Czego szukasz

Tylko 5 minut dziennie wystarczy, by ruszyć z miejsca! Sprawdziłam!

Jak znaleźć czas dla siebie? Kasia Mistacoglu prowadzi kreatywnego bloga worqshop i jest mamą niespełna rocznego Kajtka. Po urodzeniu synka obawiała się, że już nigdy nie znajdzie czasu na pracę i realizowanie swoich projektów. Kasia zaczęła wykorzystywać „kieszonki czasu” – zawsze w ciągu dnia znajdziesz 5 lub 10 minut, by zrobić coś, co przybliży Cię o jeden mały krok do celu. Sprawdź czy Tobie przyda się ta metoda i czy możesz wykorzystać ją zarówno w pracy, jak i w życiu prywatnym.

  • Joanna Gotfryd - 07/02/2019
Kasia Mistacoglu autorka bloga worqshop.pl

Kasiu opowiedz o metodzie 5/10/15, którą fajnie opisałaś na swoim blogu – o co w niej chodzi?

Metoda 5/10/15, o której wspomniałam na swoim blogu ( www.worqshop.pl ) to bardzo proste narzędzie, które pozwala nam zorganizować zadania tak, aby jak najlepiej wykorzystać nawet najmniejsze odcinki czasu, którym dysponujemy.

U mnie świetnie sprawdziło się to w momencie gdy urodziłam Synka i miałam wrażenie, że już nigdy nic nie osiągnę, że zawsze będę stała w miejscu. Bardzo często jest tak, że wydaje nam się, że aby ruszyć z miejsca z jakimś projektem lub zadaniem musimy mieć do dyspozycji dużo wolnego czasu – to nieprawda, przekonałam się o tym na własnej skórze!

Dzięki mojej liście 5/10/15 zobaczyłam, że nawet zajmując się dość wymagającym niemowlakiem mogę zorganizować swoją pracę tak, aby powoli, ale skutecznie ogarniać się z najróżniejszymi związanymi z nią sprawami.

Podstawą przygotowania takiej listy jest dopasowanie jej do siebie i swoich potrzeb. Ja skupiłam się na blogu, bo tego najbardziej mi brakowało gdy zostałam mamą. Wypisałam sobie wszystkie mniejsze i większe zadania związane z moim blogiem – zarówno te, które trzeba zrobić raz, jak i te, które się cyklicznie powtarzają.

Następnie uporządkowałam je w prostej tabelce, wstępnie szacując ile czasu potrzebuję na wykonanie każdego z nich. Jeśli zadanie było większe niż 15 minut szukałam sposobu, aby rozbić je na mniejsze części.

Gdy miałam chwilę wolnego i chciałam coś zrobić sięgałam po swoją listę – dzięki temu nie traciłam cennych minut na rozmyślanie o tym co zrobić, tylko po prostu działałam. Do takiego trybu pracy trzeba się przyzwyczaić, ale jego efekty są niesamowite!

Mówiłaś, ze pomysł narodził się podczas coachingu z Eweliną. Jaką Twoją potrzebę spełniło to narzędzie?

Ewelina zaproponowała mi to narzędzie, gdy na jednej z naszych sesji pożaliłam się jej, że w sytuacji, w której aktualnie byłam, w ogóle nie mogę zabrać się do pracy. Mój synek miał bardzo krótkie i bardzo nieregularne drzemki, a ja nie umiałam pracować inaczej niż w dużych blokach czasu.

Ewelina spytała czy byłabym w stanie wypisać sobie małe zadania – takie do zrobienia w kilkanaście minut. Gdy zaczęłam pracować nad swoją listą okazało się, że prowadząc firmę, bloga i różne kanały w mediach społecznościowych tych mini zadań mam całkiem sporo!

Praca z listą 5/10/15 zaspokoiła moją potrzebę rozwoju i maszerowania do przodu. Dzięki tej liście czułam (i nadal czuję!), że

nawet w najtrudniejszych dniach mogę zrobić coś malutkiego, co posunie moje projekty naprzód.

I tak, tempo tego marszu jest naprawdę żółwie, ale gdy zerknę na to wszystko co udało mi się zrealizować z perspektywy czasu, to jestem z siebie naprawdę dumna!

Bardzo podoba mi się określenie kieszonki czasu – czy właśnie macierzyństwo nauczyło Cię lepszej efektywności, produktywności? Jak macierzyństwo zmieniło Twoją pracę?

Tak, zdecydowanie bycie mamą zrewolucjonizowało sposób w jaki pracuję! Okazało się, że zadania nad którymi kiedyś spędzałam długie godziny mogę zrobić dużo, dużo szybciej. Na własnej skórze przekonałam się o tym, że dając sobie na jakieś zadanie cały dzień lub nawet kilka godzin prawdopodobnie tyle mi ono zajmie. Jeśli jednak muszę się z nim uwinąć szybko – w godzinę albo dwie – to też jest to do zrobienia.

Może zadanie nie będzie tak dopieszczone, może efekt nie będzie spektakularny, ale prawda jest taka, że w świecie gdzie codziennie konsumujemy niesamowitą ilość informacji i treści nikt poza mną tego nie zauważy.

Odkąd zostałam mamą i moja ilość czasu na pracę skurczyła się diametralnie, nauczyłam się też zupełnie innego ustawiania swoich priorytetów, zarówno w tej większej, jak i mniejszej skali.

Kiedyś stresowałam się gdy nie mogłam czegoś zrobić “na już”. Teraz nie przejmuję się gdy ktoś musi na mnie chwilę poczekać. Mówię jasno co i kiedy jestem w stanie zrobić, nie buduję niepotrzebnych oczekiwań, a dzięki temu pracuję pod znacznie mniejszą presją.

Wiem na jakich projektach mi zależy, co popchnie mnie do przodu w skali kilku miesięcy czy roku i na tym się skupiam. Wyrzuciłam ze swojego biznesu dużo rzeczy, które były sztuką dla sztuki i skupiam się na konkretach, które wynikają z mojej strategii i celów, które sobie wyznaczyłam.

Od niedawna testuję też wiele różnych automatyzacji, nie czuję presji odpowiadania na maile gdy tylko pojawią się w mojej skrzynce, sama wychodzę z inicjatywą, a jednocześnie dużo częściej mówię “nie” niż “tak”.

Aby jeszcze bardziej usprawnić to co robię, planuję też zatrudnienie wirtualnej asystentki, która odciążyłaby mnie w drobnych, powtarzalnych zadaniach tak, abym ja mogła wykorzystać swój czas pracy skupiając się na sprawach, które są naprawdę ważne i które mogę zrobić tylko ja!

Myślę, że metoda 5/10/15 super sprawdzi się również w życiu prywatnym, przy robieniu różnych domowych czynności, przy dbaniu o siebie (nie mam czasu, ale przecież w ciągu 5 minut mogę zrobić to, to i to), albo przy planowaniu podziału obowiązków razem z dziećmi – co Ty o tym sądzisz?

Myślę, że to rewelacyjny pomysł! Praca to tylko jeden z aspektów naszego życia. Wiele dziewczyn korzysta z uroków urlopu macierzyńskiego i przez te kilkanaście miesięcy nie musi martwić się o typowo zawodowe zadania, co nie znaczy, że nagle mają mnóstwo czasu dla siebie. Myślę, że taka lista świetnie sprawdziłaby się również w ich życiu!

Lista małych przyjemności, lista pomysłów na ekspresowy relaks, lista porządków, która pomogłaby zaoszczędzić te większe bloki czasu na fajniejsze sprawy, lista rzeczy do zrobienia dookoła domu, lista pomysłów na zabawy z dzieckiem… to tylko kilka pomysłów, wierzchołek góry lodowej.

Lista 5/10/15 to narzędzie – jak je wykorzystujemy i dostosujemy do własnych potrzeb to już nasza indywidualna decyzja! Wiem, że wiele osób boi się, że praca z taką listą zabija spontaniczność – ja uważam wręcz przeciwnie. Dopiero planując, korzystając z narzędzi do organizacji, ucząc się bardziej efektywnego działania na tworzymy sobie przestrzeń w życiu na tę spontaniczność!

Mieszkałaś też 4 lata w Turcji – co dało Ci to doświadczenie, czego nauczyło, co zmieniło w Twoim życiu?

Mieszkanie w Turcji to była jedna z najfajniejszych przygód mojego życia! Wyjechałam do Stambułu z moim narzeczonym – wiele osób mi ten wyjazd odradzało, pisało czarne scenariusze i straszyło Turcją. Postawiłam jednak na swoim i nie żałuję, podjęłabym tę decyzję jeszcze raz!

Wyjeżdżając udowodniłam sobie, że mogę żyć po swojemu, że warto ufać intuicji i iść za tym, co mówi serce. Te 4 lata w Turcji zmieniły mnie kompletnie, wyjechałam jako roztrzepany dzieciak, a do Polski wróciłam jako pewna siebie kobieta.

Turcja jest niesamowita. Z jednej strony pełen kontrastów, pociągający i egzotyczny Stambuł – samodzielne odkrywanie miasta. Poznawanie jego historii i różnych zaułków było dla mnie ogromną lekcją pewności siebie.

Po przeprowadzce nie mogłam pracować – w Turcji potrzebne jest do tego pozwolenie, którego zdobycie było wówczas bardzo trudne, miałam więc mnóstwo czasu dla siebie i na samodzielne eskapady.

Dzięki temu, to właśnie w Turcji pierwszy raz w moim życiu nic nie musiałam, a bardzo dużo mogłam – miałam czas, chęci i energię, które wkładałam w rozwój, zdobywanie wiedzy i dbanie o siebie. Eksperymentowałam wtedy z fotografią, współpracowałam z różnymi kreatywnymi firmami scrapbookingowymi, prowadziłam kreatywnego bloga, nałogowo piekłam babeczki, a potem biegałam aby spalić nadprogramowe kalorie, no i spotykałam się z ciekawymi ludźmi na konwersacje po angielsku.

Pracowałaś też w Turcji w branży mody…

Tak, jedna z tych znajomości zaowocowała później propozycją pracy – wtedy już oficjalnie, ze wszystkimi niezbędnymi papierami – zostałam asystentką dyrektorki kreatywnej marki zajmującej się produkcją ubrań. To było niesamowite doświadczenie – wylądowałam w centrum wydarzeń, prowadziłam research trendów, brałam udział w powstawaniu kolekcji, prowadziłam sesje zdjęciowe, dorzucałam swoje trzy grosze przy projektowaniu sklepowych witryn i z pierwszego rzędu obserwowałam kulisy i proces działania tak wielkiego przedsięwzięcia.

Przy okazji nauczyłam się też biegle mówić po turecku. Moja szefowa była niesamowitą osobą, od której codziennie uczyłam się mnóstwa nowych rzeczy – to była chodząca inspiracja, kobieta o ogromnym wyczuciu stylu i naprawdę szalonych pomysłach.

Co sezon wypuszczaliśmy kilkaset wzorów ubrań, dodatków, butów i torebek – nasza firma to była wielka, kreatywna i … jak to w Turcji bywa, bardzo kiepsko zorganizowana machina. Postanowiłam wtedy, że chciałabym spróbować pracy na swoim. Wiedziałam, że umiem ciężko i dużo pracować (w Turcji pracowałam grubo ponad 60 godzin tygodniowo), wierzyłam też, że umiem pracować mądrze i własna firma byłaby możliwością życia na własnych zasadach.

Odeszłam z etatu na kilka miesięcy przed powrotem do Polski – wykorzystałam ten czas na intensywny rozwój bloga. A potem przenieśliśmy się do Polski i tu zaczął się dla mnie zupełnie nowy rozdział.

Jakie masz plany na najbliższą przyszłość?

Moje plany na ten rok są uzależnione od mojego Synka – myślimy o żłobku, więc liczę na to, że druga połowa roku pozwoli mi na realizację kilku większych projektów. Marzę o własnej książce i podcaście, jednak nie będzie dla mnie końcem świata jeśli te marzenia jeszcze trochę poczekają – Kajtek już nigdy nie będzie taki malutki jak teraz i nie chciałabym przegapić tych najfajniejszych miesięcy razem z nim kosztem pracy i moich ambicji.

Na razie skupiam się na rzeczach, które mogę zrobić w tym czasie, który mam tu i teraz – pracuję nad kreatywnym e-bookiem, który bazuje na kursach, które prowadziłam zaraz po przeprowadzce do Polski i powinien ukazać się wiosną tego roku.

Planuję też warsztaty stacjonarne dotyczące kreatywnego planowania, które odbędą się w Warszawie i będą stanowić bazę do pracy nad kolejnymi e-bookami. Moim głównym zajęciem na co dzień nadal jednak pozostaje blog – postanowiłam, że w tym roku na worqshop wpisy będą pojawiać się rzadziej, ale każdy z nich będzie petardą pełną wiedzy i inspiracji dla moich Czytelniczek. Nie wykluczam też współprac z markami, które lubię i uważam za fajny aspekt blogowania. Jak na razie łączenie tego wszystkiego wspaniale się to udaje!

Kasiu jak zachęciłabyś mamy do działania, spełniania marzeń czy realizacji planów?

Uwielbiam zorganizowaną codzienność, powtarzalność i przewidywalność – jestem typem osoby, która w takich warunkach najlepiej funkcjonuje. Nie zrozumcie mnie jednak źle – nigdy nie będę nikogo namawiać do zostania boginią produktywności, a już na pewno nie będę namawiać do tego żadnej młodej mamy!

Każda rodzina, każde dziecko i każda sytuacja jest inna. Każda z nas ma inne zasoby, inne wsparcie, inne potrzeby i priorytety. Czasem przetrwanie dnia z niemowlakiem to już jest sukces! To nie jest tak, że po pojawieniu się dziecka nic się nie zmienia i da się funkcjonować tak jak wcześniej. Nie da się, na pewno nie na 100%.
Z drugiej strony nie jest też tak, że teraz to już nic się nie da zrobić. Warto próbować, eksperymentować, testować narzędzia i pomysły, które tę codzienność pomogą usprawnić na tyle, na ile Ty akurat tego potrzebujesz.

Dziękuję Ci za rozmowę.

Rozmawiała: Joanna Gotfryd

Zdjęcia: własność Kasi Mistacoglu

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Joanna Gotfryd
Współzałożycielka portalu Mamo Pracuj, absolwentka UEK, z doświadczeniem zawodowym w dużym biznesie. Mama dwóch rozbrykanych dziewczynek. Pasjonatka górskich wycieczek i Italii w każdej postaci. Marzy o dalekich podróżach i zdobyciu Korony Gór Polski.

Co jest kluczem do połączenia życia rodzinnego i zawodowego?

To pytanie, na które poprawnych odpowiedzi będzie sporo, ale jak znaleźć to co najważniejsze? Do podzielenia się swoją historią i doświadczeniem zaprosiłam niesamowitą kobietę, która po prostu to zrobiła i robi każdego dnia! Izabela Pipka, zawodowo HR Director w firmie Bosch Poland , a prywatnie mama czwórki dzieci. Iza dzieli się swoimi sposobami i podpowiada, jak znaleźć swoje własne!
  • Agnieszka Kaczanowska - 22/01/2020
Izabela Pipka, HR Director w firmie Bosch Poland

Izo, menadżerskie stanowisko, czwórka dzieci, pewnie nie raz słyszałaś pytanie „Jak Ty to robisz?”, ale ja zapytam inaczej: opowiedz mi proszę skąd czerpiesz motywację do tego, aby łączyć to, co niektórzy twierdzą, jest tak trudno połączyć?

W pewnym sensie trzeba przyznać rację tym, którzy twierdzą, że nie da się tego połączyć. Sztuka polega na tym, aby postawić jasną i wyraźną granicę między domem, a pracą i nie mieszać ze sobą tych światów. To, że dzieci wiedzą, gdzie pracuję, co robię, a także fakt, że mąż interesuje się moją pracą jest OK. Gdy jednak przynoszę do domu emocje z pracy, to już nie jest w porządku. Taka sytuacja oznaczałaby, że pozostaję w zawieszeniu: nie jestem w pełni w domu, ale też nie wyszłam całkowicie z pracy. To jest ze stratą dla wszystkich.

Takie postawienie granic może napędzać motywację, o której wspominasz. Jeśli chcesz spędzać jak najwięcej czasu z rodziną, to musisz lepiej organizować się w pracy. Wierzę, że dzięki temu można uzyskać lepsze efekty.

To działa też w drugą stronę. Jeśli chcesz realizować się zawodowo, musisz bardzo dobrze organizować życie domowe. Nie jest to łatwe, ale z perspektywy czasu, wydaje mi się, że ma to też wiele pozytywnych stron.

Dzieci już od najmłodszych lat uczą się dobrej organizacji, wszyscy jesteśmy bardziej uważni na siebie i chyba lepiej wykorzystujemy czas.

Uważam, że wiele kobiet ulega psychozie strachu, że dzieci odbierają możliwość rozwoju zawodowego lub, że praca zawodowa jest zagrożeniem dla życia rodzinnego. Jasne, że dla niektórych matek lepszym rozwiązaniem jest pozostanie w domu z dzieckiem, ale też jest grupa kobiet, dla których nie jest to dobry kierunek. Istotne jest dokonanie właściwej oceny swoich predyspozycji, określenie, jak widzę swoje życie po urodzeniu dziecka, przygotowanie planu osiągnięcia tego celu i działanie. W takim wyborze najważniejsze jest, aby czuć się wolnym.

Nigdy nie myślałam w kategoriach stawiania w opozycji życia rodzinnego i zawodowego. Od kiedy pamiętam, marzyłam o założeniu rodziny i udało mi się to marzenie zrealizować. Jednocześnie nigdy nie brałam pod uwagę, że to może zablokować mój rozwój zawodowy. Jak widać można to zrobić, należy jedynie zadawać sobie właściwe pytania: nie „czy” to się uda, ale „jak” to zrobić.

Ja patrzę na to w ten sposób, że zarówno w domu, jak i w pracy, mam do zaoferowania coś niepowtarzalnego, czym mogę się podzielić. Rodzina oczywiście wygrywa w tym znaczeniu, że jej oddaję całą siebie. Wierzę jednak, że mam też kompetencje czy talenty, które rodzinie się nijak nie przydadzą, a szkoda byłoby je zmarnować i dlatego dzielę się nimi w mojej pracy. Gdybym zrezygnowała z któregoś z tych miejsc, pewnie czułabym się uboższa. Mam też nadzieję, że i świat jest bogatszy dzięki temu, że tak wybrałam.

A czy miewałaś trudniejsze chwile? Zwątpienia czy to się uda? Czy warto walczyć?

Przyznam, że nie za bardzo pasuje mi tu rozważanie w kategoriach walki. Od razu staje mi przed oczami obraz umęczonej Matki-Polki. A to zupełnie nie tak. Owszem miewam takie chwile, gdy – jak to się mówi – mam wszystkiego dość. Niektórzy twierdzą, że matki zaangażowane zawodowo pracują na dwóch etatach. Mam więc prawo być zmęczona. Samo zmęczenie nie jest jednak problemem, jeśli tylko widzę, że ma to sens.

Gorzej gdy dopadają Cię takie dość typowe „zmory”, że nie jesteś dobrą matką, nie gotujesz codziennie obiadów, nie jesteś przy dziecku, gdy traci pierwszego mleczaka itd. Takich upiorów nie przepędzam sama, robi to za mnie mój domowy „oddział specjalny”. Wystarczy chwila spędzona z którymś z dzieci i ich uśmiech. Pomaga też rozmowa z mężem, który rozumie i wspiera w zachowaniu dystansu. Inny sposób, który na pewno działał wtedy, gdy dzieci były mniejsze: lubiłam się w takich trudnych chwilach położyć z nimi do łóżka. Równy oddech dziecka, różowa niewinna buźka i to ciepełko, które od niego bije… wystarczy pół godziny takiej sesji i już wiesz co masz robić.

Nie do przecenienia w takich sytuacjach było wsparcie męża, muszę przyznać, że pewnie bez tego byłoby zdecydowanie trudniej.

Izo, kiedy rozmawiałyśmy przygotowując się do tego wywiadu, powiedziałaś coś bardzo ważnego w kontekście łączenia życia rodzinnego i zawodowego; że to jest wspólne zadanie, nazwałaś to współodpowiedzialnością – i tak sobie myślę – że to jest właśnie ten klucz!

Współodpowiedzialność w najszerszym tego słowa znaczeniu, prawda?
Tak. Trudno mi w ogóle wyobrazić sobie sytuację, w której nie planuję z mężem wszystkich elementów wspólnego życia. To nie jest tak, że tylko w kwestii wychowania dzieci jesteśmy współodpowiedzialni, a w pozostałych sferach każdy pracuje na swój rachunek. Co więcej – oboje jesteśmy odpowiedzialni za siebie nawzajem. Mój mąż jest odpowiedzialny również za mój rozwój zawodowy, a ja za jego.

Każdą decyzję o kolejnym dziecku zawsze omawialiśmy dość szczegółowo. I priorytetem nie było wcale to, czy nas stać, ale jak zmieni to nasze życie, nasze relacje, jak może wpłynąć na naszą pracę. Bo to, że zmiany nastąpią jest oczywiste. Każdą zmianę jednak możemy wykorzystać do rozwoju. W przypadku pojawienia się dziecka, i nieważne czy pierwszego, czy kolejnego, również otwiera się przed nami szerokie pole możliwości i korzyści.

Jeśli mądrze tym pokierujemy to nasza relacja zyskuje naprawdę wiele i przenosi się na zupełnie inny poziom. Kiedy widzę, że mąż potrafi zrezygnować ze swoich planów czy zajęć, bo chce mi pomóc, to daje mi to dużo ważnych życiowych odpowiedzi. Również sama znajduję sporo radości w tym, że z czegoś potrafię zrezygnować dla męża czy dziecka. I wcale nie uznaję tego za stratę. Po prostu następuje pewne przewartościowanie i człowiek dostrzega, co w głębi duszy naprawdę było dla niego ważne.

Taka zmiana paradoksalnie bardzo dobrze wpływa na funkcjonowanie zawodowe.

Jest to dobry moment, by dokonać refleksji, czy moja praca faktycznie jest dla mnie ważna, czy jestem w dobrym miejscu? Otwiera się szereg nowych możliwości. Jest okazja do dokonania małego bilansu, wzmocnienia samooceny, może nakreślenia zupełnie nowej ścieżki kariery. Można wrócić do pracy po urlopie macierzyńskim z zupełnie nowym pomysłem na siebie. Przeważnie nie wykorzystujemy tej szansy, a szkoda.

Tutaj też ważne jest wsparcie męża. Bo przecież jeśli wpadnie nam do głowy, że chcemy podnieść swoje kompetencje i pójść np. na studia, potrzebujemy jego pomocy.

Ważne też jest wsparcie pracodawcy. Jeśli jasno komunikujemy swoją wizję, burzymy wizerunek matki z dzieckiem jako pracownicy z obciążeniem. Błędny wizerunek.

Kobieta, która chce wrócić do pracy po urodzeniu dziecka musi być naprawdę mistrzem logistyki. Musi nauczyć się wykorzystywać każdą minutę, nauczyć się dobrej współpracy z innymi (od partnera począwszy) i nauczyć się delegować.

To ostatnie chyba jest najtrudniejsze w odniesieniu do dzieci, ale przynosi niesamowite efekty. W każdym wieku dziecko może już wziąć odpowiedzialność za choćby mały odcinek. Niech to będzie ustawianie bucików w przedpokoju. Dzięki temu nasz dom jest naprawdę nasz, a mama ma te parę minut więcej z doby.

Wspomniałaś także o ważnej kwestii jaką jest ustalanie swoich granic, co tutaj masz na myśli? Pamiętam doskonale, że kiedy dzieci są malutkie – to ustalanie granic jest szalenie trudne…

Podstawową rzeczą jest nie bać się swojego rodzicielstwa, czyli nie obawiać się mądrze wymagać. Zresztą podobna zasada obowiązuje w pracy na stanowisku menadżerskim.

Myślę, że mogę pokusić się o stwierdzenie, że rola matki jest bardzo dobrą szkołą zarządzania.

Trzeba umieć dogadać się z Zarządem (śmiech) i dziećmi. Przy oczywiście poszanowaniu praw i wolności każdego. Tu warto też dodać, że to stawianie granic chroni nas samych. To, że jestem matką i jestem cała dla moich dzieci nie oznacza, że nie mam własnego ja, które trzeba chronić, rozwijać, pielęgnować. I nie chodzi o egoizm.

Człowiek, który zatraca czy to w pracy, czy w obowiązkach domowych samego siebie, traci po pewnym czasie tożsamość. Dzieci to w zasadzie projekt kilkunastoletni. Potem trzeba pozwolić im odejść (mam już takie doświadczenie 🙂 ). A my mamy jeszcze wiele innych ważnych i ciekawych zadań przed sobą. Tak to widzę.

A jeśli chodzi o Twoje obowiązki zawodowe, jak sobie radzisz kiedy dzieci chorują, mają wakacje 10 tygodni… czy występy w przedszkolu w południe?

To trudny temat. W różnych okresach naszych karier zawodowych mieliśmy z mężem różne możliwości opieki nad dziećmi. Gdy dzieci chorowały, czasami on zostawał w domu, czasami ja. Na szczęście mąż przez większość kariery uprawiał wolny zawód, więc to było jakieś ułatwienie. Nie było tych chorób znowu tak wiele, więc nawet, gdy się zdarzyły, nie było żadnego problemu w pracy z krótkim zwolnieniem.

Wakacje to już poważniejszy temat. Zawsze staramy się spędzać choćby tydzień czy dwa rodzinnie. Nie ma więc mowy o tym, aby brać urlop osobno, by zapełnić wakacyjną lukę. Skoro bierzemy urlop razem to oznacza, że jesteśmy z dziećmi krótko, a pozostały czas… musimy organizować.

Bywało różnie. Gdy dzieci były malutkie, mieliśmy wspaniałe opiekunki. Gdy trochę podrosły, bardzo pomagali nam moi rodzice, którzy chętnie zabierali dzieci na wakacje. Od mniej więcej 9 roku życia, a niektóre nawet wcześniej, nasze dzieci wyjeżdżały na różnego rodzaju zorganizowane wyjazdy. Możliwości jest naprawdę wiele. Trzeba tylko uważnie sprawdzić z kim wysyła się dziecko i w następnym roku samo już pyta o wyjazd.

Dla nich to niesamowita szkoła usamodzielniania się. Są też przeważnie w gronie rówieśników, co zapewnia dobrą zabawę. A nam w domu pozwala za nimi zatęsknić. Przeważnie tylko pierwszy tydzień takiej wakacyjnej ciszy domowej daje ukojenie. Potem już zaczyna nam brakować tych kłótni, krzyków i nawet bałaganu. Powrót hałasu, co nas samych, co roku, zadziwia, witamy naprawdę z radością.

Chyba najtrudniejsze ze wszystkiego są te szkolne występy. Wiadomo, że zawsze chce się na nich być nawet, gdy dziecko w przedstawieniu gra „dziewiątego wróbelka”. Nie zawsze jest to niestety możliwe. Staramy się z mężem tak manewrować swoimi kalendarzami, aby przynajmniej jedno z nas było i nagrało występ. Prawdę mówiąc jestem przekonana, że obecność na tych występach więcej daje mi niż dziecku. Wiadomo, że ono bardzo chce, abym była i to niesamowite uczucie, że jestem dla kogoś tak ważna, dodaje skrzydeł.

Pracodawcy powinni wręcz wymagać, aby rodzice „zrywali się” z pracy na szkolne przedstawienia. Myślę, że tam mogą łapać szczególną motywację i przekonanie, że warto. Warto pracować, poświęcać się, układać misterną logistykę, bo efekt jest wspaniały. A jaki jeszcze będzie, gdy dziecko podrośnie?

Powiedz jeszcze, jakie macie swoje rodzinne sprawdzone sposoby na łącznie życia rodzinnego z zawodowego?

Dom to takie małe przedsiębiorstwo. Bardzo ważne jest zarządzanie i podział kompetencji oraz obowiązków. Od zarządzania jak wiadomo są rodzice, co nie zwalnia ich z innych zadań. My na przykład, mieliśmy w domu grafik dyżurów na cały tydzień: zmywarka, odkurzanie, wyrzucanie śmieci, sprzątanie samochodu itp. Dyżury były dostosowane do wieku, ale każdy wiedział, co ma robić i nie było marudzenia. Ważna jest pomoc dzieciom w usamodzielnianiu się. One mają większą radość z tego, że robią coś same, a my więcej luzu.

Oczywiście każdy dzień przynosi nowe wyzwania: treningi, zajęcia dodatkowe, zakupy, lekarz. Codziennie wieczorem obowiązkowo musi się odbyć „odprawa”, żeby nikt nie został samotny na „polu walki”. Nie chroni to oczywiście przed spóźnieniem po odbiór dziecka, czy zawiezieniem czasami dziecka w kapciach zimą do szkoły (to mąż 🙂 ). Takie drobne rodzicielskie wpadki. Ale staramy się je eliminować.

O swojej pracy staramy się też zawsze mówić dobrze przed dziećmi. Wiem, że w modzie jest narzekanie, ale pomijając, że sam człowiek może się przez to wpędzić w depresję, to narzekając przy dziecku szkicuje mu fatalną perspektywę: praca jest za karę.

Po drugie, jak dziecko ma potem zrozumieć, że rodzic nie spędza czasu z nim, bo woli wyjść do pracy, której nienawidzi. Skoro tak wybiera, to jaką buduje samoocenę u dziecka.

Można też wprowadzać życie rodzinne do firmy. Kilkakrotnie urządzaliśmy w naszych biurach Mikołajki. Przychodziły całe rodziny. Atmosfera robiła się naprawdę domowa.

W Boschu zorganizowaliśmy też letnie półkolonie dla dzieci. Super rozwiązanie dla tych, którym trudno zapewnić opiekę dla dziecka na wakacje. Dodatkowo dzieci się poznają, nawiązują przyjaźnie i są maksymalnie długo z rodzicem – przyjeżdżają z nim rano do pracy i wracają po południu. Zainteresowanie półkoloniami przerosło nasze najśmielsze oczekiwania. Widać, że trafiliśmy idealnie w potrzeby rodziców. I dzieci chyba też.

Jako Dyrektor HR i mama, jak uważasz, jakie rozwiązania, które może zastosować pracodawca są kluczowe? Czy obserwując rynek rekrutacji widzisz zmiany na lepsze w postrzeganiu kobiet, mam, ogólnie pracujących rodziców?

Przez ostatnie trzydzieści lat zmieniło się bardzo wiele na rynku pracy w postrzeganiu i dowartościowaniu kobiet. Weźmy choćby urlopy wychowawcze, które mogą od lat brać również ojcowie. Daje to, kobietom chcącym realizować się zawodowo, możliwość szybszego powrotu do pracy. Dobrze też, że urlop – opiekę na dziecko (2 dni w roku) – możemy wykorzystywać „na godziny”, co oznacza, że spokojnie mogę wyjść na wspomniane popołudniowe przedstawienie.

A w rekrutacji? Bardzo dużo mówi się o unikaniu dyskryminacji przy wyborze pracowników. Podnosi to z pewnością świadomość wśród HR oraz managerów, chociaż gdzieś podskórnie czuję, że jeszcze długa droga przed wieloma pracodawcami w Polsce. Wizja Pracownicy, która za chwilę będzie w ciąży (co często jest różnoznaczne ze zwolnieniem lekarskim), a potem skorzysta z rocznego urlopu macierzyńskiego, powoduje, że ciągle wielu pracodawców wybiera „niezawodnych” mężczyzn… Ale tak naprawdę inwestycja może być długoterminowa, nie każda kobieta musi korzystać ze zwolnienia lekarskiego, da się zorganizować tymczasowe zastępstwo i po urlopie macierzyńskim (czas szybko mija) wraca zaangażowana mama.

Coraz częściej widzimy też tatusiów zaangażowanych w proces opiekuńczo-wychowawczy, stąd postrzeganie zatrudnienia każdej kobiety jako ryzyko dla pracodawcy, jest błędnym myśleniem.

W ten sposób odrzucamy te osoby, które bardzo często potrafią doskonale organizować czas, są zaangażowane i bardzo lojalne wobec pracodawcy, który umożliwił im realizację swoich planów rodzinnych.

Rynek pracy cały czas się uelastycznia, co pozwala wychodzić ze schematu: pracujący zawodowo ojciec, opiekująca się dziećmi matka. Sama jestem tego przykładem. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że wszelkie udogodnienia dla młodych matek, chcących realizować się zawodowo, nie są aż tak wielkim kosztem, biorąc pod uwagę zysk.

Jeśli matka chce mieć np. troje dzieci i nie stworzy jej się bezpiecznych warunków powrotu do pracy po pierwszym dziecku, to prawdopodobnie na zawsze wypadnie z rynku. Jeśli będzie miała wsparcie pracodawcy, będzie wracała po każdym porodzie i będzie to z korzyścią dla wszystkich.

A jaka byłaby Twoja rada dla mamy wracającej po dłuższej przerwie do pracy? Gdybyś mogła jej powiedzieć kilka zdań, aby dodać otuchy, co by to było?

Po pierwsze należy przepędzić wszystkie lęki. Nie jesteś pierwszą mamą, która wraca do pracy po urodzeniu dziecka. Twój powrót do pracy może być dobry dla Was obojga. Cokolwiek nie zrobisz i tak dla Twojego dziecka będziesz najlepszą mamą na świecie. Jeśli nie wierzysz, to zapytaj je, gdy tylko nauczy się mówić, a potem weryfikuj to co rok.

Mogłabym też powiedzieć: jeśli chcesz wrócić do pracy na ugiętych nogach, niepewna i przymuszona, to daruj sobie. To musi być absolutnie wolna decyzja. W przeciwnym wypadku stracisz Ty sama, Twoje dziecko i firma. Jednocześnie pamiętaj, że masz prawo do samorozwoju i dziecko ma Ci w tym pomóc. Nie patrz więc na nie jak na kogoś, kto Cię ogranicza.

Myślę też, że wiele obaw dotyczy tego, czy uzyskam odpowiednie wsparcie. Otóż z całą pewnością, przynajmniej w Boschu, matki mogą liczyć na bardzo dużą pomoc i zrozumienie. Dostosowane godziny pracy, pokój karmienia itd. Nie licząc nieformalnej pomocy od koleżanek, które już mają za sobą takie doświadczenia i chętnie podzielą się nimi z kimś, kto tego potrzebuje.

Myślę, że to jest także idealny moment, aby krótko opowiedzieć o naszym wspólnym programie mentoringowym, który ruszy już wkrótce!

Tak, to nowa inicjatywa, mam nadzieję, że piękna i okaże się przydatna dla wielu mam. Zaprosiliśmy nasze Boschowskie Mamy do podzielenia się swoim doświadczeniem, umiejętnościami z mamami spoza naszej firmy, które właśnie tego potrzebują. Czasami drobna rada, mała sugestia albo nawet samo wysłuchanie lub ukierunkowanie myślenia może być krokiem milowym w podjęciu decyzji o własnym rozwoju.

Zainteresowanie takim rodzajem pracowniczego wolontariatu przerosło nasze oczekiwania. Jako firma będziemy wspierać ten proces. Mamy – Mentorki mogą spotykać się z Mentee w czasie pracy, w miejscu pracy, planujemy też dla nich spotkania przygotowujące do roli mentorskiej, będziemy je wspierać w procesie. Już czekamy na rezultaty tych działań.
Myślę, że wszyscy możemy powiedzieć sobie: ODWAGI!

Dziękuję za rozmowę. I już wkrótce zaprosimy do programu mentorskiego Bosch i Mamo Pracuj!

Więcej informacji o tym, w jaki sposób Bosch wspiera pracujących rodziców można znaleźć w profilu firmy w Bazie Pracodawców Przyjaznych Rodzicom wraz z najnowszymi ofertami pracy!

Zdjęcia: własność Bosch Poland.

Rozmawiała: Agnieszka Kaczanowska

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Agnieszka Kaczanowska
Współzałożycielka mamopracuj.pl, od dziesięciu lat rozwija swoje umiejętności łączenia życia rodzinnego i zawodowego i nawet jej to wychodzi! Lubi wyzwania i cieszy ją kiedy pracodawcy znajdują świetnych pracowników. Mama wesołej trójki, żona i miłośniczka kotów. 

Pracoholiczka, która chce zostać mamą – historia Sylwii

Takie historie też się zdarzają, o takich chwilach też chcemy Wam opowiadać. Dzisiaj słowami Sylwii, która napisała do nas list, a w nim, być może, zawarła wszystko to, co dotyczy Ciebie. Może to też Twoja historia. Przeczytaj!
  • Listy do Redakcji - 16/01/2020
młoda kobieta zamyślona z kubkiem w rękach siedzi przy oknie

Pierwsza praca

Moja historia rozpoczyna się w 2007 roku. W czerwcu, od razu po maturze zaczęłam swoją pierwszą pracę, aby móc mieszkać i studiować w Krakowie. Praca dawała mi radość i satysfakcję, bo mogłam czuć się niezależna finansowo. Dużo potrafiłam poświęcić, aby wykazać się pracy. Już wtedy zaczęłam stawać się pracoholikiem.

W 2011 roku rozpoczęłam swoją pierwszą „poważną pracę”, która trwała do teraz, do grudnia 2019. To w tej pracy mocno się rozwinęłam, systematycznie awansowałam, a gdy w 2014 zostałam managerem poczułam, że mam tutaj zagwarantowany rozwój i stabilność stanowiska.

Marzenia o rodzinie

Mogłam zacząć snuć plany o rodzinie, mając oczywiście gdzie później wrócić. W tym samym roku wyszłam za mąż, a kilka miesięcy po tym, postanowiliśmy z mężem powiększyć naszą 2-osobową rodzinę. Przed tą decyzją (jak zawsze u mnie bez planu ani rusz) odwiedziłam swojego ginekologa i stosowałam zalecone witaminy.

Starania o dziecko

W 2015 jako szczęśliwa mężatka ze stabilną pracą czekałam na upragnioną ciążę. Minął pierwszy rok starań, a lekarze uspokajali, że jeden rok starań o niczym nie świadczy (teraz w to nie wierzę). Odpuściłam, zaufałam lekarzom, nie drążyłam tematu i coraz bardziej zagłębiałam się w pracę.

Ustalamy z mężem: „Jak się uda to się uda, mamy jeszcze czas”.

Miesiące mijały, minął drugi rok starań, a ci sami lekarze wysłali męża na badanie nasienia. Badania były rewelacyjne. Ja przeszłam kolejny szereg badań – wszystko w porządku. W maju 2017 wyjechałam na delegację do Chin, co bardzo pozytywnie wpłynęło na moje zadowolenie z pracy. Rosłam w siłę i doświadczenia.

Czy to niepłodność?

Nadszedł lipiec 2017. Zmieniam głównego lekarza, który skierował mnie na identyczne badania co ten pierwszy, a gdy wszystko wychodzi prawidłowo – proponuje zabieg przepłukania jajowodów. Oczywiście przystałam na jego zalecenie, umówiliśmy się na zabieg w styczniu 2018, ale i jednocześnie postanawiamy z mężem zapisać się do rządowego programu walki z niepłodnością dla par starających się o dziecko. W międzyczasie w pracy pojawia się kryzys finansowy i organizacyjny, a mnie dopadają pierwsze myśli o wypowiedzeniu.

Chcę zostać mamą!

Nadchodzi przełom roku 2017/2018, kiedy to większość z nas robi podsumowania mijającego roku i snuje plany na ten lepszy rok. Wtedy też pojawiło się u mnie najsilniejsze pragnienie macierzyństwa. Nasze starania trwały już ponad 2,5 roku, zaczęłam wątpić czy się uda, modliłam się o cud. Chciałam też wyrwać się z pracy, bo sytuacja nie była najlepsza.

Zdecydowałam, że poczekam z decyzją o zmianach po zabiegu. Zabieg odbył się wg planu, w styczniu, a 26 marca zobaczyłam na teście ciążowym dwie kreski. Jaka była moja reakcja?

Nie wierzyłam

Dotarło to do mnie dopiero po kilkudziesięciu minutach. Stał się cud, o który prosiłam. Szykowałam się na bycie mamą. Gdy zaczynał się każdy następny tydzień ciąży z przejęciem czytałam na jakim etapie jest nasze dziecko. To było takie inspirujące.

Moja ginekolog zaprosiła mnie na wizytę kontrolną w 9 tyg. ciąży. To był pamiętny 24 kwietnia, 2 dni przed naszą rocznicą ślubu. Poszłam sama, ponieważ to miała być zwykła wizyta kontrolna. W tym dniu nastąpił krach.

Przykro mi …

To kiedy w swojej euforii bycia w ciąży słyszysz: „Przykro mi Pani Sylwio, nie słyszę serduszka” zmiata Cię jak lawina. Zostajesz w tym gabinecie sama ze słowami: przykro mi…

Później potoczyło się już szybko. Zabieg łyżeczkowania, 2 tygodnie L4. W pracy nie dowiedzieli się co było przyczyną mojej nieobecności. Udało mi się to zachować w tajemnicy. Wróciłam do pracy kompletnie odmieniona, ponieważ wszystko mi się przewartościowało. Widziałam się wtedy jako kobietę z sukcesami w pracy, która przegrała na polu życia.

Nie zliczę przepłakanych dni. Ileż to razy obwiniałam siebie o tę stratę, ale już po „bezpiecznych” 3 miesiącach zaczęliśmy z mężem ponowne starania. Teraz wydaje mi się, że to było za wcześnie, że nie zaleczyłam tamtej rany, ale będąc w otępieniu, po tak trudnej sytuacji liczyliśmy, że teraz na pewno się uda. Nic bardziej mylnego.

Depresja

W tym czasie popełniłam błąd którego skutki czuję do teraz. Chodziłam z otwartą raną po stracie dziecka i usilnie starałam się o kolejne. Z miesiąca na miesiąc biegłam po test ciążowy. To była kompletna psychoza. Każda pojedyncza kreska na teście z miesiąca na miesiąc powodowała u mnie stan przygnębienia i nie zauważyłam, że wpadłam w straszny mechanizm. Wyniszczał mnie. Szłam w dół, ku depresji.

W pracy sytuacja zaczęła się pogarszać i widziałam, że jedynie tam egzystuje. Nie było tam dla mnie miejsca. Nie rozwijałam się. Gdym nawet chciała zagłębić się w pracę i odrzucić myśli od nieudolnych starań o dziecko – nie mogłam. W pracy było bardzo negatywnie.

Zobacz jak radzić sobie z depresją poporodową?

Żyłam w tej sytuacji przez rok. Grałam twardą sama przed sobą, co jeszcze bardziej zamykało mnie w sobie. Czekałam na dziecko i trwałam w pracy, bo wiedziałam, że gdy tylko będę w ciąży, będą mogła swobodnie skorzystać z macierzyńskiego, a później, o ile sytuacja pozwoli – wrócić. Teraz drwię z tego myślenia. Takie zawieszenie wyrządziło mi wiele krzywdy. Zbrzydła mi praca, nie rozwijałam się, bo czekałam.

Przełom

W lipcu 2019 nastąpił przełom. Moja Pani ginekolog przemówiła do mnie tak dosadnie, że obudziłam się z tego letargu. W mocnych słowach kazała mi zrezygnować ze starań. Zauważyła co się ze mną dzieje. Kazała mi zadbać o moje zdrowie psychiczne i poprosiła: „abym pozwoliła temu dziecku samemu przyjść do nas”. Zrozumiałam po tych słowach, że jeśli nic teraz nie zmienię to popadnę w depresję. Walczyłam ze sobą 2 miesiące.

Poza planem

We wrześniu złożyłam wypowiedzenie, co dla szefa i współpracowników było szokiem. Zawsze widzieli we mnie fundament firmy i mocną psychicznie kobietę. Złożyłam wypowiedzenie nie mając jeszcze nowej pracy. Zdecydowałam, że muszę złapać oddech i dystans. Teraz najważniejsza jestem ja. Muszę zadbać o siebie, o swój spokój wewnętrzny, zadowolenie, radość i szczęście. Cieszę się, że mój mąż mnie rozumie i wspiera.

Nie wiem co teraz będzie. Niech się dzieje coś już poza ustalonym planem, spontanicznie.

Mój list jest do tych kobiet, które czekają na dziecko i przez to się blokują zawodowo. To słowa do tych, które wszystko mają zaplanowane co do miesiąca.

To słowa do tych, co kalkulują korzyści wynikające z pełnopłatnego L4 czy 12-miesięcy macierzyńskiego. Te „wygody” z różnych powodów mogą w ogóle nie zaistnieć. Po co zatem dusić się w miejscu (w pracy), która już od dawna nie jest dla nas?

Dzielę się moją historią, bo nie chcę, żeby któraś z Was przechodziła przez to samo. Szukałam przez wiele miesięcy historii takich jak moja. Nie znalazłam i dlatego napisałam do Mamo Pracuj.

Teraz – gdybym mogła cofnąć czas nigdy nie separowałabym decyzji o rozpoczęciu starań o dziecko od decyzji o rozwijaniu się (mowa o awansie czy o zmianie pracodawcy). One muszą iść razem. Kobieta zawsze poradzi sobie z nadmiarem szczęścia, gorzej jeśli nie ma choć jednego i musi wyresetować swoje życie do poziomu zero.

Zdjęcie: 123 rf

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Listy do Redakcji

Poglądy wyrażone w listach są wyłącznie poglądami ich autorów i nie mogą być uznane za poglądy Redakcji Mamo Pracuj.

Chcę otrzymywać inspiracje, pomysły i sugestie jak pracować i nie zwariować.
Newsletter wysyłamy raz na 2 tygodnie

Może Cię zainteresować także:

Uwaga. Strona wykorzystuje pliki cookies. Informacje uzyskane za ich pomocą wykorzystywane są w celach statystycznych. Pozostając tu godzisz się na ich zapisywanie w Twojej przeglądarce. ×

Email marketing powered by FreshMail
 

Email marketing powered by FreshMail
 

Email marketing powered by FreshMail