Czego szukasz

11 lat po przylocie na wakacje, nadal z nich nie wróciłam – mama z Australii

– Przyleciałam do Australii na wizie studenckiej. Nie planowałam zostać dłużej niż 3 lata. Nigdy nie myślałam o emigracji na stałe, miała to być raczej krótka przygoda i zdobycie życiowego doświadczenia. Tymczasem życie na Antypodach coraz bardziej zaczęło mi odpowiadać – mówi Żaneta, mama dwóch dziewczynek, żona Australijczyka, autorka bloga polkawaustraliipisze.com i bohaterka naszego cyklu #mamazagranicą.

  • Ewa Moskalik - Pieper - 05/02/2019
Żaneta Branch

Żaneta, 11 lat temu na studenckiej wizie przyleciałaś do Australii. Co Cię tu sprowadziło?

Skończyłam właśnie studia magisterskie w Warszawie i po pięciu długich latach spędzonych na salach wykładowych i w czytelniach uniwersyteckich, postanowiłam wyjechać na jakiś czas z Polski i ciekawie spędzić czas, zanim zacznę kolejny poważny etap w moim życiu.

To miały być tylko 2-3 lata, a rzeczywistość jest taka, że to właśnie w Australii założyłaś rodzinę i mieszkasz tu razem z mężem i 2 córkami. Opowiedz jak to się zaczęło?

Przyleciałam do Australii na wizie studenckiej. Moim planem było podszkolenie angielskiego w celu znalezienia pracy i odłożenia pieniędzy na podróże. Nie planowałam zostać dłużej niż 3 lata. Nigdy nie myślałam o emigracji na stałe, miała to być raczej krótka przygoda i zdobycie życiowego doświadczenia. Tymczasem życie na Antypodach coraz bardziej zaczęło mi odpowiadać. Studiowałam, jednocześnie zarabiałam, podróżowałam, chodziłam na koncerty i festiwale – i choć pogodzenie i organizacja wszystkiego nie były łatwe, było to dokładnie to czego chciałam doświadczyć.

W Sydney poznałam mojego męża, dużo razem podróżowaliśmy po Australii i powoli zaczęłam zapuszczać tu korzenie. Po kilku latach założyliśmy rodzinę i szczęśliwie wychowujemy tu nasze dwie córki. Summa summarum, 11 lat po przylocie na wakacje, nadal z nich nie wróciłam…

Jak wygląda Twoje macierzyństwo w Australii?

Jest takie powiedzenie: „It takes a village to raise a child”, które oznacza, że do wychowania dziecka potrzeba całej wioski ludzi.

Macierzyństwo na emigracji, zwłaszcza w kraju tak bardzo oddalonym od Polski, bywa bardzo wymagające.

Uważam wręcz, że to właśnie macierzyństwo jest na emigracji najtrudniejsze. Matki na emigracji nie mają blisko siebie wsparcia w postaci rodziny, oferują więc takie wsparcie sobie nawzajem. Kilka lat temu założyłam w Sydney grupę dla mam, do której w tej chwili należy ponad 500 mam. Znalazłam w niej przyjaciółki, które poniekąd zastępują moim dzieciom ciocie, których tutaj nie mają.

Na szczęście, na ogół ojcowie w Australii są bardzo zaangażowani w wychowanie dzieci, jak również w dbanie o obowiązki domowe. Ponieważ obydwoje z mężem pracujemy, opieką nad dziećmi i domem również dzielimy się sprawiedliwie. Niemniej jednak myślę, że macierzyństwo w Polsce byłoby dużo łatwiejsze ze względu na bliskość mojej rodziny.

Jak wygląda opieka prenatalna i po urodzeniu dziecka?

W momencie potwierdzenia ciąży, kobieta może wybrać rodzaj opieki prenatalnej, która najbardziej jej odpowiada. Może zdecydować się na prowadzenie ciąży przez lekarza rodzinnego lub przez położne i lekarzy w szpitalu, w którym będzie rodziła. Można również wybrać opcję pośrednią. Opieka prenatalna, której doświadczyłam w dwóch różnych stanach Australii była doskonała.

W szpitalach organizowane są darmowe spotkania dla przyszłych rodziców, podczas których można nauczyć się podstaw opieki nad niemowlęciem i przygotować do porodu. W czasie mojej drugiej ciąży skorzystałam również z bezpłatnej opieki studentki położnictwa, która towarzyszyła mi podczas wizyt kontrolnych w szpitalu. Ta młoda dziewczyna okazała się wspaniałym wsparciem i pomocą, towarzyszyła nam również podczas narodzin mojej drugiej córki. Później okazjonalnie pomagała nam nawet w domu przy dzieciach.

Przez okres obu ciąż, zawsze byłam dobrze poinformowana i zawsze czułam, że to do mnie należy każda decyzja na każdym etapie ciąży. W czasie mojej drugiej ciąży, cierpiałam na cukrzycę ciążową. W związku z tym, rutynowo zalecono mi wywołanie porodu 2 tygodnie przed terminem. Nie czułam się z tym jednak komfortowo i poinformowałam moją lekarkę o moich obawach. W efekcie wspólnie z lekarką zmieniliśmy tę rutynową decyzję i przesunęliśmy termin wywołania o tydzień później.

Standardowe, nieskomplikowane porody przyjmowane są przez położną. Lekarz wzywany jest jedynie w razie problemów. Po narodzinach dziecka, świeżo upieczoną mamę w szpitalu odwiedza specjalista od laktacji, który informuje, doradza i wspiera. Przez pierwsze 6 tygodni po porodzie, każda mama może skorzystać z darmowych wizyt położnych u siebie w domu, podczas których niemowlę jest ważone, a mama ma możliwość zadania wszelkich nurtujących ją pytań. Istnieją również specjalistyczne, państwowe, lokalne poradnie dla mam dzieci, do których można się zwrócić w razie jakichkolwiek pytań czy problemów.

Jak wygląda opieka lekarska dzisiaj, kiedy dziewczynki są już większe?

Mieszkańcy Australii, którzy posiadają stałe zameldowanie, mają prawo do korzystania z częściowo darmowej opieki medycznej, dzięki systemowi Medicare. W nienagłych przypadkach korzystamy z osiedlowych przychodni, gdzie mamy naszego rodzinnego lekarza. W nagłych wypadkach udajemy się do przyszpitalnego pogotowia. Korzystałam z usług pogotowia kilkakrotnie i za każdym razem byłam pod wrażeniem profesjonalizmu, ale również spersonalizowanej i troskliwej opieki, jakiej doświadczyliśmy. Korzystamy również z ubezpieczenia prywatnego, które pomaga w pokryciu horrendalnych w Australii kosztów usług dentystycznych.

Opowiedz o edukacji w Australii. Twoja starsza córka chodzi 3 dni w tygodniu do przedszkola. Jak wyglądają takie kolejne etapy edukacji dzieci?

Przedszkola dla dzieci do 5-6 roku życia w Australii są prawie wyłącznie prywatne. To jest największa zmora wszystkich rodziców, jeden dzień w przedszkolu w Sydney kosztuje bowiem pomiędzy $100 a $250. Przedszkola te według mnie są bardzo często na kiepskim poziomie. Dzieci w wieku 3-6 lat można zamiast do Day Care, wysłać do PreSchool, które realizują program przygotowawczy do szkoły, i choć są również płatne, stanowią znakomitą alternatywę dla zwykłego przedszkola. Do Kindergarden, czyli zerówki, w stanie Nowej Południowej Walii, najwcześniej można wysłać dziecko, które kończy 5 lat przed 31 lipca tego roku. Najpóźniej natomiast, należy wysłać dziecko, które w bieżącym roku kalendarzowym kończy 6 lat.

Szkoły podstawowe są w większości państwowe i bezpłatne, trwają 7-8 lat. Następnie dzieci zaczynają szkołę średnią, która trwa 5-6 lat.

Państwowe szkoły podstawowe są bezpłatne dla mieszkańców ze stałym zameldowaniem. W przypadku braku stałego zameldowania, rok w szkole podstawowej to wydatek rzędu około 9.000 dolarów za dziecko.

Obowiązek szkolny obowiązuje dzieci i młodzież w wieku 5-6 lat do 15-17 w zależności od stanu, w którym znajduje się szkoła.

Spotkałaś się z jakimiś ciekawymi rozwiązaniami dla dzieci, np. oferowanymi przez szkoły, przedszkola, których nie ma w Polsce?

Ciężko mi porównać szkolnictwo polskie i australijskie, ponieważ moje dzieci nigdy nie chodziły do przedszkola czy szkoły w Polsce, a od czasów kiedy ja chodziłam do szkoły na pewno dużo się w polskiej szkole zmieniło. Mogę wiec jedynie zwrócić uwagę na to, co wydaje mi się innowacyjne i ciekawe. Podoba mi się to, jak od małego uczy się dzieci samodzielności, odpowiedzialności i przedsiębiorczości. Moja czterolatka dostała w PreSchool pudełko z czekoladowymi batonikami i została poproszona o ich sprzedanie i przyniesienie zebranych ze sprzedaży pieniędzy do szkoły na rzecz dziecka, które nie ma rodziców, a również uczęszcza do tego przedszkola. Córka przez 2 tygodnie nosiła wszędzie pudełko, aż udało jej się sprzedać wszystkie batoniki i z satysfakcją zaniosła pudełko z monetami do pani w przedszkolu.

W przedszkolach i szkołach często organizowane są ciekawe imprezy, a wszystkie dochody ze sprzedaży biletów czy jedzenia, przeznaczane są na udoskonalanie szkoły lub szczytny cel, zawsze związany z lokalną społecznością. Ostatnio uczestniczyłyśmy w kinie pod chmurką na terenie lokalnej szkoły, gdzie pod rozgwieżdżonym niebem oglądaliśmy rodzinnie bajkę, a dzieci ze szkoły pomagały w organizacji i w sprzedaży podczas imprezy.

A jak rząd wspiera młodych rodziców? Są jakieś formy pomocy, np. finansowej, czy inne rozwiązania, choćby urlopowe?

Część świeżo upieczonych rodziców w Australii może liczyć na wsparcie finansowe od rządu. Wypłacane jest ono przez instytucję zwaną Centrelink. Kwota oszacowana jest indywidualnie dla każdej rodziny na podstawie wysokości jej dochodów. Kobiety, które pracowały przez co najmniej 10 z 13 miesięcy przed urodzeniem dziecka, dostają dofinansowanie rządowe na okres 18 tygodni w wysokości minimalnego średniego wynagrodzenia. Ponadto ojcowie oraz partnerzy w związkach homoseksualnych mogą wziąć 2 tygodnie płatnego urlopu, tak zwanego „Dad and Partner Pay”.

Wspomniałaś, że Twoje dziewczynki wychowują się w kulturze polsko-australijskiej. Jak wychowuje się dzieci w Australii?

Australia jest wielokulturowym krajem, co oznacza, że obok głównego nurtu sposobu wychowania mamy również nacieki z ogromnej ilości innych krajów. Przypuszczam, że w każdym australijskim domu, dzieci wychowuje się ciut inaczej. Myślę jednak, że w większości australijskich domów od małego uczy się dzieci tolerancji i życzliwości wobec ludzi, którzy mogą być od nas samych inni. Uczone są, że inny nie znaczy gorszy. Żyjąc w Australii to podstawa. Myślę, że równie powszechne jest traktowanie dziecka jako partnera, prowadzenie z dzieckiem dyskusji i negocjacji zamiast wydawania rozkazów i nakazów.

Australijczycy uczą swoje dzieci od małego samodzielności, ponieważ już od 16 roku życia Australijczycy legalnie mogą jeździć samochodem, wziąć ślub, rzucić szkołę i pracować na cały etat. Rodzice mają obowiązek wspierania finansowego dzieci do 18 roku życia, kiedy to najczęściej młodzi ludzie podejmują pracę na cały etat, podróżują lub zaczynają studia.

Od małego uczy się również dzieci szacunku dla samego siebie. Dzieci wiedzą, że ich ciało należy do nich, wiedzą, że są granice, których nie wolno przekroczyć. Już trzylatki w piaskownicy uczone są asertywnie reagować, gdy na przykład inny trzylatek je uderzy. Przeciętne dziecko podniesie wówczas rękę i stanowczo powie „stop it, I don’t like it”.

Dzieci wychowuje się z pewnością zwracając ich uwagę na rzeczy, które są ważne w Australii. Ponieważ pogoda pozwala nam na uprawianie ogromnej ilości sportów przez cały rok, dzieci uczęszczają na rozmaite zajęcia sportowe, na lekcje pływania i dołączają do lokalnych klubów sportowych.

Od małego zwraca się ich uwagę na bezpieczne przebywanie na słońcu. Już w przedszkolu obowiązuje zasada „no hat – no play”, która oznacza, że jeżeli dziecko zapomniało przynieść czapkę lub kapelusz, musi pozostać w cieniu. Noszenie obuwia przez dzieci w wielu miejscach jest opcjonalne.

Australia nie jest wbrew popularnemu stereotypowi, krajem, w którym wszystko tylko czyha żeby nas zabić, niemniej jednak faktycznie żyje tu mnóstwo niebezpiecznych gatunków zwierząt. W związku z tym, dzieci od małego uczy się szacunku do natury i tego, że jeżeli na przykład wchodzimy do lasu, to jesteśmy tam gośćmi i obowiązują nas zasady szacunku dla zwierząt. Już pięciolatki wiedzą, że nie wolno dokarmić dzikich zwierząt, że jak spotka się na swojej drodze węża, to należy zachować spokój i się nie ruszać i że to te meduzy z niebieskimi parzydełkami należy omijać szerokim łukiem.

Twoje córeczki są dwujęzyczne. Jak się porozumiewacie w domu?

Zdecydowaliśmy się z mężem obrać najbardziej polecaną do wychowania dzieci dwujęzycznych metodę, polegającą na tym, że każdy rodzic mówi do dzieci w swoim języku. Ja mówię do dziewczynek prawie wyłącznie po polsku, nawet gdy mąż jest w domu. Dzięki temu również mąż nauczył się sporo polskiego. Mówię natomiast do dziewczynek po angielsku, jeżeli jesteśmy w towarzystwie ludzi mówiących po angielsku, czyli w sklepie, czy w przedszkolu. Dziewczynki naturalnie mówią do mnie wyłącznie po polsku.

Pracowałaś w wielu miejscach, a dzisiaj pracujesz na międzynarodowym lotnisku dla jednych z największych australijskich linii lotniczych. Jak Twój pracodawca wspiera pracujących rodziców?

Środowisko, w którym pracuje jest dosyć specyficzne. Większość moich koleżanek w pracy to również mamy, dlatego też wszyscy pracownicy traktowani są tak samo.

Pracodawcy w Australii starają się przede wszystkim oferować rodzicom elastyczne godziny pracy. Gigant telekomunikacyjny Telstra, wycofał kilka lat temu pracę w godzinach 9-17 i oferuje elastyczne godziny pracy na każdym stanowisku. Pracodawcy coraz częściej zdają sobie sprawę z tego, że oferując atrakcyjne warunki pracy, zyskają z czasem reputację „employer of choice”, czyli pracodawcy, dla którego ludzie chcą pracować. Szef mojego męża często prosi go, aby zabrał mnie i dzieci na kolację w restauracji lub wycieczkę do zoo na koszt firmy.

Raz do roku natomiast firma zabiera wszystkich pracowników z rodzinami na imprezę świąteczną w tropikalnym stanie Queensland i pokrywa koszty podróży samolotem, wynajęcia samochodu itd. W czasie wspólnej imprezy, dyrektor firmy oficjalnie dziękuje nie tylko pracownikom, ale również ich żonom za wspieranie swoich partnerów w pracy przez cały ubiegły rok. Niektórzy pracownicy sponsorują prezenty świąteczne dla dzieci swoich pracowników.

Duże firmy czasem zatrudniają zewnętrzne firmy do pomocy, które zajmują się doradztwem i pomocą rodzicom pracownikom w znalezieniu odpowiedniego przedszkola dla dziecka, w zaplanowaniu urlopu macierzyńskiego czy powrotu do pracy. Udowadniają tym samym, że traktują rodziców poważnie. Istnieją również firmy budujące przedszkola na swoim terenie, które są dostępne właśnie dla dzieci pracowników.

Znam jednak mnóstwo pracujących mam, których pracodawcy nie oferują żadnych ulg czy przywilejów dla rodziców. Powiedziałabym wręcz, że jakiekolwiek przywileje dla pracujących rodziców w pracy należą w Australii do mniejszości.

Prowadzisz blog www.polkawaustraliipisze.com, w którym dzielisz się swoim życiem na emigracji. Jak wygląda taki Twój zwykły dzień? Jak godzisz wszystkie swoje obowiązki?

Mój dzień zaczyna się, gdy wszyscy jeszcze śpią, na ogół między 4 a 6 rano, ponieważ życie na lotnisku zaczyna się jeszcze przed wschodem słońca. Mój mąż zawozi starszą córkę do przedszkola, sam jedzie do pracy, a do młodszej przychodzi niania. Gdy wracam z pracy jem obiad z młodszą córką, wspólnie wykonujemy domowe obowiązki i jedziemy odebrać starszą córkę z przedszkola. Idziemy razem na plażę, spacer albo plac zabaw, następnie całą rodziną jemy kolację i już o 19.30 razem z dziećmi idę spać, żeby następnego dnia ze względną łatwością znowu wstać przed wschodem słońca. W weekendy dochodzą do tego lekcje pływania dla dziewczynek i spotkania z przyjaciółmi na grilla.

Za co lubisz Australię i Australijczyków? Co cenisz najbardziej?

W Australii uwielbiam przyrodę i jej wyjątkową różnorodność. Każdy stan Australii oferuje coś innego. Niewątpliwym atutem Australii jest również jej klimat. Piękna australijska pogoda bardzo ułatwia wychowanie dzieci, ponieważ zdecydowaną większość roku spędzamy na dworze, jeździmy na rowerach, chodzimy na plażę, na piesze wycieczki po parkach krajobrazowych, na biwaki.

Australijczycy są zdecydowanie zrelaksowanym, uśmiechniętym i optymistycznym narodem. Taka mentalność społeczeństwa sprawia, że codzienne życie jest przyjemne, ludzie są życzliwi, pomocni. Optymizm jest zaraźliwy, tak samo zresztą jak jego brak.

Odpowiada mi również poczucie wolności na każdej płaszczyźnie życia. Tu nikogo nie interesuje jaką i czy w ogóle jakąkolwiek religię wyznajesz. Myślę, że bardziej od ludzkiej powierzchowności, wyznawanej religii czy upodobań politycznych, liczy się – mówiąc ogólnie – to, jakim jesteś człowiekiem, jakimi kierujesz się wartościami, czy jesteś zwyczajnie dobry.

Czy myślisz o tym, że kiedyś wrócisz do Polski? Gdzie chciałabyś żeby jako dorosłe kobiety mieszkały Twoje córki?

Chciałabym, żeby moje córki były zdrowe i szczęśliwe, a mieszkać mogą, gdzie tylko zechcą i nie będzie to moja decyzja. Kto wie, być może wybiorą właśnie Polskę.

Tęsknisz za Polską?

Mój dom, życie i sprawy są aktualnie w Australii. Kocham Polskę i odwiedzanie jej sprawia mi dużo radości, ale nie mogę powiedzieć, że tęsknię za Polską, bo według mnie tęsknota zwyczajnie nie ma sensu. Kiedyś tęskniłam, ale dzisiaj staram się żyć świadomie i w pełni, tu i teraz. Tęsknota jest naturalna, ale może być niebezpieczna, więc wydaje mi się, że będąc emigrantką, lepiej tę tęsknotę świadomie kontrolować. Poza tym ja chyba zwyczajnie nie mam czasu tęsknić.

Długa zrobiła nam się ta rozmowa 🙂 Powiedz na koniec jeszcze, co lubisz jeść i gotować w Australii? Gotujesz po polsku, czy inspirujesz się kuchnią australijską?

Mieszkając w Sydney mam dostęp do dosłownie wszystkich kuchni świata i próbuje nowych smaków notorycznie. Co jest wspaniałe, to fakt, że dzięki ogromnej wielokulturowości Sydney, jedzenie jest tu w pełni autentyczne. Uwielbiam kuchnię tajską z jej odważnymi smakami. Ostatnio zajadam się w kółko laksą z tofu.

Uwielbiam również idealną w swej prostocie kuchnię japońską. Do polskich restauracji nie chadzam, bo sama potrafię ugotować smaczne polskie dania. W domu gotuję najczęściej polskie klasyki, takie jak pomidorówka czy gołąbki, bo dzieci i mąż uwielbiają polskie jedzenie. Równie często gotuję typowe australijskie dania, takie jak makarony z owocami morza, zupa z dyni czy Chicken „Parma” Parmigiana, czyli piersi z kurczaka zapiekane z serem i sosem pomidorowym.

Od jakiegoś czasu staramy się jednak zminimalizować ilość mięsa, które jemy, większość naszych kolacji jest wegetariańska. Korzystamy z dostępnych przez cały rok świeżych owoców i warzyw i na nich planujemy nasze potrawy. Aktualnie mamy lato i zajadamy się codziennie czereśniami, awokado, batatami i lepkim, soczystym mango.

Dziękuję Ci za rozmowę.

Rozmawiała: Ewa Moskalik Pieper

Zdjęcia: archiwum prywatne Żanety

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Ewa Moskalik - Pieper
Redaktor portalu Mamo Pracuj. Prywatnie spełniona, pełnoetatowa mama dwóch wspaniałych synów i żona, starająca się znaleźć swój patent na work - life balance. Absolwentka UJ. Miłośniczka kina, muzyki i książek.

Ubezpieczenie NNW dziecka – czy warto je mieć?

Początek roku szkolnego: pierwsze zebrania, cała masa podpisów, składek na „komitet rodzicielski”, a także na ubezpieczenie. Czy rodzic jest zobowiązany do ubezpieczenia dziecka od następstw niebezpiecznych wypadków? Czy musi wykupić ubezpieczenie oferowane przez szkołę, o której uczęszcza dziecko? I co w ogóle daje nnw dziecka?
  • Dominika Kamińska - 13/09/2019

Czy ubezpieczenie nnw dziecka jest obowiązkowe?

W wielu szkołach rodzice dostają informację, że składka na ubezpieczenie dziecka jest obowiązkowa. Zdecydowanie nie jest to prawdą. Nie ma przepisów, które bezpośrednio zmuszałyby rodzica do wykupienia takowego ubezpieczenia, a tym bardziej w ramach wskazanej przez szkołę umowy z konkretnym towarzystwem ubezpieczeniowym.

Choć często wysokość składki ubezpieczenia szkolnego bywa kusząco niewielka, to jednak niewielu rodziców orientuje się co konkretnie gwarantuje mu taka opcja, jakie są kwoty potencjalnego odszkodowania, a tym bardziej jakie są wyłączenia (prawie nikt nie czyta Ogólne Warunki Ubezpieczenia, w skrócie OWU).

Nie znaczy to jednak, że jest to jedyna opcja i rodzic zostaje postawiony w sytuacji „bierz co dają”. Jako rodzice mamy wybór i dobrze, aby był to wybór świadomy.

Dlaczego warto wykupić dziecku ubezpieczenie nnw?

Wypadki mogą zdarzyć się wszędzie. A gdy już się zdarzą dobrze mieć z głowy choć jedną kwestę – finanse. To główmy powód, dla którego się ubezpieczamy. Bo choć teoretycznie każde dziecko w Polsce ma dostęp do bezpłatnej opieki medycznej w ramach NFZ, to jednak w razie konieczności korzystania z dodatkowej rehabilitacji czy sprzętu medycznego, dobrze jest mieć odpowiednio zabezpieczone środki finansowe.

Dlatego zanim zdecydujemy się na wykupienie nnw dziecka dobrze jest zapoznać się z warunkami oferowanymi przez ubezpieczyciela – tak zwane OWU czyli Ogólne Warunku Ubezpieczenia.

To właśnie w tym dokumencie, wraz z załącznikami (klauzule) znajdziemy wszystko co nas interesuje: co konkretnie podlega ubezpieczeniu, o jakie kwoty można wnioskować w razie nastąpienia wypadku i w jakich sytuacjach.

Jak wybrać ubezpieczenie nnw dziecka?

Nie każde ubezpieczenie szkolne obejmuje wszystkie sytuacje potencjalnie niebezpiecznie. O ile różne niemiłe niespodzianki szkolne typu wypadek na WF-ie czy upadek ze schodów najczęściej są objęte ubezpieczeniem to warto sprawdzić, czy czas spędzany poza szkołą również mu podlega.

Czy ubezpieczenie dziecka obejmuje zajęcia dodatkowe?

Podobnie jak wygląda sytuacja w czasie trwania zajęć dodatkowych? Czy prowadzone w szkole zajęcia klubów sportowych (sztuki walki, piłka nożna itp.) wymagają dodatkowego ubezpieczenia czy ubezpieczyciel przewidział je w swojej ofercie.

Niektóre zajęcia traktowane są jako uprawianie sportów ekstremalnych i nie każde ubezpieczenie oferowane przez szkoły będzie je obejmować. A jak wiadomo o kontuzję na treningu piłkarskim czy innym kontaktowym sporcie nietrudno.

Co obejmuje ubezpieczenie nnw dziecka?

Mając wybór i świadomość możemy zwrócić uwagę na dodatkowe bonusy, jakie proponują nam firmy ubezpieczeniowe. Np. dodatkowe świadczenie w sytuacji gdy dziecko zostanie pogryzione przez psa lub kota, świadczenie za pobyt w szpitalu, wsparcie rehabilitacji, a także nabycia lub wypożyczenia sprzętu medycznego (w tym także okularów czy aparatu ortodontycznego).

Ciekawą propozycją jest też dodatkowe świadczenie związane z koniecznością korzystania z korepetycji, jeśli zaległości szkolne powstały w wyniku następstw nieszczęśliwego wypadku. Czy wsparcie ewentualnej pomocy psychologicznej dla dzieci doświadczających powypadkowych trudności.

Ubezpieczenie szkolne nnw czy warto?

Spokój i rodzicielstwo nie występują zazwyczaj w jednym zdaniu. Choć podobno istnieją dzieci, które „nic sobie nie robią” i nie wiedzą co to SOR, to jednak nigdy nie wiemy, kiedy zadzwoni telefon ze szkoły ze słowami „proszę się nie denerwować, ale…”.

Nawet najspokojniejszy uczeń może zaleźć się w nieodpowiednim miejscu i w niewłaściwym czasie. A przecież w grupie żywiołowych dzieciaków nie trudno o niekontrolowaną sytuację. A co dopiero gdy wiemy, że nasz syn czy córka to wszędobylski eksplorator przestrzeni, który wręcz sam ściąga na siebie nieszczęścia.

Choć żadne ubezpieczenie nie zagwarantuje nam świętego spokoju i nie zapewni rodzicielstwa bez przygód, może wesprzeć nas w sytuacji, gdy nie wszystko pójdzie zgodnie z planem. Dlatego decydując się na szkolne nnw dziecka dobrze jest podjąć decyzję świadomie, a nie pod presją „bo wszyscy już zapłacili”.

I choć każdemu rodzicowi życzymy, aby nigdy nie musiał wypełniać wniosku o wypłacenie świadczenia, dobrze jest wiedzieć, że w razie kłopotu jest coś, co pomoże przetrwać trudniejsze chwile, a dziecku zapewni najlepszą opiekę i wsparcie.

Artykuł powstał we współpracy z partnerem portalu.

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Dominika Kamińska

Fikcja powoli przestaje mi wystarczać. Marzy mi się reportaż – Magdalena Majcher

Magdalena Majcher to autorka lubianych i poczytnych powieści obyczajowych. Jednak coraz częściej przemyca w swoich książkach prawdziwe wydarzenia. Tak jest też w książce "Znany szum morza", trzeciej i ostatniej części Sagi Nadmorskiej. Premiera powieści już wkrótce, a my zapraszamy na rozmowę z autorką :)
  • Ewa Moskalik - Pieper - 13/09/2019

Magdo, miałam przyjemność jeszcze przed premierą poznać Twoją najnowszą książkę „Znany szum morza”. Dziękuję za taką możliwość. Zabierając się do czytania kuszący był dla mnie już sam fakt osadzenia wydarzeń nad morzem. Dlaczego właśnie tam toczą się losy Twoich bohaterek? Dlaczego wybrałaś Ustronie Morskie?

Często na spotkaniach autorskich czytelnicy pytają, skąd czerpię inspirację do napisania książki. Bywa, że odpowiedź na to pytanie jest mocno problematyczna – zazwyczaj nie potrafię na nie odpowiedzieć, bo pomysły pojawiają się znienacka, w najmniej spodziewanych momentach i nie mogę powiedzieć, by dana historia była czymś „inspirowana”.

W przypadku „Sagi nadmorskiej” (na którą składają się trzy tomy: „Obcy powiew wiatru”, „Zimny kolor nieba” i „Znany szum morza”) odpowiedź jest prosta: osadziłam akcję w miejscu, które jest mi bliskie. Kocham Bałtyk, a Ustronie Morskie jest moim ukochanym nadmorskim miasteczkiem. Zresztą Ustronie pojawiło się na chwilę już w innych moich powieściach.

Od zawsze wiedziałam, że chcę napisać książkę mocno związaną z tym miejscem, więc kiedy wpadłam na pomysł z sagą, od razu wiedziałam, że moi bohaterowie będą mieszkańcami Ustronia Morskiego. Po tej serii Ustronie jest mi jeszcze bliższe, bardziej moje, a to także za sprawą ludzi związanych z tym miasteczkiem.

Od naszej ostatniej rozmowy wiele się zmieniło. Przyjemnie jest mi śledzić jak ponownie zaskakujesz Czytelników. Tym razem sięgając do czasów II wojny światowej i losów Kresowiaków. Długo przygotowywałaś się do napisania Sagi? Jak zbierałaś materiały?

Prawdę mówiąc, dłużej zbierałam materiały i obmyślałam fabułę, niż faktycznie pisałam. Pierwsza część była dla mnie największym wyzwaniem, bo musiałam odtworzyć świat, który został zgładzony – polskie Kresy. Przyznam, że podczas pracy wielokrotnie modyfikowałam moje pomysły, aby pozostać wierna prawdzie historycznej.

Przeczytałam około dwadzieścia książek o Kresach, Wołyniu, II wojnie światowej i przesiedleniach. Wielokrotnie odwiedziłam też Ustronie Morskie, skąd przywiozłam wiele dokumentów, publikacji i wycinków prasowych.

W pamięci szczególnie zapisały mi się rozmowa z panem Jerzym Zawadą, jednym z pierwszych osadników polskiego Ustronia Morskiego (w 1945 roku miał 16 lat) oraz 2-minutowy film z jeszcze wtedy Henkenhagen, pochodzący z początku lat 40.

„Znany szum morza” to ostatnia część Sagi Nadmorskiej – bohaterką jest Jagoda – wnuczka Marcjanny, a córka Gabrieli z drugiej części „Zimny kolor nieba”. Każda z tych kobiet żyje w innych czasach. Mimo, że to matka, córka i wnuczka, jedna krew, to bardzo się różnią, będąc jednocześnie podobnymi do siebie. Czasem zastanawiam się jak radziłaby sobie Jagoda żyjąc w czasach Marcjanny, albo Marcjanna zostając żoną Sławka i stając w obliczu męża tyrana?

Przyznam, że nigdy się nad tym nie zastanawiałam. To, kim jesteśmy – nasze poglądy, wierzenia, przekonania, podejście do życia – jest nierozerwalnie związane z tym, w jakich czasach żyjemy.

Kiedy już wydawało mi się, że losy Jagody, bohaterki ostatniej części Sagi Nadmorskiej, potoczą się inaczej, że przełamie ona pewien schemat towarzyszący od lat kobietom z rodziny Zielczyńskich, kolejny zwrot akcji obalił moje nadzieje. Czy myślisz, że w życiu jest tak, iż dostajemy od losu tyle ile jesteśmy w stanie unieść?

Może inaczej – w tych najbardziej kryzysowych momentach rodzi się w nas siła, której istnienia nie byliśmy nawet świadomi. Często mówimy „dłużej tego nie wytrzymam” albo „nie zniosłabym tego”, a jednak wytrzymujemy, znosimy. Idziemy dalej, może bardziej pokiereszowani, może z większą nieufnością wobec świata i ludzi, ale przemy naprzód.

Ta siła, którą każdy z nas ma w sobie, fascynuje mnie jako twórcę. Jakkolwiek to zabrzmi, lubię stawiać moich bohaterów w obliczu ekstremalnych wręcz sytuacji i obserwować, jak się zachowają.

Przeczytaj wywiad z Magdaleną Majcher jak zaczynała swoją przygodę z pisarstwem

Wiem, że byłaś na spotkaniach autorskich w Ustroniu Morskim. Jak Twoje książki zostały przyjęte przez mieszkańców Ustronia – jakby nie było, również bohatera Sagi? 🙂

Mam wrażenie, że ta saga bardzo mocno związała mnie z Ustroniem i jego mieszkańcami. Poznałam wiele fantastycznych osób, z którymi utrzymuję stały kontakt. Jak to powiedziały bibliotekarki z ustrońskiej biblioteki, „ja już jestem przecież ustronianką”. 🙂

Nigdzie nie dostałam tyle pozytywnej energii, co w Ustroniu. Wracam tam z ogromną przyjemnością. We wrześniu zresztą odbędzie się kolejne, już czwarte moje spotkanie autorskie w Ustroniu. Same książki również spotkały się z bardzo przyjemnym odbiorem.

Masz jakieś pisarskie marzenie? Książkę, temat, który nosisz w sobie, ale wiesz, że to jeszcze nie ten moment, nie ten czas, żeby ją napisać?

Fikcja powoli przestaje mi wystarczać. Zresztą to widać w moich książkach. Niby tworzę powieści beletrystyczne, a jednak fikcję przeplatam z prawdziwymi wydarzeniami. Zawsze dbam o wierne odtworzenie realiów. Marzy mi się reportaż. Może kiedyś?

Premiera „Znany szum morza” już w przyszłym tygodniu. Twoje Czytelniczki żałują, że to ostatni tom Sagi, że muszą się rozstać z bohaterkami. Planujesz jeszcze tego typu pokoleniowe lub inne serie powieści?

Mam już zaplanowany cały 2020 rok i pomysły na kolejne lata. Niebawem rozpocznę pracę nad kolejną serią, ale inną niż „Saga nadmorska”. Jest bardziej w stylu „Wszystkich pór uczuć” – każdy z tomów opowiada inną historię, będzie można czytać te powieści niezależnie od siebie. Będzie się działo!

W takim razie trzymam kciuki za wszystkie plany i marzenia 🙂 Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Ewa Moskalik-Pieper

Zdjęcia: Wydawnictwo Pascal

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Ewa Moskalik - Pieper
Redaktor portalu Mamo Pracuj. Prywatnie spełniona, pełnoetatowa mama dwóch wspaniałych synów i żona, starająca się znaleźć swój patent na work - life balance. Absolwentka UJ. Miłośniczka kina, muzyki i książek.
Chcę otrzymywać inspiracje, pomysły i sugestie jak pracować i nie zwariować.
Newsletter wysyłamy raz na 2 tygodnie

Może Cię zainteresować także:

Uwaga. Strona wykorzystuje pliki cookies. Informacje uzyskane za ich pomocą wykorzystywane są w celach statystycznych. Pozostając tu godzisz się na ich zapisywanie w Twojej przeglądarce. ×

Email marketing powered by FreshMail
 

Email marketing powered by FreshMail
 

Email marketing powered by FreshMail