Czego szukasz

Alfabet szczęśliwej kobiety

Czy szczęście to ten stan, w którym jest normalnie? Czy to opozycja do tragedii, depresji i nie pozmywanych naczyń? Kobiece szczęście ma wiele nastrojów, kolorów i zapachów. Nie potrzebuje fajerwerków, ani wyrwania się z domu. Kobiecości nie da się zamknąć w ramy, można ją jednak opisać w poematach, korzystając z liter alfabetu. Ciekawe, jakie konfiguracje Wam wyjdą.

  • Monika Pryśko - 29/08/2014

A jak ,,a może by tak…’’

A może by tak zadzwonić do szefa z prośbą o niespodziewany urlop, zabrać szczoteczkę do zębów, książkę, zaniedbana letnią sukienkę i pojechać nad morze? A może by tak zrobić sobie mentalny detoks. A może by tak zaraz? 

B jak ,,będę’’

Będę dla siebie najlepsza, od teraz. Będę wypoczęta, uśmiechnięta, oczytana, mądra, pewna siebie, elegancka, ale bez przesady. Będę duszą towarzystwa i cichą wodą jednocześnie. Będę mówiła to, co myślę. Albo będę milczała, to zależy jaka wtedy… będę. Na pewno będę sobą.

C jak cel

Nie marzenia, a cel. Marzenia często pozostają niespełnione, cele to co innego. Do nich się dąży, realizuje, odhacza i biegnie dalej. Cel to motywacja, napęd na cztery koła własnej kreatywności. Zatem do celu!

D jak detoks

Nie chodzi o tydzień na samej wodzie i sałacie. Ani to dobre, ani zdrowe. Lepiej zadziała detoks od toksycznych relacji, sytuacji, które wprawiają nas w zakłopotanie i niepokój. Dobry będzie też detoks od internetu, komórki, komputera czy telewizora. Kilka dni w trybie ,,off’’ to więcej przemyśleń, skupienie się na sobie i swoich potrzebach. Nagle się okaże, że mamy tyle czasu!

E jak egoizm

Zdrowy egoizm, czyli wzięcie siebie i swoich potrzeb pod uwagę. Kobiety mają z tym problem, zawsze stawiają siebie na drugim miejscu. Na szczęście coraz bardziej czujemy, że jesteśmy wartościowe, chcemy życiowej satysfakcji, umysłowej przyjemności i wolnego czasu, tylko dla siebie.

F jak Francja

Nie ma lepszego miejsca na randkę, a bilety lotnicze można już upolować za kilkadziesiąt złotych. Wystarczą szpilki, dopasowana sukienka, chusta w grochy i zdjęcie z Wieżą Eiffla, by poczuć się zdecydowanie bardziej kobieco, wakacyjnie, beztrosko.

G jak genialnie!

Może mały rytuał na początek dobrego dnia? Co powiesz na to, by przez jakiś czas na każdą propozycję, na każde pytanie odpowiadać zawsze z entuzjazmem? Spróbuj i zobacz, ile drzwi się przed tobą otworzy i ile może się zmienić. A wystarczy powiedzieć: genialnie!

H jak herbata

Ale nie chodzi o pragnienie fizyczne, ale duchowe. Herbata to wolna chwila, cisza i spokój, 15 minut spokojnego czytania, albo słuchania swoich myśli. Pretekst, by wyjść do kawiarni, albo by zamknąć się na tarasie z najnowszym numerem kobiecego magazyny. Wtedy na drugi plan schodzi smak, ale z kim ją dzielimy.

I jak ,,i co teraz?’’

Zapytaj samą siebie, co teraz. Co chcesz teraz zrobić, na co masz ochotę? Już wiesz?

J jak ,,jestem’’

Ciągle uczymy się świadomości siebie. Chyba przychodzi to z czasem. Coraz bardziej się lubimy, coraz bardziej się rozumiemy, wiemy, czego chcemy. Im bardziej czujemy, że jesteśmy tu i teraz, że mamy wpływ na nasze życie, tym więcej mamy pomysłów na siebie i chęci, by je realizować.

Jestem sobą. To jest najfajniejsze!

K jak królowa

Jest tylko jedna i widzisz ją codziennie  w lustrze. Nie musisz mieć korony wstawionej u stomatologa, by przypieczętować swoje panowanie na tym świecie J W sumie nikt nie musi o tym wiedzieć, ważne, ze sama czujesz, że jesteś królową, prawda? To jak z fajną bielizna na co dzień – nikt jej nie widzi, a daje tyle pewności siebie… 

L jak lambada

Tak, tak, śmieszne, wiemy. Ale już jej pierwsze takty nie tylko dodają energii, a noga sama zaczyna chodzić pod stołem, ale także przenoszą w lata 80-te, gdy człowiek był beztroski i cieszył się z drobnych rzeczy – jak choćby szkolna dyskoteka.

M jak miłość, mężczyzna, Madryt…

M to bardzo mocna litera. Od kilku lat jednoznacznie kojarzy się z miłością – lepiej to, niż z marazmem, prawda? Jeśli skupimy się na tej literze, można dojść do ciekawych kombinacji. Martini, morze, mężczyzna marzeń…

N jak ,,nie’’

Nie i koniec. Uzasadnione, asertywne, mądre ,,nie’’. Jest ściśle związane z pewnością siebie i świadomością siebie. Jeśli opanujesz tę sztukę reagowania zgodnie ze swoim nastrojem i chęciami, zaczniesz żyć spokojniej.  Odwaga, by się nie zgodzić, daje uczucie ulgi. Bezcenne!

O jak ,,oh, jak pięknie!’’

Sztuką jest patrzeć i zobaczyć! Zachwycić się, a nawet wzruszyć. Pielęgnowanie w sobie wrażliwości na to, co piękne, jest… piękne! I przyjemne, bo dzięki temu wspomnienia są barwne i chce się je wciąż uzupełniać.

P jak ,,poradzę sobie’’

Jak nie ty, to kto? Umiesz liczyć, licz na siebie. Znasz jeszcze kilka takich powiedzeń, które mają podkreślić, jak bardzo musisz umieć dać sobie radę? Poczuj to, powiedz to, pamiętaj o tym i po prostu to rób – radź sobie, jak nikt!

R jak radość

Niektórzy mylą radość i szczęście z okresem, w którym nic złego się nie dzieje. Takie zawieszenie w bezpiecznej próżni. Inni śmieją się w głos, naginają przestrzeń, przekraczają granice, wydają ostatnie pieniądze na podróże i nie boją się życia.  Czują radość tego, kim są, co mają i co jeszcze przed nimi. Jak do nich dołączyć? Chyba na początek wystarczy być wdzięcznym za to, co się ma i patrzeć tylko na pozytywną stronę życia 😉

S jak samotność

Oczywiście ta kontrolowana. Gdy nikogo nie ma w domu, cicho gra radio, pachnie świeżo zrobiona kawa. Co zrobisz z tą chwilą samotności? Przeczytasz w końcu dawno odkładaną książkę, napiszesz list, zaktualizujesz bloga? Jak widzisz, samotność może być bardzo zajmująca i satysfakcjonująca. Każdy jej potrzebuje, tej chwili tylko ze sobą. 

T jak ,,tak!’’

Czy jesteś mądra? Czy masz powody do dumy? Czy czujesz się ze sobą dobrze? Czy masz dziś na sobie najpiękniejszą sukienkę świata? Czy dążysz do realizacji swoich marzeń? Czy masz dużo do powiedzenia? TAK!

U jak ubranie

Ktoś, kto nie docenia mocy sukienki, ten jest w błędzie! Nie ważne, dla kogo się ubierasz – dla siebie, faceta, czy koleżanek, ubranie dodaje pewności siebie, podkreśla osobowość, poprawia humor. Chodzi o Ciebie, więc ubierz się ładnie!

W jak wygoda

Od wygodnych butów, po wygodę myśli. Wygodnickie kobiety to mają dobrze! Dla nas wygodna to szacunek dla siebie, taki codzienny, który należy się jak wieczorny prysznic J Wygodne życie brzmi miękko i domowo, pachnie obiadem i kawą na tarasie. Luksus, prawda?

Z jak zalety

Mamy ich wiele, wszystkie razem i każda z osobna. Mamy ich tyle, że jest problem z ich wyliczeniem… choć  częściej jest on spowodowany brakiem wiary w siebie. Pamiętajcie – jesteście najlepsze, macie mnóstwo zalety i świat do Was należy!
 

Współautorką tekstu jest siostra Moniki – Emilka Pryśko. Dziewczyny razem prowadzą bloga Love2Work


Mamo Bloguj!

Jeśli jesteś blogującą mamą i chciałabyś opublikować u nas swój gościnny tekst zapraszamy!

W ramach naszej akcji „Mamo bloguj!” udostępniamy Wam dedykowany dział portalu, w którym publikujemy gościnne wpisy pełnych pomysłów mam blogerek. Jeśli więc jesteś dumna ze swego bloga i chcesz pochwalić się nim napisz do nas na [email protected] 

Zastrzegamy, że publikujemy tylko wcześniej niepublikowane teksty i zdarza się nam odmówić publikacji, ale bardzo rzadko 😉 Każdy autor w stopce może podać link do swego bloga! Zatem – Mamo Bloguj, jesli chcesz!

Piszcie! Zapraszamy! 

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Monika Pryśko
Mama maleńkiej córeczki, uprawiająca swój własny freestyle, lovestyle, lifestyle i workstyle. Bardzo socjalna i tekstualna, lepsza w piśmie niż w mowie. Lubi swoją  pracę - jak nie pracuje, to chociaż o tym pisze. Prowadzi blog www.tekstualna.pl
Podyskutuj

Idealny sernik nieidealnej Pani domu

Nadal nie wierzę, że to piszę... Ale naciski były przeogromne, więc... Nie jestem idealną Panią domu, rzadko piekę, chyba że brownie (25 minut roboty) lub inne "coś", równie prostego z gwarancją pyszności. Nie wdaję się w rozmowy na temat przepisów bo niewiele mam w tym zakresie do powiedzenia, choć... jest jeden wyjątek! Jego wysokość Sernik! 13 lat temu znalazłam przepis, którego się trzymam, który zawsze gwarantuje "ochy i achy" tych, którzy mają okazję załapać się na kawałek. Bo znika szybko...
  • Agnieszka Kaczanowska - 17/04/2019
produkty do pieczenia: mąka, mleko, masło, ser

Z dedykacją dla Marzeny 😉

Ten sernik piekę wyłącznie dwa razy do roku. Trudno nie zgadnąć, na jakie okazje, ale udaje się zawsze, a nawet jeśli nie jest idealny w wyglądzie, to smakuje zacnie! No i sam przepis napisany jest tak, że mam z tego kupę zabawy. Dodam tylko, że ja sernika sama nie jadam… nie mój smak, wolę suche ciasta np. makowiec, ale z reguły spełnieniem moich marzeń jest makowiec z cukierni, albo orzechowiec od mamy Asi, mniam.

Natomiast sernik robię z miłości do męża 😀

Składniki:

  • kilogram dobrze odciśniętego tłustego białego sera (nie może być kwaśny). Ja kupuję gotowy, mielony, ale taki, który jest w miarę suchy (bez ekstra śmietany) i zawsze twaróg sernikowy Piątnica (choć producent nic nie wie, że go polecam ;-)). To jest o tyle ważne, że inne miękkie sprawiają, że sernik pływa… Oczywiście możesz także zmielić sama ser. Ja nie mam nawet odpowiedniej maszynki…
  • 2 niepełne szklanki cukru (można ciut mniej jeśli budyń jest z cukrem i wanilia… ale nie dużo mniej, próbowałam z mniejszą ilością, ale jednak lepiej dać więcej…),
  • 8 jaj, z 7 jaj też wyszedł 😉
  • kostkę masła,
  • budyń waniliowy (z reguły daję ten z cukrem, ale przypuszczam, że nie ma tu różnicy,
  • torebkę cukru z prawdziwą wanilią (w odróżnieniu od cukru wanilinowego!) a jeszcze lepiej laskę prawdziwej wanilii, tych czarnych kuleczek oczywiście,
  • cytrynę, a dokładniej sok z jednej połówki,
  • szczypta soli,
  • bakalie: torebkę (10 dag) rodzynek, najlepiej jasne, malutkie, 3 dag płatków migdałowych, 5 dag smażonej skórki pomarańczowej (wg. mnie najlepszego składnika sernika ;-)).

Niezbędne sprzęty:

  • mikser (wiem, wiem można w makutrze, jak masz to super)
  • spora miska do ucierania masy serowej
  • garnuszek/miseczka na białka
  • rondelek na topione masło
  • duża tortownica

Dodałabym lampka dobrego wina, ale odkąd sernik piekę razem z dziećmi atrakcji dodatkowych nie potrzebuję ;-).

Sprawdzony algorytm działania

  1. W rondelku na małym ogniu topisz masło pokrojone na małe kawałki. Ciepłe masło (niech się, broń Boże, nie przypali!) odstawiasz do wystygnięcia.
  2. W tym czasie przygotowujesz bakalie, tzn. płuczesz rodzynki, odsączasz, suszysz ręcznikiem papierowym i razem z płatkami migdałowymi wsypujesz do miseczki, dodajesz skórkę pomarańczową. Zostawiasz.
  3. Smarujesz tortownicę masłem, wysypujesz bułką tartą, odstawiasz na bok, żeby nie przeszkadzała.
  4. W tym miejscu możesz skosztować tej lampki wina, jeśli już nalałaś 😉
  5. Teraz kluczowa sprawa: rozbijasz jajka nad garnuszkiem/miską, w którym potem ubijesz pianę. Białka lądują w właśnie w nim/niej, a żółtka w dużej misce.Garnek z białkami ląduje w lodówce.
  6. Do żółtek dodajesz cukier, szczyptę soli, wanilię/cukier z prawdziwą wanilią, sok z połówki cytryny.
  7. Ucierasz puszysty kogel-mogel, starając się nie podjadać…. jest pyszny…
  8. Włączasz piekarnik. Ma mieć idealnie 180 stopni C, kiedy wjedzie do niego sernik.
  9. Otwierasz wiaderko 😉 sera gotowego lub bierzesz idealnie zmielony i do kogla-mogla dodajesz łyżkami na zmianę z proszkiem budyniowym, wciąż ucierając masę mikserem. Masa ma być gładka, jasno żółta i puchata.
  10. Następnie delikatnie wlewasz zimne masło (wcześniej roztopione) i miksujesz do chwili, aż się całkowicie wchłonie.
  11. Dodajesz bakalie i już nie mikserem a łyżką z resztką masy serowej (nie pytaj dlaczego, ale działa…) mieszasz starannie ale delikatnie.
  12. Wyjmujesz z lodówki garnek/miskę z białkami i mikserem (z czystymi końcówkami) ubijasz sztywną pianę.
  13. Ważne: teraz odstawiasz mikser na bok i więcej nie wolno go użyć 😉
  14. Łyżką od sera i bakalii mieszasz białka z masą serową. Delikatnie, z czułością aż się połączą.
  15. Teraz już bez ociągania, zgarniasz masę do tortownicy, wygładzasz wierzch.
  16. I wkładasz sernik delikatnie do piekarnika w idealnej temperaturze 180 stopni. Nie używam tutaj termoobiegu, gdybyś chciała mnie o to zapytać.
  17. Teraz też jest idealny moment, aby zamiast mycia garów napić się wina bo…
  18. Od teraz przez 40 minut nie otwierasz piekarnika, nie zaglądasz co chwilę i nie myślisz o serniku.
  19. Po 40 minutach zerkasz przez szybkę, czy aby w wierzchu nie za bardzo się przypiekł. Jeśli tak, otwierasz delikatnie piekarnik i przykrywasz ciasto płatem folii aluminiowej. Szybko zamykasz drzwiczki, ale uważaj (!) aby nie klapnęły, bo sernik się może „przestraszyć” i opaść. Serio. zawsze ten fragment mnie rozczula ale nie próbowałam straszyć sernika i zawsze wychodzi 😉
  20. Gdy minie kolejne 15-20 minut a czasem dłużej (wiem, to mało precyzyjne ale lepiej dłużej, aby sernik był upieczony), wyłączasz dopływ ciepła i uchylasz drzwiczki, aby zahartować sernik i uchronić przed opadnięciem przy gwałtownej zmianie temperatury. Po kolejnych 10 minutach wyjmujesz ciasto na blat i pozwalasz ostygnąć w pokojowej temperaturze.
  21. Ja zwykle rozkrawam go na drugi dzień, wtedy brzegi sernika trzeba oddzielić ostrzem noża od brzegów tortownicy i gotowe.
  22. Idealny sernik to taki, który ma szansę stężeć w lodówce, ale nie zawsze mu się udaje…

Z życia sernika: bywa z nim różnie, czasem ma fantazyjne fale, czasem rośnie idealnie równomiernie, ale potem, kiedy wyjmuję go z piekarnika zawsze zmienia swój kształt na taki idealnie sernikowy. Bywa, że pęka… ale w smaku pozostaje idealny i wierzcie mi nikt nie narzeka.

Smacznego!

I wielkiej frajdy z pieczenia Wam życzę.

Przepis jest moją wariacją na temat przepisu znalezionego 8 lat temu w sieci, bodajże z tego linku >. Tym bardziej dziękuję jego autorce za cudowne przeżycia smakowe mojej rodziny!

Zdjęcie: Pixabay.com

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Agnieszka Kaczanowska
Współzałożycielka mamopracuj.pl, od dziesięciu lat rozwija swoje umiejętności łączenia życia rodzinnego i zawodowego i nawet jej to wychodzi! Lubi wyzwania i cieszy ją kiedy pracodawcy znajdują świetnych pracowników. Mama wesołej trójki, żona i miłośniczka kotów.  
Podyskutuj

Poradnik i bezradnik mamy-freelancerki

Wpatruję się w pustą kartkę. Co miałabym napisać na temat work-life balance w ujęciu pracującej mamy? Nie jestem przecież ekspertką od zarządzania czasem, nie mam żadnej recepty, sama nieraz się dziwię, jak udaje mi się to wszystko ogarnąć i nie zwariować. Nie umiałabym napisać poradnika, od udzielania rad lepiej wychodzi mi opisywanie ludzkich emocji i kreowanie rzeczywistości. Zatem może to właśnie zrobię? Opowiem moją historię.
  • Magdalena Majcher - 28/02/2019
mama freelancerka pracuje z domu, laptop na kolanach

Jeszcze pięć lat temu nie miałam pojęcia, czego chcę od życia. Miałam kilkuletniego syna i pracę, do której jeździłam, delikatnie mówiąc, niechętnie. W żadnym miejscu nie zagrzałam miejsca na dłużej. Myślałam: co jest ze mną nie tak? Miałam dopiero dwadzieścia kilka lat, a już czułam się wypalona. Nie wyobrażałam sobie, że tak miałabym żyć, pracować przez następnych kilkadziesiąt lat.

Spełniać marzenia

Po urodzeniu drugiego dziecka zrobiłam swoisty rachunek sumienia. Zastanowiłam się, gdzie popełniałam błędy, i doszłam do wniosku, że po prostu nigdy nie robiłam tego, co chciałam robić, tego, co kochałam. Czego więc bym chciała? Co potrafię? Pisać, to pierwsze co przyszło mi na myśl. Ale co mam z tym pisaniem zrobić? Że niby książkę napisać?

Wszystko fajnie, ale wydawało mi się to czynem na miarę lotu w kosmos. Każdy by chciał, ale nie każdy wie, jak. Dojrzewałam jeszcze przez chwilę, w międzyczasie prowadząc bloga i szukając pojedynczych zleceń jako copywriter. I dojrzałam, wiecie? Dojrzałam do tego, żeby pomóc marzeniom, żeby w końcu robić to, co kocham.

Nazbyt pompatycznie, prawda? Żeby nie było tak kolorowo, mój młodszy syn okazał się typowym przykładem high need baby. Każdej nocy budził się po kilkanaście razy, w dzień nie chciał spać, nawet spacery były czasem stresu i zastanawiania się, czy tym razem prześpi choć godzinę czy może raczej będzie się wydzierał wniebogłosy. I w samym środku tego szaleństwa odnalazłam swoją pasję.

Napisałam jedną książkę, drugą, zaczęłam trzecią, nie wiedząc, czy ktokolwiek mi to wyda. Dałam sobie czas do końca urlopu macierzyńskiego, w międzyczasie biorąc zlecenia jako copywriter. No i stało się. Kiedy mój młodszy syn miał jedenaście miesięcy, poleciałam w kosmos. Dostałam długo oczekiwanego maila od potencjalnego wydawcy. Kilka tygodni temu synek skończył cztery lata, a ja nadal lecę. I absolutnie nie zamierzam wracać z tej podróży!

Jestem w miejscu, w którym powinnam być

Praca w charakterze wolnego strzelca wymaga przede wszystkim… twardego tyłka i umiejętności planowania przychodów na trzy miesiące w przód. Bo wypłata nie przychodzi dziesiątego, i nie zawsze jest taka sama. Ale muszę się do czegoś przyznać. Odkąd poleciałam w ten kosmos, cały wszechświat mi sprzyja. Kiedy zamykają się drzwi, otwiera się przede mną okno. Szczęście? Być może. Ja nazywam to inaczej. Po prostu jestem w miejscu, w którym powinnam być, dlatego się układa. Robię to, do czego zostałam stworzona i chociaż pracuję jako freelancer ponad trzy lata, nadal nie potrafiłabym napisać poradnika dla osób, którym marzy się właśnie takie wolne strzelectwo.

Przede wszystkim to ja jednak żyję

Nie udzielę Wam więc gotowych rad. Nie powiem, jak to zrobić, żeby gdzieś pomiędzy rozwieszeniem prania a odebraniem dziecka z przedszkola ogarnąć siebie i zlecenia. Każda z nas musi wypracować sobie własny system pracy. Ile osób, tyle rad. Moja koleżanka pisze, kiedy wszyscy jeszcze śpią, bladym świtem. Inna pracuje do nocy. Ja od dziesiątej do szesnastej. Oddaję teksty trzy miesiące przed deadlinem, znajoma zawsze wyrabia się dzień przed terminem.

Nie sposób określić, który wariant jest najlepszy. I wcale nie zamierzam tego robić. Chcę Wam tylko powiedzieć, że work-life balance jest wtedy, kiedy robimy to, co kochamy. Wtedy to życie samo się balansuje, a wszystko się dzieje „samo”. No, prawie… Bo przecież ktoś to pranie musi rozwiesić i ktoś tę książkę musi skończyć! Ale to w tak zwanym międzyczasie. Bo przede wszystkim to ja jednak żyję.

Zdjęcie: 123 rf

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Magdalena Majcher
Pisarka, freelancerka, mama. Robi w życiu to, co kocha, czyli pisze. Aby spełniać swoje marzenia, zrezygnowała z pracy na etacie. Dziś jest autorką poczytnych i lubianych przez czytelniczki powieści, m.in. "Cudu grudniowej nocy", "W cieniu tamtych dni", "Matki mojej córki", "Stanu nie!błogosławionego", "Jeszcze jednego uśmiechu” oraz bestsellerowej sagi "Wszystkie pory uczuć". Niedługo ukaże się kolejna seria autorki.
Chcę otrzymywać inspiracje, pomysły i sugestie jak pracować i nie zwariować.
Newsletter wysyłamy raz na 2 tygodnie

Może Cię zainteresować także:

Uwaga. Strona wykorzystuje pliki cookies. Informacje uzyskane za ich pomocą wykorzystywane są w celach statystycznych. Pozostając tu godzisz się na ich zapisywanie w Twojej przeglądarce. ×

Email marketing powered by FreshMail
 

Email marketing powered by FreshMail
 

Email marketing powered by FreshMail