Czego szukasz

11 lat po przylocie na wakacje, nadal z nich nie wróciłam – mama z Australii

– Przyleciałam do Australii na wizie studenckiej. Nie planowałam zostać dłużej niż 3 lata. Nigdy nie myślałam o emigracji na stałe, miała to być raczej krótka przygoda i zdobycie życiowego doświadczenia. Tymczasem życie na Antypodach coraz bardziej zaczęło mi odpowiadać – mówi Żaneta, mama dwóch dziewczynek, żona Australijczyka, autorka bloga polkawaustraliipisze.com i bohaterka naszego cyklu #mamazagranicą.

  • Ewa Moskalik - Pieper - 05/02/2019
Żaneta Branch

Żaneta, 11 lat temu na studenckiej wizie przyleciałaś do Australii. Co Cię tu sprowadziło?

Skończyłam właśnie studia magisterskie w Warszawie i po pięciu długich latach spędzonych na salach wykładowych i w czytelniach uniwersyteckich, postanowiłam wyjechać na jakiś czas z Polski i ciekawie spędzić czas, zanim zacznę kolejny poważny etap w moim życiu.

To miały być tylko 2-3 lata, a rzeczywistość jest taka, że to właśnie w Australii założyłaś rodzinę i mieszkasz tu razem z mężem i 2 córkami. Opowiedz jak to się zaczęło?

Przyleciałam do Australii na wizie studenckiej. Moim planem było podszkolenie angielskiego w celu znalezienia pracy i odłożenia pieniędzy na podróże. Nie planowałam zostać dłużej niż 3 lata. Nigdy nie myślałam o emigracji na stałe, miała to być raczej krótka przygoda i zdobycie życiowego doświadczenia. Tymczasem życie na Antypodach coraz bardziej zaczęło mi odpowiadać. Studiowałam, jednocześnie zarabiałam, podróżowałam, chodziłam na koncerty i festiwale – i choć pogodzenie i organizacja wszystkiego nie były łatwe, było to dokładnie to czego chciałam doświadczyć.

W Sydney poznałam mojego męża, dużo razem podróżowaliśmy po Australii i powoli zaczęłam zapuszczać tu korzenie. Po kilku latach założyliśmy rodzinę i szczęśliwie wychowujemy tu nasze dwie córki. Summa summarum, 11 lat po przylocie na wakacje, nadal z nich nie wróciłam…

Jak wygląda Twoje macierzyństwo w Australii?

Jest takie powiedzenie: „It takes a village to raise a child”, które oznacza, że do wychowania dziecka potrzeba całej wioski ludzi.

Macierzyństwo na emigracji, zwłaszcza w kraju tak bardzo oddalonym od Polski, bywa bardzo wymagające.

Uważam wręcz, że to właśnie macierzyństwo jest na emigracji najtrudniejsze. Matki na emigracji nie mają blisko siebie wsparcia w postaci rodziny, oferują więc takie wsparcie sobie nawzajem. Kilka lat temu założyłam w Sydney grupę dla mam, do której w tej chwili należy ponad 500 mam. Znalazłam w niej przyjaciółki, które poniekąd zastępują moim dzieciom ciocie, których tutaj nie mają.

Na szczęście, na ogół ojcowie w Australii są bardzo zaangażowani w wychowanie dzieci, jak również w dbanie o obowiązki domowe. Ponieważ obydwoje z mężem pracujemy, opieką nad dziećmi i domem również dzielimy się sprawiedliwie. Niemniej jednak myślę, że macierzyństwo w Polsce byłoby dużo łatwiejsze ze względu na bliskość mojej rodziny.

Jak wygląda opieka prenatalna i po urodzeniu dziecka?

W momencie potwierdzenia ciąży, kobieta może wybrać rodzaj opieki prenatalnej, która najbardziej jej odpowiada. Może zdecydować się na prowadzenie ciąży przez lekarza rodzinnego lub przez położne i lekarzy w szpitalu, w którym będzie rodziła. Można również wybrać opcję pośrednią. Opieka prenatalna, której doświadczyłam w dwóch różnych stanach Australii była doskonała.

W szpitalach organizowane są darmowe spotkania dla przyszłych rodziców, podczas których można nauczyć się podstaw opieki nad niemowlęciem i przygotować do porodu. W czasie mojej drugiej ciąży skorzystałam również z bezpłatnej opieki studentki położnictwa, która towarzyszyła mi podczas wizyt kontrolnych w szpitalu. Ta młoda dziewczyna okazała się wspaniałym wsparciem i pomocą, towarzyszyła nam również podczas narodzin mojej drugiej córki. Później okazjonalnie pomagała nam nawet w domu przy dzieciach.

Przez okres obu ciąż, zawsze byłam dobrze poinformowana i zawsze czułam, że to do mnie należy każda decyzja na każdym etapie ciąży. W czasie mojej drugiej ciąży, cierpiałam na cukrzycę ciążową. W związku z tym, rutynowo zalecono mi wywołanie porodu 2 tygodnie przed terminem. Nie czułam się z tym jednak komfortowo i poinformowałam moją lekarkę o moich obawach. W efekcie wspólnie z lekarką zmieniliśmy tę rutynową decyzję i przesunęliśmy termin wywołania o tydzień później.

Standardowe, nieskomplikowane porody przyjmowane są przez położną. Lekarz wzywany jest jedynie w razie problemów. Po narodzinach dziecka, świeżo upieczoną mamę w szpitalu odwiedza specjalista od laktacji, który informuje, doradza i wspiera. Przez pierwsze 6 tygodni po porodzie, każda mama może skorzystać z darmowych wizyt położnych u siebie w domu, podczas których niemowlę jest ważone, a mama ma możliwość zadania wszelkich nurtujących ją pytań. Istnieją również specjalistyczne, państwowe, lokalne poradnie dla mam dzieci, do których można się zwrócić w razie jakichkolwiek pytań czy problemów.

Jak wygląda opieka lekarska dzisiaj, kiedy dziewczynki są już większe?

Mieszkańcy Australii, którzy posiadają stałe zameldowanie, mają prawo do korzystania z częściowo darmowej opieki medycznej, dzięki systemowi Medicare. W nienagłych przypadkach korzystamy z osiedlowych przychodni, gdzie mamy naszego rodzinnego lekarza. W nagłych wypadkach udajemy się do przyszpitalnego pogotowia. Korzystałam z usług pogotowia kilkakrotnie i za każdym razem byłam pod wrażeniem profesjonalizmu, ale również spersonalizowanej i troskliwej opieki, jakiej doświadczyliśmy. Korzystamy również z ubezpieczenia prywatnego, które pomaga w pokryciu horrendalnych w Australii kosztów usług dentystycznych.

Opowiedz o edukacji w Australii. Twoja starsza córka chodzi 3 dni w tygodniu do przedszkola. Jak wyglądają takie kolejne etapy edukacji dzieci?

Przedszkola dla dzieci do 5-6 roku życia w Australii są prawie wyłącznie prywatne. To jest największa zmora wszystkich rodziców, jeden dzień w przedszkolu w Sydney kosztuje bowiem pomiędzy $100 a $250. Przedszkola te według mnie są bardzo często na kiepskim poziomie. Dzieci w wieku 3-6 lat można zamiast do Day Care, wysłać do PreSchool, które realizują program przygotowawczy do szkoły, i choć są również płatne, stanowią znakomitą alternatywę dla zwykłego przedszkola. Do Kindergarden, czyli zerówki, w stanie Nowej Południowej Walii, najwcześniej można wysłać dziecko, które kończy 5 lat przed 31 lipca tego roku. Najpóźniej natomiast, należy wysłać dziecko, które w bieżącym roku kalendarzowym kończy 6 lat.

Szkoły podstawowe są w większości państwowe i bezpłatne, trwają 7-8 lat. Następnie dzieci zaczynają szkołę średnią, która trwa 5-6 lat.

Państwowe szkoły podstawowe są bezpłatne dla mieszkańców ze stałym zameldowaniem. W przypadku braku stałego zameldowania, rok w szkole podstawowej to wydatek rzędu około 9.000 dolarów za dziecko.

Obowiązek szkolny obowiązuje dzieci i młodzież w wieku 5-6 lat do 15-17 w zależności od stanu, w którym znajduje się szkoła.

Spotkałaś się z jakimiś ciekawymi rozwiązaniami dla dzieci, np. oferowanymi przez szkoły, przedszkola, których nie ma w Polsce?

Ciężko mi porównać szkolnictwo polskie i australijskie, ponieważ moje dzieci nigdy nie chodziły do przedszkola czy szkoły w Polsce, a od czasów kiedy ja chodziłam do szkoły na pewno dużo się w polskiej szkole zmieniło. Mogę wiec jedynie zwrócić uwagę na to, co wydaje mi się innowacyjne i ciekawe. Podoba mi się to, jak od małego uczy się dzieci samodzielności, odpowiedzialności i przedsiębiorczości. Moja czterolatka dostała w PreSchool pudełko z czekoladowymi batonikami i została poproszona o ich sprzedanie i przyniesienie zebranych ze sprzedaży pieniędzy do szkoły na rzecz dziecka, które nie ma rodziców, a również uczęszcza do tego przedszkola. Córka przez 2 tygodnie nosiła wszędzie pudełko, aż udało jej się sprzedać wszystkie batoniki i z satysfakcją zaniosła pudełko z monetami do pani w przedszkolu.

W przedszkolach i szkołach często organizowane są ciekawe imprezy, a wszystkie dochody ze sprzedaży biletów czy jedzenia, przeznaczane są na udoskonalanie szkoły lub szczytny cel, zawsze związany z lokalną społecznością. Ostatnio uczestniczyłyśmy w kinie pod chmurką na terenie lokalnej szkoły, gdzie pod rozgwieżdżonym niebem oglądaliśmy rodzinnie bajkę, a dzieci ze szkoły pomagały w organizacji i w sprzedaży podczas imprezy.

A jak rząd wspiera młodych rodziców? Są jakieś formy pomocy, np. finansowej, czy inne rozwiązania, choćby urlopowe?

Część świeżo upieczonych rodziców w Australii może liczyć na wsparcie finansowe od rządu. Wypłacane jest ono przez instytucję zwaną Centrelink. Kwota oszacowana jest indywidualnie dla każdej rodziny na podstawie wysokości jej dochodów. Kobiety, które pracowały przez co najmniej 10 z 13 miesięcy przed urodzeniem dziecka, dostają dofinansowanie rządowe na okres 18 tygodni w wysokości minimalnego średniego wynagrodzenia. Ponadto ojcowie oraz partnerzy w związkach homoseksualnych mogą wziąć 2 tygodnie płatnego urlopu, tak zwanego „Dad and Partner Pay”.

Wspomniałaś, że Twoje dziewczynki wychowują się w kulturze polsko-australijskiej. Jak wychowuje się dzieci w Australii?

Australia jest wielokulturowym krajem, co oznacza, że obok głównego nurtu sposobu wychowania mamy również nacieki z ogromnej ilości innych krajów. Przypuszczam, że w każdym australijskim domu, dzieci wychowuje się ciut inaczej. Myślę jednak, że w większości australijskich domów od małego uczy się dzieci tolerancji i życzliwości wobec ludzi, którzy mogą być od nas samych inni. Uczone są, że inny nie znaczy gorszy. Żyjąc w Australii to podstawa. Myślę, że równie powszechne jest traktowanie dziecka jako partnera, prowadzenie z dzieckiem dyskusji i negocjacji zamiast wydawania rozkazów i nakazów.

Australijczycy uczą swoje dzieci od małego samodzielności, ponieważ już od 16 roku życia Australijczycy legalnie mogą jeździć samochodem, wziąć ślub, rzucić szkołę i pracować na cały etat. Rodzice mają obowiązek wspierania finansowego dzieci do 18 roku życia, kiedy to najczęściej młodzi ludzie podejmują pracę na cały etat, podróżują lub zaczynają studia.

Od małego uczy się również dzieci szacunku dla samego siebie. Dzieci wiedzą, że ich ciało należy do nich, wiedzą, że są granice, których nie wolno przekroczyć. Już trzylatki w piaskownicy uczone są asertywnie reagować, gdy na przykład inny trzylatek je uderzy. Przeciętne dziecko podniesie wówczas rękę i stanowczo powie „stop it, I don’t like it”.

Dzieci wychowuje się z pewnością zwracając ich uwagę na rzeczy, które są ważne w Australii. Ponieważ pogoda pozwala nam na uprawianie ogromnej ilości sportów przez cały rok, dzieci uczęszczają na rozmaite zajęcia sportowe, na lekcje pływania i dołączają do lokalnych klubów sportowych.

Od małego zwraca się ich uwagę na bezpieczne przebywanie na słońcu. Już w przedszkolu obowiązuje zasada „no hat – no play”, która oznacza, że jeżeli dziecko zapomniało przynieść czapkę lub kapelusz, musi pozostać w cieniu. Noszenie obuwia przez dzieci w wielu miejscach jest opcjonalne.

Australia nie jest wbrew popularnemu stereotypowi, krajem, w którym wszystko tylko czyha żeby nas zabić, niemniej jednak faktycznie żyje tu mnóstwo niebezpiecznych gatunków zwierząt. W związku z tym, dzieci od małego uczy się szacunku do natury i tego, że jeżeli na przykład wchodzimy do lasu, to jesteśmy tam gośćmi i obowiązują nas zasady szacunku dla zwierząt. Już pięciolatki wiedzą, że nie wolno dokarmić dzikich zwierząt, że jak spotka się na swojej drodze węża, to należy zachować spokój i się nie ruszać i że to te meduzy z niebieskimi parzydełkami należy omijać szerokim łukiem.

Twoje córeczki są dwujęzyczne. Jak się porozumiewacie w domu?

Zdecydowaliśmy się z mężem obrać najbardziej polecaną do wychowania dzieci dwujęzycznych metodę, polegającą na tym, że każdy rodzic mówi do dzieci w swoim języku. Ja mówię do dziewczynek prawie wyłącznie po polsku, nawet gdy mąż jest w domu. Dzięki temu również mąż nauczył się sporo polskiego. Mówię natomiast do dziewczynek po angielsku, jeżeli jesteśmy w towarzystwie ludzi mówiących po angielsku, czyli w sklepie, czy w przedszkolu. Dziewczynki naturalnie mówią do mnie wyłącznie po polsku.

Pracowałaś w wielu miejscach, a dzisiaj pracujesz na międzynarodowym lotnisku dla jednych z największych australijskich linii lotniczych. Jak Twój pracodawca wspiera pracujących rodziców?

Środowisko, w którym pracuje jest dosyć specyficzne. Większość moich koleżanek w pracy to również mamy, dlatego też wszyscy pracownicy traktowani są tak samo.

Pracodawcy w Australii starają się przede wszystkim oferować rodzicom elastyczne godziny pracy. Gigant telekomunikacyjny Telstra, wycofał kilka lat temu pracę w godzinach 9-17 i oferuje elastyczne godziny pracy na każdym stanowisku. Pracodawcy coraz częściej zdają sobie sprawę z tego, że oferując atrakcyjne warunki pracy, zyskają z czasem reputację „employer of choice”, czyli pracodawcy, dla którego ludzie chcą pracować. Szef mojego męża często prosi go, aby zabrał mnie i dzieci na kolację w restauracji lub wycieczkę do zoo na koszt firmy.

Raz do roku natomiast firma zabiera wszystkich pracowników z rodzinami na imprezę świąteczną w tropikalnym stanie Queensland i pokrywa koszty podróży samolotem, wynajęcia samochodu itd. W czasie wspólnej imprezy, dyrektor firmy oficjalnie dziękuje nie tylko pracownikom, ale również ich żonom za wspieranie swoich partnerów w pracy przez cały ubiegły rok. Niektórzy pracownicy sponsorują prezenty świąteczne dla dzieci swoich pracowników.

Duże firmy czasem zatrudniają zewnętrzne firmy do pomocy, które zajmują się doradztwem i pomocą rodzicom pracownikom w znalezieniu odpowiedniego przedszkola dla dziecka, w zaplanowaniu urlopu macierzyńskiego czy powrotu do pracy. Udowadniają tym samym, że traktują rodziców poważnie. Istnieją również firmy budujące przedszkola na swoim terenie, które są dostępne właśnie dla dzieci pracowników.

Znam jednak mnóstwo pracujących mam, których pracodawcy nie oferują żadnych ulg czy przywilejów dla rodziców. Powiedziałabym wręcz, że jakiekolwiek przywileje dla pracujących rodziców w pracy należą w Australii do mniejszości.

Prowadzisz blog www.polkawaustraliipisze.com, w którym dzielisz się swoim życiem na emigracji. Jak wygląda taki Twój zwykły dzień? Jak godzisz wszystkie swoje obowiązki?

Mój dzień zaczyna się, gdy wszyscy jeszcze śpią, na ogół między 4 a 6 rano, ponieważ życie na lotnisku zaczyna się jeszcze przed wschodem słońca. Mój mąż zawozi starszą córkę do przedszkola, sam jedzie do pracy, a do młodszej przychodzi niania. Gdy wracam z pracy jem obiad z młodszą córką, wspólnie wykonujemy domowe obowiązki i jedziemy odebrać starszą córkę z przedszkola. Idziemy razem na plażę, spacer albo plac zabaw, następnie całą rodziną jemy kolację i już o 19.30 razem z dziećmi idę spać, żeby następnego dnia ze względną łatwością znowu wstać przed wschodem słońca. W weekendy dochodzą do tego lekcje pływania dla dziewczynek i spotkania z przyjaciółmi na grilla.

Za co lubisz Australię i Australijczyków? Co cenisz najbardziej?

W Australii uwielbiam przyrodę i jej wyjątkową różnorodność. Każdy stan Australii oferuje coś innego. Niewątpliwym atutem Australii jest również jej klimat. Piękna australijska pogoda bardzo ułatwia wychowanie dzieci, ponieważ zdecydowaną większość roku spędzamy na dworze, jeździmy na rowerach, chodzimy na plażę, na piesze wycieczki po parkach krajobrazowych, na biwaki.

Australijczycy są zdecydowanie zrelaksowanym, uśmiechniętym i optymistycznym narodem. Taka mentalność społeczeństwa sprawia, że codzienne życie jest przyjemne, ludzie są życzliwi, pomocni. Optymizm jest zaraźliwy, tak samo zresztą jak jego brak.

Odpowiada mi również poczucie wolności na każdej płaszczyźnie życia. Tu nikogo nie interesuje jaką i czy w ogóle jakąkolwiek religię wyznajesz. Myślę, że bardziej od ludzkiej powierzchowności, wyznawanej religii czy upodobań politycznych, liczy się – mówiąc ogólnie – to, jakim jesteś człowiekiem, jakimi kierujesz się wartościami, czy jesteś zwyczajnie dobry.

Czy myślisz o tym, że kiedyś wrócisz do Polski? Gdzie chciałabyś żeby jako dorosłe kobiety mieszkały Twoje córki?

Chciałabym, żeby moje córki były zdrowe i szczęśliwe, a mieszkać mogą, gdzie tylko zechcą i nie będzie to moja decyzja. Kto wie, być może wybiorą właśnie Polskę.

Tęsknisz za Polską?

Mój dom, życie i sprawy są aktualnie w Australii. Kocham Polskę i odwiedzanie jej sprawia mi dużo radości, ale nie mogę powiedzieć, że tęsknię za Polską, bo według mnie tęsknota zwyczajnie nie ma sensu. Kiedyś tęskniłam, ale dzisiaj staram się żyć świadomie i w pełni, tu i teraz. Tęsknota jest naturalna, ale może być niebezpieczna, więc wydaje mi się, że będąc emigrantką, lepiej tę tęsknotę świadomie kontrolować. Poza tym ja chyba zwyczajnie nie mam czasu tęsknić.

Długa zrobiła nam się ta rozmowa 🙂 Powiedz na koniec jeszcze, co lubisz jeść i gotować w Australii? Gotujesz po polsku, czy inspirujesz się kuchnią australijską?

Mieszkając w Sydney mam dostęp do dosłownie wszystkich kuchni świata i próbuje nowych smaków notorycznie. Co jest wspaniałe, to fakt, że dzięki ogromnej wielokulturowości Sydney, jedzenie jest tu w pełni autentyczne. Uwielbiam kuchnię tajską z jej odważnymi smakami. Ostatnio zajadam się w kółko laksą z tofu.

Uwielbiam również idealną w swej prostocie kuchnię japońską. Do polskich restauracji nie chadzam, bo sama potrafię ugotować smaczne polskie dania. W domu gotuję najczęściej polskie klasyki, takie jak pomidorówka czy gołąbki, bo dzieci i mąż uwielbiają polskie jedzenie. Równie często gotuję typowe australijskie dania, takie jak makarony z owocami morza, zupa z dyni czy Chicken „Parma” Parmigiana, czyli piersi z kurczaka zapiekane z serem i sosem pomidorowym.

Od jakiegoś czasu staramy się jednak zminimalizować ilość mięsa, które jemy, większość naszych kolacji jest wegetariańska. Korzystamy z dostępnych przez cały rok świeżych owoców i warzyw i na nich planujemy nasze potrawy. Aktualnie mamy lato i zajadamy się codziennie czereśniami, awokado, batatami i lepkim, soczystym mango.

Dziękuję Ci za rozmowę.

Rozmawiała: Ewa Moskalik Pieper

Zdjęcia: archiwum prywatne Żanety

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Ewa Moskalik - Pieper
Redaktor portalu Mamo Pracuj. Prywatnie spełniona, pełnoetatowa mama dwóch wspaniałych synów i żona, starająca się znaleźć swój patent na work - life balance. Absolwentka UJ. Miłośniczka kina, muzyki i książek.

Podróż z dziećmi do Indii: 7 zachwytów, 7 zaskoczeń i 3 rozczarowania

Dzisiaj mijają dwa tygodnie odkąd znów jesteśmy w Polsce. Indyjska przygoda za nami… choć nadal trudno nam w to uwierzyć. „Jak to, że już „po”?” - tyle przygotowań, niepewności, potem nowości i wspaniałych przeżyć i to już koniec? Postanowiłam spisać moje zachwyty, zaskoczenia i rozczarowania, aby nic nam nie umknęło - i podzielić się nimi z Tobą!
  • Agnieszka Kaczanowska - 16/04/2019
Podróż z dziećmi do Indii - Agnieszka z dziećmi

Podróż z dziećmi do Indii, a dokładniej trzy miesiące w Goi (poprawnie) – na Goa (potocznie)

Trzy miesiące. I mało i krótko zarazem. Mogłabym godzinami opowiadać 😉 Ale nie bój się, nie zanudzę Cię, bo postanowiłam podzielić się tylko najważniejszymi zachwytami, zaskoczeniami i rozczarowaniami z naszej podróży. Miałam sporo wyobrażeń, pewnie tak jak i Ty, ale też różnych lęków i obaw myśląc o Indiach. Gotowa?

Zachwyt 1: Pogoda

Dla mnie cudowna. Słońce praktycznie każdego dnia (2 dni, w trakcie 3 miesięcy były bardziej pochmurne), temperatura 26-33 stopnie i nie było gorąco! No dobra, ja uwielbiam ciepło 😉 Lekki wiaterek wiał, a powietrze było suche. Dla mnie idealnie. Dopiero ostatnie dni marca, tuż przed naszym powrotem, było coraz cieplej i ciało cały czas było lekko wilgotne. W maju zawita tam monsun… Podobno teraz jest już za gorąco…

Zachwyt 2: Jedzenie

Wiedziałam, że lubię kuchnię indyjską, choć znałam ją wyłącznie w wersji polskiej… ale pokochałam. Masale w niezliczonych odsłonach, i moja ulubiona paneer butter masala, do tego ryż tak sypki i długi jakiego w życiu nie widziałam, przepyszne warzywa w surówkach czy na ciepło. Raj dla wegetarian 😉 Bo w tej części Indii, w której byliśmy łatwiej znaleźć restaurację wegetariańską niż no-veg! Choć nie ukrywam, że chętnie podjadałam dzieciom ich ukochane butter chicken masala 😉

Mój mąż nie podziela mojego zachwytu – więc to bardzo subiektywne…

Zaskoczenie 1: Chili

Nie wiedziałam, że jedzenie ostrych potraw to taka przyjemność. Kiedy w ustach czuć przyjemne pieczenie, oczy lekko łzawią i z nosa leci 😉 A myślałam, że ja nie lubię ostrych potraw! Co więcej dzieci też polubiły i całkiem zmienił się nam smak… Teraz każdy prosi, aby dodawać więcej chili do jedzenia!

Rozczarowanie 1: Śmieci

Są wszędzie. Jest ich dużo. To dla Europejczyka spory szok. Przez dwa tygodnie miałam ochotę zbierać je po drodze, choć i tak za chwilę pojawiłyby się nowe. To jest o tyle ciekawe, że każdego ranka w hinduskich domach i przed nimi, odbywa się rytuał sprzątania, a przed wejściem do domu obowiązkowo zdejmuje się buty. A śmieci są wszędzie. Nawet pan, który zbiera śmieci (segregując) gubi je po drodze i zupełnie się tym nie przejmuje… Nie raz nie dwa było tak, że coś wyrzuciłam do kosza, a potem znajdowałam to po drodze… Po 3 tygodniach pobytu nauczyliśmy się po prostu nie patrzeć na śmieci, ale chyba zawsze nas to będzie ruszać.

Zaskoczenie 2: Indian time

Lubię mieć różne sprawy pod kontrolą, zaplanować, przemyśleć i przewidzieć co i jak. W Indiach się nie da. Po prostu. Zbyt wiele rzeczy dzieje się nie w czasie umówionym, ale wtedy kiedy się dzieje… „Indian time”. Skuter ma być dzisiaj? Ok. Nie ma? Acha. A kiedy będzie? Jutro. Acha. I tak czekałam ze dwa tygodnie 😉 I wiesz, już po pierwszym tygodniu poczułam przyjemną ulgę, że wcale nie muszę kontrolować, denerwować się czy wkurzać. I że jak coś idzie nie tak, jak miało być, to nie jest problem, tylko inna opcja i tyle. Ileż stresów mnie w ten sposób ominęło! Teraz próbuję zatrzymać tą umiejętność choć nie jest łatwo…

Zachwyt 3: Morze

Morze Arabskie. Piękne. Plaża pias(czysta), z palmami i bardzo pusta (w części, w której mieszkaliśmy). Godzinami mogłam gapić się na fale 😉 A myślałam, że jestem bardziej „górska”.

Zaskoczenie 3: Internet

Wiele razy słyszałam, że w Indiach słabo z internetem. Ale wiedziałam też, że muszę go mieć – choćby nie wiem co – aby pracować! No i się udało. Czasem był w telefonie, czasem przez WiFi, czasem go nie było… Wtedy ratowałam się internetem w knajpkach 😉 Raz nie było nigdzie, bo ktoś strajkował! A kilka razy nie było internetu, bo była „bad weather” i słaby sygnał… Ale dałam radę! A właściwie to dałyśmy radę, bo mój internet miał nieraz wpływ na cały „mamopracowy” zespół.

Zaskoczenie 4: Ruch lewostronny

Nie byłam na to gotowa. Wiedziałam, że czeka mnie nauka jazdy na skuterze, ale nie wiedziałam (pewnie mogłam się domyślić), że w Indiach jest ruch lewostronny. Bałam się, ale zastosowałam opcję „jakoś to będzie” i było! Bardzo dobrze. No może kilka razy prawie wylądowałam na murze, albo rowie czy krowie, ale obyło się bez wypadków – na szczęście 😉 Wiatr rozwiewał mi włosy, trójka dzieci mogła jechać ze mną i było super! Szkoda, że w Krakowie skuterem zbyt niebezpiecznie, no i z trójką dzieci daleko bym nie zajechała…

Rozczarowanie 2: Angielski

No dobrze. Przyznam się. Miałam nadzieję, że podszkolę się w angielskim. Wygrzebię go z czeluści mojego mózgu, ale niestety. Nie było takiej potrzeby. Codzienna komunikacja była bardzo prosta, wielu Hindusów słabo mówi po angielsku (choć to język urzędowy), więc czasem musiałam mówić bardzo prostym językiem, abyśmy się zrozumieli, a i to nie gwarantowało powodzenia 😉 Podsumowując, może trochę przewietrzyłam nieco swój angielski – ale nie za dużo! A szkoda.

Rozczarowanie 3: Słodycze

Nie uwierzysz ale przez 3 miesiące nie jadłam dobrego deseru… no chyba, że upiekłyśmy brownie 😉 Serio. Słodycze indyjskie zupełnie nam nie smakowały. Być może nie trafiliśmy na nic dobrego – nie przekreślam wszystkich deserów w Indiach – ale te, które próbowaliśmy były tak słodkie, twarde, suche że aż niedobre… Generalnie cukru jest sporo w napojach, ciastkach i cukierkach, dużo więcej niż w tych samych produktach w Europie.

Za to owoce… bajka!

Zaskoczenie 5 i zachwyt 4: Dziewczynki w szkole

Zosia i Helenka nie bez obaw szły pierwszego dnia do szkoły. Zastanawiały się: jak to będzie rozmawiać tylko po angielsku? A czy wszystko zrozumieją? A co jeśli nie będą wiedziały o co chodzi?

Ja myślałam: A nie za gorąco tam? W końcu lekcje w szałasach… Czy nie zapomną o piciu wody? No i czy aby to bezpieczne, że cały dzień będą na plaży beze mnie (piątek był beach day?). Jak się okazało były też inne Polki, więc polski był w ruchu, a o wszystko inne dbali nauczyciele 😉 wracały zmęczone i szczęśliwe!

Zaskoczenie 6: Krzyś w przedszkolu

To było trudne. Nasz Krzyś (l. 5) w Polsce rok adaptował się do przedszkola, i nie lubił się z nami rozstawać. Dość naiwnie założyłam, że w Indiach może będzie inaczej… Nie było. I choć miał w przedszkolnej grupie trzech kolegów z Polski, a na terenie placówki kolejną piątkę polskich dzieci (siostry były w innej szkole), to każdy poranek był trudny. Nie pomagały przytulaski, dużo czasu razem popołudniami, zapewnienia o naszej miłości. Było ciężko. Choć wracał radosny i pełen opowieści o zabawach w błocie, małych małpkach, które regularnie ich odwiedzały, rzucaniu kamieni i bazach, które zbudował; rozstania były trudne.

Do czasu, aż…

Zachwyt 5: Córka

Zosia sama zdecydowała się zmienić szkołę, aby być z Krzysiem. Aby jemu było raźniej! To było bardzo piękne i dojrzałe, choć wcale nie takie łatwe dla niej. Jak się później okazało, ta zmiana była i dla niej korzystna. W pierwszej szkole obyła się z językiem i spokojnie się komunikowała, używając oczywiście także rąk i nóg ;-). W nowej szkole trafiła do klasy ze starszymi dziećmi od siebie, mówiła wyłącznie po angielsku, uczyła się matematyki, geografii, angielskiego i francuskiego – oczywiście po angielsku. I choć wracała jeszcze bardziej zmęczona i brudna, to widziałam w oczach dumę z samej siebie!

Helenka też stanęła na wysokości zadania i choć została w szkole bez siostry, czego się bała (w końcu we dwie raźniej) bardzo dzielnie i odważnie zaprzyjaźniała się z coraz większą grupą dzieci z całego świata!

Zachwyt 6: Ludzie

Moje doświadczenia wskazują na to, że Hindusi to bardzo dobrzy ludzie. Lubią dzieci, są serdeczni, uśmiechnięci i choć wielu z nich wiedzie bardzo skromne, lub nawet biedne życie, są pogodni. Przynajmniej my takich spotykaliśmy każdego dnia. Bałam się o bezpieczeństwo dzieci w obcym i dalekim kraju, a to było zupełnie niepotrzebne.

Zachwyt 7: Zaufanie

Przed wyjazdem bałam się, że ktoś nas może chcieć oszukać, okraść czy naciągnąć. Ale przebywając wśród Hindusów, dając się wozić, leczyć czy powierzając swoje dzieci, czułam się najbezpieczniej w życiu.

Może mieliśmy szczęście do ludzi? Może po prostu nic złego nas nie spotkało? No chyba, że ktoś nas tak oszukał, że dotąd się nie zorientowaliśmy 😉

Zaskoczenie 7: Praca zdalna

Miałam nadzieję, że się uda. Takie było założenie. Ale też sporo obaw. A okazało się, że zupełnie niepotrzebnie. To nie tak, że nie było kłopotów, czy jakiś trudniejszych momentów – były. Zespół w Krakowie, a ja daleko, 4,5 h różnicy czasu. Dziewczyny dopiero się rozkręcały z działaniami ok. 10:30, a ja już kończyłam, bo zbliżała się 15:00 i czas odbierać dzieci. Ale wypracowałyśmy sobie rytm pracy. Planowałyśmy lepiej rozmowy, i czy był dobry czy zły internet, dawałyśmy radę rozmawiać i prowadzić wszystkie działania. A ja upewniłam się, że mamy super zespół! Dzięki dziewczyny!

To był niesamowity czas. Bardzo bogaty w doświadczenia i przeżycia. Czy coś się zmieniło w nas na lepsze? Zobaczymy!

A jeśli jesteś ciekawa, gdzie jest Goa, i upewnić się, że to nie jest wyspa 😉 kliknij tutaj >>>

A wiesz jak tam trafiliśmy? Jeśli nie, to zapraszam jeszcze tutaj 😉

Chcesz o coś zapytać napisz do mnie: [email protected]

Zdjęcia: Agnieszka Czmyr-Kaczanowska

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Agnieszka Kaczanowska
Współzałożycielka mamopracuj.pl, od dziesięciu lat rozwija swoje umiejętności łączenia życia rodzinnego i zawodowego i nawet jej to wychodzi! Lubi wyzwania i cieszy ją kiedy pracodawcy znajdują świetnych pracowników. Mama wesołej trójki, żona i miłośniczka kotów.  

Wynagrodzenie po urlopie macierzyńskim

Jednym z najczęściej pojawiających się pytań na etapie powrotu do pracy po urlopie, jest kwestia wynagrodzenia. Na jakie wynagrodzenie może liczyć? Co z dodatkami i premiami? Czy nadal przysługuje samochód służbowy?
  • Marzena Pilarz-Herzyk - 14/04/2019
mama z córeczką

W powyższej sytuacji należy rozpatrzyć kilka różnych sytuacji.

Powrót do pracy po urlopie macierzyńskim

W sytuacji, w której wracasz do pracy po urlopie macierzyńskim/rodzicielskim pracodawca ma obowiązek zapewnienia Ci wynagrodzenia takiego, jakie byś posiadała nie mając przerwy w pracy spowodowanej urlopem. W praktyce więc przysługują Ci również podwyżki, które otrzymałabyś, gdybyś nie była na urlopie.

Poniżej sprawdź kilka przykładów.

W czasie, gdy przebywałaś na urlopie, Twój zespół otrzymał 5% podwyżkę. Nie miały na nią wpływu wyniki indywidualne. Czy taka podwyżka wynagrodzenia powinna zostać uwzględniona po powrocie do pracy? TAK.

Przed przerwą urlopową miałaś wypracowane wyniki, przeszłaś pozytywnie ocenę roczną, ale zmiany umów nastąpiły w czasie, gdy Ty byłaś już na urlopie.
Czy Twoja umowa mogła zostać zmieniona podczas urlopu? TAK. Zmiana umowy może zostać dokonana w czasie urlopu. Podwyżka jednak nie przełożyłaby się na  wysokość zasiłku.

Czy Twoje wynagrodzenie powinno zostać zmienione po urlopie? TAK. Jeśli Twoja umowa nie została zmieniona w czasie urlopu, powinno to zostać zrobione tuż po Twoim powrocie do pracy.

Przed urlopem awansowałaś na stanowisko managerskie i zgodnie ze stopniami awansu w firmie od tego stanowiska przysługuje samochód. Po powrocie do pracy zmieniono Ci stanowisko pracy, ale w nowym dziale nie ma samochodów służbowych. Co z Twoim samochodem? Pamiętaj, że nadal masz ten sam stopień managerski, gdyż po powrocie nie można obniżyć stanowiska pracy (nowe stanowisko musi być zgodne z kompetencjami). To oznacza więc, że nadal zachowujesz
prawo do korzystania z samochodu służbowego.

Przed urlopem otrzymywałaś premię za określone dodatkowe zadania, zlecane przez przełożonego. Po powrocie z urlopu nie otrzymujesz już tych zadań, z racji powiększenia zespołu pracowniczego. Czy premia nadal Ci przysługuje? NIE. Nawet jeśli przed urlopem był to długi okres, mimo wszystko były to zadania ponad Twój standardowy zakres obowiązków i z tym wiązała się premia. Jeśli pracodawca nie ma w tej chwili dodatkowych zadań premiowanych dla Ciebie, premia nie będzie przysługiwała.

Powrót do pracy po urlopie wychowawczym

Nieco inaczej, niż powyżej wygląda sytuacja Twojego powrotu po urlopie wychowawczym. Tutaj bowiem, pracodawca nie może obniżyć Twojego wynagrodzenia. Nie ma jednak obowiązku uwzględniania ewentualnych podwyżek, które otrzymałabyś, gdybyś nie przebywała na urlopie.
A co zrobić w sytuacji, gdy bezpośrednio po urlopie macierzyńskim, wykorzystałaś urlop wychowawczy? Czy podwyżki za ten czas przysługują? Przepisy nie regulują wprost tej sytuacji.

Moim zdaniem należy jednak uwzględnić podwyżki, które przysługiwałyby za czas urlopu macierzyńskiego, natomiast już nie za okres urlopu wychowawczego.
Nie ma tutaj znaczenia, że formalnie wracasz z urlopu wychowawczego, gdyż wykorzystałaś go bezpośrednio po macierzyńskim.

Zdjęcie: 123 rf

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Marzena Pilarz-Herzyk
Na co dzień mama dwóch synów Oskara i Oliwiera. Z wykształcenia prawnik. Z zamiłowania artystka. Zawodowo przez kilka lat związana z zarządzaniem przedsiębiorstwami, procedurami prawnymi i finansowymi. Od 2018 postanowiła zawodowo zająć się doradztwem prawnym przede wszystkim kobietom, mamom, rodzicom, ale również mniej świadomym swoich obowiązków pracodawcom. Prowadzi stronę mamaprawniczka.pl.
Chcę otrzymywać inspiracje, pomysły i sugestie jak pracować i nie zwariować.
Newsletter wysyłamy raz na 2 tygodnie
Może Cię zainteresować także:
Uwaga. Strona wykorzystuje pliki cookies. Informacje uzyskane za ich pomocą wykorzystywane są w celach statystycznych. Pozostając tu godzisz się na ich zapisywanie w Twojej przeglądarce. ×

Email marketing powered by FreshMail
 

Email marketing powered by FreshMail
 

Email marketing powered by FreshMail