Czego szukasz

Potok pomysłów, potok sukcesów

Do niektórych świetne idee przychodzą tuż przed snem, do innych – zupełnie przez przypadek, w najmniej oczekiwanym momencie. Ania spotyka je nad potokiem, a może to one spotykają Anię? Ta najważniejsza przyszła w 2003 roku i przekształciła się w Akademię Aktywnych i Kreatywnych, która prowadzi zajęcia dla dzieci od narodzin do 12 roku życia, a także wachlarz warsztatów dla rodziców i osób pracujących z dziećmi. Nie obyło się bez wybojów, ale ta droga na pewno była warta przebycia.

Edukacja jest mi bliska. Moja rodzina zajmuje się nią na różnych poziomach –  to wizjonerzy, ludzie z pasją. Od dziecka nasiąkałam długimi rozmowami, uważnością na potrzeby innych, empatią. Dzięki temu już wtedy potrafiłam słuchać i przewodzić ciekawym inicjatywom.

Pomysły przychodzą do mnie. Mam wrażenie, że stoją w kolejce, czasami łączą się ze sobą, zanim dotrą do etapu analizy. Zaczęłam to traktować jako jeden z moich talentów, którymi dzielę się z ludźmi. Czuję, że po coś jestem na tym świecie.

Przestrzeń do zapełnienia

Historia Akademii Aktywnych i Kreatywnych zaczyna się, można powiedzieć, garażowo. Jak zresztą chyba większość biznesów, których korzenie to pasja. Byłam największym sprzedawcą oraz promotorem nosidełek turystycznych dla dzieci. Zostałam młodą mamą – pełną entuzjazmu, ciekawości i fascynacji macierzyństwem. Mam rodzinę i przyjaciół rozrzuconych po świecie. Pisywaliśmy do siebie, wysyłaliśmy zdjęcia. Widziałam dzieci na przeróżnych zajęciach. Takich miejsc w Polsce nie było.

Szperałam w sieci, dzwoniłam, rozmawiałam, oglądałam filmy. Podróżowałam.  I pewnego dnia po prostu zaprosiłam znajomych z dziećmi do siebie. Oni przyprowadzili innych. Tak zawiązała się grupa roboczo zwana Warsztatami Twórczej Zabawy. Zajęciom towarzyszył zawsze pies i pianino. I wszystko działo się w moim nieumeblowanym salonie, pustej niemal przestrzeni.

Nie korzystałam z żadnego zewnętrznego wsparcia. Najpierw robiłam to bez opłat, a  potem założyłam firmę i kupiłam pierwsze materiały do pracy na warsztatach. Mnóstwo rzeczy przywoziłam z lasu – szyszki, drewno, mech. Przynosiłam las do dzieci miasta. Małymi krokami zaplecze AAK powiększało się. Kto wie, może ze wsparciem kapitału firma byłaby teraz większa? Ale czy byłaby taka sama? Głęboka, tak mocna dzięki ciepłym relacjom z klientami? Moja firma to coś więcej niż biznes i pieniądze. To emocje, które pojawiają się, kiedy stali klienci przychodzą z młodszym rodzeństwem, a Ci nowi z radością odkrywają nasze kolejne inicjatywy.

Kiedy lukier spływa

Mam wrażenie, że jest pewien trend. Moda na prowadzenie biznesu z dzieckiem na kolanie. I pokazywanie tego w lukrowanym świetle. To wcale nie jest łatwe. I można zbłądzić.

Ja tak zaczynałam – z dzieckiem przy piersi kończyłam studia, a biznes rozkręcałam z dzieckiem na kolanie. Wielozadaniowość na wysokich obrotach. Ale coś zawsze jest kosztem czegoś. Teraz wydaje mi się, że po tych kilkunastu latach zatoczyłam koło. Znowu jestem na studiach i pojawiły się nowe, dużo większe projekty. Teraz jednak otrzymuję więcej pomocy, a przede wszystkim – bardziej o nią proszę. Mam wokół siebie fantastycznych ludzi, z którymi realizujemy plany i marzenia.

Dzieci inspirują, dają całą masę radości i budują człowieka. Mają też swoje potrzeby. Po latach łączenia bycia mamą, pracodawcą i bizneswoman stwierdzam, że pogodzenie tych ról jest chyba niemożliwe. Warto przemyśleć priorytety, cele. Warto zadbać o siebie i mieć wsparcie. Czasem coś odpuścić. Dziecko tylko raz ma roczek, dwa latka, cztery latka. Tylko raz ma dwanaście lat i staje się nastolatkiem. Te chwile już nie wrócą, a to, co mówimy do dziecka i jaką relację z nim tworzymy, zostaje w nim. Moim priorytetem, kiedy zakładałam firmę, było to, aby być z dziećmi. Aby móc odebrać je z przedszkola, pójść na spacer, bawić się. Wciągałam dzieci we wszystko i chyba mogę powiedzieć, że w pewnym sensie przeszły praktyki biznesowe. Wiedzą, jak prowadzić firmę, skąd biorą się pieniądze i jak wygląda proces realizacji pomysłów.

Obie strony medalu

Jest pewna przestrzeń, którą się upublicznia i coś, co pozostaje tylko dla nas. Czasami wydaje nam się, że ktoś ma super, łatwiej, lepiej. A prawda jest taka, że za tym zawsze coś stoi. Ja też nie mówię i nie piszę o wszystkim. Mam, oczywiście, swoje cele i marzenia. Ale mam swoje porażki. To wszystko razem daje siłę.

Choruję na cukrzycę. Żyję na co dzień z insuliną i glukometrem. Przy moim trybie życia to taki dodatek, który czasem brutalnie ściąga mnie na ziemię. Straciłam bliskie mojemu sercu osoby. Jedna z moich córek jest na restrykcyjnej diecie ze względu na brak enzymu trawiennego. Dwa lata temu miałam poważny wypadek na nartach i w zasadzie pozbierałam się po nim dopiero teraz, choć konsekwencje będą ze mną już zawsze.

To się nazywa życie. Każdy ma swoje. I coś widać, a czegoś nie widać. Zawsze pozostaje pytanie, co jest prawdą. Prawda i szczerość to wartości, które budują głębokie relacje. I Internet może pomóc, ale ich nie zastąpi.

Siedziałam ostatnio nad potokiem i tworzyłam papierową kronikę Akademii Aktywnych i Kreatywnych. To ten sam potok, nad którym bawiłam się jako dziecko. Dokładnie ten sam, który towarzyszy mi na różnych etapach życia. Ten właśnie, który przemierzam w górę i w dół w kaloszach. Potok, który płynie nieustannie. Bywa łagodny, bywa rwący. Zmienny. W tym samym korycie, ale jednak po każdej burzy przybiera inny kształt. Oczyszcza się.

Redakcja tekstu: Monika Przybyłek-Woźniak

Przeczytaj inne historie sukcesu. Czerp energię od innych mam!

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Podyskutuj
Chcę otrzymywać inspiracje, pomysły i sugestie jak pracować i nie zwariować.
Newsletter wysyłamy raz na 2 tygodnie