Czego szukasz

Akceptacja pewnego chaosu – wywiad z Grażyną – przedsiębiorczą mamą 5 dzieci

– Sztukarnia pomogła mi w macierzyństwie. Miałam odskocznię, mogłam oderwać się od „pieluchowej” rzeczywistości. To mi też dawało pewną moc. Jak załatwiałam coś w urzędach i wracałam do dzieci, to czułam, że jestem cała dla nich, bo swoje potrzeby na dziś zrealizowałam – opowiada Grażyna, mama 5 dzieci.

  • Natalia Gozdowska - 04/03/2020
Grażyna Tynel

Grażyno, jesteś ekonomistką, masz wykształcenie ścisłe. Jak to się stało, że zawodowo związałaś się z zupełnie z innym obszarem?

Kończyłam SGH i po studiach zaczęłam od razu pracę w banku. W międzyczasie urodziłam dwójkę dzieci. Miałam jednak poczucie, że bankowość to nie jest coś, czym chciałabym się zajmować. Pierwszym impulsem do założenia pracowni artystycznej był pomysł namalowania obrazu dla mojego męża na trzydzieste urodziny.

Skąd taki oryginalny pomysł?

Pracując w banku czułam, że brakuje mi czegoś w życiu, że nie jest pełne. W pracy szło mi bardzo dobrze. Wprowadzałam rozwiązania, które się sprawdzały, a firma dawała mi ścieżkę rozwoju. Ja jednak zaczęłam poszukiwać różnych opcji, jakiegoś elementu, który by sprawił, że poczuję, że jestem kompletna. Stąd może ten pomysł, żeby coś stworzyć. Chciałam dać mężowi coś od siebie, coś co sama zrobię. Ten obraz to był mój pierwszy kontakt z pędzlem od czasu podstawówki.

Interesowałaś się sztuką?

Nie, bardziej sportem, matematyką… Zobaczyłam jednak pewną niszę w Warszawie. Chciałam nauczyć się malować, przygotować się do zrobienia tego obrazu. Szukałam osoby, która wprowadzi mnie w ten świat. Do wyboru miałam domy kultury, gdzie uczyła się młodzież i seniorzy albo instytucje, przygotowujące profesjonalistów. Nie znalazłam miejsca dla siebie.

Ostatecznie poszukałam w Internecie instruktora, który mi pomógł. Wtedy poczułam, że dzieje się ze mną coś, czego szukałam: to był moment głębszej refleksji, wyrażenia się w inny sposób, nie taki konkretny, liczbowy. To był też fantastyczny relaks. Pomyślałam, że dużo ludzi tego nie doświadcza, bo właśnie nikt im tego nie organizuje.

Postawiłam na jedną kartę. Byłam na urlopie wychowawczym, ale miałam też dwójkę malutkich dzieci, więc to było ogromne wyzwanie. Wynajęłam najpierw jeden lokal w starej kamienicy na Mokotowie. Potem kolejne.
Pierwszą stronę internetową zrobiłam sama, chociaż się na tym nie znałam. Odnowiłam pracownię, prowadziłam księgowość, kadry, rozwiązywałam sprawy prawne. Myślałam też nad koncepcją samego miejsca.

Ostatecznie powstała szkoła artystycznego rozwoju dla dorosłych, w której skupiamy się na procesie tworzenia, a nie na jego efektach. To jest dla mnie kluczowe.

Dlaczego tak jest? Co ten proces może w nas zmieniać?

To jest otworzenie się na własne potrzeby, swoboda, pozbycie się szablonów. Jeśli skupiamy się na efekcie i chcemy, żeby coś było ładne, to już wprowadzamy pewien element stresu i cenzury. A my chcemy, żeby działania artystyczne kojarzyły nam się z myśleniem, zmienianiem, reagowaniem na własne emocje i odczucia. To jest praca ze sobą. Mogę dwie godziny lepić i nie będzie efektu, ale dużo może mi to dać.

Jakiś czas temu zaczęliśmy też robić zajęcia dla dzieci. Osoby, które do nas przychodziły, wierzyły w ten proces, w działanie twórcze. Klienci pytali nas, czy mogliby przyjść z dzieckiem. Odpowiedzieliśmy więc na ich potrzeby.

Jak zaczynałaś, to miałaś dwójkę małych dzieci – Hania miała 2,5 roku, a Kuba rok. Przecież to już jest spore wyzwanie. Jak radziłaś sobie jeszcze organizacyjnie z nowym biznesem?

Mam dość spokojne dzieci. Poza tym nie miałam presji, że szybko muszę coś osiągnąć. Dla mnie to był też proces. Dałam sobie dużo czasu, żeby rozwijać Sztukarnię.

Pracowałaś z domu?

Dużo pracowałam zdalnie, to co mogłam załatwiałam z dziećmi. Pomagała nam babcia. Angażowałam się bardzo w pracę, to wszystko niezwykle mnie cieszyło, ale z drugiej strony mierzyłam się z nieprzespanymi nocami i nie miałam fizycznie dużo sił oraz jasności intelektualnej.

Przeczytaj także: 12 podpowiedzi, jak założyć biznes bez pieniędzy!

Myślę jednak, że Sztukarnia pomogła mi w macierzyństwie. Miałam odskocznię, mogłam oderwać się od „pieluchowej” rzeczywistości. To mi też dawało pewną moc. Jak załatwiałam coś w urzędach i wracałam do dzieci, to czułam, że jestem cała dla nich, bo swoje potrzeby na dziś zrealizowałam.

Imponujące jest to, że znalazłaś nie tylko czas, ale przede wszystkim siłę i energię.

Dzieci jak to dzieci – nie przesypiały nocy, chorowały, wymagały zabawy, tulenia, spaceru i placu zabaw. To wszystko trzeba było im dostarczyć, a w głowie miałam mnóstwo pomysłów, związanych ze sprawami firmowymi. Ta sytuacja nauczyła mnie pokory. Miałam myśl, chciałam ją natychmiast sprawdzić, wdrożyć, ale nie mogłam – ze względu na obowiązki domowe.

Bardzo wspierał mnie mąż. Zajmował się dziećmi, ale też pomagał merytorycznie. Zadawał mi trudne pytania, pytał o biznesplan… Tylko, że wtedy wszystkie wskaźniki pokazywały, że ta placówka nie ma racji bytu, nawet przy pełnym obłożeniu. Ale ja w to szłam i cały czas szukałam możliwości, żeby firma była niezależna finansowo.

Otwierały się nowe perspektywy, szkoliliśmy bezrobotnych, firmy, ktoś zapytał czy wynajmę sztalugi. Kupiłam więc zestaw nowych sztalug i zaczęłam je wypożyczać. W tej pracy podobało mi się zawsze to, że mam dużą elastyczność, coś wymyślę i mogę po prostu to wdrożyć. Mam też duże szczęście do ludzi, zawsze miałam taki zespół, że chciało mi się przychodzić do firmy.

Cztery lata później pojawia się mały Antek, a Sztukarnia rozwija się…

Tak, powiedzmy, że już w tym okresie jestem na bezpiecznych torach, nie stresuję się pod koniec miesiąca, czy będę miała na wypłaty, czynsze, podatki… Mam ułożone procesy, zaufaną kadrę. I mój mąż dostaje propozycję wyjazdu…

Twoje życie znowu się przewraca?

Tak, decyzja o przeprowadzce do Krakowa zapadła, jak Antek miał 2 miesiące. Przez 5 lat zarządzałam więc firmą zdalnie. Do Warszawy podróżowałam czasami z trójką, a potem – jak urodziła się Helenka – z czwórką dzieci. Na szczęście tych wyjazdów nie było dużo. Dużo rzeczy delegowałam albo po prostu odpuszczałam.

Miałam w tym czasie różne ciekawe propozycje, ale jeśli czułam, że zaburzy to moje życie prywatne, myślałam: „Widocznie, to nie jest ten moment. Spróbuję za rok, dwa.” Rozwój firmy mógłby więc nastąpić szybciej, ale też większym kosztem moim i dzieci.

Zawsze chcieliście mieć taką dużą rodzinę?

Wierzę, że taka duża rodzina to pełnia szczęścia, że to jest też dobre dla dzieci. To na pewno też wielki trud, ale dla mnie to ogromna wartość. Nigdy co prawda nie zakładałam, że będę miała czwórkę czy tym bardziej piątkę dzieci (śmiech).

Fajna z nich ekipa, która się czasem kłóci, ale najczęściej wspiera. Dzieci są żywiołowe, ale nie mamy wielkich problemów wychowawczych. Mają dobre relacje między sobą. To ogromna przyjemność widzieć, że oni w swoim towarzystwie tak dobrze się odnajdują.

Kiedy wróciliście z Krakowa?

Jak Antek poszedł do pierwszej klasy. Mężowi skończył się 5-letni kontrakt. Ja coraz częściej też bywałam w Warszawie – wtedy już zupełnie biznesowo, bez dzieci. Któregoś razu spotkaliśmy się z Pawłem na Dworcu Centralnym. On przyjechał z Krakowa, a ja wracałam. Mój pociąg miał półtorej godziny opóźnienia. My oboje w Warszawie, a czwórka naszych dzieci w szkole i przedszkolu w Krakowie. Dojechałam na czas, ale uznaliśmy, że to chyba pora na powrót. Czułam, że mniej dostaję energii z firmy, bo jestem gdzieś daleko. Traciłam motywację. Chciałam znowu uczestniczyć w tym wszystkim.

Czy w trakcie ciąży wyłączałaś się z życia Sztukarni?

Ciąża to był czas największej aktywności, bo wiedziałam, że zaraz na trochę zniknę. Zawsze chciałam mieć choć trochę urlopu macierzyńskiego, skupić się na potrzebach dzieci. Oczywiście tu jest inaczej niż w korporacji, gdzie można się odciąć na wiele miesięcy.

Co miesiąc trzeba rozliczyć firmę, reagować na pojawiające się problemy, czy trudne sytuacje. Z drugiej strony można samemu regulować swój czas. Teraz Łucja ma 1,5 roku i wciąż mam wrażenie, że jestem na „pół gwizdka”, nie wróciłam jeszcze do pełnych obrotów. Staram się pracować krócej, ale jak jestem na miejscu to działam bardzo intensywnie.

Jak wygląda Twoja codzienność, poranki? Jak radzisz sobie z piątką dzieci? Dla mnie dwójka rano to wyzwanie.

Postawiliśmy na dużą samodzielność dzieci i współpracę. Starsze odprowadzają młodsze do szkoły. Starszaki wstają same, budzimy dzieci młodsze, przygotowujemy duże śniadanie, jest taśma robienia kanapek i spory harmider. Mamy wypracowane pewne mechanizmy. Kto idzie rano z psem na spacer to kupuje pieczywo i podstawowe produkty w budce z warzywami.

Czyli jeszcze jest pies?

Tak. 🙂 Mamy za to łatwiej ze szkołą, bo trójka dzieci chodzi do tej samej placówki i naszą Helenkę odprowadzają starsi bracia. Dzieci włączają się w zakupy i pomagają w codziennych obowiązkach. Poza tym mieszkamy blisko szkoły i mojej pracy. Jeśli chodzi o zajęcia dodatkowe, to postawiłam na rzeczywiste wybory dzieci, samodzielne działania w domu, nie wszystko musi być pod okiem instruktora. Ufamy też dzieciom, nasz 10-letni Antek już wszędzie chodzi sam, z czego jest bardzo dumny.

Chciałabym Cię jeszcze zapytać o trudne momenty w macierzyństwie…

Przy takiej ekipie, jaką mamy, praktycznie każdy dzień jest w pewien sposób trudny. Poranne wychodzenie pod presją czasu, szukanie wszystkich zgubionych rzeczy, zastanawianie się, gdzie kto zostawił rower. To jest taka dawka adrenaliny, po której ja o 8.00, jak wszyscy wyjdą, siadam i czuję, że przeciągnęłam jakiś ciężki wóz.

Wszystkie momenty ciąży, stany hormonalne, karmienie, zajmowanie się małymi dziećmi – to trwa już 16 lat. Czuję jednak wiele empatii od dzieci. Jak mam migrenę, to Kuba potrafi podejść i powiedzieć, że wykąpał i nakarmił swoje rodzeństwo. Mogę na nich liczyć. Poza tym współpracujemy z moim mężem, Pawłem. Dużo pracuje, ale jak już jest, to jest dla rodziny.

Dzielimy się obowiązkami. Ja też nie jestem typem, który czuje, że wszystko robi najlepiej. Akceptuję niedoskonałości, cieszę się z każdej formy wsparcia. Odpuściłam pewien poziom kontroli.

Po intensywnym poranku rozchodzicie się do swoich miejsc… A jak wygląda popołudnie?

Starsze dzieci potrzebują więcej czasu na samotność i skupienie nad nauką. Helenka z Antkiem bawią się, gdzieś obok jest Łucja. Ja lubię wszelkie aktywności, kiedy jesteśmy wszyscy w dużej grupie. Jak czytam książki młodszym dzieciom, to i starsze przyjdą posłuchać, żeby z nami być. Nawet jeśli tę historię znają na pamięć.

Gramy wspólnie w gry planszowe. Młodsze dzieci wtedy bardzo korzystają, na wczesnym etapie poznają gry strategiczne, które wymagają logicznego myślenia, skupienia.

Mamy otwarty dom, przychodzi do nas dużo gości. Jak ktoś odwiedzi Antka, to bawi się z nimi reszta rodzeństwa.

Czy Ty jeszcze się stresujesz kwestiami, związanymi z opieką nad dziećmi?

Im mam więcej dzieci, tym bardziej wierzę w ich zmysł samozachowawczy. Im mniej angażuję się w ochronę dzieci, tym większą biorą oni za siebie odpowiedzialność. Same organizują sobie czas w domu, więc są też bardziej świadome tego, co im się podoba, co lubią.

Przy najstarszej dwójce miałam wrażenie, że animuję ten czas, zachęcam, namawiam, pokazuję… byłam z tego dumna, że tak inspiruję moje dzieci, ale z drugiej strony oni nie mieli powodu by zastanowić się, czego naprawdę chcą. Uczestniczyli chętnie w tym, co ja im miałam do zaproponowania, ale dużo później musieli dochodzi do tego na czym im zależy.

A jak z poczuciem odpowiedzialności w kontekście obowiązków domowych takich jak sprzątanie? Trudno jest dzieci zmobilizować do takich czynności?

Mam już w sobie pewną akceptację bałaganu w trosce o moje zdrowie psychiczne. Gorzej znosi to Paweł… Część moich dzieci ma wewnętrzną potrzebę ładu i próbuje swoją przestrzeń porządkować. Części nic nie przeszkadza, ale wszyscy organizują swoje przestrzenie, za które odpowiadają.

Poza tym, ja nie jestem super zorganizowana, o terminach klasówek i kartkówek dzieci pamiętają. Jak potrzebują, to przychodzą i proszą o pomoc. Przypominają mi, że jest wywiadówka, że muszę dostarczyć zaświadczenie. Mam wyrzuty sumienia z tego powodu, bo wiem, że inni rodzice tego pilnują.

Grażyno, czy Ty masz czas dla siebie? Jak dbasz o swoją przestrzeń w tym wszystkim?

Staram się kontynuować grę w koszykówkę, moją pasję z młodości. Raz w tygodniu chodzę na treningi, daje mi to dużo radości i energii. Co prawda odbywają się wieczorem, więc ciężko mi czasem wykrzesać energię i się zebrać, ale ostatecznie jestem zadowolona, że się udało.

Bardzo lubię czytać książki, relaksuje mnie to. Długo musiałam walczyć ze sobą, żeby zacząć lekturę, zanim dokończę rzeczy zawodowe lub porządkowe. Nauczyłam się tego. Niektórzy nie potrafią czytać w bałaganie, ale ja czułam, że jeśli będę skupiać się na wszystkich bieżących obowiązkach, to nigdy nie znajdę czasu na książkę albo zacznę czytać ją w takim momencie, że zasnę przy pierwszym zdaniu.

Dzieci bardzo mnie motywują, żeby być na bieżąco z tym, co dzieje się na świecie. Pytają mnie o wiele spraw, więc ja też muszę mieć czas, żeby się rozwijać. Chcę im pokazać, że fajnie jest mieć takie „swoje rzeczy”, coś, oprócz bieżących obowiązków. Trzeba też wygospodarować czas na przyjaźnie.

Masz w ogóle przestrzeń na spotkania z koleżankami?

Czasami odbywają się w trudnych warunkach, przy dzieciach. Moim sposobem na utrzymywanie relacji są spotkania w porze lunchu – nawet dość rzadkie i szybkie, ale też wieczorne spacery z psem na Mokotowie. Łączę wiele rzeczy: obowiązek, trochę ruchu i spotkanie towarzyskie. W tym wszystkim jest też akceptacja pewnego chaosu.

A jak radzicie sobie z wakacjami?

W wakacje biorę dużo urlopu, Helenka z Antkiem spędzają część wolnego czasu na zajęciach w Sztukarni. Wyjeżdżamy w siódemkę – to są dla mnie najfajniejsze wakacje, jak jesteśmy razem, szczególnie, że mam świadomość, że starsze dzieci już wkrótce będą chciały jeździć na wycieczki tylko ze swoimi znajomymi. Staramy się przebywać w miejscach, gdzie jest dużo natury, gdzie mamy przestrzeń i możemy realizować nasze wspólne rodzinne pasje sportowe. Podróżujemy też ze znajomymi. Czas wakacji to moment na budowanie relacji, przyjaźni. W tym roku myślimy o kamperze, chociaż przy takiej liczebności to może być wyzwanie!

Dziękuję za rozmowę. 🙂

Rozmawiała: Natalia Gozdowska

Zdjęcia: archiwum prywatne Grażyny

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Natalia Gozdowska
Zawodowo zajmuje się rozwojem, coachingiem, projektami HR, kulturą organizacyjną i budowaniem marki pracodawcy. Prywatnie mama dwóch wrażliwców, zakochana żona, pasjonatka reportaży, teatru tańca i psychologii. Prowadzi bloga i fun page „Studio Rzeczy Ważnych”, fotografuje i wspiera tych, którzy tego potrzebują. :)

15 pomysłów na śniadania do szkoły, które zachwycą dzieci

Czujesz jeszcze moc i wenę przygotowując dziecku śniadanie do szkoły, czy powoli tracisz inspirację i masz ochotę rano polecieć po słodką bułkę do piekarni obok? Ja się jeszcze trzymam i kroję marcheweczki, ogóreczki i papryczki w paski, ale zrobiłam dla nas listę ratunkową. Zobacz, może Ci się przyda!
  • Ewa Moskalik - Pieper - 14/10/2020
dziewczynka wychodzi do szkoły

Śniadania do szkoły

Nie zawsze lubiane przez dzieci i czasem budzące grozę w rodzicach: śniadania do szkoły, nie muszą być codzienną udręką. Mogą stać się przyjemnością dla obu stron. Jeśli nie masz czasu na przygotowywanie bardzo zdrowych i własnoręcznie zrobionych oraz w niekończących się ilościach przekąsek, zdaj się na to co dostępne na bazarach i w sklepach, a co nie straszy tablicą Mendelejewa w składnikach na etykiecie.

Postaraj się, żeby było zdrowo, z jak najmniejszą ilością cukru (bo cukier przeszkadza dziecku skupić się na lekcjach, a tego przecież nie chcesz 🙂 ) i … skonsultuj menu ze swoją pociechą. Razem ustalcie co lubi dostawać do zjedzenia w szkole, a może po jakimś czasie da się też namówić do zapakowania np. warzyw na parze.

Przeczytaj także: Jak przetrwać poranek i nie zwariować? 

Zdrowy wybór

Moda na zdrowe odżywianie trwa w najlepsze i to bardzo dobrze, bo w ten sposób do każdego dojdzie choć znikoma wiedza o tym co trzeba, a czego nie powinniśmy jeść. Jednak nasze dzieci często mają w nosie modę, zwłaszcza jeśli chodzi o jedzenie, a jeśli  kierują się modą, to niestety taką, która nas rodziców stawia na baczność. Podjadanie czipsów, słodkich batoników, czy innych niezdrowych przekąsek bywa wśród dzieci nagminne. Dlatego warto rozmawiać i tłumaczyć do skutku, samemu przy tym ostentacyjnie i z zachwytem podgryzając marchewkę. Działanie przez przykład…działa!

10 pomysłów na śniadania do szkoły

1. Owoce – jabłka, gruszki, winogrona, śliwki – jeszcze teraz jest ich dostatek, a zimą banany, mandarynki, pomarańcze, pokrojony w paski melon.

2. Warzywa w słupki i nie tylko (czyli wszystko co da się pokroić: rzodkiewki, marchewki, fasolka szparagowa, papryka, ogórek, seler naciowy, rzepa, kalarepa i pomidorki koktajlowe.

3. Niezawodne (nie zawsze niestety 🙂 ) kanapki – a co w środku to już tylko kwestia wyobraźni i oczywiście gustu dziecka – wszelkiego rodzaju pasty roślinne, ulubione dżemy, masło orzechowe (jeśli może zjeść), pasztet, wędlina (dzieci lubią kabanosy), sery – czyli czego dusza zapragnie. Warto też zmieniać rodzaj pieczywa.

4. Nabiał – są dzieci, które uwielbiają wszelkiego rodzaju sery oraz jajka. Bardzo wdzięczne do spakowania do śniadaniówki są jaja przepiórcze, ale jaja kurze przekrojone wzdłuż też dadzą radę. 🙂 Jeśli Twoje dziecko lubi np. mozzarellę możesz przygotować sałatkę Caprese, (fajna jest też ta mozzarella w postaci małych kuleczek), a ser biały wykorzystać do zrobienia pasty np. z awokado.

5. Suszone owoce i orzechy – to świetny pomysł na dodatek do zimowego śniadania i nie tylko. Zimą o świeże owoce zdecydowanie trudniej, a dzieciom potrzeba witamin przez cały rok.

6. Domowe tosty – nawet na zimno są smaczne i chętnie zjadane, a może czasem uda się w nich przemycić jakieś warzywo, albo pieczywo z ciemniejszej mąki. 🙂

Poznaj także przepisy na smaczne i szybkie śniadania na ciepło – w domu

7. Napoje mleczne i jogurty – bardzo lubiane przez większość dzieciaków, mogą być do picia i do wyjadania łyżeczką (a idealny byłby jogurt naturalny z granolą, którą wspólnie z dziećmi można przygotować w domu).

8. Domowe wypieki – ulubione ciasto, ciasteczka zbożowe, rogaliki – oczywiście najbardziej pożądane byłyby wypieki bez cukru, albo choć z mniejszą jego ilością. 😉

9. Naleśniki i pancakes lub inne placki przekładane ulubionym powidłem, dżemem (pewnie same placki naleśnikowe też cieszyłyby się dużym powodzeniem. 🙂 )

10. Gofry – dzieci je uwielbiają, Zjedzą suche, ale można też dodać do nich owoce. Pomarańcze, winogorna, mandarynki mogą być jako dodatek lub owoce dodane do ciasta. U nas sprawdziły się z borówkami.

11. Sałatka z ulubionych składników – najlepiej z takich, które najbardziej lubi Twoje dziecko, może być groszek, kukurydza, ugotowany makraon i fasolka szparagowa i np. kawałki kurczka. To wszystko polane odrobiną oliwy z oliwek.

12. Mięsne kotlety mielone w bułce plus ogórek kiszony – coś na kształt domowego hamburgera – dzieciom, które lubią inne warzywa, można przemycić w środku paprykę (nawet konserwową) i plasterek cebuli (to już pewnie nie dla wszystkich, choć znam dzieci, które ją bardzo lubią 😉 )

13. Wrap a la McDonalds – taki udawany, bo zależy co masz. Można zrobić z placka jak na naleśniki, a można z omleta, który można zrobić bardzo szybko. Zawijamy w nim co nam wpadnie do głowy. U nas smarujemy białym serkiem i przemycamy paski ogórka (kiszonego lub świeżego), papryki, ale przede wszystkim z wrapem świenie wchodzi sałata i rukola.

14. Sałatka owocowa – nie wszystkie owoce są lubiane przez nasze dzieci, moje np. nie przepadają za ananasem i kiwi, ale jak pomieszam im to w sałatce, to znika wszystko. Czasem okraszę to rodzynkami, czasem dodam odrobinę miodu, bywa, że i łyżkę jogortu.

15. Coś do picia – woda, herbata, soki i przeciery owocowe – oczywiście najzdrowsza woda lub o tej porze roku ciepła herbata, jeśli jednak dziecko nie chce jeść żadnych owoców i warzyw, to alternatywą jest właśnie sok. Najlepiej jednak wybierać te bez cukru, albo przynajmniej omijać szerokim łukiem napoje słodzone.

A może przydadzą Ci się przepisy na szybkie obiady, takie, które zrobisz w 15 minut?

Zdjęcie: 123 rf

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Ewa Moskalik - Pieper
Redaktor portalu Mamo Pracuj. Prywatnie spełniona, pełnoetatowa mama dwóch wspaniałych synów i żona, starająca się znaleźć swój patent na work - life balance. Absolwentka UJ. Miłośniczka kina, muzyki i książek.
Podyskutuj

Świąteczne stylizacje dla najmłodszych – w co ubrać dziewczynkę na ważną rodzinną uroczystość?

Jesteś mamą małej dziewczynki? Jeśli Twoja odpowiedź brzmi tak, pewnie niejednokrotnie zastanawiałaś się, w co ubrać swoją pociechę na ważną uroczystość rodzinną. I choć sklepowe półki uginają się od ilości towaru, to ciężko znaleźć produkt, który będzie odpowiadał zarówno małej księżniczce, jak i jej mamie. W tym tekście podpowiadamy, na jakie kwestie warto zwrócić uwagę, wybierając elegancką sukienkę dla dziewczynki.
  • Alicja Zielińska - 13/10/2020

Jak ubrać dziecko na ważną uroczystość?

Rodzice powinni pamiętać o tym, że do wyboru stylizacji na całodzienne, a czasami nawet całonocne przyjęcia muszą podejść z rozwagą i odpowiednią dozą dystansu. W takiej sytuacji nie można przesadzić zarówno w jedną, jak i w drugą stronę. Z uwagi na to warto zapoznać się z podstawowymi zasadami mody dziecięcej, aby dowiedzieć się, jak ubrać malucha i jednocześnie nie zaliczyć wpadki.

Dopasuj stylizację do wieku dziecka

Cekiny, piórka i falbanki to piękne dodatki do każdej kreacji, jednak musimy pamiętać o tym, że ich zbyt duża ilość nie jest odpowiednia dla małej dziewczynki. Wyjątkiem w tej sytuacji jest sukienka dla księżniczki na bal przebierańców. Jeśli jednak Twoja pociecha marzy wręcz o bajkowej kreacji, możesz zgodzić się na niewielkie ustępstwa. Najważniejsze jest jednak to, aby nie skrzywdzić dziewczynki kreacją, która będzie wzbudzać salwy śmiechu.

Zadbaj o awaryjną stylizację

Każda uroczystość rodzinna wymaga odpowiedniego stroju. Nawet najpiękniejsza sukienka świąteczna dla dziewczynki, gdy zostanie zalana sokiem, straci swój blask. Co więcej, żaden maluch nie będzie chciał bawić się dalej, gdy zaliczy podobną wpadkę. Z uwagi na to, warto mieć pod ręką stylizację zapasową.

Ubierz dziecko odpowiednio do pogody

Jeśli przyjęcie odbywa się latem, w ofertach sklepów stacjonarnych i internetowych bez problemu znajdziemy różnorodne sukienki świąteczne dla dziewczynek. Powinny nas jednak zainteresować modele z krótkim rękawem lub na ramiączkach, dzięki temu zapewnimy dziecku przewiewność. W sytuacji, gdy ważna uroczystość rodzinna odbywa się jesienią lub zimą, nie możemy zapomnieć o sweterku, który zagwarantuje dziewczynce nieco ciepła.

Nie zapomnij o wygodnym obuwiu

Eleganckie obuwie takie jak pantofelki wydają się idealnym rozwiązaniem na wesele czy inne przyjęcie okolicznościowe. Rodzice powinni jednak pamiętać o tym, że takie modele będą szybko uwierać malucha. Co więcej, niewłaściwe obuwie może także sprawić, że nasza pociecha nabawi się kontuzji podczas zabawy z rówieśnikami.

Wybieraj materiały premium

Warto zwracać uwagę na to, aby sukienki świąteczne dla dziewczynek były wykonane z materiałów najwyższej jakości. Okazuje się, że wiele elementów garderoby przeznaczonych dla dzieci jest wykonanych ze specjalnej bawełny premium, która jest wyjątkowo miękka i specjalnie wygładzana.

Elegancki zestaw dla dziewczynki

Dla małych księżniczek najlepszym rozwiązaniem są sukienki świąteczne o prostym kroju i fasonie. Wszelkiego rodzaju zdobienia, a także koronki i falbany są ładne, jednak nie każda dziewczynka będzie czuła się w nich wygodnie. W chłodniejsze dni rajstopki można zamienić na ciemne i eleganckie legginsy, które nie krępują ruchów. Buty, które będą uzupełnieniem stylizacji, powinny być wygodne, dlatego w tym przypadku najlepszym rozwiązaniem będą balerinki z miękką podeszwą. Pantofelki na delikatnym obcasie są eleganckie, ale z pewnością mniej wygodne.

Czerwone sukienki świąteczne dla dziewczynek

Czerwone sukienki dla dziewczynek świetnie wpisują się w świąteczny klimat. Jeżeli połączymy je z eleganckimi dodatkami, do których zaliczamy czarne trzewiki i uroczą kokardę – otrzymamy zestaw idealny. Modele odcięte w pasie z rękawami zakończonymi pufką to kreacje godne królowej.

Z drugiej strony jest to strój wygodny i praktyczny, ponieważ sukienki odcinane w pasie nie krępują ruchów dziecka. Całą stylizację możemy wykończyć opaską, która ujarzmi niesforną fryzurę małej damy.

Okazuje się, że sporo rodziców ma problem z odpowiednim wyborem stroju dla dziecka na uroczyste przyjęcie w gronie rodziny. W tej sytuacji najlepszym rozwiązaniem są sukienki świąteczne dla dziewczynki dostępne w niemal każdym sklepie odzieżowym. Klasyczne i proste kreacje to najlepsze rozwiązanie.

Materiał powstał we współpracy z partnerem portalu.

Zdjęcie: partnera portalu.

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Alicja Zielińska
Chcę otrzymywać inspiracje, pomysły i sugestie jak pracować i nie zwariować.
Newsletter wysyłamy raz na 2 tygodnie

Może Cię zainteresować także:

Uwaga. Strona wykorzystuje pliki cookies. Informacje uzyskane za ich pomocą wykorzystywane są w celach statystycznych. Pozostając tu godzisz się na ich zapisywanie w Twojej przeglądarce. ×

Email marketing powered by FreshMail
 

Email marketing powered by FreshMail
 

Email marketing powered by FreshMail