Czego szukasz

Spontaniczne działania planuję z miesięcznym wyprzedzeniem – wywiad z Malwiną Ferenz

W połowie stycznia miała premierę jej druga książka – „Anioły do wynajęcia”, a już za rogiem widać kolejne dwie nowości. Malwina Ferenz, debiutująca wiosną ubiegłego roku powieścią „Pora na miłość”, zdradza nam trochę jak powstają jej książki, że pomysły na kolejne historie mogą pojawić się w każdej chwili, nawet – „kiedy na chodniku pod stopami zobaczyłam wypisany kredą napis „dzień dobry”- i dlaczego – „z organizacją czasu to jest tak, że całość przypomina obóz wojskowy”. Zapraszamy do przeczytania rozmowy!

  • Ewa Moskalik - Pieper - 29/01/2019
Malwina Ferenz

Malwino, nakładem wydawnictwa Filia ukazała się w styczniu Twoja druga książka „Anioły do wynajęcia”. Miałam okazję ją już przeczytać. Mam nawet swojego ulubionego bohatera – Wrocław 🙂 Za co lubisz to miasto?

Z Wrocławiem to jest tak, że choć mieszkam tutaj od urodzenia, czyli niespełna 43 lata, to ciągle się jeszcze obwąchujemy. Raz po raz odkrywam w nim coś innego, o czym do tej pory nie miałam pojęcia. Wydaje mi się nawet, że im więcej czasu tu mieszkam, tym mniej znam moje miasto. I chyba to właśnie najbardziej mi się podoba. To, że cały czas mnie czymś zaskakuje.

Twoja nowa książka jest pełna niespodzianek, które pozwalają wierzyć, że naprawdę wszystko jest w życiu możliwe. Powiedz, jak kiełkują w Twojej głowie pomysły? Skąd je bierzesz? Pytanie jest uzasadnione, bo ponoć w kwietniu ma pojawić się kolejna, trzecia już Twoja książka, a w drodze jest czwarta 🙂

Żebym to ja sama wiedziała, jak one kiełkują 🙂 Stephen King ma rację, kiedy mówi, że tematy leżą na ulicy. Pojawiają się pod postacią zupełnie przypadkowych spotkań, mijanych ludzi, zupełnie zwykłych zdarzeń, przedmiotów, z pozoru nic nie znaczących sytuacji. Trzeba po prostu je dostrzec i się po nie schylić.

To mogą być drobnostki. Na przykład eksplozja „fabułotwórcza” przy jednej z moich historii nastąpiła, kiedy na chodniku pod stopami zobaczyłam wypisany kredą napis „dzień dobry”. Innym razem był to człowiek myjący okna biurowców. Jeszcze kiedy indziej plakat zauważony na przystanku. To wystarczyło. Kolekcjonuję takie drobne momenty. Kto wie, co z nich wyrośnie 😉

Jesteś mamą trzech dziewczynek, w tym bliźniaczek. W jakim są wieku? Jesteś aktywna zawodowo, a jeszcze znajdujesz czas na pisanie książek. Jestem pod wrażeniem 🙂 Jak organizujesz sobie czas? Kiedy piszesz swoje książki?

No cóż, moje dzieci to już nie są maluszki. Bliźniaczki w tym roku kończą 9 lat, najstarsza córka skończy 11. Kiedy piszę książki? Kiedy tylko się da 🙂 Najczęściej wieczorem. Z organizacją czasu to jest tak, że całość przypomina obóz wojskowy. Na wszystko jest przewidziany czas i miejsce, wszystko działa w ustalonym kieracie. Musi tak być, bo trzeba bardzo dużo rzeczy w ciągu dnia pospinać. Spontaniczne działania planuję z miesięcznym wyprzedzeniem 😉

Czym się zajmujesz zawodowo? Czy Twoja praca jest pokrewna Twojej pasji – pisaniu?

Moja praca nie ma z pisaniem nic wspólnego. Na co dzień pracuję w jednym z banków (przy okazji serdecznie pozdrawiam ludzi z mojego działu, bo aktywnie mi kibicują, nie mówiąc już o tym, że kupują moje książki!)

Zanim zaczęłaś pisać książki byłaś blogerką. Od jak dawna trwa Twoja przygoda z pisaniem? Masz zamiar jeszcze blogować?

Etap blogowania definitywnie jest już za mną, zresztą teraz naprawdę już nie miałabym gdzie tego wcisnąć. A pisanie towarzyszyło mi, odkąd nauczyłam się składać literki. Prowadziłam taki specjalny zeszyt (to było w epoce głęboko przedkomputerowej), w którym spisywałam opowiadania i wiersze. Całe szczęście świat nigdy tego nie zobaczył, można odetchnąć z ulgą.

Z uwagą obserwuję teraz jedną z moich córek, która robi dokładnie tak samo jak ja kiedyś, choć w żaden sposób jej tego nie podpowiadałam i nie zachęcałam. Dziecko prowadzi właśnie taki zeszyt, pisze swoje „książki”, które potem pokazuje wychowawczyni. Ciekawe, co z tego wyjdzie 🙂

Chciałabym też zaznaczyć, że to nie jest tak, że się za coś zabrałam i tadam! Od razu na starcie sukces. Wcześniej była cała masa porażek, które nie pchają się teraz na świecznik. I to właśnie porażki wszystkiego mnie nauczyły. Bez nich nie byłoby tego, co jest.

To jak powstają Twoje książki? Jak pracujesz? Masz pomysł, robisz szkice, notatki, czy po prostu siadasz i piszesz?

O nie, nic nie dzieje się po prostu, trzeba mieć plan 🙂 Wypracowałam sobie taką metodę, że mam trzy pliki. W jednym mam dokładną charakterystykę wszystkich bohaterów (nawet epizodycznych), taką szczegółową do bólu, łącznie ze informacjami, że na przykład bohater ma łupież lub nie cierpi zupy ogórkowej. Nie wszystkie informacje potem wykorzystuję, ale muszę „widzieć” i „poczuć” mojego bohatera, jakby był żywym człowiekiem, którego znam i z którym rozmawiam.

W drugim pliku mam punkt po punkcie rozpisaną fabułę, co się wydarzy i w jakim momencie. Oczywiście modyfikuję to w trakcie pisania, bo koncepcja może się zmienić, ale jest coś, na czym się opieram. No i jest jeszcze trzeci plik, czyli sama powieść. Zanim więc siądę do tego trzeciego, właściwego, sporo czasu poświęcam przygotowaniom, a jeszcze wcześniej, zanim w ogóle zacznę coś gmerać w tych plikach, tworzę sobie postacie i sytuacje w głowie. Jakbym oglądała film. Muszę wtedy głupio wyglądać w tramwaju, ze wzrokiem cielęco utkwionym w jeden punkt, kompletnie oderwana od rzeczywistości 😉

Tak czy inaczej to wszystko sprowadza się do jednej zasady: tylko wtedy można dotrzeć do celu, jeśli się wie, gdzie się w ogóle chce dojść.

O czym jest Twoim zdaniem łatwiej pisać, o smutku, czy o radości?

Nie mam pojęcia, za trudne pytanie 🙂 Spojrzałabym na to trochę inaczej. Pewni bohaterowie czy sytuacje wymagały ode mnie większego nakładu pracy i skupienia, inne pisało mi się prościej, ale nie rozpatrywałabym tego w kontekście smutku i radości.

Jakie książki Ty lubisz czytać najbardziej?

Och, bardzo różne. Nie mam jakiejś ulubionej tematyki czy gatunku. Zaciekawiły mnie książki P.K. Dicka, lubię Nesbø, Miłoszewskiego, Pratchetta (o, ten rządzi, to na pewno), Krajewskiego, Sapkowskiego, Gaimana. Ostatnio czytam bardzo dużo poezji (widocznie organizm potrzebuje 🙂 ).

Sięgam po książki, które mogą dostarczyć mi odpowiedzi na różne pytania, np. książki ks. Kaczkowskiego, mam w planach ks. Tischnera. W ogóle uważam, że cały czas strasznie mało wiem i chcę wiedzieć więcej. Bardzo lubię książki Moniki Szwai. Postanowiłam sobie bardziej się wkręcić we współczesną literaturą obyczajową, bo słabo ją znam, a nie chcę, żeby mi coś umykało.

A możesz troszeczkę zdradzić o czym będą Twoje kolejne dwie książki?

Akcja oczywiście toczy się we Wrocławiu. To, o czym będą, chciałabym zatrzymać w sekrecie, ale na etapie pliku z bohaterami jest książka, której tematyka wielu czytelnikom okaże się bardzo bliska. Tak myślę. Mam nadzieje, że czytając ją wielu stwierdzi: „O Boże, mam to!”. Będą się tam przewijać między innymi dzieci z impetem wchodzące w okres dojrzewania. Brzmi znajomo, co? 😉

Oj tak! Bardzo dziękuję Ci za rozmowę.

Rozmawiała: Ewa Moskalik Pieper

Zdjęcie główne: Justyna Bem; zdjęcie okładki książki – Wydawnictwo Filia; zdjęcie Malwiny Ferenz w środku – archiwum prywatne.

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Ewa Moskalik - Pieper
Redaktor portalu Mamo Pracuj. Prywatnie spełniona, pełnoetatowa mama dwóch wspaniałych synów i żona, starająca się znaleźć swój patent na work - life balance. Absolwentka UJ. Miłośniczka kina, muzyki i książek.

Podróż z dziećmi do Indii: 7 zachwytów, 7 zaskoczeń i 3 rozczarowania

Dzisiaj mijają dwa tygodnie odkąd znów jesteśmy w Polsce. Indyjska przygoda za nami… choć nadal trudno nam w to uwierzyć. „Jak to, że już „po”?” - tyle przygotowań, niepewności, potem nowości i wspaniałych przeżyć i to już koniec? Postanowiłam spisać moje zachwyty, zaskoczenia i rozczarowania, aby nic nam nie umknęło - i podzielić się nimi z Tobą!
  • Agnieszka Kaczanowska - 16/04/2019
Podróż z dziećmi do Indii - Agnieszka z dziećmi

Podróż z dziećmi do Indii, a dokładniej trzy miesiące w Goi (poprawnie) – na Goa (potocznie)

Trzy miesiące. I mało i krótko zarazem. Mogłabym godzinami opowiadać 😉 Ale nie bój się, nie zanudzę Cię, bo postanowiłam podzielić się tylko najważniejszymi zachwytami, zaskoczeniami i rozczarowaniami z naszej podróży. Miałam sporo wyobrażeń, pewnie tak jak i Ty, ale też różnych lęków i obaw myśląc o Indiach. Gotowa?

Zachwyt 1: Pogoda

Dla mnie cudowna. Słońce praktycznie każdego dnia (2 dni, w trakcie 3 miesięcy były bardziej pochmurne), temperatura 26-33 stopnie i nie było gorąco! No dobra, ja uwielbiam ciepło 😉 Lekki wiaterek wiał, a powietrze było suche. Dla mnie idealnie. Dopiero ostatnie dni marca, tuż przed naszym powrotem, było coraz cieplej i ciało cały czas było lekko wilgotne. W maju zawita tam monsun… Podobno teraz jest już za gorąco…

Zachwyt 2: Jedzenie

Wiedziałam, że lubię kuchnię indyjską, choć znałam ją wyłącznie w wersji polskiej… ale pokochałam. Masale w niezliczonych odsłonach, i moja ulubiona paneer butter masala, do tego ryż tak sypki i długi jakiego w życiu nie widziałam, przepyszne warzywa w surówkach czy na ciepło. Raj dla wegetarian 😉 Bo w tej części Indii, w której byliśmy łatwiej znaleźć restaurację wegetariańską niż no-veg! Choć nie ukrywam, że chętnie podjadałam dzieciom ich ukochane butter chicken masala 😉

Mój mąż nie podziela mojego zachwytu – więc to bardzo subiektywne…

Zaskoczenie 1: Chili

Nie wiedziałam, że jedzenie ostrych potraw to taka przyjemność. Kiedy w ustach czuć przyjemne pieczenie, oczy lekko łzawią i z nosa leci 😉 A myślałam, że ja nie lubię ostrych potraw! Co więcej dzieci też polubiły i całkiem zmienił się nam smak… Teraz każdy prosi, aby dodawać więcej chili do jedzenia!

Rozczarowanie 1: Śmieci

Są wszędzie. Jest ich dużo. To dla Europejczyka spory szok. Przez dwa tygodnie miałam ochotę zbierać je po drodze, choć i tak za chwilę pojawiłyby się nowe. To jest o tyle ciekawe, że każdego ranka w hinduskich domach i przed nimi, odbywa się rytuał sprzątania, a przed wejściem do domu obowiązkowo zdejmuje się buty. A śmieci są wszędzie. Nawet pan, który zbiera śmieci (segregując) gubi je po drodze i zupełnie się tym nie przejmuje… Nie raz nie dwa było tak, że coś wyrzuciłam do kosza, a potem znajdowałam to po drodze… Po 3 tygodniach pobytu nauczyliśmy się po prostu nie patrzeć na śmieci, ale chyba zawsze nas to będzie ruszać.

Zaskoczenie 2: Indian time

Lubię mieć różne sprawy pod kontrolą, zaplanować, przemyśleć i przewidzieć co i jak. W Indiach się nie da. Po prostu. Zbyt wiele rzeczy dzieje się nie w czasie umówionym, ale wtedy kiedy się dzieje… „Indian time”. Skuter ma być dzisiaj? Ok. Nie ma? Acha. A kiedy będzie? Jutro. Acha. I tak czekałam ze dwa tygodnie 😉 I wiesz, już po pierwszym tygodniu poczułam przyjemną ulgę, że wcale nie muszę kontrolować, denerwować się czy wkurzać. I że jak coś idzie nie tak, jak miało być, to nie jest problem, tylko inna opcja i tyle. Ileż stresów mnie w ten sposób ominęło! Teraz próbuję zatrzymać tą umiejętność choć nie jest łatwo…

Zachwyt 3: Morze

Morze Arabskie. Piękne. Plaża pias(czysta), z palmami i bardzo pusta (w części, w której mieszkaliśmy). Godzinami mogłam gapić się na fale 😉 A myślałam, że jestem bardziej „górska”.

Zaskoczenie 3: Internet

Wiele razy słyszałam, że w Indiach słabo z internetem. Ale wiedziałam też, że muszę go mieć – choćby nie wiem co – aby pracować! No i się udało. Czasem był w telefonie, czasem przez WiFi, czasem go nie było… Wtedy ratowałam się internetem w knajpkach 😉 Raz nie było nigdzie, bo ktoś strajkował! A kilka razy nie było internetu, bo była „bad weather” i słaby sygnał… Ale dałam radę! A właściwie to dałyśmy radę, bo mój internet miał nieraz wpływ na cały „mamopracowy” zespół.

Zaskoczenie 4: Ruch lewostronny

Nie byłam na to gotowa. Wiedziałam, że czeka mnie nauka jazdy na skuterze, ale nie wiedziałam (pewnie mogłam się domyślić), że w Indiach jest ruch lewostronny. Bałam się, ale zastosowałam opcję „jakoś to będzie” i było! Bardzo dobrze. No może kilka razy prawie wylądowałam na murze, albo rowie czy krowie, ale obyło się bez wypadków – na szczęście 😉 Wiatr rozwiewał mi włosy, trójka dzieci mogła jechać ze mną i było super! Szkoda, że w Krakowie skuterem zbyt niebezpiecznie, no i z trójką dzieci daleko bym nie zajechała…

Rozczarowanie 2: Angielski

No dobrze. Przyznam się. Miałam nadzieję, że podszkolę się w angielskim. Wygrzebię go z czeluści mojego mózgu, ale niestety. Nie było takiej potrzeby. Codzienna komunikacja była bardzo prosta, wielu Hindusów słabo mówi po angielsku (choć to język urzędowy), więc czasem musiałam mówić bardzo prostym językiem, abyśmy się zrozumieli, a i to nie gwarantowało powodzenia 😉 Podsumowując, może trochę przewietrzyłam nieco swój angielski – ale nie za dużo! A szkoda.

Rozczarowanie 3: Słodycze

Nie uwierzysz ale przez 3 miesiące nie jadłam dobrego deseru… no chyba, że upiekłyśmy brownie 😉 Serio. Słodycze indyjskie zupełnie nam nie smakowały. Być może nie trafiliśmy na nic dobrego – nie przekreślam wszystkich deserów w Indiach – ale te, które próbowaliśmy były tak słodkie, twarde, suche że aż niedobre… Generalnie cukru jest sporo w napojach, ciastkach i cukierkach, dużo więcej niż w tych samych produktach w Europie.

Za to owoce… bajka!

Zaskoczenie 5 i zachwyt 4: Dziewczynki w szkole

Zosia i Helenka nie bez obaw szły pierwszego dnia do szkoły. Zastanawiały się: jak to będzie rozmawiać tylko po angielsku? A czy wszystko zrozumieją? A co jeśli nie będą wiedziały o co chodzi?

Ja myślałam: A nie za gorąco tam? W końcu lekcje w szałasach… Czy nie zapomną o piciu wody? No i czy aby to bezpieczne, że cały dzień będą na plaży beze mnie (piątek był beach day?). Jak się okazało były też inne Polki, więc polski był w ruchu, a o wszystko inne dbali nauczyciele 😉 wracały zmęczone i szczęśliwe!

Zaskoczenie 6: Krzyś w przedszkolu

To było trudne. Nasz Krzyś (l. 5) w Polsce rok adaptował się do przedszkola, i nie lubił się z nami rozstawać. Dość naiwnie założyłam, że w Indiach może będzie inaczej… Nie było. I choć miał w przedszkolnej grupie trzech kolegów z Polski, a na terenie placówki kolejną piątkę polskich dzieci (siostry były w innej szkole), to każdy poranek był trudny. Nie pomagały przytulaski, dużo czasu razem popołudniami, zapewnienia o naszej miłości. Było ciężko. Choć wracał radosny i pełen opowieści o zabawach w błocie, małych małpkach, które regularnie ich odwiedzały, rzucaniu kamieni i bazach, które zbudował; rozstania były trudne.

Do czasu, aż…

Zachwyt 5: Córka

Zosia sama zdecydowała się zmienić szkołę, aby być z Krzysiem. Aby jemu było raźniej! To było bardzo piękne i dojrzałe, choć wcale nie takie łatwe dla niej. Jak się później okazało, ta zmiana była i dla niej korzystna. W pierwszej szkole obyła się z językiem i spokojnie się komunikowała, używając oczywiście także rąk i nóg ;-). W nowej szkole trafiła do klasy ze starszymi dziećmi od siebie, mówiła wyłącznie po angielsku, uczyła się matematyki, geografii, angielskiego i francuskiego – oczywiście po angielsku. I choć wracała jeszcze bardziej zmęczona i brudna, to widziałam w oczach dumę z samej siebie!

Helenka też stanęła na wysokości zadania i choć została w szkole bez siostry, czego się bała (w końcu we dwie raźniej) bardzo dzielnie i odważnie zaprzyjaźniała się z coraz większą grupą dzieci z całego świata!

Zachwyt 6: Ludzie

Moje doświadczenia wskazują na to, że Hindusi to bardzo dobrzy ludzie. Lubią dzieci, są serdeczni, uśmiechnięci i choć wielu z nich wiedzie bardzo skromne, lub nawet biedne życie, są pogodni. Przynajmniej my takich spotykaliśmy każdego dnia. Bałam się o bezpieczeństwo dzieci w obcym i dalekim kraju, a to było zupełnie niepotrzebne.

Zachwyt 7: Zaufanie

Przed wyjazdem bałam się, że ktoś nas może chcieć oszukać, okraść czy naciągnąć. Ale przebywając wśród Hindusów, dając się wozić, leczyć czy powierzając swoje dzieci, czułam się najbezpieczniej w życiu.

Może mieliśmy szczęście do ludzi? Może po prostu nic złego nas nie spotkało? No chyba, że ktoś nas tak oszukał, że dotąd się nie zorientowaliśmy 😉

Zaskoczenie 7: Praca zdalna

Miałam nadzieję, że się uda. Takie było założenie. Ale też sporo obaw. A okazało się, że zupełnie niepotrzebnie. To nie tak, że nie było kłopotów, czy jakiś trudniejszych momentów – były. Zespół w Krakowie, a ja daleko, 4,5 h różnicy czasu. Dziewczyny dopiero się rozkręcały z działaniami ok. 10:30, a ja już kończyłam, bo zbliżała się 15:00 i czas odbierać dzieci. Ale wypracowałyśmy sobie rytm pracy. Planowałyśmy lepiej rozmowy, i czy był dobry czy zły internet, dawałyśmy radę rozmawiać i prowadzić wszystkie działania. A ja upewniłam się, że mamy super zespół! Dzięki dziewczyny!

To był niesamowity czas. Bardzo bogaty w doświadczenia i przeżycia. Czy coś się zmieniło w nas na lepsze? Zobaczymy!

A jeśli jesteś ciekawa, gdzie jest Goa, i upewnić się, że to nie jest wyspa 😉 kliknij tutaj >>>

A wiesz jak tam trafiliśmy? Jeśli nie, to zapraszam jeszcze tutaj 😉

Chcesz o coś zapytać napisz do mnie: [email protected]

Zdjęcia: Agnieszka Czmyr-Kaczanowska

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Agnieszka Kaczanowska
Współzałożycielka mamopracuj.pl, od dziesięciu lat rozwija swoje umiejętności łączenia życia rodzinnego i zawodowego i nawet jej to wychodzi! Lubi wyzwania i cieszy ją kiedy pracodawcy znajdują świetnych pracowników. Mama wesołej trójki, żona i miłośniczka kotów.  

Wynagrodzenie po urlopie macierzyńskim

Jednym z najczęściej pojawiających się pytań na etapie powrotu do pracy po urlopie, jest kwestia wynagrodzenia. Na jakie wynagrodzenie może liczyć? Co z dodatkami i premiami? Czy nadal przysługuje samochód służbowy?
  • Marzena Pilarz-Herzyk - 14/04/2019
mama z córeczką

W powyższej sytuacji należy rozpatrzyć kilka różnych sytuacji.

Powrót do pracy po urlopie macierzyńskim

W sytuacji, w której wracasz do pracy po urlopie macierzyńskim/rodzicielskim pracodawca ma obowiązek zapewnienia Ci wynagrodzenia takiego, jakie byś posiadała nie mając przerwy w pracy spowodowanej urlopem. W praktyce więc przysługują Ci również podwyżki, które otrzymałabyś, gdybyś nie była na urlopie.

Poniżej sprawdź kilka przykładów.

W czasie, gdy przebywałaś na urlopie, Twój zespół otrzymał 5% podwyżkę. Nie miały na nią wpływu wyniki indywidualne. Czy taka podwyżka wynagrodzenia powinna zostać uwzględniona po powrocie do pracy? TAK.

Przed przerwą urlopową miałaś wypracowane wyniki, przeszłaś pozytywnie ocenę roczną, ale zmiany umów nastąpiły w czasie, gdy Ty byłaś już na urlopie.
Czy Twoja umowa mogła zostać zmieniona podczas urlopu? TAK. Zmiana umowy może zostać dokonana w czasie urlopu. Podwyżka jednak nie przełożyłaby się na  wysokość zasiłku.

Czy Twoje wynagrodzenie powinno zostać zmienione po urlopie? TAK. Jeśli Twoja umowa nie została zmieniona w czasie urlopu, powinno to zostać zrobione tuż po Twoim powrocie do pracy.

Przed urlopem awansowałaś na stanowisko managerskie i zgodnie ze stopniami awansu w firmie od tego stanowiska przysługuje samochód. Po powrocie do pracy zmieniono Ci stanowisko pracy, ale w nowym dziale nie ma samochodów służbowych. Co z Twoim samochodem? Pamiętaj, że nadal masz ten sam stopień managerski, gdyż po powrocie nie można obniżyć stanowiska pracy (nowe stanowisko musi być zgodne z kompetencjami). To oznacza więc, że nadal zachowujesz
prawo do korzystania z samochodu służbowego.

Przed urlopem otrzymywałaś premię za określone dodatkowe zadania, zlecane przez przełożonego. Po powrocie z urlopu nie otrzymujesz już tych zadań, z racji powiększenia zespołu pracowniczego. Czy premia nadal Ci przysługuje? NIE. Nawet jeśli przed urlopem był to długi okres, mimo wszystko były to zadania ponad Twój standardowy zakres obowiązków i z tym wiązała się premia. Jeśli pracodawca nie ma w tej chwili dodatkowych zadań premiowanych dla Ciebie, premia nie będzie przysługiwała.

Powrót do pracy po urlopie wychowawczym

Nieco inaczej, niż powyżej wygląda sytuacja Twojego powrotu po urlopie wychowawczym. Tutaj bowiem, pracodawca nie może obniżyć Twojego wynagrodzenia. Nie ma jednak obowiązku uwzględniania ewentualnych podwyżek, które otrzymałabyś, gdybyś nie przebywała na urlopie.
A co zrobić w sytuacji, gdy bezpośrednio po urlopie macierzyńskim, wykorzystałaś urlop wychowawczy? Czy podwyżki za ten czas przysługują? Przepisy nie regulują wprost tej sytuacji.

Moim zdaniem należy jednak uwzględnić podwyżki, które przysługiwałyby za czas urlopu macierzyńskiego, natomiast już nie za okres urlopu wychowawczego.
Nie ma tutaj znaczenia, że formalnie wracasz z urlopu wychowawczego, gdyż wykorzystałaś go bezpośrednio po macierzyńskim.

Zdjęcie: 123 rf

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Marzena Pilarz-Herzyk
Na co dzień mama dwóch synów Oskara i Oliwiera. Z wykształcenia prawnik. Z zamiłowania artystka. Zawodowo przez kilka lat związana z zarządzaniem przedsiębiorstwami, procedurami prawnymi i finansowymi. Od 2018 postanowiła zawodowo zająć się doradztwem prawnym przede wszystkim kobietom, mamom, rodzicom, ale również mniej świadomym swoich obowiązków pracodawcom. Prowadzi stronę mamaprawniczka.pl.
Chcę otrzymywać inspiracje, pomysły i sugestie jak pracować i nie zwariować.
Newsletter wysyłamy raz na 2 tygodnie
Może Cię zainteresować także:
Uwaga. Strona wykorzystuje pliki cookies. Informacje uzyskane za ich pomocą wykorzystywane są w celach statystycznych. Pozostając tu godzisz się na ich zapisywanie w Twojej przeglądarce. ×

Email marketing powered by FreshMail
 

Email marketing powered by FreshMail
 

Email marketing powered by FreshMail