Czego szukasz

Prezenty last minute – jak nie dać się zaskoczyć

Tak wiem, urodziny męża czy dzieci są co roku o tej samej porze. Święta, Mikołaj czy urodziny kilkorga najbliższych przyjaciół również. Czasem jednak zdarza mi się przegapić ten moment, kiedy ze spokojem mogę przygotować i wręczyć prezent. Kiedy dzień przed urodzinami teściowej przypominam sobie o nich, moja tajna broń na prezenty last minute pozwala mi wyjść cało z takiej sytuacji.

  • Zofia Kowalska - 22/03/2019
młoda kobieta odbiera przesyłkę od kuriera

Jestem osobą, która bardzo dobrze radzi sobie z ogarnianiem rzeczywistości. Jeśli chodzi o moją rodzinę, to ja wygrałam przetarg na pamiętanie o rodzinnych uroczystościach, urodzinach i prezentach. Mój mąż ze wszystkich dat pamięta tylko o moich urodzinach. Resztę dat pamiętam ja. Czasem okazuje się jednak, że wpisanie dat urodzin do rodzinnego kalendarza, który wisi na ścianie w kuchni w niczym nie pomogło.

Bo to jest tak: kiedy pamiętam, to okazuje się, że jest jeszcze dużo czasu. Nie będę miesiąc wcześniej się tym zajmować! A potem nadchodzi wielkie zdziwienie, że TEN dzień jest dzisiaj lub jutro (albo minął 3 dni temu)!

Prezenty last minute

Ile razy zdarzyło się Wam przygotować prezenty na ostatnią chwilę? Córka wybierała się na urodziny do koleżanki z klasy. Zaproszenie dostała dość późno, potem wyjeżdżaliśmy i nie było czasu wybrać się na zakupy… wieczorem mi mówi – mamo, pamiętasz, jutro idę na urodziny do Gabrysi…

W tym roku zapomnieliśmy z mężem o imieninach teściowej. Wiem, podpadłam. Ale podobno życzenia składane na tydzień przed i do tygodnia po, liczą się tak samo, jak te złożone o czasie 😀

Kilka dni temu okazało się, że jesteśmy o włos od przegapienia 10 urodzin mojego chrześniaka. Oświecenie przyszło we wtorek, a we środę Mateusz miał urodziny. Na szczęście zrobiliśmy szybką rodzinną naradę i zdecydowaliśmy się na wysyłkę prezentu w ostatniej chwili.

Tajna broń

Tak naprawdę mam jeden sprawdzony patent na takie sytuacje. To specjalna szuflada w szafie w przedpokoju, w której trzymam drobiazgi, kupowane przez cały rok z myślą o różnych okazjach i różnych osobach.

Książeczki dla młodszych dzieci, jakieś bardzo drobne zabawki, gadżety do szkoły, ozdoby do włosów (czy znacie jakąś małą kobietę, która ma ich za dużo?). Dla dorosłych – książki, ostatnio kolorowe skarpety ze śmiesznymi nadrukami, herbata z butikowej herbaciarni czy dizajnerski notes. Rzeczy, które raczej się nie przeterminują i są uniwersalne. Takie na awaryjne okazje, których, wierzcie mi, w ciągu roku całkiem sporo może się uzbierać.

Na przykład kiedy okazuje się, że jutro idziemy do kogoś w odwiedziny i fajnie byłoby mieć coś jakiś drobiazg w podorędziu.
Do szuflady wkładam też prezenty kupione, często na wyprzedażach i promocjach, z myślą o konkretnych osobach – książkę, kubek z napisem, który idealnie pasuje do jubilata, czy t-shirt, który go zachwyci. Jeśli okazja „prosi się” o większe zaangażowanie finansowe – zawsze można jeszcze kolorowy banknot z królem ładnie opakować i wręczyć. To też da się w miarę szybko „ogarnąć”, odwiedzając pobliski bankomat.

W szufladzie mam też różnego rodzaju papiery do pakowania prezentów, torebki prezentowe i kilka wstążek. Próbowałam mieć zawsze pod ręką taśmę klejącą i nożyczki, ale jak na razie ciągle z tej szuflady wędrują gdzieś indziej.

Co z tym chrześniakiem?

Wczesną zimą kupiłam dla Mateusza książkę dotyczącą survivalu. Wiedziałam, że będzie idealna na jego urodziny. Chłopak jest fanem sztuki przetrwania w każdych warunkach. Kupiłam, włożyłam do szuflady. Urodziny ma w Dzień Kobiet, więc „mamy jeszcze dużo czasu”. Niestety „obudziłam” się na dzień przed jego urodzinami.

Jeszcze nic straconego, ale nie dodałam, że Mateusz mieszka we Wrocławiu, 300 km od nas. Widujemy się 1-2 razy do roku, zwykle w wakacje lub jakiś długi weekend. Czy zdążę wysłać paczkę do Mateusza jeszcze dzisiaj, tak, aby na pewno jutro ją dostał?

Na szczęście w szufladzie mam wszystko. Prezent, papier do pakowania. Z portfela wyciągam niebieski banknot, a córkę wysyłam do żabki po dużą czekoladę z orzechami. Pakuję, klikam w komputer i zamawiam kuriera na Furgonetce.

Czy zdążymy do jutra?

Przyjeżdża tuż przed 17, odbiera ode mnie paczkę, a ja trochę martwię się, czy na pewno zdąży z tym prezentem do jutra?
Późnym wieczorem nie wytrzymuję, sprawdzam na stronie Furgonetki, czy moja paczka jest w drodze. Inpost śledzenie przesyłek umożliwia na specjalnej stronie, o każdej porze dnia i nocy.

Na szczęście paczka „jest w trasie”, wierzę, że wszystko pójdzie dobrze. Rano sprawdzam jeszcze raz i okazuje się, że już o 8 rano przesyłka jest u kuriera, który na pewno dzisiaj ją dostarczy. Ufff. Wieczorem dzwoni ucieszony Mateusz, żeby podziękować nam za prezent. Dałam radę, jestem chrzestną ninją!

Materiał powstał we współpracy z partnerem portalu.

Zdjęcie: 123 rf

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Zofia Kowalska

Moja kariera w moich rękach? Hm…

Masz poczucie, że przebieg Twojej kariery zależy wyłącznie od Ciebie, czy też wydaje Ci się, że jesteś tam, gdzie zaprowadził Cię los?
  • Hanna Pietrzak-Trzcińska - 03/10/2019
kobieta w ciąży trzyma laptop i coś w nim notuje

Chociaż może bardzo byśmy chciały, by nasza ścieżka zawodowa biegła po trasie, którą same sobie wyznaczamy, to jednak nie da się ukryć, że często przypadek sprawia, że skręcamy w tę czy inną stronę.

W pętach biologii

Specjalnie używam rodzaju żeńskiego, nie tylko dlatego, że tekst dedykowany jest mamom, ale też z przyczyn … biologicznych. Jakbyśmy bowiem nie chciały walczyć o równouprawnienie, to jednak nadal, zwłaszcza nas, z obranej drogi zawodowej może skutecznie zawrócić ciąża (i ta precyzyjnie zaplanowana i ta „nadprogramowa”). Co więcej, także zwycięski plemnik w całkiem innym organizmie może się przyczynić do podjęcia przez nas pracy w tym, a nie innym miejscu. A wiem co mówię pracując aktualnie na zastępstwo szczęśliwej matki.

Szczęśliwy traf

Oczywiście te przypadki nie kręcą się wyłącznie wokół naszych i cudzych ciąż. Drugą pracę dostałam dlatego, że dobrze wstrzeliłam się w czas, gdy pracodawca pilnie potrzebował kogoś na miejsce odchodzącej osoby. Nie dawał nawet ogłoszenia, czasu było mało, a ja zadzwoniłam dowiedzieć się co z moim wcześniej wysłanym CV, akurat w idealnym momencie. (Mam przy tym wrażenie, że gdyby nie ten telefon nikt do owego podania by nie sięgnął). Spędziłam tam wiele miłych i owocnych lat.

Wzburzone morze

Trzeba przyznać, że polski rynek pracy jest jak morze – i to raczej Bałtyk, a nie Adriatyk, i częściej w czasie sztormu. Czy to jednak oznacza, że powinniśmy jedynie dawać nieść się fali, z rzadka ruszając rękami? Kto mimo niskiej temperatury pluska się od czasu do czasu w naszym cudownym morzu wie, że trudno się w nim po prostu unosić (a wiecie dlaczego? – niskie zasolenie! mniejsza wyporność!).

Dlatego nawet jeśli nie zawsze możemy precyzyjnie wytyczyć ścieżkę swojej kariery – nie warto zdawać się tylko na los. Energiczne machanie rękami podczas kąpieli w zimnym morzu przejawia się w ciągłym doszkalaniu, nawet gdy możemy na nie poświęcić tylko pół godziny podczas drzemki dziecka. Podejmowaniu studiów – choćbyśmy miały być najstarsze w grupie (tak, wiem, to dziwne uczucie, znam je z autopsji).

I pamiętaj – nawet gdy wydaje Ci się, że leżysz spokojnie na zacisznej plaży nie warto tracić czujności – kto wie, czy gdzieś tam nie czai się fala, która wytrąci Cię z tej komfortowej sytuacji?

Zdjęcie: 123 rf

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Hanna Pietrzak-Trzcińska
Z wykształcenia jestem pedagogiem kulturalno-oświatowym, póki co wiedzę ze studiów wykorzystuję do wychowywania dwóch synów. Skończyłam też studia podyplomowe Marketing w sieci. Kilka lat pracowałam w księgarni internetowej wydawnictwa, a ponieważ w życiu nigdy nie jest za późno na zmianę, obecnie poszukuję nowych możliwości zawodowych, dlatego postanowiłam zostać Panią do pisania - panidopisania.pl Rozrywkowo prowadzę bloga sarkazmprzykawie.blogspot.com.

Jak to jest być rodzicem dzisiaj?

Bycie rodzicem to szalenie odpowiedzialna i trudna sprawa, wszyscy to wiemy. A każde czasy rządzą się swoimi prawami, to również powszechne przekonanie. Jak to jest być rodzicem w dobie internetu, pampersów i słoiczków?
  • Ewelina Florkiewicz - 03/10/2019
rodzice spędzają czas z dzieckiem

Teraz matki to mają wygodę

Usłyszeliście kiedyś to zdanie: „teraz to matki mają wygodę, nie to, co 30 lat temu…”? Jestem pewna, że tak! Mnie to zdanie prześladuje, odkąd urodziłam pierwsze dziecko. W istocie nie sposób temu zaprzeczyć – pampersy, chusteczki nawilżane, słoiczki, książki, te wszystkie akcesoria i do tego oczywiście doktor google…

Kto ma za sobą przygodę z noworodkiem, na pewno choć przez chwilę traktował te wszystkie produkty, jak wynalazki niemal pokroju penicyliny czy elektryczności. I gdyby w tym miejscu postawić kropkę to pozostałaby tylko radość, że przyszło nam wychowywać dzieci właśnie teraz, a nie w końcówce XX wieku. Zastanawiam się więc, czemu bycie rodzicem wciąż jest takim wyzwaniem?

Więcej nie zawsze znaczy lepiej

XXI wiek oprócz wielu cudownych ułatwień przyniósł nam jeszcze wiedzę, wielość wyboru i ambicję. Czy to źle? Absolutnie nie! Czy dzięki temu jest nam łatwiej? Tu już nie miałabym tak zdecydowanej odpowiedzi.

Nie raz moja teściowa mówiła, że chciałaby tyle wiedzieć i mieć taki dostęp do informacji, gdy startowała w roli rodzica. Zawsze przytakiwałam. Z perspektywy czasu, dwójki dzieci i znacznie większego doświadczenia nachodzą mnie jednak refleksje. Czy ten ogrom informacji, dzięki któremu znamy wyjaśnienia dziecięcych zachowań oraz wręcz gotowe recepty postępowania z nimi, naprawdę aż tak nam ułatwia życie? W pewnym sensie tak, ale jak zawsze jest jeszcze ta druga strona.

Jesteśmy bardziej świadomi, w wielu kwestiach możemy dokonać wyboru, z których dodatkowych szczepień skorzystać, karmić dziecko czy zgodnie z teorią BLW, kupować produkty bio, a może korzystać z tego, co jest powszechnie dostępne, uczyć samodzielnego zasypiania czy być zgodnym z teorią rodzicielstwa bliskości?

Tych dylematów i wyborów jest tak wiele, że nie sposób je tu wymienić. Te wszystkie możliwości potrafią jednak przytłoczyć. A jak jeszcze dorzucimy do tego fora parentingowe kontra babcine porady – można naprawdę się pogubić.

Gdy rodzą się w nas ambicje

Myślę, że to właśnie z wiedzy, dostępności informacji oraz chęci dzielenia się swoim życiem w internecie rodzą się w nas ambicje. Wiemy, co radzą eksperci, podglądamy w sieci inne matki – te przeciętne i te z okładek gazet.

Chcemy nadążyć za tym wszystkim, ambitnie czytamy porady, patrzymy na uśmiechnięte, piękne i spełnione mamy. Rodzą się trendy bycia perfekcyjną, fit i eko-mamą, która ma zawsze chęci i czas dla swoich dzieci. Wielu z nas trudno to udźwignąć, szczególnie po kilku czy kilkunastu nocach przespanych w kratkę. A tak naprawdę to dopiero początek.

Pracować i nie zwariować

Wcześniej wydawało mi się, że bycie mamą niemowlaka i ogarnięcie tego wszystkiego, szczególnie w swojej głowie jest czymś niemal heroicznym. Teraz wiem, że prawdziwa zabawa zaczyna się dopiero po powrocie do pracy.

Do bycia fit, eko, bio i pro trzeba dorzucić rozwój osobisty, karierę, poczucie pewności siebie i niezależności. Gdy dodamy do tego organizację życia domowego i wszystkie zajęcia dodatkowe, na które wypadałoby posłać swoje dziecię tworzy się niezłe kombo.

Mamy w głowach pewne wzorce, do których dążymy, ale czy ich realizowanie w 100% i z uśmiechem na ustach jest możliwe? Jako rodzice staliśmy się bardzo ambitni, ale też skryci. Ubolewam nad tym, że tak rzadko ktoś otwarcie mówi, że jest zmęczony swoim dzieckiem; że nie chce mu się gotować i po raz trzeci w tym tygodniu serwuje pierogi z dyskontu; że pomimo urlopu, zawiózł dzieci do przedszkola, a to tylko po to, aby odpocząć lub chociaż w spokoju posprzątać.

Bycie ambitnym i dążenie do współczesnych wzorców nie jest niczym złym. Właściwie to chyba sama tak funkcjonuję. Czy to szaleństwo? Nie! Takie mamy czasy i nie uciekniemy od tego. Żyjemy szybko, ambitnie i intensywnie. Chcemy być w tym wszystkim perfekcyjni, nawet nie dla ludzi, ale sami przed sobą.

Myślę, że gdy uświadomimy sobie, że nie da się we wszystkich aspektach zawsze być idealnym, a wzorce są pewnym drogowskazem, nie jedyną słuszną drogą, będzie nam po prostu łatwiej. Gdy pozbędziemy się wyrzutów sumienia, że nasze dziecko zostało jako ostatnie odebrane z przedszkola, że zamiast wspólnego czytania książek po południu oglądamy bajki, że zamiast treningu pijemy wino z przyjaciółką, to będziemy w stanie utrzymać równowagę. Wszystkim tym, którzy to już wiedzą ogromnie zazdroszczę. Ja wciąż walczę.

Zdjęcie: 123 rf

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Ewelina Florkiewicz
Z wykształcenia jestem filologiem języka polskiego. Zawodowo od 8 lat zajmuję się komunikacją, marketingiem i employer brandingiem. Uwielbiam pisać, tworzyć i organizować i nieustannie poszukuję nowych wyzwań. Prywatnie jestem żoną oraz mamą Zosi i Kazika, którzy sprawili, że zupełnie inaczej patrzę na siebie i otaczający mnie świat.
Chcę otrzymywać inspiracje, pomysły i sugestie jak pracować i nie zwariować.
Newsletter wysyłamy raz na 2 tygodnie

Może Cię zainteresować także:

Uwaga. Strona wykorzystuje pliki cookies. Informacje uzyskane za ich pomocą wykorzystywane są w celach statystycznych. Pozostając tu godzisz się na ich zapisywanie w Twojej przeglądarce. ×

Email marketing powered by FreshMail
 

Email marketing powered by FreshMail
 

Email marketing powered by FreshMail