Czego szukasz

Spontaniczne działania planuję z miesięcznym wyprzedzeniem – wywiad z Malwiną Ferenz

W połowie stycznia miała premierę jej druga książka – „Anioły do wynajęcia”, a już za rogiem widać kolejne dwie nowości. Malwina Ferenz, debiutująca wiosną ubiegłego roku powieścią „Pora na miłość”, zdradza nam trochę jak powstają jej książki, że pomysły na kolejne historie mogą pojawić się w każdej chwili, nawet – „kiedy na chodniku pod stopami zobaczyłam wypisany kredą napis „dzień dobry”- i dlaczego – „z organizacją czasu to jest tak, że całość przypomina obóz wojskowy”. Zapraszamy do przeczytania rozmowy!

Malwina Ferenz

Malwino, nakładem wydawnictwa Filia ukazała się w styczniu Twoja druga książka „Anioły do wynajęcia”. Miałam okazję ją już przeczytać. Mam nawet swojego ulubionego bohatera – Wrocław 🙂 Za co lubisz to miasto?

Z Wrocławiem to jest tak, że choć mieszkam tutaj od urodzenia, czyli niespełna 43 lata, to ciągle się jeszcze obwąchujemy. Raz po raz odkrywam w nim coś innego, o czym do tej pory nie miałam pojęcia. Wydaje mi się nawet, że im więcej czasu tu mieszkam, tym mniej znam moje miasto. I chyba to właśnie najbardziej mi się podoba. To, że cały czas mnie czymś zaskakuje.

Twoja nowa książka jest pełna niespodzianek, które pozwalają wierzyć, że naprawdę wszystko jest w życiu możliwe. Powiedz, jak kiełkują w Twojej głowie pomysły? Skąd je bierzesz? Pytanie jest uzasadnione, bo ponoć w kwietniu ma pojawić się kolejna, trzecia już Twoja książka, a w drodze jest czwarta 🙂

Żebym to ja sama wiedziała, jak one kiełkują 🙂 Stephen King ma rację, kiedy mówi, że tematy leżą na ulicy. Pojawiają się pod postacią zupełnie przypadkowych spotkań, mijanych ludzi, zupełnie zwykłych zdarzeń, przedmiotów, z pozoru nic nie znaczących sytuacji. Trzeba po prostu je dostrzec i się po nie schylić.

To mogą być drobnostki. Na przykład eksplozja „fabułotwórcza” przy jednej z moich historii nastąpiła, kiedy na chodniku pod stopami zobaczyłam wypisany kredą napis „dzień dobry”. Innym razem był to człowiek myjący okna biurowców. Jeszcze kiedy indziej plakat zauważony na przystanku. To wystarczyło. Kolekcjonuję takie drobne momenty. Kto wie, co z nich wyrośnie 😉

Jesteś mamą trzech dziewczynek, w tym bliźniaczek. W jakim są wieku? Jesteś aktywna zawodowo, a jeszcze znajdujesz czas na pisanie książek. Jestem pod wrażeniem 🙂 Jak organizujesz sobie czas? Kiedy piszesz swoje książki?

No cóż, moje dzieci to już nie są maluszki. Bliźniaczki w tym roku kończą 9 lat, najstarsza córka skończy 11. Kiedy piszę książki? Kiedy tylko się da 🙂 Najczęściej wieczorem. Z organizacją czasu to jest tak, że całość przypomina obóz wojskowy. Na wszystko jest przewidziany czas i miejsce, wszystko działa w ustalonym kieracie. Musi tak być, bo trzeba bardzo dużo rzeczy w ciągu dnia pospinać. Spontaniczne działania planuję z miesięcznym wyprzedzeniem 😉

Czym się zajmujesz zawodowo? Czy Twoja praca jest pokrewna Twojej pasji – pisaniu?

Moja praca nie ma z pisaniem nic wspólnego. Na co dzień pracuję w jednym z banków (przy okazji serdecznie pozdrawiam ludzi z mojego działu, bo aktywnie mi kibicują, nie mówiąc już o tym, że kupują moje książki!)

Zanim zaczęłaś pisać książki byłaś blogerką. Od jak dawna trwa Twoja przygoda z pisaniem? Masz zamiar jeszcze blogować?

Etap blogowania definitywnie jest już za mną, zresztą teraz naprawdę już nie miałabym gdzie tego wcisnąć. A pisanie towarzyszyło mi, odkąd nauczyłam się składać literki. Prowadziłam taki specjalny zeszyt (to było w epoce głęboko przedkomputerowej), w którym spisywałam opowiadania i wiersze. Całe szczęście świat nigdy tego nie zobaczył, można odetchnąć z ulgą.

Z uwagą obserwuję teraz jedną z moich córek, która robi dokładnie tak samo jak ja kiedyś, choć w żaden sposób jej tego nie podpowiadałam i nie zachęcałam. Dziecko prowadzi właśnie taki zeszyt, pisze swoje „książki”, które potem pokazuje wychowawczyni. Ciekawe, co z tego wyjdzie 🙂

Chciałabym też zaznaczyć, że to nie jest tak, że się za coś zabrałam i tadam! Od razu na starcie sukces. Wcześniej była cała masa porażek, które nie pchają się teraz na świecznik. I to właśnie porażki wszystkiego mnie nauczyły. Bez nich nie byłoby tego, co jest.

To jak powstają Twoje książki? Jak pracujesz? Masz pomysł, robisz szkice, notatki, czy po prostu siadasz i piszesz?

O nie, nic nie dzieje się po prostu, trzeba mieć plan 🙂 Wypracowałam sobie taką metodę, że mam trzy pliki. W jednym mam dokładną charakterystykę wszystkich bohaterów (nawet epizodycznych), taką szczegółową do bólu, łącznie ze informacjami, że na przykład bohater ma łupież lub nie cierpi zupy ogórkowej. Nie wszystkie informacje potem wykorzystuję, ale muszę „widzieć” i „poczuć” mojego bohatera, jakby był żywym człowiekiem, którego znam i z którym rozmawiam.

W drugim pliku mam punkt po punkcie rozpisaną fabułę, co się wydarzy i w jakim momencie. Oczywiście modyfikuję to w trakcie pisania, bo koncepcja może się zmienić, ale jest coś, na czym się opieram. No i jest jeszcze trzeci plik, czyli sama powieść. Zanim więc siądę do tego trzeciego, właściwego, sporo czasu poświęcam przygotowaniom, a jeszcze wcześniej, zanim w ogóle zacznę coś gmerać w tych plikach, tworzę sobie postacie i sytuacje w głowie. Jakbym oglądała film. Muszę wtedy głupio wyglądać w tramwaju, ze wzrokiem cielęco utkwionym w jeden punkt, kompletnie oderwana od rzeczywistości 😉

Tak czy inaczej to wszystko sprowadza się do jednej zasady: tylko wtedy można dotrzeć do celu, jeśli się wie, gdzie się w ogóle chce dojść.

O czym jest Twoim zdaniem łatwiej pisać, o smutku, czy o radości?

Nie mam pojęcia, za trudne pytanie 🙂 Spojrzałabym na to trochę inaczej. Pewni bohaterowie czy sytuacje wymagały ode mnie większego nakładu pracy i skupienia, inne pisało mi się prościej, ale nie rozpatrywałabym tego w kontekście smutku i radości.

Jakie książki Ty lubisz czytać najbardziej?

Och, bardzo różne. Nie mam jakiejś ulubionej tematyki czy gatunku. Zaciekawiły mnie książki P.K. Dicka, lubię Nesbø, Miłoszewskiego, Pratchetta (o, ten rządzi, to na pewno), Krajewskiego, Sapkowskiego, Gaimana. Ostatnio czytam bardzo dużo poezji (widocznie organizm potrzebuje 🙂 ).

Sięgam po książki, które mogą dostarczyć mi odpowiedzi na różne pytania, np. książki ks. Kaczkowskiego, mam w planach ks. Tischnera. W ogóle uważam, że cały czas strasznie mało wiem i chcę wiedzieć więcej. Bardzo lubię książki Moniki Szwai. Postanowiłam sobie bardziej się wkręcić we współczesną literaturą obyczajową, bo słabo ją znam, a nie chcę, żeby mi coś umykało.

A możesz troszeczkę zdradzić o czym będą Twoje kolejne dwie książki?

Akcja oczywiście toczy się we Wrocławiu. To, o czym będą, chciałabym zatrzymać w sekrecie, ale na etapie pliku z bohaterami jest książka, której tematyka wielu czytelnikom okaże się bardzo bliska. Tak myślę. Mam nadzieje, że czytając ją wielu stwierdzi: „O Boże, mam to!”. Będą się tam przewijać między innymi dzieci z impetem wchodzące w okres dojrzewania. Brzmi znajomo, co? 😉

Oj tak! Bardzo dziękuję Ci za rozmowę.

Rozmawiała: Ewa Moskalik Pieper

Zdjęcie główne: Justyna Bem; zdjęcie okładki książki – Wydawnictwo Filia; zdjęcie Malwiny Ferenz w środku – archiwum prywatne.

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Redaktor portalu Mamo Pracuj. Prywatnie spełniona, pełnoetatowa mama dwóch wspaniałych synów i żona, starająca się znaleźć swój patent na work - life balance. Absolwentka UJ. Miłośniczka kina, muzyki i książek.

Akcesoria do drewnianego domku dla lalek, które zachwycą każdą dziewczynkę

Sam drewniany domek dla lalek nie wystarczy, by zabawa była naprawdę ekscytująca i umożliwiała realizację najśmielszych scenariuszy. Domek z lalkami trzeba odpowiednio wyposażyć! Jakie dodatki i mebelki dla lalek zachwycą każdą dziewczynkę?
Dziewczynka siedzi przy swoim domku dla lalek

Czym kierować się, kupując drewniany domek i mebelki dla lalek?

Półki sklepów z zabawkami uginają się pod różnorodnymi domkami i akcesoriami dla lalek. Decyzja o wyborze konkretnego domku dla lalek powinna opierać się na kilku kryteriach, spośród których najważniejsze jest kryterium jakościowe.

Producenci zabawek często kuszą kolorowymi, bogato wyposażonymi konstrukcjami, których jakość pozostawia jednak wiele do życzenia. Kupując domek dla lalek drewniany, zwróć uwagę przede wszystkim na:

  • materiały użyte do produkcji – czy zarówno sam domek, jak i akcesoria wykonano z drewna (najlepiej litego);
  • bezpieczeństwo – kupuj zabawki pokryte atestowanymi powłokami i starannie wykończone;
  • komfort zabawy – czy konstrukcja domku zapewnia wygodny dostęp do wszystkich pomieszczeń (również do poddasza);
  • rozmiar – czy tak duży domek dla lalek na pewno zmieści się w pokoju Twojej córki. Jeśli w pomieszczeniu jest mało miejsca, a wybór padł na kilkukondygnacyjną rezydencję, to zabawa szybko przeniesie się do… salonu.

Jeżeli dokupujesz same akcesoria, zastanów się, czy będą one pasować do domku Twojej córki nie tylko pod względem rozmiaru, ale również estetyki.

Czy można kupić domek dla lalek od razu z pełnym wyposażeniem?

Akcesoria możesz kupić niezależnie od samego domku z lalkami albo zdecydować się od razu na kompletny zostaw. W sklepach z zabawkami znajdziesz drewniane domki dla lalek wraz z bogatym wyposażeniem

Niektóre zestawy są bardzo rozbudowane. Zawierają praktycznie wszystkie potrzebne mebelki i dodatki do poszczególnych pomieszczeń. Inne oferują zaledwie kilka elementów. Pozwól córce samej zadecydować, czy woli „pusty” budynek, czy duży, drewniany domek dla lalek z kompletnym wyposażeniem – taki, jak np. w sklepie Dollo.

Złotym środkiem może się okazać domek dla lalek ze zjeżdżalnią, schodami i oświetleniem, ale bez mebelków, dodatków i dekoracji. Te możesz dokupić osobno albo… wykonać ręcznie razem ze swoim dzieckiem.

Materiał powstał we współpracy z partnerem portalu.

Zdjęcie: partnera portalu

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:

Jak wykorzystać kompetencje rodzicielskie w pracy? Rozmowa z Pawłem i Radkiem, menedżerami z firmy Franklin Templeton

„Mimo że mówimy tu o dwóch zupełnie innych światach, umiejętności zdobyte w jednym z nich, przydają się w tym drugim”. Do ciekawej rozmowy o byciu ojcem i menedżerem zaprosiliśmy Pawła Rybickiego i Radosława Duszyńskiego, którzy - kiedy nie zajmują się dziećmi - są menedżerami w firmie Franklin Templeton i zarządzają zespołami. Zapytałyśmy, jak przeplatają się w ich życiu role ojców i menedżerów, co jest dla nich największym wyzwaniem, i co zmieniła pandemia?
Radek Duszyński z synkiem



Pytanie na rozgrzewkę: jaki jest pracujący tata?

Radek: Zabiegany i dobrze zorganizowany, szczególnie teraz, kiedy pracujemy z domu z dziećmi.

Paweł: Pracujący tata jest… często niewyspany. A odpowiadając bardziej poważnie – zorganizowany i przewidujący.

Pawle, Radku, obaj jesteście menedżerami. Zarządzacie zespołami w firmie Franklin Templeton. Obaj macie po dwójce dzieci. Czy kompetencje menedżerskie przydają się w domu? Czy to zupełnie inna bajka?

Radek: Na pewno się przydają, chociaż jeśli używam kompetencji menedżerskich w domu, to raczej bezwiednie. Ale to działa w obie strony i czasem w ramach autorefleksji dochodzę do wniosku, że to, jak rozmawiam z moim zespołem, często wynika z moich doświadczeń z dziećmi. Natomiast dynamika tych kontaktów jest zupełnie inna!

Paweł: Mimo że mówimy tu o dwóch zupełnie innych światach, umiejętności zdobyte w jednym z nich przydają się w tym drugim.
Pierwszym, o czym pomyślałem, są jednak umiejętności menedżerskie rozwinięte dzięki byciu rodzicem, a nie na odwrót. Elastyczność, spokój i opanowanie w kryzysowych sytuacjach, samodyscyplina, większa empatia, lepsza organizacja pracy – to zaledwie początek długiej listy cech, które rozwinąłem dzięki byciu ojcem.

Z drugiej strony, w domu staram się odchodzić jak najdalej od bycia menedżerem, choć niewątpliwie opanowanie, odporność na stres, umiejętność szybkiego podejmowania decyzji czy zarządzanie czasem też bardzo się tu przydają.

Radek Duszyński z córką

Macie już troszkę starsze dzieci. Być może pewne rzeczy się zatarły w Waszej pamięci, ale czy było coś, co szczególnie zaskoczyło Was w ojcostwie?

Radek: Na początku wszystko było zaskakujące. Nie wiem, jakie było doświadczenie Pawła w tym temacie, ale ja, szczególnie przy pierwszym dziecku, miałem wrażenie, że błądzimy we mgle. I chociaż teraz jest łatwiej, to nadal jest to nieustająca nauka. Jeśli chodzi o stereotypy – nie. Myślę, że mamy to szczęście z Pawłem, że nasza firma raczej z nimi walczy. Na przykład jak w moim przypadku – udało mi się z pełnym poparciem przełożonych wziąć trzy miesiące urlopu, którym podzieliła się ze mną żona po narodzinach drugiego dziecka.

Paweł: Mnie w byciu ojcem zaskoczyła gwałtowność, z jaką ono przyszło, z przewartościowaniem dotychczasowych osiągnięć czy zmianą priorytetów niemal z dnia na dzień. Pamiętam szczególnie pierwsze dni, tygodnie po narodzeniu dzieci – wypełnione mieszanką dumy i obaw, euforii i wyczerpania, radości i stresu, a także wielu innych emocji, których wcześniej nie odczuwałem w takim natężeniu. Pamiętam, że czułem się wtedy, jakby ktoś uczył mnie pływać, wrzucając do oceanu podczas sztormu. Po kilku latach, na szczęście, można się do tego sztormu przyzwyczaić, a może nawet nieźle surfować po niektórych z fal…

Radku, wspomniałeś w rozmowie z nami, o dobrych wzorcach, które otrzymałeś od swoich przełożonych, w kontekście łączenia roli rodzica i pracownika. Jakie znaczenie ma to Twoim zdaniem? I jak zmieniło Twoje postępowanie?

Radek: Od małych rad, jak radzić sobie z silną osobowością córki, po zwykłe zrozumienie dla sytuacji, w której trzeba nagle opuścić biuro – takie ludzkie podejście ma ogromne znaczenie dla komfortu pracy. Dzięki temu mam zrozumienie dla wszystkich możliwych i (wydawałoby się) niemożliwych sytuacji związanych z posiadaniem dzieci. I nie tylko. Moi pracownicy wiedzą, że mogą liczyć na moje wsparcie i elastyczność w związku z różnymi życiowymi sprawami.

Radek Duszyński z synem

Pawle, Ty wspomniałeś, że w łączeniu bycia tatą z pracą zawodową pomaga Ci dzielenie się historiami. Jak wyglądają takie rozmowy? Co jeszcze pomaga Ci i jest dla Ciebie takim wentylem bezpieczeństwa?

Paweł: Tak, to swego rodzaju terapia przez śmiech. Często sprowadza się to po prostu do wymiany doświadczeń z innymi rodzicami na temat tego, kto miał bardziej koszmarniejszy poranek, kto musiał w środku nocy, tłukąc coś po drodze, biec z interwencją do dziecka, czego które dziecko omal sobie nie zrobiło, co dziwnego tym razem połknęło, itp. Ciekawe jest to, że większość anegdot spotyka się z natychmiastowym zrozumieniem i opowiedzeniem podobnej historii, która spotkała innego rodzica i jego dziecko. Czasem przybiera to wręcz formę licytowania się, kto miał gorzej, ale kluczowe jest to, że są to historie opowiedziane ze śmiechem (bardzo rzadko przez łzy). Pomaga to nieco odreagować, spojrzeć na te „uroki” rodzicielstwa i drobne dramaty życia codziennego z dystansu i poczuć, że nie jest się osamotnionym.

Jeśli chodzi o inne „wentyle”, paradoksalnie jest to wspólny czas z rodziną: zabawa, wypad do lasu, w góry, wspólne czytanie, rysowanie, odwiedziny u znajomych. Po prostu – oderwanie się od pośpiechu i chwile beztroski. Jeśli uda się to uzupełnić sporadycznym wypadem ze znajomymi (bez dzieci) – mam zapewnioną równowagę psychiczną.

Paweł Rybicki z dziećmi

Co Wam pomaga w codziennych wyzwaniach, w byciu tatą i menedżerem w firmie Franklin Templeton?

Radek: Dla mnie ogromnie ważna jest elastyczność, którą daje mi firma i mój przełożony, oraz dbanie o ogólnie pojęty work-life balance. I tu znów mój szef ma dla mnie dużo zrozumienia, na przykład kiedy potrzebuję wyjść wcześniej, by odebrać dzieci ze szkoły czy wziąć wolne na czytanie bajek w przedszkolu. Wszystko, jak mówiłem wcześniej, wymaga też dobrego planowania i podziału obowiązków między mnie i żonę.

Paweł: Od strony równowagi psychicznej, są to właśnie te “wentyle”, o których wspominałem wcześniej. Od strony bardziej praktycznej, kluczem jest dla mnie dobre rozplanowanie dnia oraz podział zadań i obowiązków. Wzajemne wspieranie się z żoną i zastępowanie przy codziennych obowiązkach bardzo pomaga nam obojgu w realizacji celów prywatnych i zawodowych.

Oczywiście mając małe dzieci, nie sposób wszystkiego zaplanować, więc równie ważne jak dobra organizacja bywają umiejętności zarządzania kryzysowymi sytuacjami oraz wyrozumiałość ze strony przełożonego.
Pracując w firmie Franklin Templeton już kilkanaście lat, ale też obserwując i słuchając wielu pracujących tu rodziców, mogę z całą pewnością stwierdzić, że jest to miejsce bardzo przyjazne rodzicom i dobrze rozumiejące codzienne wyzwania, które przed nimi stają.

Właśnie ta wyrozumiałość i wspieranie rodziców są częścią kultury tej firmy, co zawsze uważałem za istotne, ale co teraz, odkąd sam jestem ojcem, jest dla mnie nie do przecenienia. Przejawia się to na wielu płaszczyznach – w postawie przełożonych, w udogodnieniach i benefitach, w organizowanych wydarzeniach (jak choćby rodzinne pikniki, zwiedzanie firmy z dziećmi), w wewnętrznych i zewnętrznych inicjatywach.

Poznaj lepiej firmę Franklin Templeton!

Od ponad roku wszyscy zmagamy się z pandemią. Zmieniła nasze życie. Jak z Waszej perspektywy pandemia wpłynęła na ludzi w Waszych zespołach? Czy coś uwidoczniła?

Radek: Wszyscy pracujemy z domu, więc siłą rzeczy mamy dużo bardziej nieformalny kontakt. Naturalne stało się to, co wcześniej bywało wyjątkiem – dzieci wchodzące w kadr spotkania online, zwierzęta domowe kradnące show podczas prezentacji, itp. Dzięki temu ludzie są dużo bardziej skłonni mówić o sprawach, o których wcześniej się nie rozmawiało. Okazało się, że wszyscy jesteśmy bardziej ludzcy, mamy problemy i trudności związane z pandemią (i nie tylko). I potrzebujemy wsparcia.

Paweł: Odnoszę wrażenie, że większość osób zdążyła się oswoić z zaistniałą sytuacją i uczy się efektywnie korzystać z udogodnień, jakie pojawiły się chociażby w związku z pracą zdalną i zaoszczędzonym czasem.

Wyzwaniem, które dotknęło wszystkich w znacznym stopniu, jest brak wzajemnego, bezpośredniego kontaktu. Większość osób z mojego zespołu od ponad roku nie była w biurze, a codzienne przerwy na kawę, spontaniczne rozmowy, czy wyjście na lunch z kolegami z pracy zniknęły zupełnie. Na szczęście kreatywność mojego zespołu nie zna granic i w miejsce dawnych spotkań pojawiły się wirtualne przerwy na kawę, wspólne inicjatywy (niekoniecznie związane z pracą), wirtualne świętowanie urodzin połączone z zamówieniem pizzy-niespodzianki dla jubilata, itp. Muszę przyznać, że jestem pod ogromnym wrażeniem pomysłowości zespołu w tych kwestiach.

Patrząc ze strony pracodawcy, dodam, że kluczowa jest przy tym również rola przełożonego, który powinien dodatkowo dbać o jak najczęstszy kontakt i spotykać się z zespołem zarówno indywidualnie, jak i w grupie.

Zainteresowały Cię benefity dla rodziców (i nie tylko), jakie oferuje Franklin Templeton? Przeczytaj wywiad!

Dziękuję! A przechodząc na trochę bardziej prywatną stronę: jak wygląda w Waszych domach podział obowiązków?

Radek: Pytanie dla mojej żony, bo mam mocne przeświadczenie, że różnimy się w ocenie (śmiech). Chciałbym powiedzieć, że dzielimy się po połowie, ale niestety tak nie jest, bo to moja Zuza głównie gotuje, a to kawał pracy. Staram się więc nadrabiać w innych dziedzinach. Dużo czasu spędzam z dziećmi. Teraz to tematy szkolne, lekarz, spacery, zabawa. Wcześniej – przebieranie pieluch, kąpanie i usypianie. Nadal czytam im wieczorem. Do tego sprzątam, robię zakupy, załatwiam sprawy urzędowe, drobne naprawy domowe, itp. Uzupełniamy się.

Paweł: Najważniejszą zasadą, której trzymamy się z żoną, jest wzajemne wspieranie się i zastępowanie przy codziennych obowiązkach, jeśli tylko sytuacja tego wymaga. Bardzo pomaga to nam obojgu w realizacji celów prywatnych i zawodowych.

Kolejną bardzo ważną rzeczą jest dobre rozplanowanie zadań na najbliższe godziny, czasem dni, co ma bezpośredni wpływ na obowiązki każdego z nas.

W praktyce może oznaczać to, że w niektóre dni to ja odwożę i odbieram dzieci z zajęć, a w inne moja żona. Podobne podejście mamy do innych obowiązków – sprzątania, zadbania o zakupy czy posiłek.

Niemniej jednak są pewne czynności, które każde z nas wykonuje częściej od drugiego. Dla przykładu – moją główną domeną jest logistyka domowa (codzienne zakupy i transport), mycie naczyń czy sprzątanie łazienki, a żony – przygotowywanie posiłków, dbanie o wystrój i brak kurzu na półkach. Ten podział nie oznacza jednak, że żona nigdy nie zrobi zakupów, a ja nie ugotuję obiadu. Taki układ po prostu na przestrzeni lat sprawdził się bardziej i pozwala nam oszczędzić sobie czasu i frustracji – zakupy to dla mojej żony męczarnia, a moje gotowanie trwa wieki.

Tym, do czego dążymy, jest dzień, który nie kręci się wokół obowiązków, a wokół wspólnie spędzonego czasu.

Przedszkole i żłobek w firmie Franklin Templeton!

Co wyjątkowo zaczęliście sobie cenić od momentu zostania ojcem? A jak z czasem dla siebie?

Radek: Ciszę. Drugie pytanie przemilczę…

Paweł: Odkąd jestem tatą, trudniej mi znaleźć czas dla siebie. Nie zniknął on jednak zupełnie i nadal ze sporym powodzeniem udaje mi się wygospodarować czas na swoje rytuały i pasje. Wymaga to jednak dobrej organizacji, planowania i podziału obowiązków, o których wspominałem wcześniej.

Poza dodatkowymi obowiązkami, przyszedł jednak równie ważny czas: czas „dla nas”. To właśnie on jest tą rzeczą, którą cenię szczególnie od momentu zostania ojcem.

Czas wspólnych gier i zabaw, czytania książek i odkrywania przed dziećmi świata pochłania mnie niekiedy całkowicie, a mnie samego przenosi do dzieciństwa. W tych chwilach czuję się beztrosko i mam poczucie, że mogę więcej. Dzięki dzieciom na powrót czerpię radość z drobiazgów, jak budowa szałasu dla Kłapouchego, sus do wody, ratowanie robaków czy skakanie wokół bloku na jednej nodze… Dzięki nim lepiej dostrzegam świat i robię rzeczy, o których zapomniałem jako dorosły.

W jakim kierunku chcielibyście, aby zmierzało rodzicielstwo i praca? Jaka byłaby idealna symbioza tych dwóch ważnych sfer naszego życia?

Radek: Najlepiej niech to będą kierunki odwrotne. To, że nie da się uniknąć przenikania się tych dwóch sfer w pandemii, uznaję za tymczasowe. Byłoby kapitalnie, gdyby obie te dziedziny życia sobie nie przeszkadzały. Ostatnie czego chcę, to myśleć o pracy, kiedy jestem z dziećmi i martwić się o rodzinę, kiedy pracuję. Nie zawsze da się tego uniknąć, ale warto próbować, bo wtedy można na sto procent angażować się w jedno albo w drugie.

Paweł: Idealnym światem jest dla mnie ten, w którym praca nie koliduje z rodzicielstwem, a rodzicielstwo z pracą; gdy udaje się zapewnić dzieciom poczucie, że zawsze, gdy tego potrzebują, jesteśmy dla nich, nie zawalając jednocześnie obowiązków w pracy.

Myślę, że pandemia przyspieszyła drogę ku takiej symbiozie i pozwoliła w dużym stopniu łączyć oba światy, przynosząc pracę zdalną, nowe narzędzia, ale też większą wyrozumiałość otoczenia na przeplatanie się tych sfer.

Moim osobistym zadaniem domowym, nad którym pracuję, jest nieprzenoszenie frustracji z jednej z tych sfer do drugiej i dalszy rozwój tych cech, które czynią mnie lepszym w domu i w pracy.

Dziękuję za rozmowę.

Po więcej informacji o firmie Franklin Templeton i do ich najświeższych ofert pracy, zapraszamy na profil firmy w Bazie Pracodawców Przyjaznych Rodzicom!

A także do innych wywiadów, które doskonale pokazują atmosferę pracy w firmie:

Wsparcie męża i wyrozumiałość pracodawcy – bez tego nie dałabym rady pracować i opiekować się dziećmi

Jak pracodawca może wspierać powrót do pracy po urlopie macierzyńskim?

Być mamą, pracować i podróżować. Jak to można pogodzić?

Nowe zawody – krótkie historie o naszych rozmowach z dziećmi o pracy

Zdjęcia: archiwa prywatne Pawła i Radka.

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Redaktor portalu Mamo Pracuj. Prywatnie spełniona, pełnoetatowa mama dwóch wspaniałych synów i żona, starająca się znaleźć swój patent na work - life balance. Absolwentka UJ. Miłośniczka kina, muzyki i książek.
Chcę otrzymywać inspiracje, pomysły i sugestie jak pracować i nie zwariować.
Newsletter wysyłamy raz na 2 tygodnie
Uwaga. Strona wykorzystuje pliki cookies. Informacje uzyskane za ich pomocą wykorzystywane są w celach statystycznych. Pozostając tu godzisz się na ich zapisywanie w Twojej przeglądarce. ×