Czego szukasz

Skąd czerpać pomysły na powieści?

Gdzie szukać inspiracji? Czy podejmowanie tematu in vitro grozi kłopotami? Czy istnieje przyjaźń między pisarkami? I jak pisać będąc mamą? Na te i wiele innych pytań, odpowiada Liliana Fabisińska, autorka powieści m.in. „Śnieżynki”. Jak myślicie skąd się biorą te wszystkie pomysły?

Książka na stole a obok miseczka z bakaliami i herbata

Pani Liliano, wzięła się Pani za temat trudny, emocjonalny, kontrowersyjny. Czyżby dziennikarska dusza to podpowiadała?

Faktycznie, dziennikarzem chyba się jest, a nie bywa… To stan umysłu, a nie tylko zawód. Nie umiem go wyłączyć przy pisaniu książki. Strzygę uszami za ciekawymi tematami właściwie przez cały czas. Zawsze mam przy sobie notes, w którym mogę zapisać coś, co usłyszę na ulicy czy w autobusie. Może to być jakieś zdanie, powiedzonko, dziwne imię… Skrawek pomysłu, który potem trafia do książki. A czasami cały pomysł, który rodzi się np. podczas słuchania radia za kierownicą, albo czytania gazety. Mam grube teczki z wycinkami „na przyszłość”. Lubię poruszać w książkach tematy społeczne, ważne, kontrowersyjne.

Ale tak naprawdę chyba najbardziej dziennikarskie jest w tym moim pisarstwie zbieranie materiałów. Muszę pojechać i obejrzeć miejsca, o których piszę. Przejść się ulicą, którą chodzą moi bohaterowie. Sprawdzić, jak tka się kilimy, jeśli chcę pisać o tkaniu kilimów właśnie. Porozmawiać z fachowcami, dowiedzieć się, czy lekarstwo, które podam jednej z postaci, jest gorzkie, czy sprzedaje się je w fiolkach czy w listkach… Fabuła, emocje, zwroty akcji, powstają w mojej głowie. Ale tło musi być prawdziwe, zbadane z patologiczną dokładnością.

Czy po publikacji pisały do Pani rodziny z dziećmi poczętymi metodą in vitro aby podzielić się swoją historią?

Dostałam wiele maili od czytelników, ale także od ludzi, których znam od lat, i którzy po przeczytaniu „Śnieżynek” chcieli opowiedzieć mi o tym, co przeżywali… O najtrudniejszych decyzjach w życiu, np. o skorzystaniu z plemników dawcy… i o tym, że dziecko dziś jest już duże, a rodzice wciąż nie wiedzą, jak mu o tym powiedzieć, i czy w ogóle mówić. To niezwykle osobiste opowieści, często najbliższa rodzina tych ludzi nie wie, że ich dzieci nie zostały poczęte w zaciszu małżeńskiej sypialni. Czułam się niezwykle wyróżniona, że chcieli podzielić się swoim sekretem właśnie ze mną, po przeczytaniu mojej książki.

No dobrze, przyznam się, że książkę czytałam z zapartym tchem. Zarywając noc. Bo musiałam dowiedzieć się jak się skończy…. Myśląc o pytaniach do Pani, zastanawiałam się czy chcę pytać o książkę, czy może bardziej o to co Panią skłoniło do tego aby ją napisać. I zdecydowałam, że raczej to drugie. Więc, jak to było?

Ta książka długo za mną „chodziła”. Co najmniej od pięciu albo sześciu lat. Wtedy wydarzyły się dwie rzeczy, niemal jednocześnie. Po pierwsze, przeczytałam w „Przekroju” artykuł o in vitro, o problemach etycznych, z którymi zmagają się ludzie walczący o to, by zostać rodzicami. Była tam historia dwóch par i jednego zarodka… Zrobiła na mnie ogromne wrażenie. W mgnieniu oka zobaczyłam książkę, opowiadającą właśnie o takich dwóch małżeństwach. Po drugie, moja bardzo bliska przyjaciółka urodziła dziecko dzięki in vitro. Wspierałam ją przez całą tę długą, wyboistą drogę, obserwowałam zmagania, nadzieje, rozczarowania, radość, a także dylematy związane z tym, że kościół katolicki tę metodę potępia… Kilka lat później ta sama koleżanka zdecydowała, że nie chce mieć już więcej dzieci, i oddała zamrożone zarodki do adopcji. Nie mogłam uwolnić się od myśli o tym, że gdzieś tam żyją dzieci tej dziewczyny i jej męża, rodzeństwo biologiczne ich dziecka… Wyobraźnia podsuwała mi różne scenariusze. I tak zaczęła we mnie kiełkować ta powieść.

Nie bała się Pani z ataków z różnych stron? A może musiała Pani stanąć z tarczą obronną?

Ja trochę lubię wsadzać kij w mrowisko, odwracać kota ogonem, prowokować ludzi do zastanawiania się nad czymś, co już wydaje im się proste i oczywiste… Sama często zastanawiam się, czy mam rację w jakiejś sprawie, czy może jednak można byłoby spojrzeć na nią z innej strony. Ludzie po przeczytaniu „Śnieżynek” pytają: ‘Ale jakie ty masz w końcu poglądy na in vitro? Nie dajesz w tej książce prostych odpowiedzi’. To prawda, nie daję. Bo tu nie ma prostych odpowiedzi ani uniwersalnych recept. To, co dla jednych jest naturalne i łatwe do zaakceptowania, dla drugich jest absolutnie nie do przyjęcia. Chciałam pokazać dwie strony medalu. A może nawet więcej niż dwie?

To nie przypadek, że książka ukazała się wczesną jesienią tego roku, w ogniu sporu o ustawę o in vitro. Chciałam, żeby stała się głosem w tej dyskusji. Głosem, który woła: Za każdym przepisem kryją się ludzkie marzenia i ludzkie dramaty. Zejdźmy z mównicy sejmowej na poziom normalnego człowieka… i pozwólmy mu decydować samemu, jak daleko chce pójść w swojej walce o rodzicielstwo.

Nie musiała Pani odpowiadać na pytania typu: czy opisała Pani swoją historię?

O dziwo, nie. Ale jeśli ktoś chce myśleć, że to moja własna historia to proszę, niech myśli. Napisałam już sporo książek. Jeśli każda miałaby być o mnie, miałabym bardzo ciekawe życie: byłabym 11-letnim chłopcem, mieszkającym pod jednym dachem ze smokiem (‘Amor z ulicy Rozkosznej’), przeniosłabym się z bohaterami ‘Skrzyni piratów’ z XXI wieku do średniowiecznego Helu, i miałabym eks-kochanka umierającego na AIDS, jak bohaterka ‘Córeczki’. Życie pisarza właśnie dlatego jest fascynujące, że może tworzyć dramatyczne, niesamowite, zabawne historie, mrożące krew w żyłach… a potem spokojnie odbierać dziecko ze szkoły i gotować obiad. Życie moich bohaterów na szczęście niewiele ma wspólnego z moim własnym.

Ja, absolutnie nie mam potrzeby opisywania w książkach swojego życia.

To, co lubię w pisaniu najbardziej, to właśnie wymyślanie, knucie, komplikowanie losów moich bohaterów.

A moje własne niech lepiej będą łatwe, proste i nudne fabularnie! I tylko moje.

Na końcu swojej książki dodała Pani długą część, którą też przyjemnie się czyta. To co mnie w tym tekście szczególnie poruszyło, to podziękowanie dla innych pisarek. Czy przyjaźń między pisarkami jest możliwa? Da się odciąć od tematów, inspiracji etc?

Sama do niedawna nie sądziłam, że to możliwe. Żyję poza „głównym nurtem”, nie bywam na branżowych imprezach (poza targami książki, które uwielbiam od dzieciństwa) na festiwalach, nie znam w zasadzie innych pisarzy, i ze zdziwieniem dowiaduję się co jakiś czas z Internetu o intrygach, klikach, czy wręcz mafiach pisarskich, niszczących tych, którzy do mafii nie należą. To dla mnie jak amerykańska powieść sensacyjna!

A jednak, na mojej drodze stanęły Magda Witkiewicz i Natasza Socha. Z grzecznościowej rozmowy mijających się na stoisku na targach książki pisarek zrodziła się wariacka przyjaźń. Wiem, że to nie powinno się zdarzyć… że powinnyśmy sobie wzajemnie podkradać pomysły, zazdrościć sukcesów i rozsiewać paskudne plotki na swój temat… Ale chyba za dobrze się razem bawimy, żeby to robić. My nieustannie się razem śmiejemy. Prawie codziennie płaczę ze śmiechu nad klawiaturą, kiedy ze sobą rozmawiamy online. A rozmawiamy właściwie całymi dniami. O tym, co piszemy, co pisać powinnyśmy, o kłótni z mężem, przypalonych kotletach i jedynce z matmy któregoś z naszych dzieci… I cały czas śmiejemy się do łez. Jak ich nie kochać?!

Teraz Magda z Nataszą kończą pisać przezabawną książkę „Awaria małżeńska”. O dwóch rodzinach, których losy nagle się splatają, i o niespodziewanych rodzicielskich wyzwaniach… Chichoczemy nad nią online od rana do nocy. Nie zdradzę chyba wielkiej tajemnicy mówiąc, że będę jej redaktorem. Czyli podejmę desperacką próbę połączenia ognia i wody, sprawienia, żeby to, co pisały Natasza i Magda, każda w swoim domu, każda w swoim stylu, ładnie się zazębiało, żeby wszystko grało i fabularnie i językowo… A przy tym, oczywiście, postaram się, żeby nie uciekło nic ze specyficznego języka, poczucia humoru i szaleństwa każdej z nich. Może teraz wreszcie się pokłócimy? Będziemy walczyć o jakieś zdanie albo wątek do upadłego… No i pewnie w końcu zaczniemy się śmiać… z nimi nie da się inaczej.

I proszę jeszcze powiedzieć, bo jest Pani mamą, jak Pani godzi pisanie książek z rolą mamy? Czy Pani praca bardziej pomaga czy przeszkadza?

Jestem mamą pracującą bardzo intensywnie… i w dodatku pracującą w domu. Ma to wiele dobrych stron, ale jednocześnie sprawia, że nigdy nie jestem tak naprawdę „po pracy”. Mój komputer towarzyszy nam na wakacjach, w weekendy, notuję coś nawet odrabiając z córką lekcje, a wyjazdy wakacyjne czy weekendowe często łączą się ze spotkaniami autorskimi. Więc moje dziecko owszem, czasami jest ze mnie dumne – ale znacznie częściej uważa, że mam najgorszą pracę na świecie. Wiele razy mówiło „Wolałabym, żebyś pracowała w jakiejś fabryce, którą zamykają o 15.00”. Zwłaszcza wtedy, kiedy mam już tylko kilka dni na skończenie książki, albo muszę ją szybko przeczytać po raz ostatni, dwie godziny przed drukiem. Telewizja jest u nas w domu ściśle limitowana, ale w takich szczególnych okolicznościach pozwalam nawet gapić się w ekran przez całe popołudnie… byle tylko „kupić” ciszę i spokój. Na szczęście to nie zdarza się zbyt często… I tak naprawdę bardzo doceniam swój elastyczny czas pracy, bycie własnym szefem i to, że mogę sobie zrobić wolne w poniedziałek rano, albo w środę w południe, a nadgonić robotę, kiedy córka już śpi.

A poza tym bycie mamą na pewno pomaga w pisaniu książek. Mam dzięki temu dostęp do całej gamy emocji, wzruszeń, bezradności, złości, radości, których nie będąc rodzicem nawet nie przeczuwałam. Mogę też z bliska obserwować tak fascynujące wydarzenia, jak zebrania rodziców czy awantury matek o to, jakie fryzury mają mieć córeczki na występie baletowym w domu kultury. Nigdy nie opisuję tych przeżyć wprost… ale na pewno są szalenie inspirujące!

No i jeszcze jedno: żeby napisać książkę, trzeba być wytrwałym i cierpliwym. Do przodu idzie się małymi kroczkami, trzeba wysiedzieć te swoje godziny przy komputerze, trzeba znajdować czas i motywację, mimo natłoku innych zajęć. Z macierzyństwem jest podobnie. To wielka lekcja cierpliwości, a wychowanie dobrego, mądrego, szczęśliwego człowieka, zajmuje dużo czasu…

A więc bycie mamą sprawia, że jestem chyba lepszą pisarką. A na pewno bardziej zdyscyplinowaną. Nauczyłam się łapać każdą chwilę, kiedy córka mnie nie potrzebuje, żeby napisać chociaż słówko!

Dziękuję za rozmowę.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Z Lilianą Fabisińską, pisarką, autorką powieści m.in. „Śnieżynki”, „Córeczka”, rozmawiała: Agnieszka Kaczanowska

Zdjęcie: Agnieszka Czmyr-Kaczanowska

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Podyskutuj
Chcę otrzymywać inspiracje, pomysły i sugestie jak pracować i nie zwariować.
Newsletter wysyłamy raz na 2 tygodnie