Czego szukasz

Skąd czerpać pomysły na powieści?

Gdzie szukać inspiracji? Czy podejmowanie tematu in vitro grozi kłopotami? Czy istnieje przyjaźń między pisarkami? I jak pisać będąc mamą? Na te i wiele innych pytań, odpowiada Liliana Fabisińska, autorka powieści m.in. „Śnieżynki”. Jak myślicie skąd się biorą te wszystkie pomysły?

  • Redakcja portalu Mamo Pracuj - 29/10/2015
Książka na stole a obok miseczka z bakaliami i herbata

Pani Liliano, wzięła się Pani za temat trudny, emocjonalny, kontrowersyjny. Czyżby dziennikarska dusza to podpowiadała?

Faktycznie, dziennikarzem chyba się jest, a nie bywa… To stan umysłu, a nie tylko zawód. Nie umiem go wyłączyć przy pisaniu książki. Strzygę uszami za ciekawymi tematami właściwie przez cały czas. Zawsze mam przy sobie notes, w którym mogę zapisać coś, co usłyszę na ulicy czy w autobusie. Może to być jakieś zdanie, powiedzonko, dziwne imię… Skrawek pomysłu, który potem trafia do książki. A czasami cały pomysł, który rodzi się np. podczas słuchania radia za kierownicą, albo czytania gazety. Mam grube teczki z wycinkami „na przyszłość”. Lubię poruszać w książkach tematy społeczne, ważne, kontrowersyjne.

Ale tak naprawdę chyba najbardziej dziennikarskie jest w tym moim pisarstwie zbieranie materiałów. Muszę pojechać i obejrzeć miejsca, o których piszę. Przejść się ulicą, którą chodzą moi bohaterowie. Sprawdzić, jak tka się kilimy, jeśli chcę pisać o tkaniu kilimów właśnie. Porozmawiać z fachowcami, dowiedzieć się, czy lekarstwo, które podam jednej z postaci, jest gorzkie, czy sprzedaje się je w fiolkach czy w listkach… Fabuła, emocje, zwroty akcji, powstają w mojej głowie. Ale tło musi być prawdziwe, zbadane z patologiczną dokładnością.

Czy po publikacji pisały do Pani rodziny z dziećmi poczętymi metodą in vitro aby podzielić się swoją historią?

Dostałam wiele maili od czytelników, ale także od ludzi, których znam od lat, i którzy po przeczytaniu „Śnieżynek” chcieli opowiedzieć mi o tym, co przeżywali… O najtrudniejszych decyzjach w życiu, np. o skorzystaniu z plemników dawcy… i o tym, że dziecko dziś jest już duże, a rodzice wciąż nie wiedzą, jak mu o tym powiedzieć, i czy w ogóle mówić. To niezwykle osobiste opowieści, często najbliższa rodzina tych ludzi nie wie, że ich dzieci nie zostały poczęte w zaciszu małżeńskiej sypialni. Czułam się niezwykle wyróżniona, że chcieli podzielić się swoim sekretem właśnie ze mną, po przeczytaniu mojej książki.

No dobrze, przyznam się, że książkę czytałam z zapartym tchem. Zarywając noc. Bo musiałam dowiedzieć się jak się skończy…. Myśląc o pytaniach do Pani, zastanawiałam się czy chcę pytać o książkę, czy może bardziej o to co Panią skłoniło do tego aby ją napisać. I zdecydowałam, że raczej to drugie. Więc, jak to było?

Ta książka długo za mną „chodziła”. Co najmniej od pięciu albo sześciu lat. Wtedy wydarzyły się dwie rzeczy, niemal jednocześnie. Po pierwsze, przeczytałam w „Przekroju” artykuł o in vitro, o problemach etycznych, z którymi zmagają się ludzie walczący o to, by zostać rodzicami. Była tam historia dwóch par i jednego zarodka… Zrobiła na mnie ogromne wrażenie. W mgnieniu oka zobaczyłam książkę, opowiadającą właśnie o takich dwóch małżeństwach. Po drugie, moja bardzo bliska przyjaciółka urodziła dziecko dzięki in vitro. Wspierałam ją przez całą tę długą, wyboistą drogę, obserwowałam zmagania, nadzieje, rozczarowania, radość, a także dylematy związane z tym, że kościół katolicki tę metodę potępia… Kilka lat później ta sama koleżanka zdecydowała, że nie chce mieć już więcej dzieci, i oddała zamrożone zarodki do adopcji. Nie mogłam uwolnić się od myśli o tym, że gdzieś tam żyją dzieci tej dziewczyny i jej męża, rodzeństwo biologiczne ich dziecka… Wyobraźnia podsuwała mi różne scenariusze. I tak zaczęła we mnie kiełkować ta powieść.

Nie bała się Pani z ataków z różnych stron? A może musiała Pani stanąć z tarczą obronną?

Ja trochę lubię wsadzać kij w mrowisko, odwracać kota ogonem, prowokować ludzi do zastanawiania się nad czymś, co już wydaje im się proste i oczywiste… Sama często zastanawiam się, czy mam rację w jakiejś sprawie, czy może jednak można byłoby spojrzeć na nią z innej strony. Ludzie po przeczytaniu „Śnieżynek” pytają: ‘Ale jakie ty masz w końcu poglądy na in vitro? Nie dajesz w tej książce prostych odpowiedzi’. To prawda, nie daję. Bo tu nie ma prostych odpowiedzi ani uniwersalnych recept. To, co dla jednych jest naturalne i łatwe do zaakceptowania, dla drugich jest absolutnie nie do przyjęcia. Chciałam pokazać dwie strony medalu. A może nawet więcej niż dwie?

To nie przypadek, że książka ukazała się wczesną jesienią tego roku, w ogniu sporu o ustawę o in vitro. Chciałam, żeby stała się głosem w tej dyskusji. Głosem, który woła: Za każdym przepisem kryją się ludzkie marzenia i ludzkie dramaty. Zejdźmy z mównicy sejmowej na poziom normalnego człowieka… i pozwólmy mu decydować samemu, jak daleko chce pójść w swojej walce o rodzicielstwo.

Nie musiała Pani odpowiadać na pytania typu: czy opisała Pani swoją historię?

O dziwo, nie. Ale jeśli ktoś chce myśleć, że to moja własna historia to proszę, niech myśli. Napisałam już sporo książek. Jeśli każda miałaby być o mnie, miałabym bardzo ciekawe życie: byłabym 11-letnim chłopcem, mieszkającym pod jednym dachem ze smokiem (‘Amor z ulicy Rozkosznej’), przeniosłabym się z bohaterami ‘Skrzyni piratów’ z XXI wieku do średniowiecznego Helu, i miałabym eks-kochanka umierającego na AIDS, jak bohaterka ‘Córeczki’. Życie pisarza właśnie dlatego jest fascynujące, że może tworzyć dramatyczne, niesamowite, zabawne historie, mrożące krew w żyłach… a potem spokojnie odbierać dziecko ze szkoły i gotować obiad. Życie moich bohaterów na szczęście niewiele ma wspólnego z moim własnym.

Ja, absolutnie nie mam potrzeby opisywania w książkach swojego życia.

To, co lubię w pisaniu najbardziej, to właśnie wymyślanie, knucie, komplikowanie losów moich bohaterów.

A moje własne niech lepiej będą łatwe, proste i nudne fabularnie! I tylko moje.

Na końcu swojej książki dodała Pani długą część, którą też przyjemnie się czyta. To co mnie w tym tekście szczególnie poruszyło, to podziękowanie dla innych pisarek. Czy przyjaźń między pisarkami jest możliwa? Da się odciąć od tematów, inspiracji etc?

Sama do niedawna nie sądziłam, że to możliwe. Żyję poza „głównym nurtem”, nie bywam na branżowych imprezach (poza targami książki, które uwielbiam od dzieciństwa) na festiwalach, nie znam w zasadzie innych pisarzy, i ze zdziwieniem dowiaduję się co jakiś czas z Internetu o intrygach, klikach, czy wręcz mafiach pisarskich, niszczących tych, którzy do mafii nie należą. To dla mnie jak amerykańska powieść sensacyjna!

A jednak, na mojej drodze stanęły Magda Witkiewicz i Natasza Socha. Z grzecznościowej rozmowy mijających się na stoisku na targach książki pisarek zrodziła się wariacka przyjaźń. Wiem, że to nie powinno się zdarzyć… że powinnyśmy sobie wzajemnie podkradać pomysły, zazdrościć sukcesów i rozsiewać paskudne plotki na swój temat… Ale chyba za dobrze się razem bawimy, żeby to robić. My nieustannie się razem śmiejemy. Prawie codziennie płaczę ze śmiechu nad klawiaturą, kiedy ze sobą rozmawiamy online. A rozmawiamy właściwie całymi dniami. O tym, co piszemy, co pisać powinnyśmy, o kłótni z mężem, przypalonych kotletach i jedynce z matmy któregoś z naszych dzieci… I cały czas śmiejemy się do łez. Jak ich nie kochać?!

Teraz Magda z Nataszą kończą pisać przezabawną książkę „Awaria małżeńska”. O dwóch rodzinach, których losy nagle się splatają, i o niespodziewanych rodzicielskich wyzwaniach… Chichoczemy nad nią online od rana do nocy. Nie zdradzę chyba wielkiej tajemnicy mówiąc, że będę jej redaktorem. Czyli podejmę desperacką próbę połączenia ognia i wody, sprawienia, żeby to, co pisały Natasza i Magda, każda w swoim domu, każda w swoim stylu, ładnie się zazębiało, żeby wszystko grało i fabularnie i językowo… A przy tym, oczywiście, postaram się, żeby nie uciekło nic ze specyficznego języka, poczucia humoru i szaleństwa każdej z nich. Może teraz wreszcie się pokłócimy? Będziemy walczyć o jakieś zdanie albo wątek do upadłego… No i pewnie w końcu zaczniemy się śmiać… z nimi nie da się inaczej.

I proszę jeszcze powiedzieć, bo jest Pani mamą, jak Pani godzi pisanie książek z rolą mamy? Czy Pani praca bardziej pomaga czy przeszkadza?

Jestem mamą pracującą bardzo intensywnie… i w dodatku pracującą w domu. Ma to wiele dobrych stron, ale jednocześnie sprawia, że nigdy nie jestem tak naprawdę „po pracy”. Mój komputer towarzyszy nam na wakacjach, w weekendy, notuję coś nawet odrabiając z córką lekcje, a wyjazdy wakacyjne czy weekendowe często łączą się ze spotkaniami autorskimi. Więc moje dziecko owszem, czasami jest ze mnie dumne – ale znacznie częściej uważa, że mam najgorszą pracę na świecie. Wiele razy mówiło „Wolałabym, żebyś pracowała w jakiejś fabryce, którą zamykają o 15.00”. Zwłaszcza wtedy, kiedy mam już tylko kilka dni na skończenie książki, albo muszę ją szybko przeczytać po raz ostatni, dwie godziny przed drukiem. Telewizja jest u nas w domu ściśle limitowana, ale w takich szczególnych okolicznościach pozwalam nawet gapić się w ekran przez całe popołudnie… byle tylko „kupić” ciszę i spokój. Na szczęście to nie zdarza się zbyt często… I tak naprawdę bardzo doceniam swój elastyczny czas pracy, bycie własnym szefem i to, że mogę sobie zrobić wolne w poniedziałek rano, albo w środę w południe, a nadgonić robotę, kiedy córka już śpi.

A poza tym bycie mamą na pewno pomaga w pisaniu książek. Mam dzięki temu dostęp do całej gamy emocji, wzruszeń, bezradności, złości, radości, których nie będąc rodzicem nawet nie przeczuwałam. Mogę też z bliska obserwować tak fascynujące wydarzenia, jak zebrania rodziców czy awantury matek o to, jakie fryzury mają mieć córeczki na występie baletowym w domu kultury. Nigdy nie opisuję tych przeżyć wprost… ale na pewno są szalenie inspirujące!

No i jeszcze jedno: żeby napisać książkę, trzeba być wytrwałym i cierpliwym. Do przodu idzie się małymi kroczkami, trzeba wysiedzieć te swoje godziny przy komputerze, trzeba znajdować czas i motywację, mimo natłoku innych zajęć. Z macierzyństwem jest podobnie. To wielka lekcja cierpliwości, a wychowanie dobrego, mądrego, szczęśliwego człowieka, zajmuje dużo czasu…

A więc bycie mamą sprawia, że jestem chyba lepszą pisarką. A na pewno bardziej zdyscyplinowaną. Nauczyłam się łapać każdą chwilę, kiedy córka mnie nie potrzebuje, żeby napisać chociaż słówko!

Dziękuję za rozmowę.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Z Lilianą Fabisińską, pisarką, autorką powieści m.in. „Śnieżynki”, „Córeczka”, rozmawiała: Agnieszka Kaczanowska

Zdjęcie: Agnieszka Czmyr-Kaczanowska

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Redakcja portalu Mamo Pracuj
Podyskutuj

Masz w sobie moc! Sztuka szukania i odkrywania swoich mocnych stron

Jestem zwolenniczką, aby opierać swoją karierę o swoje mocne strony. Dlatego potrzebujesz podjąć konkretne działania w kierunku poznania siebie i odkrycia swoich mocnych stron. Jaka byłaby odpowiedź, gdybym zapytała Cię o określenie siebie?
  • Kamila Kozioł - 11/11/2019
młoda uśmiechnięta kobieta

Twoje mocne strony to Twój potencjał, który wpływa na Twoje myśli, emocje i działania. Określa kim jesteś i określa Twoją wyjątkowość. Jeśli jesteś świadoma tego, w czym jesteś dobra, masz większe szanse na podjęcie właściwych dla siebie decyzji.

Szukając swoich mocnych stron trudno jest zacząć. Dlatego zacznij od wypisania działań, jakie na co dzień wykonujesz. Aby zidentyfikować swoje mocne i słabe strony, pomyśl o działaniach, w których albo najczęściej uczestniczysz, albo czerpiesz dużo przyjemności. Poświęć około tygodnia na spisanie wszystkich czynności, które wykonujesz w ciągu dnia, oceniając je od jednego do pięciu, w zależności od tego, jak bardzo lubisz je wykonywać.

Ze swojej praktyki coachingowej, wiem, że trudno jest na początku dostrzec swoje mocne strony, dlatego warto zapytać innych, co uważają o nas. To pomoże Ci dowiedzieć się, co myślą o Tobie inni, aby pomóc Ci znaleźć swoje mocne strony.

Na początek pomyśl o ludziach w każdym aspekcie swojego życia. Uwzględnij osoby z pracy, dawnej pracy, nauczycieli, a także przyjaciół i rodzinę. Każdy z nich dostrzeże w Tobie coś innego. Ponieważ w każdym obszarze wykorzystujesz inne mocne strony. Oczywiście mogą się powielać lub łączyć, ale dzięki tak szerokiej perspektywie uzbierasz ich więcej i być może będziesz je mogła połączyć.

Dobrym odzwierciedleniem Twoich mocnych stron będzie analiza Twoich zachowań w różnych sytuacjach. Zastanów się, jak reagujesz w chwilach wymagających działania, przemyślenia i analizy. Zanim zrobisz coś bardziej konkretnego, spróbuj przeanalizować swoje spontaniczne reakcje na doświadczenia, które już miałaś w życiu.

Dlaczego trudno jest znaleźć mocne strony?

Mam wrażenie, że zakładamy zbyt mocne okulary przeciwsłoneczne i zasłaniamy sobie nas samych. Z mojej praktyki psychologicznej wiem, dlaczego tak się dzieje.

Nie widzisz siebie tak, jak postrzegają Cię inni

Inne osoby widzą tylko Twoje osiągnięcia, podczas gdy Ty widzisz kulisy tych działań, pełne emocji i troski. Widzisz też działania, które zaczęłaś, ale nie skończyłaś, ale inni o nich nie wiedzą. Dlatego inni ludzie mogą postrzegać Cię jako mistrzynię produktywności, podczas gdy Ty postrzegasz siebie jako osobę pozbawioną samodyscypliny i konsekwencji.

Wskazówka: jeśli jest coś, co postrzegasz jako słabość, podczas gdy inni widzą to jako jedną z Twoich mocnych stron, zastanów się, czy prawda nie leży gdzieś pośrodku.

Twoje atuty to często rzeczy, które uważasz za zbyt łatwe, aby się tym szczycić

Oto kolejna konsekwencja tego, że postrzegamy sytuacje z naszego własnego punktu widzenia: jeśli coś jest dla Ciebie łatwe, możesz założyć, że jest to łatwe dla wszystkich, a zatem nie jest to szczególnie ważna ani wyjątkowo mocna strona.
Kiedy jest coś, co naturalnie i z łatwością Ci przychodzi, wtedy ledwo zauważasz, że jest to mocna strona, zanim zauważy to ktoś. Być może nie jesteś w stanie wyobrazić sobie robienia czegoś w inny sposób.

Myślisz zbyt wąsko na temat mocnych stron

Często słowa „talent” lub „mocna strona” powodują paraliż i spowolnienie myślenia u Ciebie. Albo natychmiastową blokadę i wypowiedziane słowa „nie, ja nie mam żadnych talentów!” A tak naprawdę mocna strona, to predyspozycja, która przychodzi Ci z łatwością, którą możesz wykorzystać i zmonetyzować.

Porównujesz się do innych

Jednym z powodów, dla których trudno zaakceptować posiadanie siły jest to, że zawsze znajdzie się wielu innych ludzi, którzy są lepsi od Ciebie. Istnieje szansa, że gdy spotykasz na drodze osobę, która powie Ci komplement: „doskonale rodzisz sobie w projektach, szybko dostosowujesz się do zmian”, Twój umysł natychmiast widzi lepszą osobę, którą Ty znasz i jest dla Ciebie mentorem lub jest lepiej wykwalifikowaną w tej dziedzinie osobą.

Skoro znasz swoje słabe strony, dostrzegasz obszary do zmiany, poprawy lub rozwoju powinnaś tak samo znać swoje mocne strony.

Jest to część krzywej uczenia się życia i bezpośrednio przyczynia się do samorozwoju i poprawy. Dzięki dostępnym nam dzisiaj możliwościom rozwoju swojej kariery naturalne jest przytłoczenie i zbłądzenie. Silne zrozumienie mocnych i słabych stron może przynieść pożądaną zmianę we właściwym czasie i doprowadzić nas tam, gdzie chcesz.

Twój potencjał jest nieograniczony, a znajomość mocnych stron otworzy przed Tobą szeroko drzwi do kariery, w której się spełnisz i zrealizujesz.

Zdjęcie: 123 rf


Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Kamila Kozioł
Kobieta, która pragnie zrozumieć ludzką psychikę. Rozumie emocje i wie, jak wzmacniać moc i wewnętrzną siłę. Ukończyła studia z psychologii oraz akredytacyjne i certyfikujące kursy coachingowe. W zawodzie psychologa i coacha od 9 lat. Współautorka „Dziennika coachingowego. 365 pytań od Twojego coacha”, napisanego wspólnie z Kamilą Rowińską oraz współautorka książki „W poczuciu własnej wartości. Zbuduj swoją wewnętrzną siłę”.

Czy wolne piątki, to dobry sposób na work-life balance?

Minione lato upłynęło pracownikom jednego z japońskich oddziałów Microsoftu, pod znakiem wolnych piątków. Na razie to tylko eksperyment, ale jego wyniki są bardzo obiecujące! No bo jak inaczej można określić wzrost produktywności o 40 %?
  • Dominika Wassermann - 08/11/2019
widok z góry na młodą kobietę siedzącą przy biurku

Wolne piątki

W jednym z japońskich oddziałów Microsoftu przeprowadzono bardzo ciekawy eksperyment. Przez całe minione lato praca trwała tylko 4 dni w tygodniu, a weekendy zostały przedłużone dodatkowo o piątki. Badanie to nazwano „Work-Life Choice Challenge Summer 2019”. Jak podaje Microsoft w oficjalnym oświadczeniu, wprowadzenie skróconego tygodnia pracy miało pomóc pracownikom prowadzić bardziej zrównoważony tryb życia. W końcu życie to nie tylko siedzenie w biurze 🙂 Jesteś ciekawa jakie są wyniki eksperymentu?

Produktywność większa o 40 procent

Kogo z Was to zaskoczyło? Wolne piątki sprawiły, że produktywność pracowników wzrosła o 40 procent! To naprawdę bardzo dużo. Ponadto odnotowano znaczny spadek użycia energii (23 procent) oraz mniejsze wykorzystanie papieru – pracownicy drukowali prawie 59 procent mniej dokumentów! To świetny wynik i nadzieja dla naszej planety.

Pracownicy są na tak

Większość osób, które brały udział w eksperymencie, było z niego bardzo zadowolonych (ponad 90 procent). Wprowadzenie skróconego tygodnia pracy sprawiło, że musieli zmienić sposób zarządzania czasem oraz swoimi obowiązkami. Tak tak – liczba obowiązków i zakres zadań pozostały podczas doświadczenia bez zmian 🙂

To tylko eksperyment

Mimo tak obiecujących wyników firma Microsoft nie zamierza na stałe wprowadzać zmian w tygodniu pracy, ale zapowiada powtórzenie badania w przyszłym roku.

Jak to wygląda w Polsce?

W naszym kraju nikt na razie nie pomyślał o wprowadzeniu skróconego tygodnia pracy. Są za to firmy, w których piątek jest dniem mniej oficjalnym. Przeglądając ogłoszenia o pracę nie raz spotkałam się z zaznaczeniem w ofercie, że piątki to tak zwany Casual Friday. Można w te dni przychodzić do pracy w nieoficjalnym stroju – na luzie.

Jak podaje Bankier.pl są także firmy, które zdecydowały się na wprowadzenie tzw. „Piąteczków”. Co to oznacza? A no to, że w piątki, owszem, przychodzimy do pracy, ale czas ten poświęcamy na przeprowadzenie tygodniowego przeglądu. Bieżące obowiązki zostawiamy sobie na pozostałe 4 dni.

Chcesz więcej treści o równowadze między życiem zawodowym a prywatnym? Proszę bardzo 🙂

Work-life balance – o co w tym wszystkim chodzi?

Źródła:

Bankier.pl

Portal dla sekretarek

Zdjęcie: Pixabay.com

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Dominika Wassermann
Absolwentka Krakowskiej Akademii im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego, oraz Liceum Plastycznego w Nowym Wiśniczu , która po dziesięciu latach postanowiła powrócić do zajmowania się grafiką komputerową. Prywatnie "zwierzolub", opiekunka 3 kotów, miłośniczka kuchni roślinnej, spędzająca wolny czas na rowerowych wycieczkach.
Chcę otrzymywać inspiracje, pomysły i sugestie jak pracować i nie zwariować.
Newsletter wysyłamy raz na 2 tygodnie

Może Cię zainteresować także:

Uwaga. Strona wykorzystuje pliki cookies. Informacje uzyskane za ich pomocą wykorzystywane są w celach statystycznych. Pozostając tu godzisz się na ich zapisywanie w Twojej przeglądarce. ×

Email marketing powered by FreshMail
 

Email marketing powered by FreshMail
 

Email marketing powered by FreshMail