zajęcia dodatkowe, to postawiłam na rzeczywiste wybory dzieci, samodzielne działania w domu, nie wszystko musi być pod okiem instruktora. Ufamy też dzieciom, nasz 10-letni Antek już wszędzie chodzi sam, z czego jest bardzo dumny.

Chciałabym Cię jeszcze zapytać o trudne momenty w macierzyństwie…

Przy takiej ekipie, jaką mamy, praktycznie każdy dzień jest w pewien sposób trudny. Poranne wychodzenie pod presją czasu, szukanie wszystkich zgubionych rzeczy, zastanawianie się, gdzie kto zostawił rower. To jest taka dawka adrenaliny, po której ja o 8.00, jak wszyscy wyjdą, siadam i czuję, że przeciągnęłam jakiś ciężki wóz.

Wszystkie momenty ciąży, stany hormonalne, karmienie, zajmowanie się małymi dziećmi – to trwa już 16 lat. Czuję jednak wiele empatii od dzieci. Jak mam migrenę, to Kuba potrafi podejść i powiedzieć, że wykąpał i nakarmił swoje rodzeństwo. Mogę na nich liczyć. Poza tym współpracujemy z moim mężem, Pawłem. Dużo pracuje, ale jak już jest, to jest dla rodziny.

Dzielimy się obowiązkami. Ja też nie jestem typem, który czuje, że wszystko robi najlepiej. Akceptuję niedoskonałości, cieszę się z każdej formy wsparcia. Odpuściłam pewien poziom kontroli.

Po intensywnym poranku rozchodzicie się do swoich miejsc… A jak wygląda popołudnie?

Starsze dzieci potrzebują więcej czasu na samotność i skupienie nad nauką. Helenka z Antkiem bawią się, gdzieś obok jest Łucja. Ja lubię wszelkie aktywności, kiedy jesteśmy wszyscy w dużej grupie. Jak czytam książki młodszym dzieciom, to i starsze przyjdą posłuchać, żeby z nami być. Nawet jeśli tę historię znają na pamięć.

Gramy wspólnie w gry planszowe. Młodsze dzieci wtedy bardzo korzystają, na wczesnym etapie poznają gry strategiczne, które wymagają logicznego myślenia, skupienia.

Mamy otwarty dom, przychodzi do nas dużo gości. Jak ktoś odwiedzi Antka, to bawi się z nimi reszta rodzeństwa.

Czy Ty jeszcze się stresujesz kwestiami, związanymi z opieką nad dziećmi?

Im mam więcej dzieci, tym bardziej wierzę w ich zmysł samozachowawczy. Im mniej angażuję się w ochronę dzieci, tym większą biorą oni za siebie odpowiedzialność. Same organizują sobie czas w domu, więc są też bardziej świadome tego, co im się podoba, co lubią.

Przy najstarszej dwójce miałam wrażenie, że animuję ten czas, zachęcam, namawiam, pokazuję… byłam z tego dumna, że tak inspiruję moje dzieci, ale z drugiej strony oni nie mieli powodu by zastanowić się, czego naprawdę chcą. Uczestniczyli chętnie w tym, co ja im miałam do zaproponowania, ale dużo później musieli dochodzi do tego na czym im zależy.

A jak z poczuciem odpowiedzialności w kontekście obowiązków domowych takich jak sprzątanie? Trudno jest dzieci zmobilizować do takich czynności?

Mam już w sobie pewną akceptację bałaganu w trosce o moje zdrowie psychiczne. Gorzej znosi to Paweł… Część moich dzieci ma wewnętrzną potrzebę ładu i próbuje swoją przestrzeń porządkować. Części nic nie przeszkadza, ale wszyscy organizują swoje przestrzenie, za które odpowiadają.

Poza tym, ja nie jestem super zorganizowana, o terminach klasówek i kartkówek dzieci pamiętają. Jak potrzebują, to przychodzą i proszą o pomoc. Przypominają mi, że jest wywiadówka, że muszę dostarczyć zaświadczenie. Mam wyrzuty sumienia z tego powodu, bo wiem, że inni rodzice tego pilnują.

Grażyno, czy Ty masz czas dla siebie? Jak dbasz o swoją przestrzeń w tym wszystkim?

Staram się kontynuować grę w koszykówkę, moją pasję z młodości. Raz w tygodniu chodzę na treningi, daje mi to dużo radości i energii. Co prawda odbywają się wieczorem, więc ciężko mi czasem wykrzesać energię i się zebrać, ale ostatecznie jestem zadowolona, że się udało.

Bardzo lubię czytać książki, relaksuje mnie to. Długo musiałam walczyć ze sobą, żeby zacząć lekturę, zanim dokończę rzeczy zawodowe lub porządkowe. Nauczyłam się tego. Niektórzy nie potrafią czytać w bałaganie, ale ja czułam, że jeśli będę skupiać się na wszystkich bieżących obowiązkach, to nigdy nie znajdę czasu na książkę albo zacznę czytać ją w takim momencie, że zasnę przy pierwszym zdaniu.

Dzieci bardzo mnie motywują, żeby być na bieżąco z tym, co dzieje się na świecie. Pytają mnie o wiele spraw, więc ja też muszę mieć czas, żeby się rozwijać. Chcę im pokazać, że fajnie jest mieć takie „swoje rzeczy”, coś, oprócz bieżących obowiązków. Trzeba też wygospodarować czas na przyjaźnie.

Masz w ogóle przestrzeń na spotkania z koleżankami?

Czasami odbywają się w trudnych warunkach, przy dzieciach. Moim sposobem na utrzymywanie relacji są spotkania w porze lunchu – nawet dość rzadkie i szybkie, ale też wieczorne spacery z psem na Mokotowie. Łączę wiele rzeczy: obowiązek, trochę ruchu i spotkanie towarzyskie. W tym wszystkim jest też akceptacja pewnego chaosu.

A jak radzicie sobie z wakacjami?

W wakacje biorę dużo urlopu, Helenka z Antkiem spędzają część wolnego czasu na zajęciach w Sztukarni. Wyjeżdżamy w siódemkę – to są dla mnie najfajniejsze wakacje, jak jesteśmy razem, szczególnie, że mam świadomość, że starsze dzieci już wkrótce będą chciały jeździć na wycieczki tylko ze swoimi znajomymi. Staramy się przebywać w miejscach, gdzie jest dużo natury, gdzie mamy przestrzeń i możemy realizować nasze wspólne rodzinne pasje sportowe. Podróżujemy też ze znajomymi. Czas wakacji to moment na budowanie relacji, przyjaźni. W tym roku myślimy o kamperze, chociaż przy takiej liczebności to może być wyzwanie!

Dziękuję za rozmowę. 🙂

Rozmawiała: Natalia Gozdowska

Zdjęcia: archiwum prywatne Grażyny

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Natalia Gozdowska
Zawodowo zajmuje się rozwojem, coachingiem, projektami HR, kulturą organizacyjną i budowaniem marki pracodawcy. Prywatnie mama dwóch wrażliwców, zakochana żona, pasjonatka reportaży, teatru tańca i psychologii. Pisze, fotografuje i wspiera tych, którzy tego potrzebują :)

Jak korzystać z MaMy Kalendarza w czasie kwarantanny?

Kolejny dzień spędzamy razem w domu, zerkam na nasz rodzinny kalendarz - wizyta w poradni z córką, wywiadówka w szkole, występ w przedszkolu. Wszystkie zdarzenia odwołane. Przy urodzinach teściowej przypominajka, żeby zadzwonić i zaśpiewać sto lat przez telefon. To mi daje do myślenia, przecież wszystko to można przeorganizować, zapisywać nasze codzienne zadania, w końcu życie tak teraz wygląda i będzie wyglądało jeszcze przez jakiś czas. Ułatwmy i umilmy je sobie. Gdy sprawnie wykonamy nasz home office i e-learning to zostanie więcej czasu na rodzinną rozrywkę.
  • Agnieszka Wadecka - 27/03/2020
wypełniony Mamy Kalendarz

Jak korzystać z Mamy Kalendarza w czasie kwarantanny?

Wydawać by się mogło, że czas kwarantanny, siedzenie w domu, brak zajęć dodatkowych, spotkań i wyjść na zakupy nie wymaga zbyt wielkiej logistyki i planowania. A jednak okazuje się, że właśnie dobry plan się sprawdza.

Zadania domowe

Czy Was też zaskoczyła kwarantanna? Okazało się, że brakuje komputerów na pokładzie, a korzystać z nich teraz potrzebuje kilka osób równocześnie? Siądźcie z kalendarzem i zaplanujcie okienka czasowe, kto kiedy będzie działał na komputerze i co inni mogą robić w tym czasie. Na przykład gdy Ty pracujesz przy komputerze dzieci mogą robić zadania z książek. Młodszym dzieciom można zaplanować układanie puzzli lub zabawy kreatywno-twórcze. Potem komputer przejmuje dziecko do zadań e-learningowych, a Ty możesz przygotować obiad albo wypić ciepłą kawę i poczytać książkę.

Nie zapomnijcie o obowiązkach domowych. Zwłaszcza teraz, kiedy wszyscy są w domu i jak na dłoni widać ile jest do zrobienia: odkurzanie, ścieranie kurzu, rozwieszanie prania, mycie naczyń albo wsadzanie ich do zmywarki. Każdego dnia możecie podzielić zadania inaczej i nie zrzucać ich tylko na mamę czy tatę, a wszystko zapisać lub oznaczyć naklejkami z Mamy Kalendarza.

Gotowanie

Nie wiem jak u Was, ale odkąd my siedzimy w domu mamy znacznie więcej czasu na gotowanie, nie musimy (jeśli oczywiście nie chcemy) korzystać ze sprawdzonych przepisów na szybkie i proste dania, ale możemy dać się ponieść fantazji i wyczarowywać w kuchni nowe przysmaki (ja ostatnio zrobiłam jaglane brownie :)). Zaplanujcie, kto będzie szefem kuchni w danym dniu i jakie będzie tworzył danie.

Przeczytaj także: 15 pomysłów na obiady, które zrobisz w 15 minut

Dzięki temu łatwiej będzie też planować zakupy, co w obecnej sytuacji wymaga głębszego przemyślenia i rozpisania. Warto przemyśleć co kupujemy, w jakiej ilości, by nie trzeba było chodzić do sklepu zbyt często, ale również by nic się nie marnowało. Jeśli się tylko da, to zamawiajmy z dostawą do domu, by jak najmniej wychodzić.

Czas na przyjemności

Gdy obowiązki zostały podzielone i rozpisane na konkretne godziny wypełnijmy kalendarze miłymi zadaniami. Zarezerwujmy sobie czas na seans filmowy, planszówki lub czytelniczy kącik.

Przeczytaj także: 10 książek, przy których odpoczniesz.

Nie zapomnijmy też o czasie dla samych siebie, tata może wpisać sobie w kalendarz bardzo ważny mecz w Fifie, a mama relaks i spa w łazience, dzieci ulubioną zabawę, np. wielkie układanie z klocków Lego. A może wpiszcie w kalendarz także godziny drzemek najmłodszych domowników albo przypomnienie by zadzwonić na Skypie do dziadków?

Dodatki od Mamy Kalendarz

Teraz dom stał się epicentrum naszej codzienności, tu się uczymy, pracujemy i spędzamy cały czas. Dlatego by nie zwariować, zorganizujmy wspólny czas. By było weselej wykorzystajcie dołączone do kaledarza naklejki, można je wykorzystać by podkreślić najważniejsze sprawy albo po to, by odznaczyć to co już zrobione. Możecie też użyć kolorowych zakreślaczy i jednym kolorem podkreślić obowiązki, a innym rozrywkę.

Przeczytaj także: Dbanie o siebie zaczyna się w głowie.

A to nie wszystko, bo MaMy Kalendarz ma dla Was niespodziankę! Możecie za darmo pobrać karty, które pomogą Wam z organizacją w czasie kwarantanny i nie tylko! Sprawdźcie tygodniowy kalendarz, karty samodzielnego smyka, karty alergika i dzielnego (domowego) pacjenta, tygodniowy plan posiłków i inne karty, zresztą, zobaczcie!

Zdjęcia: Redakcja Portalu Mamo Pracuj

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Agnieszka Wadecka
Szczęśliwa żona i mama czwórki dzieci. Macierzyństwo to jej największa pasja, motywująca do rozwoju i działania. Z przyjemnością oddaje się pisaniu. Kocha muzykę, kino i dobre jedzenie. Lubi śledzić trendy i wprowadzać je w życie. Zawodowo początkująca, ale z apetytem na sukces.

Samochód rodzinny – czyli jaki?

Potrzeby posiadaczy rodzin zdecydowanie różnią się od żyjących w pojedynkę, bądź bezdzietnych par. Dotyczy to również aut - zamiast sportowych lub miejskich samochodów, znacznie lepiej sprawdzi się wygodny, rodzinny pojazd. Właściwie jaki powinien on być? Jakie cechy brać pod uwagę, decydując się na zakup jednego z popularnych modeli?
  • Alicja Zielińska - 26/03/2020

Tani w utrzymaniu

Nie wszystkie rodziny stać na drogą eksploatację pojazdu – paliwożerne modele lub takie z drogimi podzespołami mogą zrujnować domowy budżet. Zużycie paliwa można sprawdzić na portalach typu autocentrum.pl, a ceny części tutaj. Na co w praktyce zwracać uwagę?

Niektóre modele wyposażono w podzespoły rzadko wymagające interwencji mechanika, podczas gdy w innych nie brakuje kłopotliwych rozwiązań. Jeśli chodzi o napędzanie rozrządu, to warto rozglądać się za silnikami wyposażonymi w łańcuchy – większość z nich nie wymaga wymiany przez cały okres eksploatacji pojazdu – to znaczna oszczędność!

Jeśli decydujemy się na jednostki napędzane paskiem (a jest ich większość), to warto szukać takich, o budowie bezkolizyjnej, lub skrupulatnie przestrzegać interwałów wymiany – w przeciwnym razie może czekać nas kosztowna naprawa.

Inne, wydawałoby się detale, wpływające na koszta eksploatacji pojazdu, to m.in. rozmiar kół, konstrukcja zawieszenia, czy skomplikowanie osprzętu silnika. Duże koła, zwłaszcza z niskim profilem, to ogromny wydatek podczas wymiany, a przecież sprawne opony to podstawa bezpieczeństwa.

Szukając samochodu rodzinnego, warto poświęcić odrobinę wyglądu, na rzecz większego komfortu i trwałości ogumienia, a także wymiernych oszczędności finansowych.

Jeśli chodzi o budowę zawieszenia, to zasada jest dość prosta – im mniej skomplikowane, tym tańsze w użytkowaniu. Belki skrętne, hydropneumatyka czy nawet wielowahaczowe oznaczają duże wydatki podczas wymian serwisowych. Najłatwiej (i wcale nie mniej komfortowo) jest posiadaczom standardowego zawieszenia w formie kolumny McPhersona.

Jeszcze inną kwestią jest osprzęt silnika – np. turbodiesle z turbosprężarką o zmiennej geometrii łopatek wykazują się co prawda niskim zużyciem paliwa i imponującym momentem obrotowym, ale w przypadku awarii koszty potrafią pochłonąć oszczędności na paliwie. Inne, kosztowne technologie, to sprzęgło dwumasowe, DPF/FAP czy skrzynia automatyczna.

Bezpieczny

Samochód rodzinny kupujemy z myślą o podróżowaniu z naszymi najbliższymi – małżonkiem i dziećmi. Dlatego tak istotne jest bezpieczeństwo. Dotyczy to nie tylko wyposażenia w systemy aktywnie i pasywnie chroniące w razie wypadku, ale również o stan techniczny, minimalizujący potencjalne zagrożenie spowodowania wypadku na drodze.

Z tego względu mądrzej jest kupować samochody z salonu (niekoniecznie w najbogatszej wersji) lub z udokumentowaną historią serwisową, których stan techniczny mógłby potwierdzić zaprzyjaźniony z nami mechanik.

Z systemów bezpieczeństwa na pewno warto zwrócić uwagę na obecność ABS (to już od lat standard), wydatnie poprawiającego skuteczność hamulców. Jego uzupełnieniem powinny być systemy ESP czy ASR. Ten pierwszy stabilizuje tor jazdy podczas pokonywania zakrętów, drugi zapobiega poślizgowi kół podczas ruszania.

Dla samochodów, w których przewozić planujemy dzieci w fotelikach ważne powinno być wyposażenie w system ISOFIX, zapewniający stabilne i bezpieczne mocowanie fotelików. W nowych samochodach to standard, dawniej nie był aż tak często spotykany.

Kolejnym ważnym elementem bezpieczeństwa są poduszki powietrzne – dobrze, gdyby było ich co najmniej 10 i wśród nich znajdowałyby się także kurtyny, chroniące podczas wypadków bocznych.

Komfortowy

Samochody rodzinne kupujemy bardzo często z myślą o wspólnych podróżach – niekoniecznie tylko miejskich. Na dalszych trasach, a zwłaszcza podczas podróży z dziećmi, dają się odczuć wszelkie braki w wyposażeniu zapewniającym wygodę pasażerom. Podczas dłuższych wojaży dobrze jest, gdy siedzącemu z tyłu maluchowi towarzyszy ktoś z rodziców, dlatego samochód powinien być na tyle przestronny, by nawet najdłuższa podróż z tyłu nie nużyła nadmiernie pasażerów na tylnej kanapie. Łatwy dostęp do niej zapewniają samochody pięciodrzwiowe i zdecydowanie takie warto rozważać, szukając rodzinnego samochodu. Mając na uwadze częste wsiadanie i wysiadanie, a także związane z tym umieszczanie potomka w foteliku, dobrze jest wybierać spośród wyższych samochodów, typu minivan czy SUV, co pozwala unikać niepotrzebne schylanie się.

Posiadanie dzieci to także konieczność zabierania ze sobą znacznych ilości bagaży – ubrań, pieluch, środków kosmetycznych, zabawek czy jedzenia. Dlatego warto zwrócić uwagę na pojemność bagażnika, jak i na dostęp do niego – klapa bagażnika powinna być duża, a próg załadunku niski.

Jaki samochód rodzinny – propozycje

Jaki samochód rodzinny warto wybrać? Na to pytanie nie sposób udzielić jednoznacznej odpowiedzi, ze względu na różnice w majętności, potrzebach, planach czy nawet liczebności każdej z rodzin. Jednak postaraliśmy się wyszukać kilka wartych zainteresowania modeli.

  1. Skoda Octavia Combi – samochód, który spełnia większość założeń. Nie jest może zbyt wysoki, ale jest bardzo pojemny (zarówno w przestrzeni dla pasażerów, jak i bagażowej). Proste jednostki Diesla z pierwszych generacji, czy pozbawione doładowania benzynowe silniki to proste, trwałe i ekonomiczne rozwiązania (benzynowe dobrze znoszą gaz).
  2. Citroen Xsara Picasso – bardzo udany samochód. Pomimo iż Citroeny nie cieszą się dobrą famą wśród polskich mechaników, to Picasso w wersji benzynowej zapewnia niezłą trwałość, ogromną i dobrze rozplanowaną przestrzeń i odporne na korozję zawieszenie.
  3. Dacia Logan MCV – to prosty konstrukcyjnie samochód klasy ekonomicznej. Nie zapewnia wygód typowych dla aut wyższej klasy, ale dzięki niskim kosztom zakupu wiele rodzin może pozwolić sobie na nowy egzemplarz. Zaletami są niskie koszta eksploatacji, pojemność i ogromna funkcjonalność.
  4. Opel Zafira – choć nie zapisuje się na kartach historii, ani ekonomika ani niezawodnością, to jest to jeden z najtańszych samochodów rodzinnych na rynku, zapewniający ogromną przestrzeń użytkową. Warto jednak unikać jednostek Diesla, a benzynowych szukać z gazem (dosyć paliwożerne).
  5. Mazda 5 – niezbyt popularny w naszym kraju, a szkoda. Bardzo funkcjonalny minivan o legendarnej wręcz niezawodności, pewności prowadzenia i komforcie, którego mogą pozazdrościć mu konkurenci. Japończycy to mistrzowie w benzynowych silnikach i takich właśnie wersji warto szukać.

Materiał powstał we współpracy z partnerem portalu.

Zdjęcie: partnera portalu.

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Alicja Zielińska
Chcę otrzymywać inspiracje, pomysły i sugestie jak pracować i nie zwariować.
Newsletter wysyłamy raz na 2 tygodnie

Może Cię zainteresować także:

Uwaga. Strona wykorzystuje pliki cookies. Informacje uzyskane za ich pomocą wykorzystywane są w celach statystycznych. Pozostając tu godzisz się na ich zapisywanie w Twojej przeglądarce. ×

Email marketing powered by FreshMail
 

Email marketing powered by FreshMail
 

Email marketing powered by FreshMail