Czego szukasz

Kurs: Ona i On. O miłości, kłótniach i dbaniu o siebie

Relacja Ona i On, relacja Mąż i Żona, plus jeszcze wymagające ciągłej uwagi dziecko/dzieci to trudna kombinacja. Czasem brakuje siły i samozaparcia; żeby przebaczać i żeby pracować nad sobą na co dzień. Bo za mało czasu, bo są ważniejsze sprawy: dzieci, praca, dom… Można czytać, można skorzystać z pomocy fachowców, a można też skorzystać z kursu on-line… W zaciszu własnego domu, przy lampce wina, zadbać o siebie. Zobaczcie same, jako to działa.

  • Redakcja portalu Mamo Pracuj - 10/10/2016
całująca się para

Dziewczyny, a gdybym Was zapytała, tak prosto z mostu, co jest tajemnicą dobrego, długiego związku?

Karolina: Myśląc o życiu każdej pary uznałyśmy, że dzieli się ono na dzień i noc. Zazwyczaj łatwiej nam mówić o tym, co za dnia – czy się kłócimy, czy dogadujemy, czy chodzi nam o wygraną bitwę czy o dobrą relację? Czy potrafimy pielęgnować wspólne chwile? Czy wybaczamy, jak się przepraszamy? Czy on pamiętał o naszej rocznicy? Czy jej wypominać kolejną ciężką wizytę u teściowej? Jak go zmusić do sprzątania, i czy w ogóle się da?! Jak razem prowadzić dom? Jak wychować nasze dzieci? Jak dzielić obowiązki? O tej części naszego wspólnego życia amerykański badacz relacji Dawid Olsen nieco przewrotnie mówi tak:

„To nie miłość, lecz kłótnie decydują o szczęściu pary”.

I co chcecie powiedzieć, że dobra kłótnia zbliża do szczęścia?

Karolina: Zdecydowanie tak! Konflikty są nieuniknione w małżeństwie. Warto nauczyć się, co robić by kończyły się happy endem, a nie długą rekonwalescencją. Gdy znamy swoje i partnera – „pięty achillesowe” – w konfliktach to trochę jakbyśmy poznali mapę pola minowego. Wiemy, co lepiej omijać, a co da się rozbroić. Dobrze też jest znać znaczenie naszych przeszłych doświadczeń w tworzeniu tych czułych miejsc, tak aby lepiej pokierować konfliktem. Przebaczanie jest sztuką i czasem wielkim wyzwaniem, które warto podjąć, bo leczy rany jak żaden inny środek…

Czy to jest coś czego można się nauczyć, czy po prostu „się ma”?

Kasia: Ci, którzy mieli dobrych nauczycieli, szczególnie w domu rodzinnym, mają pewnie łatwiej. Od małego uczą się postawy szacunku i miłości. A Ci, którzy nie mieli tyle szczęścia i nie mają dobrych nawyków mówienia językiem miłości mogą się tego nauczyć. Każdego dnia obserwujemy to w naszej pracy gabinetowej.

A co z nocą?

Karolina: Noc to przecież druga połowa naszego życia! O której jednak głośno i otwarcie mówimy albo w formie żartów – wszyscy znamy to kogucikowanie na imprezach po kolejnym drinku. Albo wtedy, gdy naprawdę nam z czymś w nocy jest źle. Gdy czegoś nam bardzo brakuje albo czujemy się przytłoczeni oczekiwaniami wobec nas i sfrustrowani niespełnieniem, którego doświadczamy. Może czasem w szczerej rozmowie z przyjaciółką przyznamy, że nawet nie wiemy, kiedy przestałyśmy chodzić do fryzjera z myślą „Czy mu się spodobam?” i robimy to tylko ze względu na koleżanki w pracy.

Kasia: W przypadku wielu par, brak miłości seksualnej wyjaławia emocjonalnie, bliskość fizyczna buduje więź w sposób niedostępny innym kanałom kontaktu. Wyobraźmy sobie: co nie będzie takie trudne…

Jesteśmy razem dobre 8 lat, mamy dwójkę małych jeszcze dzieci, dość absorbujących, on dużo pracuje, bo kredyt, bo dzieci, bo… Razem zdecydowali, że dokąd dzieci nie pójdą do przedszkola ona będzie w domu z nimi. I choć to cudowne patrzeć jak się rozwijają, to pranie, gotowanie, sprzątanie, obsługa menażerii bywają trudniejsze niż praca w biurze… i na pewno bardziej wyczerpujące. I wieczorem, kiedy potencjalnie byłby czas na bycie razem, może i ogień w łóżku, każde ucieka w swoje sprawy albo jedno zasypia jeszcze z dziećmi…

ONA I ON - INSTRUKCJA OBSUGI_reklama640

Co odpowiadacie na takie historie? Zaczekać, aż dzieci podrosną? A może zadbać o siebie? Ale jak?

Karolina: A tak jest, że w biurze łatwiej? To też rodzaj harówki na rzecz domu. Choć rozumiem, że znad pełnej pieluchy wszystko wydaje się atrakcyjniejsze, jednak „nie wszystko złoto, co się świeci”. Czasem podejmujemy decyzje w stylu – od dziś chodzę na basen, ograniczam gluten, uczę się hiszpańskiego, dbam o spotkania z przyjaciółmi. To samo dotyczy naszej erotyki i seksualności.

Czasem mówię: z dobrym seksem jest jak z klimatyzacją w aucie – każdy chce go mieć, ale mało kto o niego dba.

Bywa, że łatwiej nam wybrać gotowanie czy sprzątanie, bo to jest najzwyczajniej w życiu prostsze i daje poczucie: „załatwione!”, chaos opanowany w tym obszarze. Buduje też nasz obraz dobrej Matki Polki albo Bohatera Domu. A seks i dbanie o siebie w nim to jakaś samolubna idea! Słyszymy od małego: „Bez pracy nie ma kołaczy” Więc jak to tak?! Zostawić bałagan w kuchni i iść golić nogi na wieczór? W naszej kulturze i często w naszych domach pochodzenia, jesteśmy nagradzani za pracowitość i obowiązki. Dbanie o siebie i przyjemność z tym drugim, są w najlepszym przypadku przemilczane, ale często też piętnowane. Warto się przyglądać temu erotycznemu i emocjonalnemu wianu, które wnosimy do wspólnej sypialni, a które dostaliśmy od bliskich i otoczenia. Odziedziczone przekonania, nakazy, zakazy i zawstydzenia działają, nawet jeśli nie zdajemy sobie z tego sprawy.

Czyli to wszystko bardziej skomplikowane, jedno wiąże się z drugim. Nie jest łatwo, a Wy staracie się pomóc. To pewnie stąd zrodził się pomysł na kurs „Ona i On”?

Dorota: Zauważyłyśmy, że coraz więcej osób sięga po wiedzę on-line. Obecne tempo życia, duże ograniczenia czasowe powodują, że coraz trudniej jest nam uczestniczyć w warsztatach, kursach czy spotkaniach organizowanych na żywo. W przypadku warsztatów dotyczących związków, dodatkowym atutem jest anonimowość, ponieważ tematyka dotyczy intymnej, osobistej sfery życia.

Kasia: Mnie inspiruje praca z parami w gabinecie. Słyszę wiele historii, że któreś nie chce przyjść na terapię, albo decyzja to proces, który trwa np. dwa lata i może jest już za późno na zmianę. Kurs on-line daje ogromne możliwości pracy we własnym tempie. Też samemu, gdy druga strona nie jest gotowa, to może być preludium, które pomoże trafić na terapię lub może być inspiracją do zmiany.

Karolina: Warto trzymać w ręce nie tylko rybę, ale i wędkę. Nie chcemy się ograniczać do rad w stylu „porozmawiajcie przy kubku dobrej herbaty”, „wynajmij nianię”, „kup nową bieliznę”, „napisz seksownego sms-a”. Chcemy by uczestnicy warsztatów odnaleźli swoje wędki, które pozwolą im złowić więcej zrozumienia, szczęścia i spełnienia, bo w samych sobie odnajdą własne sposoby na budowanie relacji.

ona-on-kurs

A więc dla kogo jest Wasz kurs? Na jakie problemy można tutaj znaleźć odpowiedzi?

Kasia: Dla każdego, kto chce się rozwijać lub jest ciekawy naszej propozycji. Odpowiedzi i poszukiwań będzie wiele, by obudzić ogień w związku, by związek był jak najdłużej satysfakcjonujący, by nie stał się pusty. Będziemy się uczyć języka miłości, doświadczać siły wybaczania i leczenia zranień, ale i tak największe odkrycia będą się dokonywały w głowach i sercach naszych kursantów. Dla nas jeśli to zmierza do poprawy jakości życia to dla nas jest to bezcenne.

Myślicie, że da się rozmawiać „o tych sprawach” on-line?

Dorota: Zdecydowanie! Pokonujemy przecież ograniczenia czasowe, geograficzne, cenowe…Wreszcie taka wiedza jest dostępna na wyciągnięcie ręki. Wiedza, na wysokim poziomie (przypominam, że to autorski program przygotowany przez psychologów i psychoterapeutów z kilkunastoletnim doświadczeniem w pracy z parami i rodzinami). Koszty też są niższe niż standardowa terapia w gabinecie.

Karolina: Oczywiście, inaczej nie robiłybyśmy tego! Jak z wszystkim w życiu, każdy uczestnik sam decyduje o głębokości zanurzenia i o tym ile chce zabrać dla siebie i wtedy na swoich warunkach prościej skorzystać. Nikt nie lubi być zmuszany do jakiegoś rodzaju szczerości czy intensywności. Uczestnicy naszego kursu, mogą się przy pewnych treściach zatrzymać dłużej, inne tylko trochę posłuchać, do jeszcze innych wrócić po tygodniu czy dwóch.

Kasia: Osoby, które chcą się rozwijać i zmienić, zwykle potrzebują inspiracji. Dla szukających konkretów, mamy czasem „gotowce”, w połączeniu z motywacją. Nasze krótkie wykłady, ćwiczenia, pomysły mogą pomóc zrobić wiele kroków „na przód”.

Czy jest coś dla Was szczególnie ważnego w relacjach Ona-On i chciałybyście jeszcze dodać?

Karolina: Dla mnie słowem kluczem jest więź – by nie traktować partnera tylko użytkowo – na zasadzie: co ja z niej/niego mam? w czym jest niezwykły, dobry, skuteczny, atrakcyjny? Ale stale zastanawiać się, jak razem budujemy więź, co się między nami dzieje, jakie są między nami paradoksy? I co ogromnie ważne – zaciekawiać się nim/nią. Zaciekawiać się sobą przy niej/nim. Jeśli tych umiejętności nie mamy, warto się ich uczyć. Takie podejście daje więcej szczęścia.

Dziękuję Wam za rozmowę i zapraszam na kurs >

Zdjęcie tytułowe: Stock Up, autor: Alejandra Quiroz

Rozmawiała: Agnieszka Czmyr-Kaczanowska

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Redakcja portalu Mamo Pracuj
Podyskutuj

Idealny sernik nieidealnej Pani domu

Nadal nie wierzę, że to piszę... Ale naciski były przeogromne, więc... Nie jestem idealną Panią domu, rzadko piekę, chyba że brownie (25 minut roboty) lub inne "coś", równie prostego z gwarancją pyszności. Nie wdaję się w rozmowy na temat przepisów bo niewiele mam w tym zakresie do powiedzenia, choć... jest jeden wyjątek! Jego wysokość Sernik! 13 lat temu znalazłam przepis, którego się trzymam, który zawsze gwarantuje "ochy i achy" tych, którzy mają okazję załapać się na kawałek. Bo znika szybko...
  • Agnieszka Kaczanowska - 17/04/2019
produkty do pieczenia: mąka, mleko, masło, ser

Z dedykacją dla Marzeny 😉

Ten sernik piekę wyłącznie dwa razy do roku. Trudno nie zgadnąć, na jakie okazje, ale udaje się zawsze, a nawet jeśli nie jest idealny w wyglądzie, to smakuje zacnie! No i sam przepis napisany jest tak, że mam z tego kupę zabawy. Dodam tylko, że ja sernika sama nie jadam… nie mój smak, wolę suche ciasta np. makowiec, ale z reguły spełnieniem moich marzeń jest makowiec z cukierni, albo orzechowiec od mamy Asi, mniam.

Natomiast sernik robię z miłości do męża 😀

Składniki:

  • kilogram dobrze odciśniętego tłustego białego sera (nie może być kwaśny). Ja kupuję gotowy, mielony, ale taki, który jest w miarę suchy (bez ekstra śmietany) i zawsze twaróg sernikowy Piątnica (choć producent nic nie wie, że go polecam ;-)). To jest o tyle ważne, że inne miękkie sprawiają, że sernik pływa… Oczywiście możesz także zmielić sama ser. Ja nie mam nawet odpowiedniej maszynki…
  • 2 niepełne szklanki cukru (można ciut mniej jeśli budyń jest z cukrem i wanilia… ale nie dużo mniej, próbowałam z mniejszą ilością, ale jednak lepiej dać więcej…),
  • 8 jaj, z 7 jaj też wyszedł 😉
  • kostkę masła,
  • budyń waniliowy (z reguły daję ten z cukrem, ale przypuszczam, że nie ma tu różnicy,
  • torebkę cukru z prawdziwą wanilią (w odróżnieniu od cukru wanilinowego!) a jeszcze lepiej laskę prawdziwej wanilii, tych czarnych kuleczek oczywiście,
  • cytrynę, a dokładniej sok z jednej połówki,
  • szczypta soli,
  • bakalie: torebkę (10 dag) rodzynek, najlepiej jasne, malutkie, 3 dag płatków migdałowych, 5 dag smażonej skórki pomarańczowej (wg. mnie najlepszego składnika sernika ;-)).

Niezbędne sprzęty:

  • mikser (wiem, wiem można w makutrze, jak masz to super)
  • spora miska do ucierania masy serowej
  • garnuszek/miseczka na białka
  • rondelek na topione masło
  • duża tortownica

Dodałabym lampka dobrego wina, ale odkąd sernik piekę razem z dziećmi atrakcji dodatkowych nie potrzebuję ;-).

Sprawdzony algorytm działania

  1. W rondelku na małym ogniu topisz masło pokrojone na małe kawałki. Ciepłe masło (niech się, broń Boże, nie przypali!) odstawiasz do wystygnięcia.
  2. W tym czasie przygotowujesz bakalie, tzn. płuczesz rodzynki, odsączasz, suszysz ręcznikiem papierowym i razem z płatkami migdałowymi wsypujesz do miseczki, dodajesz skórkę pomarańczową. Zostawiasz.
  3. Smarujesz tortownicę masłem, wysypujesz bułką tartą, odstawiasz na bok, żeby nie przeszkadzała.
  4. W tym miejscu możesz skosztować tej lampki wina, jeśli już nalałaś 😉
  5. Teraz kluczowa sprawa: rozbijasz jajka nad garnuszkiem/miską, w którym potem ubijesz pianę. Białka lądują w właśnie w nim/niej, a żółtka w dużej misce.Garnek z białkami ląduje w lodówce.
  6. Do żółtek dodajesz cukier, szczyptę soli, wanilię/cukier z prawdziwą wanilią, sok z połówki cytryny.
  7. Ucierasz puszysty kogel-mogel, starając się nie podjadać…. jest pyszny…
  8. Włączasz piekarnik. Ma mieć idealnie 180 stopni C, kiedy wjedzie do niego sernik.
  9. Otwierasz wiaderko 😉 sera gotowego lub bierzesz idealnie zmielony i do kogla-mogla dodajesz łyżkami na zmianę z proszkiem budyniowym, wciąż ucierając masę mikserem. Masa ma być gładka, jasno żółta i puchata.
  10. Następnie delikatnie wlewasz zimne masło (wcześniej roztopione) i miksujesz do chwili, aż się całkowicie wchłonie.
  11. Dodajesz bakalie i już nie mikserem a łyżką z resztką masy serowej (nie pytaj dlaczego, ale działa…) mieszasz starannie ale delikatnie.
  12. Wyjmujesz z lodówki garnek/miskę z białkami i mikserem (z czystymi końcówkami) ubijasz sztywną pianę.
  13. Ważne: teraz odstawiasz mikser na bok i więcej nie wolno go użyć 😉
  14. Łyżką od sera i bakalii mieszasz białka z masą serową. Delikatnie, z czułością aż się połączą.
  15. Teraz już bez ociągania, zgarniasz masę do tortownicy, wygładzasz wierzch.
  16. I wkładasz sernik delikatnie do piekarnika w idealnej temperaturze 180 stopni. Nie używam tutaj termoobiegu, gdybyś chciała mnie o to zapytać.
  17. Teraz też jest idealny moment, aby zamiast mycia garów napić się wina bo…
  18. Od teraz przez 40 minut nie otwierasz piekarnika, nie zaglądasz co chwilę i nie myślisz o serniku.
  19. Po 40 minutach zerkasz przez szybkę, czy aby w wierzchu nie za bardzo się przypiekł. Jeśli tak, otwierasz delikatnie piekarnik i przykrywasz ciasto płatem folii aluminiowej. Szybko zamykasz drzwiczki, ale uważaj (!) aby nie klapnęły, bo sernik się może „przestraszyć” i opaść. Serio. zawsze ten fragment mnie rozczula ale nie próbowałam straszyć sernika i zawsze wychodzi 😉
  20. Gdy minie kolejne 15-20 minut a czasem dłużej (wiem, to mało precyzyjne ale lepiej dłużej, aby sernik był upieczony), wyłączasz dopływ ciepła i uchylasz drzwiczki, aby zahartować sernik i uchronić przed opadnięciem przy gwałtownej zmianie temperatury. Po kolejnych 10 minutach wyjmujesz ciasto na blat i pozwalasz ostygnąć w pokojowej temperaturze.
  21. Ja zwykle rozkrawam go na drugi dzień, wtedy brzegi sernika trzeba oddzielić ostrzem noża od brzegów tortownicy i gotowe.
  22. Idealny sernik to taki, który ma szansę stężeć w lodówce, ale nie zawsze mu się udaje…

Z życia sernika: bywa z nim różnie, czasem ma fantazyjne fale, czasem rośnie idealnie równomiernie, ale potem, kiedy wyjmuję go z piekarnika zawsze zmienia swój kształt na taki idealnie sernikowy. Bywa, że pęka… ale w smaku pozostaje idealny i wierzcie mi nikt nie narzeka.

Smacznego!

I wielkiej frajdy z pieczenia Wam życzę.

Przepis jest moją wariacją na temat przepisu znalezionego 8 lat temu w sieci, bodajże z tego linku >. Tym bardziej dziękuję jego autorce za cudowne przeżycia smakowe mojej rodziny!

Zdjęcie: Pixabay.com

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Agnieszka Kaczanowska
Współzałożycielka mamopracuj.pl, od dziesięciu lat rozwija swoje umiejętności łączenia życia rodzinnego i zawodowego i nawet jej to wychodzi! Lubi wyzwania i cieszy ją kiedy pracodawcy znajdują świetnych pracowników. Mama wesołej trójki, żona i miłośniczka kotów.  
Podyskutuj

Poradnik i bezradnik mamy-freelancerki

Wpatruję się w pustą kartkę. Co miałabym napisać na temat work-life balance w ujęciu pracującej mamy? Nie jestem przecież ekspertką od zarządzania czasem, nie mam żadnej recepty, sama nieraz się dziwię, jak udaje mi się to wszystko ogarnąć i nie zwariować. Nie umiałabym napisać poradnika, od udzielania rad lepiej wychodzi mi opisywanie ludzkich emocji i kreowanie rzeczywistości. Zatem może to właśnie zrobię? Opowiem moją historię.
  • Magdalena Majcher - 28/02/2019
mama freelancerka pracuje z domu, laptop na kolanach

Jeszcze pięć lat temu nie miałam pojęcia, czego chcę od życia. Miałam kilkuletniego syna i pracę, do której jeździłam, delikatnie mówiąc, niechętnie. W żadnym miejscu nie zagrzałam miejsca na dłużej. Myślałam: co jest ze mną nie tak? Miałam dopiero dwadzieścia kilka lat, a już czułam się wypalona. Nie wyobrażałam sobie, że tak miałabym żyć, pracować przez następnych kilkadziesiąt lat.

Spełniać marzenia

Po urodzeniu drugiego dziecka zrobiłam swoisty rachunek sumienia. Zastanowiłam się, gdzie popełniałam błędy, i doszłam do wniosku, że po prostu nigdy nie robiłam tego, co chciałam robić, tego, co kochałam. Czego więc bym chciała? Co potrafię? Pisać, to pierwsze co przyszło mi na myśl. Ale co mam z tym pisaniem zrobić? Że niby książkę napisać?

Wszystko fajnie, ale wydawało mi się to czynem na miarę lotu w kosmos. Każdy by chciał, ale nie każdy wie, jak. Dojrzewałam jeszcze przez chwilę, w międzyczasie prowadząc bloga i szukając pojedynczych zleceń jako copywriter. I dojrzałam, wiecie? Dojrzałam do tego, żeby pomóc marzeniom, żeby w końcu robić to, co kocham.

Nazbyt pompatycznie, prawda? Żeby nie było tak kolorowo, mój młodszy syn okazał się typowym przykładem high need baby. Każdej nocy budził się po kilkanaście razy, w dzień nie chciał spać, nawet spacery były czasem stresu i zastanawiania się, czy tym razem prześpi choć godzinę czy może raczej będzie się wydzierał wniebogłosy. I w samym środku tego szaleństwa odnalazłam swoją pasję.

Napisałam jedną książkę, drugą, zaczęłam trzecią, nie wiedząc, czy ktokolwiek mi to wyda. Dałam sobie czas do końca urlopu macierzyńskiego, w międzyczasie biorąc zlecenia jako copywriter. No i stało się. Kiedy mój młodszy syn miał jedenaście miesięcy, poleciałam w kosmos. Dostałam długo oczekiwanego maila od potencjalnego wydawcy. Kilka tygodni temu synek skończył cztery lata, a ja nadal lecę. I absolutnie nie zamierzam wracać z tej podróży!

Jestem w miejscu, w którym powinnam być

Praca w charakterze wolnego strzelca wymaga przede wszystkim… twardego tyłka i umiejętności planowania przychodów na trzy miesiące w przód. Bo wypłata nie przychodzi dziesiątego, i nie zawsze jest taka sama. Ale muszę się do czegoś przyznać. Odkąd poleciałam w ten kosmos, cały wszechświat mi sprzyja. Kiedy zamykają się drzwi, otwiera się przede mną okno. Szczęście? Być może. Ja nazywam to inaczej. Po prostu jestem w miejscu, w którym powinnam być, dlatego się układa. Robię to, do czego zostałam stworzona i chociaż pracuję jako freelancer ponad trzy lata, nadal nie potrafiłabym napisać poradnika dla osób, którym marzy się właśnie takie wolne strzelectwo.

Przede wszystkim to ja jednak żyję

Nie udzielę Wam więc gotowych rad. Nie powiem, jak to zrobić, żeby gdzieś pomiędzy rozwieszeniem prania a odebraniem dziecka z przedszkola ogarnąć siebie i zlecenia. Każda z nas musi wypracować sobie własny system pracy. Ile osób, tyle rad. Moja koleżanka pisze, kiedy wszyscy jeszcze śpią, bladym świtem. Inna pracuje do nocy. Ja od dziesiątej do szesnastej. Oddaję teksty trzy miesiące przed deadlinem, znajoma zawsze wyrabia się dzień przed terminem.

Nie sposób określić, który wariant jest najlepszy. I wcale nie zamierzam tego robić. Chcę Wam tylko powiedzieć, że work-life balance jest wtedy, kiedy robimy to, co kochamy. Wtedy to życie samo się balansuje, a wszystko się dzieje „samo”. No, prawie… Bo przecież ktoś to pranie musi rozwiesić i ktoś tę książkę musi skończyć! Ale to w tak zwanym międzyczasie. Bo przede wszystkim to ja jednak żyję.

Zdjęcie: 123 rf

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Magdalena Majcher
Pisarka, freelancerka, mama. Robi w życiu to, co kocha, czyli pisze. Aby spełniać swoje marzenia, zrezygnowała z pracy na etacie. Dziś jest autorką poczytnych i lubianych przez czytelniczki powieści, m.in. "Cudu grudniowej nocy", "W cieniu tamtych dni", "Matki mojej córki", "Stanu nie!błogosławionego", "Jeszcze jednego uśmiechu” oraz bestsellerowej sagi "Wszystkie pory uczuć". Niedługo ukaże się kolejna seria autorki.
Chcę otrzymywać inspiracje, pomysły i sugestie jak pracować i nie zwariować.
Newsletter wysyłamy raz na 2 tygodnie

Może Cię zainteresować także:

Uwaga. Strona wykorzystuje pliki cookies. Informacje uzyskane za ich pomocą wykorzystywane są w celach statystycznych. Pozostając tu godzisz się na ich zapisywanie w Twojej przeglądarce. ×

Email marketing powered by FreshMail
 

Email marketing powered by FreshMail
 

Email marketing powered by FreshMail