Czego szukasz

Blogówka – przegląd najciekawszych blogów

Moda, fitness, lifestyle. Moda, fitness, lifestyle… Blogi już dawno przestały pełnić rolę internetowych pamiętników, pisanych dla siebie lub co najwyżej dla znajomych. Teraz się na nich zarabia, buduje internetową pozycję, by w końcu awansować z przestrzeni wirtualnej na salony.

  • Monika Przybyłek-Woźniak - 17/12/2014

Dla mnie, osoby, która edukowała się internetowo w dobie blogów na Onecie, fan fiction o Tokio Hotel i płaceniu sobie komentarzami, są to dziwne czasy. Gdybym nie porzuciła tego świata i sprawnie przeskoczyła na blogspot, być może teraz znane marki zasypywałyby mnie darmowymi ciuchami, programy śniadaniowe zapraszały do gotowania na wizji, a biura podróży wysyłały na sponsorowane wycieczki. Cóż, przepadło, ponieważ blogerzy mnożą się na potęgę i coraz trudniej wyłowić z tego tłumu coś wartościowego. My jednak postanowiliśmy udowodnić, że blogosfera nie kończy się na wyżej wspomnianych modzie, fitnessie i lifestyle’u. Rozpoczynamy nowy cykl – Blogówkę, czyli subiektywny przegląd najciekawszych blogów – bez zbędnych przepisów prawnych, bez dodatku podatków, bez specjalistycznych terminów. Pokażemy, co w blogach piszczy, gdzie warto zajrzeć i co może zaskoczyć. To będzie okazja, by odsapnąć od codziennych problemów i przy kawie, herbacie bądź winie przeczytać coś lekkiego, ale interesującego.

***

Blogi kulinarne każdy zna, bloga kulinarnego prawie każdy ma. Też pewnie założyłabym takiego, gdyby gotowanie wychodziło mi tak dobrze jak jedzenie. Ograniczyłam się jednak do szukania tego jednego, najlepszego, z którego będę czerpać przepisy zawsze i wszędzie. Po długich i żmudnych poszukiwaniach okazało się, że takich perełek jest co najmniej kilkanaście. Pewnie wiele z Was miało podobny dylemat i ułożyło równie długie listy. Na każdej z nich powinna się znaleźć obowiązkowo jeszcze jedna pozycja – Pieprz czy wanilia. Skromna szata graficzna strony daje pole do popisu przepięknym zdjęciom, które – mimo że w pełni profesjonalne – pozostają swojskie, nieprzekombinowane, a przy tym bardzo inspirujące. Aż się chce wyciągnąć rękę i wyjąć te pyszności z monitora. Możliwość wyszukiwania zarówno według szczegółowych kategorii, jak i po składnikach, pozwala szybko znaleźć to, czego szukamy. Nieważne, czy mamy ochotę na słodką tartę, wegetariański obiad czy szczyptę Azji. Przy tym możemy być pewni, że autorka wie, co robi – swoje przepisy prezentowała już na stronach Gazeta.pl, We-dwoje.pl, czy na łamach jednego z numerów „Twojego Stylu”. Co więcej, została laureatką konkursu Blog of Gdańsk 2012. Smacznego!

***

Jeżeli lubicie wszelkie promocje i okazje, na pewno spodoba Wam się dwupak Emilka i Monika, a stronę, którą prowadzą, śmiało można nazwać hitem sezonu. Oto Love2work – dzieło dwóch sióstr, które zakasały rękawy, wzięły się pod rękę i postanowiły pokazać innym, że można. A co? Zostać freelancerem, wykrzesać z siebie nieskończone pokłady energii i nie tylko postawić sobie wysoko poprzeczkę, ale i ją przeskoczyć. To miejsce, które powinien znać i regularnie odwiedzać każdy aktywny zawodowo. A czy tylko? Na początku obawiałam się, że jako studentka nie znajdę tam zbyt wiele dla siebie. Błąd! Przepisy na lunch w pracy mogę wykorzystać, przesiadując wiele godzin na zajęciach, zapachy wspomagające koncentrację będą jak znalazł w czasie sesji, a rzeczy, których nigdy nie należy sobie mówić… powinien poznać każdy. Inspiracją dla sióstr stała się przypadkowa książka, a może ich strona „przypadkiem” stanie się inspiracją dla Was?

***

Boska Matka z Matką Boską raczej nie ma zbyt wiele wspólnego, choć pewnie są tacy, którzy uznaliby, że jednak coś je łączy – cudotwórstwo. No bo przecież dla wielu powrót do dotychczasowego życia po urodzeniu dziecka jest czymś niemożliwym. Autorka bloga pokazuje, że nie trzeba być uświęconą, nie trzeba posiadać nadprzyrodzonych mocy czy zaprzedać swojej duszy diabłu. Udowadnia to, opisując i fotografując sytuacje z życia codziennego, w których radzi sobie bez problemu z dzieckiem na ramieniu. Ale, żeby nie było tak różowo, nie unika trudnych tematów i absurdalnych sytuacji. Jest szczera, bezpośrednia i konkretna. Kwintesencją tych przymiotników jest lista z postu „#proboob, czyli matko, nie daj się Pogromcom Cyca.” Oryginalnym urozmaiceniem tej i tak bogatej zawartości są wywiady z ciekawymi osobami „siedzącymi w temacie”, m.in. z Agnieszką Graff.

***

Zawsze uważałam, że edukacja domowa to wymysł tych, którym się wydaje, że wszystko wiedzą lepiej. Do teraz. Moje spojrzenie na tę kwestię zmieniło się o 180o, gdy odkryłam blog Mama Domowa. Autorka ma trójkę dzieci, które stara się wychowywać według filozofii Montessori. Jak wyjaśnia jeden z portali, „jej podstawą jest szanowanie naturalnej indywidualności każdego dziecka, jeśli chodzi o jego rozwój fizyczny, umysłowy, duchowy i emocjonalny. (…) Rodzic powinien umieć obserwować dziecko i przygotowywać dla niego odpowiednie materiały i zadania, by wspomóc jego chęć dążenia do rozwoju, a nie hamować ją.” Na swoim blogu Mama opisuje niezliczone przykłady kreatywnych zabaw, które pozwalają dzieciom rozwijać talenty i poznawać świat. Nie brakuje również relacji z wycieczek do miejsc, które powinni odwiedzić także ci, którzy dziećmi już dawno nie są. Blog niestety od dawna nie był aktualizowany, ale warto zajrzeć wstecz, odkrywając niesamowite i proste zarazem pomysły na zabawę z dziećmi.

***

Czy zdarza się Wam, że macie ochotę zmienić coś w swoim mieszkaniu, ale albo brakuje czasu, albo pomysłu, albo pieniędzy? Pierwszym miejscem, które powinnyście odwiedzić w tym momencie, wcale nie jest popularny szwedzki sklep, ale blog Żyj, kochaj, twórz. Jego autorka umiejętnie łączy swoje dwie pasje, jakimi są wnętrza i fotografia. Jak z rękawa sypie pomysłami na efektowną zmianę swoich czterech ścian i przedstawia je na pięknych zdjęciach. Nie jesteście w stanie nawet sobie wyobrazić, jak wiele rzeczy można zrobić samemu za grosze, zamiast wydawać krocie w specjalistycznych sklepach. Pierwszym patentem, jaki wykorzystam, jest farba tablicowa domowej roboty, która marzyła mi się od dłuższego czasu. Dzięki tej stronie możecie również zmienić swój własny kawałek wirtualnej przestrzeni, ponieważ autorka publikuje wiele porad dotyczących prowadzenia bloga, a nawet oferuje indywidualną pomoc blogową.

A jakie są Wasze ukochane blogi, bez których nie wyobrażacie sobie dnia w sieci? Napiszcie!

Zdjęcie: freedigitalphotos.net

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Monika Przybyłek-Woźniak
Studentka dziennikarstwa i komunikacji społecznej UJ. „Artystyczna dusza”, która – kiedy nie dzierży w dłoni pióra – najchętniej rysuje lub zajmuje się tworzeniem grafiki komputerowej. Na swoim koncie ma wydaną w 2010 roku powieść młodzieżową pt. „Nielegalna”.
Podyskutuj

Idealny sernik nieidealnej Pani domu

Nadal nie wierzę, że to piszę... Ale naciski były przeogromne, więc... Nie jestem idealną Panią domu, rzadko piekę, chyba że brownie (25 minut roboty) lub inne "coś", równie prostego z gwarancją pyszności. Nie wdaję się w rozmowy na temat przepisów bo niewiele mam w tym zakresie do powiedzenia, choć... jest jeden wyjątek! Jego wysokość Sernik! 13 lat temu znalazłam przepis, którego się trzymam, który zawsze gwarantuje "ochy i achy" tych, którzy mają okazję załapać się na kawałek. Bo znika szybko...
  • Agnieszka Kaczanowska - 17/04/2019
produkty do pieczenia: mąka, mleko, masło, ser

Z dedykacją dla Marzeny 😉

Ten sernik piekę wyłącznie dwa razy do roku. Trudno nie zgadnąć, na jakie okazje, ale udaje się zawsze, a nawet jeśli nie jest idealny w wyglądzie, to smakuje zacnie! No i sam przepis napisany jest tak, że mam z tego kupę zabawy. Dodam tylko, że ja sernika sama nie jadam… nie mój smak, wolę suche ciasta np. makowiec, ale z reguły spełnieniem moich marzeń jest makowiec z cukierni, albo orzechowiec od mamy Asi, mniam.

Natomiast sernik robię z miłości do męża 😀

Składniki:

  • kilogram dobrze odciśniętego tłustego białego sera (nie może być kwaśny). Ja kupuję gotowy, mielony, ale taki, który jest w miarę suchy (bez ekstra śmietany) i zawsze twaróg sernikowy Piątnica (choć producent nic nie wie, że go polecam ;-)). To jest o tyle ważne, że inne miękkie sprawiają, że sernik pływa… Oczywiście możesz także zmielić sama ser. Ja nie mam nawet odpowiedniej maszynki…
  • 2 niepełne szklanki cukru (można ciut mniej jeśli budyń jest z cukrem i wanilia… ale nie dużo mniej, próbowałam z mniejszą ilością, ale jednak lepiej dać więcej…),
  • 8 jaj, z 7 jaj też wyszedł 😉
  • kostkę masła,
  • budyń waniliowy (z reguły daję ten z cukrem, ale przypuszczam, że nie ma tu różnicy,
  • torebkę cukru z prawdziwą wanilią (w odróżnieniu od cukru wanilinowego!) a jeszcze lepiej laskę prawdziwej wanilii, tych czarnych kuleczek oczywiście,
  • cytrynę, a dokładniej sok z jednej połówki,
  • szczypta soli,
  • bakalie: torebkę (10 dag) rodzynek, najlepiej jasne, malutkie, 3 dag płatków migdałowych, 5 dag smażonej skórki pomarańczowej (wg. mnie najlepszego składnika sernika ;-)).

Niezbędne sprzęty:

  • mikser (wiem, wiem można w makutrze, jak masz to super)
  • spora miska do ucierania masy serowej
  • garnuszek/miseczka na białka
  • rondelek na topione masło
  • duża tortownica

Dodałabym lampka dobrego wina, ale odkąd sernik piekę razem z dziećmi atrakcji dodatkowych nie potrzebuję ;-).

Sprawdzony algorytm działania

  1. W rondelku na małym ogniu topisz masło pokrojone na małe kawałki. Ciepłe masło (niech się, broń Boże, nie przypali!) odstawiasz do wystygnięcia.
  2. W tym czasie przygotowujesz bakalie, tzn. płuczesz rodzynki, odsączasz, suszysz ręcznikiem papierowym i razem z płatkami migdałowymi wsypujesz do miseczki, dodajesz skórkę pomarańczową. Zostawiasz.
  3. Smarujesz tortownicę masłem, wysypujesz bułką tartą, odstawiasz na bok, żeby nie przeszkadzała.
  4. W tym miejscu możesz skosztować tej lampki wina, jeśli już nalałaś 😉
  5. Teraz kluczowa sprawa: rozbijasz jajka nad garnuszkiem/miską, w którym potem ubijesz pianę. Białka lądują w właśnie w nim/niej, a żółtka w dużej misce.Garnek z białkami ląduje w lodówce.
  6. Do żółtek dodajesz cukier, szczyptę soli, wanilię/cukier z prawdziwą wanilią, sok z połówki cytryny.
  7. Ucierasz puszysty kogel-mogel, starając się nie podjadać…. jest pyszny…
  8. Włączasz piekarnik. Ma mieć idealnie 180 stopni C, kiedy wjedzie do niego sernik.
  9. Otwierasz wiaderko 😉 sera gotowego lub bierzesz idealnie zmielony i do kogla-mogla dodajesz łyżkami na zmianę z proszkiem budyniowym, wciąż ucierając masę mikserem. Masa ma być gładka, jasno żółta i puchata.
  10. Następnie delikatnie wlewasz zimne masło (wcześniej roztopione) i miksujesz do chwili, aż się całkowicie wchłonie.
  11. Dodajesz bakalie i już nie mikserem a łyżką z resztką masy serowej (nie pytaj dlaczego, ale działa…) mieszasz starannie ale delikatnie.
  12. Wyjmujesz z lodówki garnek/miskę z białkami i mikserem (z czystymi końcówkami) ubijasz sztywną pianę.
  13. Ważne: teraz odstawiasz mikser na bok i więcej nie wolno go użyć 😉
  14. Łyżką od sera i bakalii mieszasz białka z masą serową. Delikatnie, z czułością aż się połączą.
  15. Teraz już bez ociągania, zgarniasz masę do tortownicy, wygładzasz wierzch.
  16. I wkładasz sernik delikatnie do piekarnika w idealnej temperaturze 180 stopni. Nie używam tutaj termoobiegu, gdybyś chciała mnie o to zapytać.
  17. Teraz też jest idealny moment, aby zamiast mycia garów napić się wina bo…
  18. Od teraz przez 40 minut nie otwierasz piekarnika, nie zaglądasz co chwilę i nie myślisz o serniku.
  19. Po 40 minutach zerkasz przez szybkę, czy aby w wierzchu nie za bardzo się przypiekł. Jeśli tak, otwierasz delikatnie piekarnik i przykrywasz ciasto płatem folii aluminiowej. Szybko zamykasz drzwiczki, ale uważaj (!) aby nie klapnęły, bo sernik się może „przestraszyć” i opaść. Serio. zawsze ten fragment mnie rozczula ale nie próbowałam straszyć sernika i zawsze wychodzi 😉
  20. Gdy minie kolejne 15-20 minut a czasem dłużej (wiem, to mało precyzyjne ale lepiej dłużej, aby sernik był upieczony), wyłączasz dopływ ciepła i uchylasz drzwiczki, aby zahartować sernik i uchronić przed opadnięciem przy gwałtownej zmianie temperatury. Po kolejnych 10 minutach wyjmujesz ciasto na blat i pozwalasz ostygnąć w pokojowej temperaturze.
  21. Ja zwykle rozkrawam go na drugi dzień, wtedy brzegi sernika trzeba oddzielić ostrzem noża od brzegów tortownicy i gotowe.
  22. Idealny sernik to taki, który ma szansę stężeć w lodówce, ale nie zawsze mu się udaje…

Z życia sernika: bywa z nim różnie, czasem ma fantazyjne fale, czasem rośnie idealnie równomiernie, ale potem, kiedy wyjmuję go z piekarnika zawsze zmienia swój kształt na taki idealnie sernikowy. Bywa, że pęka… ale w smaku pozostaje idealny i wierzcie mi nikt nie narzeka.

Smacznego!

I wielkiej frajdy z pieczenia Wam życzę.

Przepis jest moją wariacją na temat przepisu znalezionego 8 lat temu w sieci, bodajże z tego linku >. Tym bardziej dziękuję jego autorce za cudowne przeżycia smakowe mojej rodziny!

Zdjęcie: Pixabay.com

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Agnieszka Kaczanowska
Współzałożycielka mamopracuj.pl, od dziesięciu lat rozwija swoje umiejętności łączenia życia rodzinnego i zawodowego i nawet jej to wychodzi! Lubi wyzwania i cieszy ją kiedy pracodawcy znajdują świetnych pracowników. Mama wesołej trójki, żona i miłośniczka kotów.  
Podyskutuj

Poradnik i bezradnik mamy-freelancerki

Wpatruję się w pustą kartkę. Co miałabym napisać na temat work-life balance w ujęciu pracującej mamy? Nie jestem przecież ekspertką od zarządzania czasem, nie mam żadnej recepty, sama nieraz się dziwię, jak udaje mi się to wszystko ogarnąć i nie zwariować. Nie umiałabym napisać poradnika, od udzielania rad lepiej wychodzi mi opisywanie ludzkich emocji i kreowanie rzeczywistości. Zatem może to właśnie zrobię? Opowiem moją historię.
  • Magdalena Majcher - 28/02/2019
mama freelancerka pracuje z domu, laptop na kolanach

Jeszcze pięć lat temu nie miałam pojęcia, czego chcę od życia. Miałam kilkuletniego syna i pracę, do której jeździłam, delikatnie mówiąc, niechętnie. W żadnym miejscu nie zagrzałam miejsca na dłużej. Myślałam: co jest ze mną nie tak? Miałam dopiero dwadzieścia kilka lat, a już czułam się wypalona. Nie wyobrażałam sobie, że tak miałabym żyć, pracować przez następnych kilkadziesiąt lat.

Spełniać marzenia

Po urodzeniu drugiego dziecka zrobiłam swoisty rachunek sumienia. Zastanowiłam się, gdzie popełniałam błędy, i doszłam do wniosku, że po prostu nigdy nie robiłam tego, co chciałam robić, tego, co kochałam. Czego więc bym chciała? Co potrafię? Pisać, to pierwsze co przyszło mi na myśl. Ale co mam z tym pisaniem zrobić? Że niby książkę napisać?

Wszystko fajnie, ale wydawało mi się to czynem na miarę lotu w kosmos. Każdy by chciał, ale nie każdy wie, jak. Dojrzewałam jeszcze przez chwilę, w międzyczasie prowadząc bloga i szukając pojedynczych zleceń jako copywriter. I dojrzałam, wiecie? Dojrzałam do tego, żeby pomóc marzeniom, żeby w końcu robić to, co kocham.

Nazbyt pompatycznie, prawda? Żeby nie było tak kolorowo, mój młodszy syn okazał się typowym przykładem high need baby. Każdej nocy budził się po kilkanaście razy, w dzień nie chciał spać, nawet spacery były czasem stresu i zastanawiania się, czy tym razem prześpi choć godzinę czy może raczej będzie się wydzierał wniebogłosy. I w samym środku tego szaleństwa odnalazłam swoją pasję.

Napisałam jedną książkę, drugą, zaczęłam trzecią, nie wiedząc, czy ktokolwiek mi to wyda. Dałam sobie czas do końca urlopu macierzyńskiego, w międzyczasie biorąc zlecenia jako copywriter. No i stało się. Kiedy mój młodszy syn miał jedenaście miesięcy, poleciałam w kosmos. Dostałam długo oczekiwanego maila od potencjalnego wydawcy. Kilka tygodni temu synek skończył cztery lata, a ja nadal lecę. I absolutnie nie zamierzam wracać z tej podróży!

Jestem w miejscu, w którym powinnam być

Praca w charakterze wolnego strzelca wymaga przede wszystkim… twardego tyłka i umiejętności planowania przychodów na trzy miesiące w przód. Bo wypłata nie przychodzi dziesiątego, i nie zawsze jest taka sama. Ale muszę się do czegoś przyznać. Odkąd poleciałam w ten kosmos, cały wszechświat mi sprzyja. Kiedy zamykają się drzwi, otwiera się przede mną okno. Szczęście? Być może. Ja nazywam to inaczej. Po prostu jestem w miejscu, w którym powinnam być, dlatego się układa. Robię to, do czego zostałam stworzona i chociaż pracuję jako freelancer ponad trzy lata, nadal nie potrafiłabym napisać poradnika dla osób, którym marzy się właśnie takie wolne strzelectwo.

Przede wszystkim to ja jednak żyję

Nie udzielę Wam więc gotowych rad. Nie powiem, jak to zrobić, żeby gdzieś pomiędzy rozwieszeniem prania a odebraniem dziecka z przedszkola ogarnąć siebie i zlecenia. Każda z nas musi wypracować sobie własny system pracy. Ile osób, tyle rad. Moja koleżanka pisze, kiedy wszyscy jeszcze śpią, bladym świtem. Inna pracuje do nocy. Ja od dziesiątej do szesnastej. Oddaję teksty trzy miesiące przed deadlinem, znajoma zawsze wyrabia się dzień przed terminem.

Nie sposób określić, który wariant jest najlepszy. I wcale nie zamierzam tego robić. Chcę Wam tylko powiedzieć, że work-life balance jest wtedy, kiedy robimy to, co kochamy. Wtedy to życie samo się balansuje, a wszystko się dzieje „samo”. No, prawie… Bo przecież ktoś to pranie musi rozwiesić i ktoś tę książkę musi skończyć! Ale to w tak zwanym międzyczasie. Bo przede wszystkim to ja jednak żyję.

Zdjęcie: 123 rf

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Magdalena Majcher
Pisarka, freelancerka, mama. Robi w życiu to, co kocha, czyli pisze. Aby spełniać swoje marzenia, zrezygnowała z pracy na etacie. Dziś jest autorką poczytnych i lubianych przez czytelniczki powieści, m.in. "Cudu grudniowej nocy", "W cieniu tamtych dni", "Matki mojej córki", "Stanu nie!błogosławionego", "Jeszcze jednego uśmiechu” oraz bestsellerowej sagi "Wszystkie pory uczuć". Niedługo ukaże się kolejna seria autorki.
Chcę otrzymywać inspiracje, pomysły i sugestie jak pracować i nie zwariować.
Newsletter wysyłamy raz na 2 tygodnie

Może Cię zainteresować także:

Uwaga. Strona wykorzystuje pliki cookies. Informacje uzyskane za ich pomocą wykorzystywane są w celach statystycznych. Pozostając tu godzisz się na ich zapisywanie w Twojej przeglądarce. ×

Email marketing powered by FreshMail
 

Email marketing powered by FreshMail
 

Email marketing powered by FreshMail