Czego szukasz

Obudź frajdę w życiu! Odkryj swoją moc!

Czy realizacja własnych marzeń może być naszym obowiązkiem? Joanna Baranowska, coach, przekonuje nas, że tak!
Dlaczego to takie ważne, żeby w macierzyństwie nie zapominać o sobie? I co przygotowała Joanna dla wszystkich mam, które chcą żyć pełnią życia? Jaką ofertę specjalną ma dla czytelniczek Mamo Pracuj? Bierzemy Joannę w krzyżowy ogień trudnych pytań!

  • Redakcja portalu Mamo Pracuj - 30/09/2014

Asiu, dlaczego my, mamy zapominamy o swoich potrzebach?

Początkowo jest to całkiem naturalne. Wchodzimy w nową rolę bez wiedzy i umiejętności, których w krótkim czasie musimy się nauczyć. I robimy to z zaangażowaniem. W tym czasie nowa rola dominuje nad wszystkim, co robimy, ponieważ po prostu musimy się jej nauczyć. I to jest w porządku. Problem polega na tym, że nie bardzo wiemy jak mamy znaleźć w tym miejsce na siebie. Dziecko cały czas się rozwija, jego potrzeby się zmieniają, a my cały czas uczymy się kolejnych rzeczy i cały czas okazuje się, że czegoś nie wiemy. Tymczasem jesteśmy przyzwyczajone, że mamy osiągnąć jakiś poziom kompetencji i zdać egzamin na piątkę i tego od siebie oczekujemy. A przecież w tej „dziedzinie wiedzy” zmiany następują bardzo szybko i to, że czegoś nie wiemy jest właśnie tym stanem ok.

Jednak dopóki nie stworzymy sobie własnych kryteriów oceny tego, że jesteśmy dobrą mamą, gdy po prostu ciągle się uczymy, popełniamy błędy i mamy swoje sukcesy, będzie nam trudno zadbać o siebie, ponieważ to by przecież oznaczało, że na chwilę musimy odpuścić naukę (a egzamin na perfekcyjną mamę jeszcze nie zdany). Gdy czegoś tak intensywnie się uczymy, to nie mamy w głowie miejsca na nic innego. W końcu tworzymy sobie nawyk skupiania się na potrzebach dziecka i całkowicie zapominamy o sobie.

Gdy nie mamy WŁASNYCH KRYTERIÓW SUKCESU, możemy mieć ciągłe poczucie winy z powodu błędów, które są tu nieuniknione. Tymczasem nasze życie jest coraz bardziej zorganizowane jako ciąg zadań i terminów. Kultura także wspiera ten mit wiecznie szczęśliwej i radzącej sobie ze wszystkim Matki Polki.

Nawet gdy zdajemy sobie sprawę z tego, że możemy „naginać świat” do swoich potrzeb, to i tak mamy poczucie winy. Gdy mój mąż przypomina mi, że: „czas iść po dziecko do przedszkola” to: z jednej strony wyrywam się, żeby iść – bo chcę, z drugiej czuję ukłucie poczucia winy – że powinnam, a nie siedzieć tu przed komputerem, a jeszcze z trzeciej czuję że najbardziej chcę usiąść i odpisać na kilka maili do klientów i nic się przecież nie stanie, jeśli syn pobędzie jeszcze kilka minut w przedszkolu.

Dlaczego to takie ważne, żebyśmy pamiętały o sobie, kiedy mamy małe dzieci – tu i teraz. Przecież nasze dzieci nas potrzebują…

Dlatego, że jeśli my same o siebie nie zadbamy, same siebie nie postawimy w centrum i nie znajdziemy choćby kilkunastu minut dziennie dla siebie, to skończymy jako sfrustrowane osoby. U mnie to natychmiast kończy się chorobą. Poza tym staję się nerwowa, czepiam się męża i dzieci o pierdoły. W skrajnych przypadkach tracimy z oczu to co dla nas najważniejsze i zmieniamy się w roboty, które odhaczają kolejne punkty z listy, bez pamiętania o tym, co jest ważne, co daje nam szczęście w życiu. Zatracamy się, jesteśmy nieszczęśliwe i z tego całego poświęcenia siebie dla innych wychodzi tylko wielka frustracja dla wszystkich.

Jak Ty pomagasz mamom wyjść z tego błędnego koła?

Pomagam zauważyć ten moment frustracji możliwie jak najszybciej. Zauważać swoje potrzeby i stworzyć pomysł na życie, w którym zaspokojenie i spełnienie jest możliwe. Potem zazwyczaj radzimy sobie z lękiem i poczuciem winy oraz tworzymy własny zestaw kryteriów dla „dobrej mamy”, odkrywamy talenty i budujemy wiarę i pewność, że zmiana jest możliwa, realna i dobra dla wszystkich. Następnie budujemy plan działań, krok po kroku i go realizujemy. Pilnuję, żeby klientka zawsze dała sobie kolejną szansę w sytuacjach porażek.

Nad czym teraz pracujesz? Co to za kurs, który uruchamiasz?

Teraz wymyśliłam coś fantastycznego. Kurs on-line Odkryj swoją kobiecą moc, który w całości jest poświęcony mamie i stawia ją w centrum nie po to, żeby była lepsza dla kogoś, ale żeby jeszcze lepiej skontaktowała się z samą sobą. Żeby usłyszała swoją duszę, zauważyła siłę i kreatywność, obudziła frajdę w życiu. Jeśli masz poczucie, że działasz, ale to nie daje upragnionych rezultatów, albo masz obawy przed rozpoczęciem działania zgodnie ze swoimi marzeniami, to prawdopodobnie masz problem z pewnością, że to co robisz jest absolutnie wartościowe i że Ty jesteś wyjątkowa i nie tylko masz prawo realizować swoje marzenia, ale masz zasoby i obowiązek by to robić.

Dla kogo jest ten program? Kto powinien się na niego zapisać?

Dzięki temu, że kurs jest internetowy, to każda mama może z niego skorzystać. Miejsce zamieszkania nie ma żadnego znaczenia. Zapraszam mamy małych i trochę starszych dzieci, chociaż kurs kieruję przede wszystkim do mam najmłodszych dzieci – do pierwszego roku życia.

Dlaczego warto się zapisać na kurs „Odkryj swoją kobiecą moc?

Dlatego, że gdy stajesz się mamą, to już zawsze nią będziesz. Ta rola bardziej niż jakakolwiek inna zmienia nas na wszystkich poziomach doświadczania świata, więc dobrze jest się poczuć sobą i u siebie jak najszybciej. Macierzyństwo może być bardzo frustrujące, lub szalenie inspirujące i może pomóc nam odnaleźć w nas to co najwspanialsze. Po co więc tkwić w codzienności i poczuciu rozczarowania, kiedy może to być najszczęśliwszy okres w życiu i początek oszałamiających możliwości? Można sięgnąć po pełnię możliwości i ją odkryć w sobie.

Brzmi super, ale pozwól, że trochę ponarzekam (śmiech). Program trwa aż pół roku. Dlaczego tak długo?

Program składa się z 12 precyzyjnie dobranych tematów. Kurs składa się zarówno ze spotkań w grupie (online), jak i z materiałów do pracy własnej. Jeśli ma dobrze działać, to musimy dać sobie czas na wszystko. Czas na przemyślenia, czas na życie każdym tematem. Myślę, że to idealny czas, żeby wszystko sobie przemyśleć i zacząć działać. Spotkania online są dwa razy w miesiącu. Dzięki temu, że jest to kurs internetowy, to na pewno łatwiej się na niego zdecydować – odpadają dojazdy i problem braku opieki do dziecka. A pół roku naprawdę szybko minie, warto, abyś w tym czasie zrobiła coś bardzo ważnego dla siebie. Zapraszam!

Jak się można zapisać?

Najlepiej przez moją stronę internetową, na której jest też szczegółowy program kursu.

Uwaga!

Dla czytelniczek Mamo Pracuj 10% rabatu na kurs – przy zapisie podaj hasło MAMOPRACUJ

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Redakcja portalu Mamo Pracuj
Podyskutuj

Idealny sernik nieidealnej Pani domu

Nadal nie wierzę, że to piszę... Ale naciski były przeogromne, więc... Nie jestem idealną Panią domu, rzadko piekę, chyba że brownie (25 minut roboty) lub inne "coś", równie prostego z gwarancją pyszności. Nie wdaję się w rozmowy na temat przepisów bo niewiele mam w tym zakresie do powiedzenia, choć... jest jeden wyjątek! Jego wysokość Sernik! 13 lat temu znalazłam przepis, którego się trzymam, który zawsze gwarantuje "ochy i achy" tych, którzy mają okazję załapać się na kawałek. Bo znika szybko...
  • Agnieszka Kaczanowska - 17/04/2019
produkty do pieczenia: mąka, mleko, masło, ser

Z dedykacją dla Marzeny 😉

Ten sernik piekę wyłącznie dwa razy do roku. Trudno nie zgadnąć, na jakie okazje, ale udaje się zawsze, a nawet jeśli nie jest idealny w wyglądzie, to smakuje zacnie! No i sam przepis napisany jest tak, że mam z tego kupę zabawy. Dodam tylko, że ja sernika sama nie jadam… nie mój smak, wolę suche ciasta np. makowiec, ale z reguły spełnieniem moich marzeń jest makowiec z cukierni, albo orzechowiec od mamy Asi, mniam.

Natomiast sernik robię z miłości do męża 😀

Składniki:

  • kilogram dobrze odciśniętego tłustego białego sera (nie może być kwaśny). Ja kupuję gotowy, mielony, ale taki, który jest w miarę suchy (bez ekstra śmietany) i zawsze twaróg sernikowy Piątnica (choć producent nic nie wie, że go polecam ;-)). To jest o tyle ważne, że inne miękkie sprawiają, że sernik pływa… Oczywiście możesz także zmielić sama ser. Ja nie mam nawet odpowiedniej maszynki…
  • 2 niepełne szklanki cukru (można ciut mniej jeśli budyń jest z cukrem i wanilia… ale nie dużo mniej, próbowałam z mniejszą ilością, ale jednak lepiej dać więcej…),
  • 8 jaj, z 7 jaj też wyszedł 😉
  • kostkę masła,
  • budyń waniliowy (z reguły daję ten z cukrem, ale przypuszczam, że nie ma tu różnicy,
  • torebkę cukru z prawdziwą wanilią (w odróżnieniu od cukru wanilinowego!) a jeszcze lepiej laskę prawdziwej wanilii, tych czarnych kuleczek oczywiście,
  • cytrynę, a dokładniej sok z jednej połówki,
  • szczypta soli,
  • bakalie: torebkę (10 dag) rodzynek, najlepiej jasne, malutkie, 3 dag płatków migdałowych, 5 dag smażonej skórki pomarańczowej (wg. mnie najlepszego składnika sernika ;-)).

Niezbędne sprzęty:

  • mikser (wiem, wiem można w makutrze, jak masz to super)
  • spora miska do ucierania masy serowej
  • garnuszek/miseczka na białka
  • rondelek na topione masło
  • duża tortownica

Dodałabym lampka dobrego wina, ale odkąd sernik piekę razem z dziećmi atrakcji dodatkowych nie potrzebuję ;-).

Sprawdzony algorytm działania

  1. W rondelku na małym ogniu topisz masło pokrojone na małe kawałki. Ciepłe masło (niech się, broń Boże, nie przypali!) odstawiasz do wystygnięcia.
  2. W tym czasie przygotowujesz bakalie, tzn. płuczesz rodzynki, odsączasz, suszysz ręcznikiem papierowym i razem z płatkami migdałowymi wsypujesz do miseczki, dodajesz skórkę pomarańczową. Zostawiasz.
  3. Smarujesz tortownicę masłem, wysypujesz bułką tartą, odstawiasz na bok, żeby nie przeszkadzała.
  4. W tym miejscu możesz skosztować tej lampki wina, jeśli już nalałaś 😉
  5. Teraz kluczowa sprawa: rozbijasz jajka nad garnuszkiem/miską, w którym potem ubijesz pianę. Białka lądują w właśnie w nim/niej, a żółtka w dużej misce.Garnek z białkami ląduje w lodówce.
  6. Do żółtek dodajesz cukier, szczyptę soli, wanilię/cukier z prawdziwą wanilią, sok z połówki cytryny.
  7. Ucierasz puszysty kogel-mogel, starając się nie podjadać…. jest pyszny…
  8. Włączasz piekarnik. Ma mieć idealnie 180 stopni C, kiedy wjedzie do niego sernik.
  9. Otwierasz wiaderko 😉 sera gotowego lub bierzesz idealnie zmielony i do kogla-mogla dodajesz łyżkami na zmianę z proszkiem budyniowym, wciąż ucierając masę mikserem. Masa ma być gładka, jasno żółta i puchata.
  10. Następnie delikatnie wlewasz zimne masło (wcześniej roztopione) i miksujesz do chwili, aż się całkowicie wchłonie.
  11. Dodajesz bakalie i już nie mikserem a łyżką z resztką masy serowej (nie pytaj dlaczego, ale działa…) mieszasz starannie ale delikatnie.
  12. Wyjmujesz z lodówki garnek/miskę z białkami i mikserem (z czystymi końcówkami) ubijasz sztywną pianę.
  13. Ważne: teraz odstawiasz mikser na bok i więcej nie wolno go użyć 😉
  14. Łyżką od sera i bakalii mieszasz białka z masą serową. Delikatnie, z czułością aż się połączą.
  15. Teraz już bez ociągania, zgarniasz masę do tortownicy, wygładzasz wierzch.
  16. I wkładasz sernik delikatnie do piekarnika w idealnej temperaturze 180 stopni. Nie używam tutaj termoobiegu, gdybyś chciała mnie o to zapytać.
  17. Teraz też jest idealny moment, aby zamiast mycia garów napić się wina bo…
  18. Od teraz przez 40 minut nie otwierasz piekarnika, nie zaglądasz co chwilę i nie myślisz o serniku.
  19. Po 40 minutach zerkasz przez szybkę, czy aby w wierzchu nie za bardzo się przypiekł. Jeśli tak, otwierasz delikatnie piekarnik i przykrywasz ciasto płatem folii aluminiowej. Szybko zamykasz drzwiczki, ale uważaj (!) aby nie klapnęły, bo sernik się może „przestraszyć” i opaść. Serio. zawsze ten fragment mnie rozczula ale nie próbowałam straszyć sernika i zawsze wychodzi 😉
  20. Gdy minie kolejne 15-20 minut a czasem dłużej (wiem, to mało precyzyjne ale lepiej dłużej, aby sernik był upieczony), wyłączasz dopływ ciepła i uchylasz drzwiczki, aby zahartować sernik i uchronić przed opadnięciem przy gwałtownej zmianie temperatury. Po kolejnych 10 minutach wyjmujesz ciasto na blat i pozwalasz ostygnąć w pokojowej temperaturze.
  21. Ja zwykle rozkrawam go na drugi dzień, wtedy brzegi sernika trzeba oddzielić ostrzem noża od brzegów tortownicy i gotowe.
  22. Idealny sernik to taki, który ma szansę stężeć w lodówce, ale nie zawsze mu się udaje…

Z życia sernika: bywa z nim różnie, czasem ma fantazyjne fale, czasem rośnie idealnie równomiernie, ale potem, kiedy wyjmuję go z piekarnika zawsze zmienia swój kształt na taki idealnie sernikowy. Bywa, że pęka… ale w smaku pozostaje idealny i wierzcie mi nikt nie narzeka.

Smacznego!

I wielkiej frajdy z pieczenia Wam życzę.

Przepis jest moją wariacją na temat przepisu znalezionego 8 lat temu w sieci, bodajże z tego linku >. Tym bardziej dziękuję jego autorce za cudowne przeżycia smakowe mojej rodziny!

Zdjęcie: Pixabay.com

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Agnieszka Kaczanowska
Współzałożycielka mamopracuj.pl, od dziesięciu lat rozwija swoje umiejętności łączenia życia rodzinnego i zawodowego i nawet jej to wychodzi! Lubi wyzwania i cieszy ją kiedy pracodawcy znajdują świetnych pracowników. Mama wesołej trójki, żona i miłośniczka kotów.  
Podyskutuj

Poradnik i bezradnik mamy-freelancerki

Wpatruję się w pustą kartkę. Co miałabym napisać na temat work-life balance w ujęciu pracującej mamy? Nie jestem przecież ekspertką od zarządzania czasem, nie mam żadnej recepty, sama nieraz się dziwię, jak udaje mi się to wszystko ogarnąć i nie zwariować. Nie umiałabym napisać poradnika, od udzielania rad lepiej wychodzi mi opisywanie ludzkich emocji i kreowanie rzeczywistości. Zatem może to właśnie zrobię? Opowiem moją historię.
  • Magdalena Majcher - 28/02/2019
mama freelancerka pracuje z domu, laptop na kolanach

Jeszcze pięć lat temu nie miałam pojęcia, czego chcę od życia. Miałam kilkuletniego syna i pracę, do której jeździłam, delikatnie mówiąc, niechętnie. W żadnym miejscu nie zagrzałam miejsca na dłużej. Myślałam: co jest ze mną nie tak? Miałam dopiero dwadzieścia kilka lat, a już czułam się wypalona. Nie wyobrażałam sobie, że tak miałabym żyć, pracować przez następnych kilkadziesiąt lat.

Spełniać marzenia

Po urodzeniu drugiego dziecka zrobiłam swoisty rachunek sumienia. Zastanowiłam się, gdzie popełniałam błędy, i doszłam do wniosku, że po prostu nigdy nie robiłam tego, co chciałam robić, tego, co kochałam. Czego więc bym chciała? Co potrafię? Pisać, to pierwsze co przyszło mi na myśl. Ale co mam z tym pisaniem zrobić? Że niby książkę napisać?

Wszystko fajnie, ale wydawało mi się to czynem na miarę lotu w kosmos. Każdy by chciał, ale nie każdy wie, jak. Dojrzewałam jeszcze przez chwilę, w międzyczasie prowadząc bloga i szukając pojedynczych zleceń jako copywriter. I dojrzałam, wiecie? Dojrzałam do tego, żeby pomóc marzeniom, żeby w końcu robić to, co kocham.

Nazbyt pompatycznie, prawda? Żeby nie było tak kolorowo, mój młodszy syn okazał się typowym przykładem high need baby. Każdej nocy budził się po kilkanaście razy, w dzień nie chciał spać, nawet spacery były czasem stresu i zastanawiania się, czy tym razem prześpi choć godzinę czy może raczej będzie się wydzierał wniebogłosy. I w samym środku tego szaleństwa odnalazłam swoją pasję.

Napisałam jedną książkę, drugą, zaczęłam trzecią, nie wiedząc, czy ktokolwiek mi to wyda. Dałam sobie czas do końca urlopu macierzyńskiego, w międzyczasie biorąc zlecenia jako copywriter. No i stało się. Kiedy mój młodszy syn miał jedenaście miesięcy, poleciałam w kosmos. Dostałam długo oczekiwanego maila od potencjalnego wydawcy. Kilka tygodni temu synek skończył cztery lata, a ja nadal lecę. I absolutnie nie zamierzam wracać z tej podróży!

Jestem w miejscu, w którym powinnam być

Praca w charakterze wolnego strzelca wymaga przede wszystkim… twardego tyłka i umiejętności planowania przychodów na trzy miesiące w przód. Bo wypłata nie przychodzi dziesiątego, i nie zawsze jest taka sama. Ale muszę się do czegoś przyznać. Odkąd poleciałam w ten kosmos, cały wszechświat mi sprzyja. Kiedy zamykają się drzwi, otwiera się przede mną okno. Szczęście? Być może. Ja nazywam to inaczej. Po prostu jestem w miejscu, w którym powinnam być, dlatego się układa. Robię to, do czego zostałam stworzona i chociaż pracuję jako freelancer ponad trzy lata, nadal nie potrafiłabym napisać poradnika dla osób, którym marzy się właśnie takie wolne strzelectwo.

Przede wszystkim to ja jednak żyję

Nie udzielę Wam więc gotowych rad. Nie powiem, jak to zrobić, żeby gdzieś pomiędzy rozwieszeniem prania a odebraniem dziecka z przedszkola ogarnąć siebie i zlecenia. Każda z nas musi wypracować sobie własny system pracy. Ile osób, tyle rad. Moja koleżanka pisze, kiedy wszyscy jeszcze śpią, bladym świtem. Inna pracuje do nocy. Ja od dziesiątej do szesnastej. Oddaję teksty trzy miesiące przed deadlinem, znajoma zawsze wyrabia się dzień przed terminem.

Nie sposób określić, który wariant jest najlepszy. I wcale nie zamierzam tego robić. Chcę Wam tylko powiedzieć, że work-life balance jest wtedy, kiedy robimy to, co kochamy. Wtedy to życie samo się balansuje, a wszystko się dzieje „samo”. No, prawie… Bo przecież ktoś to pranie musi rozwiesić i ktoś tę książkę musi skończyć! Ale to w tak zwanym międzyczasie. Bo przede wszystkim to ja jednak żyję.

Zdjęcie: 123 rf

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Magdalena Majcher
Pisarka, freelancerka, mama. Robi w życiu to, co kocha, czyli pisze. Aby spełniać swoje marzenia, zrezygnowała z pracy na etacie. Dziś jest autorką poczytnych i lubianych przez czytelniczki powieści, m.in. "Cudu grudniowej nocy", "W cieniu tamtych dni", "Matki mojej córki", "Stanu nie!błogosławionego", "Jeszcze jednego uśmiechu” oraz bestsellerowej sagi "Wszystkie pory uczuć". Niedługo ukaże się kolejna seria autorki.
Chcę otrzymywać inspiracje, pomysły i sugestie jak pracować i nie zwariować.
Newsletter wysyłamy raz na 2 tygodnie

Może Cię zainteresować także:

Uwaga. Strona wykorzystuje pliki cookies. Informacje uzyskane za ich pomocą wykorzystywane są w celach statystycznych. Pozostając tu godzisz się na ich zapisywanie w Twojej przeglądarce. ×

Email marketing powered by FreshMail
 

Email marketing powered by FreshMail
 

Email marketing powered by FreshMail