Czego szukasz

Żyję po włosku w Polsce – wywiad z Anią z Primo Cappuccino

„Rób, co możesz. Tam, gdzie jesteś. Z tego, co masz” – mówi Ania Myszkowska, autorka bloga Primo Cappuccino, która codziennie uczy się żyć po włosku w Polsce i taką ideą zaraża swoich czytelników. „Otwartość na innych, życie ze sobą, a nie obok siebie, wspólne wyprawy do baru na kawę i świętowanie nawet najmniejszej okazji z przyjaciółmi sprawia, że życie cieszy każdego dnia”.

  • Joanna Gotfryd - 06/12/2017
Anna Myszkowska, autorka bloga Primo Capuccino na hamaku

Aniu, pewnie już nieraz odpowiadałaś na to pytanie – dlaczego zaczęłaś pisać bloga Primo Cappuccino? I dlaczego właśnie taka nazwa?

Zgadza się, o nazwie opowiadam niemal za każdym razem. A wydawała mi się taka oczywista 😉

Zaczęłam pisać bloga, gdy moje drugie dziecko skończyło rok. To był bardzo intensywny czas i to cappuccino, dosłownie i w przenośni, było chwilą zatrzymania się w ciągu dnia, zaczerpnięcia z chwili, która trwa, i uświadomienia sobie, że to moje tu i teraz to najlepsze, co mam. I tylko na to mam wpływ.

Dziś Primo Cappuccino uczy mnie, że można mieć wszystko, tylko nie wszystko na raz. To trochę jak ta pierwsza kawa po przekroczeniu włoskiej granicy. Piję ją na stacji przy autostradzie – to co najlepsze we Włoszech już mnie otacza, ludzie, smaki, podejście do życia. A jednak wiem, że za chwilę to się zmieni, będzie inaczej, odwiedzimy inne miejsce, ale nadal będzie pięknie.

A miłość do Włoch – dlaczego akurat Włochy? Co Cię urzekło właśnie w tym kraju? I kiedy to było?

Wcale nie podczas pierwszej podróży. Jak wynika z opowieści moich czytelników, miłość do Włoch rzadko trafia się od pierwszego wejrzenia. Czasem dopiero za którymś razem dopada Wirus Włoskiego Bakcyla (nazwa własna), czasem dopiero podczas nauki języka.

U mnie miłość do Włoch zaczęła się od starożytnego Rzymu i lektury powieści „Znamię lwa”. Kiedy zdałam maturę i przeszłam egzaminy na studia, dostałam propozycję wyjazdu do Włoch.

Długo się nie zastanawiałam! I oczywiście, wzięłam tę książkę w podróż. Z tego też powodu nie pamiętam żadnych widoków zza okna. Całą podróż byłam pochłonięta lekturą, żeby zdążyć przeczytać ją powtórnie, nim dojedziemy do Rzymu 🙂

Po zwiedzaniu Rzymu nie pamiętałam nic poza Koloseum i Forum Romanum. Tak mocno zafascynowała mnie możliwość przeniesienia się w czasie do realiów z powieści.

Po powrocie nadszedł czas studiów i innych pasji, ale podróże zawsze miałam we krwi, więc ten czas był świetny pod kątem szalonych wyjazdów.

Na drugim roku postanowiłam rozpocząć naukę włoskiego, a rok później intensywny kurs pilotażu.

Gdzieś w głowie zawsze miałam wizję podróży do Włoch jako sposobu na życie. Nie miałam jeszcze wtedy pojęcia, że można też żyć po włosku, w Polsce.

Czytając Twojego bloga i newslettery myślę sobie, że duńczycy mają hygge, a Ty takie hygge w wydaniu polsko-włoskim nam serwujesz… nie jesteś narzekającą matką polką… czy to zasługa zanurzenia we „włoskim styku życia”? Skąd czerpiesz ten zachwyt nad życiem?

Chyba z poczucia, że nie żyjemy wiecznie. I jeszcze z pewności, że nie jestem w tym wszystkim sama. Mówi się, że gdy czujesz, że przed tobą już tylko ściana, to masz do wyboru zwiesić głowę i spojrzeć w dół a możesz też wznieść oczy w górę i tam szukać ratunku. Mi zawsze pomaga to drugie wyjście.

Mój tata od zawsze wpajał mi, że „nie ma rzeczy niemożliwych”, ale jest też niebieski Tata, a On w ogóle może wszystko. To czym ja mam się martwić?

Ktoś może pomyśleć, że to dość infantylne. Ale ja już w życiu sporo przeszłam. Śmierć brata, dwie ciężkie operacje u męża, w tym druga w momencie, gdy byłam wysoko w ciąży i nie miałam żadnej pewności, że po zabiegu się jeszcze zobaczymy.

Tych sytuacji było dużo więcej. Z każdej wychodziłam mocniejsza, i jeszcze bardziej pewna, że sama nie muszę tego dźwigać. Że mogę pozwolić sobie na ufność, i że z każdej, nawet najbardziej beznadziejnej sytuacji Bóg wyprowadza dobro.

To jest główny powód, dla którego dziś zamiast wiecznych pretensji, mam w sobie tę radość. A ona trwa dłużej niż dobry nastrój i tli się nawet wtedy, gdy mam fatalny dzień. Rozwala serce od środka i tylko dlatego widać ją na zewnątrz.

I jeśli udaje mi się nią subtelnie zarażać w tym, co piszę, to znaczy, że nie piszę na darmo. Dobrze to wiedzieć.

Trudne sytuacje w życiu nauczyły mnie też podejścia: Rób, co możesz. Tam, gdzie jesteś. Z tego, co masz. Dzięki temu, dziś widzę przede wszystkim szanse, nie ograniczenia.

Pięknie powiedziane! Biorę to dla siebie!
Masz 3 małych dzieci. Jak dużo czasu poświęcasz na blogowanie? Jak wygląda Twój typowy dzień?

Staram się zmieścić w 2-3 godzinach dziennie, ale wiadomo, że czasem poświęcam na bloga i działania wokół marki nawet cały dzień, a czasem robię sobie wolne. I choć zdarza się, że zatęsknię za normowanym trybem pracy (zwłaszcza, gdy nagle wszyscy się rozchorują i człowiek ma ochotę uciekać na księżyc), to ta elastyczność mi odpowiada.

Czasem piszę do upadłego, robię jedno działanie za drugim, bo mam swoje terminy i zobowiązania. A czasem zupełnie luzuję podejście i skupiam się na rodzinie.

Na przykład rok temu, po urodzeniu synka, przez dwa miesiące niemal wyłączyłam się z blogowania. To samo dzieje się, gdy wyjeżdżamy w podróż, gdy są święta, a także w niemal każdy weekend. To moje zasady i długo dążyłam do tego, bym mogła dyktować warunki, a nie musiała całe moje prywatne i rodzinne życie podporządkowywać pracy.

Jestem przede wszystkim mamą, ale… nie tylko mamą 🙂 I myślę, że jedna i druga myśl trzyma mnie we względnej harmonii zarówno w macierzyństwie, jak i w działalności zawodowej.

Czy blog jest Twoją działalnością biznesową? Na czym w takim razie zarabiasz?

Nie jest to moje główne źródło dochodów, ale tak, zarabiam na działaniach związanych z Primo Cappuccino.

To jest przede wszystkim współpraca z markami, sieci afiliacyjne czy usługi dla klientów indywidualnych, np. tworzenie planów/projektów podróży dla osób, które chcą podróżować na własną rękę, ale nie mają czasu lub wiedzy, by taką podróż w pełni przygotować.

Przymierzam się także do wypuszczenia w świat własnego przewodnika, na razie w formie ebooka, ale kto wie, jak to się wszystko rozwinie i ile dobrego przyniesie przyszłość 🙂

Jaki jest sekret prowadzenia takiego fajnego bloga 🙂 ?

Podchodzę do czytelników tak, jak podchodzę do uczestników wyjazdów. Przede wszystkim bardzo ich lubię i traktuję jak dobrych znajomych 🙂 Poza tym, jak mało kto rozumiem ich włoską pasję i tworzę dla nich miejsce, gdzie mogą odetchnąć od codziennych problemów i poczuć się jak we Włoszech, gdziekolwiek teraz są.

To interakcje z odbiorcami są dla mnie paliwem do dalszego tworzenia, ich potrzeby, często ich wdzięczność.

Dziś mam z nimi kontakt zarówno na blogu, gdzie komentarze są często dłuższe i ciekawsze niż same wpisy, ale także w Kawowych Listach (newsletterach), które wysyłam dwa razy w miesiącu, na fanpage’u, Instagramie, a od dwóch lat także w grupie na Facebooku, która jest prawdziwą kopalnią inspiracji, wiedzy i świetnego włoskiego klimatu, który tworzę już nie tylko ja, ale i kilka tysięcy osób zafascynowanych Italią.

To powoduje, że również ja mnóstwo się od nich uczę i nieustannie się rozwijam. W tym miejscu rozmawiam z ludźmi na comiesięcznych transmisjach live, a w ostatnim tygodniu spotkaliśmy się w Toruniu na żywo. Myślę, że te spotkania na żywo, w różnych miejscach Polski to jest to, w co chcę się zaangażować w przyszłym roku. Czuję, że to dla Primo Cappuccino właściwy kierunek i potwierdzenie idei, które promuję od lat.

Pracowałaś wcześniej jako pilot wycieczek. Czy zdarza Ci się jeszcze pilotować wycieczkę do Włoch, czy jeździsz do Italii tylko prywatnie? Które miejsce we Włoszech możesz śmiało nazwać swoim drugim domem?

Tak, pracowałam jako pilot od czasu studiów. Wróciłam do pilotażu, gdy moje starsze dzieci nieco odrosły od ziemi 😉 Wówczas musiałam zaangażować do pomocy kilka osób, zmieniać się z mężem w opiece nad dziećmi, ale udało się to zorganizować w taki sposób, by wszyscy byli zadowoleni.

Teraz mam przerwę odkąd urodziłam synka i jeszcze przez chwilę daję sobie spokój, bo to jest w tej chwili najlepsze dla nas wszystkich. Jednak działam w temacie bardzo aktywnie, a do czynnego pilotażu wrócę w swoim (najlepszym ku temu) czasie.

Na razie stawiam na prywatne podróże z rodziną 🙂 A co do pilotażu, dzięki Primo Cappuccino pilotuję miłośników Italii w sieci, i w tym kierunku ogromnie się realizuję.

Mój drugi dom? Spokojnie mogłabym osiąść w Sienie. Wszystko mi tam odpowiada, i społeczność, i lokalizacja, i zabytki, i urokliwe zaułki, o których mało kto słyszał, genialna historia, a nawet kolor! Siena palona to mój ulubiony odcień.

Ale miejsc, gdzie równocześnie mogłabym pomieszkiwać, jest więcej. To chyba temat na osobny wywiad 😉

Namawiać czytelniczek do wyjazdu do Włoch pewnie nie trzeba, większości z nas ten kraj kojarzy się bardzo dobrze. Jak „włoski styl życia” zastosować w Polsce, pytam o wersję dla mam?

Wszystko, co piszę na temat włoskiego stylu życia w Polsce to punkt widzenia nie tylko miłośniczki Italii, ale i mamy. Te rady są na tyle uniwersalne, że każdą z nich da się zastosować w momencie, gdy po domu biegają małe dzieci, ale także i wtedy, gdy pracuje się w korporacji.

Codziennie uczę się żyć po włosku w Polsce, dzięki czemu moje dni są o wiele prostsze i przyjemniejsze. Do Italii nie ciągnie mnie na każdym kroku, bo wychodzę z założenia, że bez sensu jest wiecznie tęsknić za Italią, skoro można jej namiastkę stworzyć sobie we własnym domu. Inaczej wciąż bym tęskniła zamiast cieszyć się życiem tu i teraz.

To co robisz?

Przede wszystkim to, za czym tęsknią wszyscy italofile. Otwartość na innych, życie ze sobą, a nie obok siebie, pozdrawianie siebie nawzajem, zagadywanie bez okazji, wspólne wyprawy do baru na kawę i świętowanie każdej, nawet najmniejszej okazji z przyjaciółmi przy winie.

To stawianie na być, zamiast tylko mieć. We Włoszech ważne jest jeszcze to, by nie tylko „być”, ale przede wszystkim „być razem”. Nie zamykać się w domu, tylko szukać okazji, by wyjść, spotkać się z ludźmi, nie czekać aż oni zrobią to pierwsi, tylko samemu być taką pobudzającą osobą. Takie podejście wyzwala ogromne pokłady entuzjazmu – w nas i w każdym, kto się z nami zetknie.

Lubię też tą moją lokalną społeczność, szukam małych firm z pasją, rzemieślników z talentem – przecież właśnie takie klimatyczne miejsca przyciągają mój wzrok we Włoszech.

Z tego powodu, robię zakupy w małych sklepach, gdzie jest czas na wymianę zdań z właścicielem, gdzie on dokładnie wie, co lubię kupować, ba, czasem pamięta imiona moich dzieci!

Korzystam z usług małych zakładów krawieckich, fryzjerskich itp., gdzie wracasz jak do starych znajomych, a nie tylko zostawiasz tam pieniądze.

W supermarketach też robię zakupy, a jakże. Ale staram się zawsze, by to nie był bezosobowy kontakt, bez zauważenia człowieka. Czasem wystarczy jeden mały żart, miła uwaga, bo ona należy się każdemu, z kim się stykamy w ciągu dnia.

Dzięki temu jest szansa, że ten drugi w społeczeństwie poczuje się choć odrobinę mniej samotny i niepotrzebny. Kto wie, komu „dzisiaj zrobimy dzień”? 😉

We Włoszech wystarczy, że przypadkowy przechodzień powie Ci coś miłego, a już czujesz, że dzień jest inny. Turyści nagle nie przeszkadzają tak, jak wcześniej, upał też jakby mniej doskwiera, nagle nie zauważasz śmieci na ulicach i masz ochotę iść, zrobić coś fajnego dla kolejnej osoby 🙂

Po prostu, cieszysz się życiem. Ale to nie tylko zasługa wspaniałych zabytków i genialnego jedzenia, ale przede wszystkim LUDZI, których spotykasz na drodze i interakcji, których nie zapomnisz do końca życia.

Tych włoskich kwestii na co dzień jest dużo więcej. Ale na pewno postawienie na rodzinę, na wspólne posiłki, na celebrację drobnych momentów w ciągu dnia, na nie odkładaniu najlepszych rzeczy na specjalną okazję.

Dziś jemy na najlepszych talerzach, jakie mamy w domu, pijemy wino z kieliszków i zapalamy świece bez okazji (zamiast tylko je odkurzać).

Im częściej czegoś używam, tym lepszej jakości powinno to być, właśnie dlatego, że stykam się z tym codziennie – dzięki podróżom do Włoch, nagle okazało się to takie logiczne.

Przy jedzeniu rozmawiamy głównie o jedzeniu i o tym, co nas spotkało w ciągu dnia. Telefony są wtedy daleko, tematy polityczne także.

Od takiego stołu nie chce się odchodzić, a tym bardziej uciekać na kanapę przed tv. Tv zresztą w domu nie mamy i również opisuję tego dobre strony, jakie na co dzień odczuwamy.

Dalej, szacunek do osób starszych, ale i traktowanie dzieci jak pełnowartościowe osoby, które mają swoje zdanie, swoje potrzeby, marzenia itp. One nie muszą się pokrywać z tym, co my, jako rodzice, uważamy za najwłaściwsze.

Uczymy się szanować wzajemnie swoje potrzeby, tłumaczyć to, co trudne i kochać z całych sił, mimo wszystko. To się z roku na rok coraz bardziej zwraca 🙂

Włosi uwielbiają dzieci. Nie zawsze jest to mądra miłość, czasem zwyczajne rozpieszczanie, ale na pewno je kochają, temu się nie da zaprzeczyć. Zobaczysz je w małych rodzinnych barach, biegające pod nogami rodziców, zobaczysz je na ulicznych festach i w każdej sytuacji codziennego życia.

Włoskie życie to także otaczanie się językiem włoskim (książki o Włoszech, filmy, radio czy muzyka). Gdy moje dzieci były mniejsze, a ja chciałam mieć kontakt z językiem, puszczałam im nawet Peppę po włosku (na blogu opisuję ten sposób nauki).

Co jakiś czas biorę się za nowy włoski przepis i robię rodzinną degustację. Mój synek jak tylko wchodzi do kuchni, woła: „czuję zapach kawy!” i od czasu do czasu buduje dla mnie z lego włoską flagę, ekspres do kawy lub robi pizzę z ciastoliny 😉

Chyba tak to sobie kiedyś wyobrażałam, że stworzę rodzinę, która się kocha i wspiera każdego dnia. Że wspólnie przeżywamy swoje pasje i zarażamy się nimi nawzajem. Że dobrze nam tu, gdzie jesteśmy, jeśli jesteśmy razem.

Bo nieważne gdzie, ważne z kim! A wtedy życie cieszy każdego dnia. I to jest najpiękniejsze.

Aniu dziękuję Ci za tę rozmowę i życzę wszystkiego włoskiego w życiu!

Chcesz poznać włoskie życie w polskim wydaniu? Odwiedź cudowny blog Ani >>>

Rozmawiała: Joanna Gotfryd

Zdjęcia: archiwum prywatne

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Joanna Gotfryd
Współzałożycielka portalu Mamo Pracuj, absolwentka UEK, z doświadczeniem zawodowym w dużym biznesie. Mama dwóch rozbrykanych dziewczynek. Pasjonatka górskich wycieczek i Italii w każdej postaci. Marzy o dalekich podróżach i zdobyciu Korony Gór Polski.
Podyskutuj

House manager w domu pełnym kosmitów

Przeczytałam wywiad z Justyną Walczak, niezwykłą, spełnioną mamą, opowiadającą o życiu w rodzinie z dziewiątką dzieci (i z dziesiątym w drodze...). „O, ludzie, to przecież niemożliwe!” – pomyślałam, mając sama na co dzień do ogarnięcia małe kosmitki w liczbie zaledwie dwóch. Niedowierzanie, podziw i ciekawość sprawiły, że czym prędzej postanowiłam kupić książkę. O wywiadzie opowiedziałam przyjaciółce, też mamie. „To jak rozmawiać z kosmitą...!” – skwitowała. Nie wiedziała o książce, a tym bardziej o jej tytule.
  • Natalia Małozięć - 17/04/2019

Multirodzina

Książka Justyny Walczak porusza ważną kwestię, a mianowicie problem społecznego postrzegania rodzin wielodzietnych. Autorka opisując własne doświadczenia i reakcje napotykanych osób, najczęściej pisze o współczuciu, czy upatrywaniu oznak patologii w posiadaniu licznego potomstwa. Kiedyś rodzenie dzieci uznawano za całkiem normalne zjawisko, bo i podobnych rodzin było więcej… Teraz jednak, wielu obywatelom w głowie się nie mieści, że można z wyboru zostać pełnoetatową multimamą i szczęśliwym multitatą. A to właśnie ich sposób na życie!

Poświęcić się pracy zawodowej, czy zrobić karierę w macierzyństwie? Justyna już zdecydowała. Autorka książki podkreśla, iż jest kobietą świadomą, realizującą swoje powołanie. Traktuje je jako konkretną pracę do wykonania. A uzyskany dyplom lekarza? Przy częstym udzielaniu pierwszej pomocy własnym i okolicznym dzieciakom, stał się bezcenny. Wynagrodzenie? Owszem, jest – „w postaci zwielokrotnionej miłości” – pisze Justyna.

Justyna pięknie wyraża się o swoich dzieciach. Używa wielu różnych określeń, a pod każdym z nich kryje się morze miłości. Ze wzruszeniem przewiduje moment, kiedy znów będą musieli z mężem przesiąść się do wozu w normalnym rozmiarze…

Inwazja kosmitów

Tytułowi „kosmici”, czy „obcy”, jak pisze o swojej gromadce Justyna, to główni bohaterowie, czyli Walczakowa gromadka. Wydają się być „obcymi”, kiedy zmieniają się, dorośleją i wyślizgują się z rodzicielskich sieci. Stają się samodzielni i zaczynają mieć własne zdanie. Ku zdziwieniu mamy, coraz częściej krytyczne, również i wobec domowych zasad. Wychowanie zaczyna stawiać coraz większe wyzwania. Trudno nadążyć, kiedy ma się w domu przedstawicieli wszystkich rozwojowych etapów. Kosmiczne perpetuum mobile.

Rodzicom wesołej gromadki też przydaje się kosmiczny pierwiastek. Muszą zaopatrzyć się w niespożyte pokłady energii, cierpliwości i pomysłów. Zarządzanie takim statkiem kosmicznym wyczerpuje, dając jednocześnie siłę na ciąg dalszy. Cieszy, śmieszy, wzrusza, denerwuje i pogrąża w otchłani rozpaczy. Na przemian i w kółko.

Sport ekstremalny

Justyna jednak nie narzeka i nie użala się nad sobą. Nie odkrywa przed nami wszystkich swoich emocji. W swojej rodzinnej opowieści jest prawie zawsze radosna i zdystansowana. Można podziwiać jej wypracowany, zdrowy dystans do błahych spraw. Tym bardziej, że odróżnienie problemów ważnych od całej reszty, wcale nie jest łatwe.

Autorka oszczędza nam nieodłącznej przecież, ciemnej strony medalu. Nawet kiedy wylicza powody wizyt na izbie przyjęć zaprzyjaźnionego już szpitala, robi to wydawałoby się, z uśmieszkiem na ustach. „(…) czujemy się szczęśliwi, mogąc uprawiać z mężem ten sport ekstremalny (…)” – podsumowuje.

Uważam, że jednym z lepszych fragmentów jest opis „porodowego współ-doświadczenia” ojca rodziny, Wojtka. Są spore emocje i wzruszenie.

Szkoła życia

Każdy członek Walczakowej rodziny przechodzi swoistą szkołę życia. Najtrudniejsze lekcje odrabia pewnie mama, dzielnie stawiając czoła codziennym multiwyzwaniom. W książce mamy garść dowcipnych opisów logistyczno-wychowawczych wirtuozerii oraz efektywnego manipulowania zasobami w wykonaniu Justyny. Wyrazy uznania należą się również tacie, który nie tylko stara się zapewnić rodzinie ważną część „zasobów”, ale dba o to, by być aktywnym tatą, kiedy to tylko możliwe.

„Progenitura” Walczaków nie ma wyboru. Czeka ją przyśpieszony proces dorastania. Mama i tata nie mogą być na każde zawołanie. Miłość i uwaga choć mnożone, są przede wszystkim dzielone. Podział obowiązków, dyżury i wspieranie (a z czasem i zastępowanie) mamy w wielu domowych pracach, wychodzi dzieciakom na dobre. Kochają się na zabój i kiedy trzeba, bez zastanowienia stają za sobą murem. Opieka nad młodszym rodzeństwem to dla nich inwestycja w rodzinną przyszłość.

Walczakowy kosmos to miejsce niezwykłe. Ciepłe i radosne. Tu nie ma mowy o nudzie. Nie ma też czasu na niepotrzebne rozmyślania. Jest tu i teraz, do dziesiątej potęgi!

Justyna Walczak „Dom pełen kosmitów”

Zdjęcie: 123 rf

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Natalia Małozięć
Absolwentka Wydziału Filozoficznego UJ. Psycholog dziecięcy i trener twórczości. Komponuje i prowadzi zajęcia dla dzieci. Od 2 i pół roku po uszy zanurzona w macierzyństwie. W codziennym ogarnianiu rzeczywistości pomagają jej poczucie humoru, marzenia i opisywanie tego, co się dzieje.
Podyskutuj

Podróż z dziećmi do Indii: 7 zachwytów, 7 zaskoczeń i 3 rozczarowania

Dzisiaj mijają dwa tygodnie odkąd znów jesteśmy w Polsce. Indyjska przygoda za nami… choć nadal trudno nam w to uwierzyć. „Jak to, że już „po”?” - tyle przygotowań, niepewności, potem nowości i wspaniałych przeżyć i to już koniec? Postanowiłam spisać moje zachwyty, zaskoczenia i rozczarowania, aby nic nam nie umknęło - i podzielić się nimi z Tobą!
  • Agnieszka Kaczanowska - 16/04/2019
Podróż z dziećmi do Indii - Agnieszka z dziećmi

Podróż z dziećmi do Indii, a dokładniej trzy miesiące w Goi (poprawnie) – na Goa (potocznie)

Trzy miesiące. I mało i krótko zarazem. Mogłabym godzinami opowiadać 😉 Ale nie bój się, nie zanudzę Cię, bo postanowiłam podzielić się tylko najważniejszymi zachwytami, zaskoczeniami i rozczarowaniami z naszej podróży. Miałam sporo wyobrażeń, pewnie tak jak i Ty, ale też różnych lęków i obaw myśląc o Indiach. Gotowa?

Zachwyt 1: Pogoda

Dla mnie cudowna. Słońce praktycznie każdego dnia (2 dni, w trakcie 3 miesięcy były bardziej pochmurne), temperatura 26-33 stopnie i nie było gorąco! No dobra, ja uwielbiam ciepło 😉 Lekki wiaterek wiał, a powietrze było suche. Dla mnie idealnie. Dopiero ostatnie dni marca, tuż przed naszym powrotem, było coraz cieplej i ciało cały czas było lekko wilgotne. W maju zawita tam monsun… Podobno teraz jest już za gorąco…

Zachwyt 2: Jedzenie

Wiedziałam, że lubię kuchnię indyjską, choć znałam ją wyłącznie w wersji polskiej… ale pokochałam. Masale w niezliczonych odsłonach, i moja ulubiona paneer butter masala, do tego ryż tak sypki i długi jakiego w życiu nie widziałam, przepyszne warzywa w surówkach czy na ciepło. Raj dla wegetarian 😉 Bo w tej części Indii, w której byliśmy łatwiej znaleźć restaurację wegetariańską niż no-veg! Choć nie ukrywam, że chętnie podjadałam dzieciom ich ukochane butter chicken masala 😉

Mój mąż nie podziela mojego zachwytu – więc to bardzo subiektywne…

Zaskoczenie 1: Chili

Nie wiedziałam, że jedzenie ostrych potraw to taka przyjemność. Kiedy w ustach czuć przyjemne pieczenie, oczy lekko łzawią i z nosa leci 😉 A myślałam, że ja nie lubię ostrych potraw! Co więcej dzieci też polubiły i całkiem zmienił się nam smak… Teraz każdy prosi, aby dodawać więcej chili do jedzenia!

Rozczarowanie 1: Śmieci

Są wszędzie. Jest ich dużo. To dla Europejczyka spory szok. Przez dwa tygodnie miałam ochotę zbierać je po drodze, choć i tak za chwilę pojawiłyby się nowe. To jest o tyle ciekawe, że każdego ranka w hinduskich domach i przed nimi, odbywa się rytuał sprzątania, a przed wejściem do domu obowiązkowo zdejmuje się buty. A śmieci są wszędzie. Nawet pan, który zbiera śmieci (segregując) gubi je po drodze i zupełnie się tym nie przejmuje… Nie raz nie dwa było tak, że coś wyrzuciłam do kosza, a potem znajdowałam to po drodze… Po 3 tygodniach pobytu nauczyliśmy się po prostu nie patrzeć na śmieci, ale chyba zawsze nas to będzie ruszać.

Zaskoczenie 2: Indian time

Lubię mieć różne sprawy pod kontrolą, zaplanować, przemyśleć i przewidzieć co i jak. W Indiach się nie da. Po prostu. Zbyt wiele rzeczy dzieje się nie w czasie umówionym, ale wtedy kiedy się dzieje… „Indian time”. Skuter ma być dzisiaj? Ok. Nie ma? Acha. A kiedy będzie? Jutro. Acha. I tak czekałam ze dwa tygodnie 😉 I wiesz, już po pierwszym tygodniu poczułam przyjemną ulgę, że wcale nie muszę kontrolować, denerwować się czy wkurzać. I że jak coś idzie nie tak, jak miało być, to nie jest problem, tylko inna opcja i tyle. Ileż stresów mnie w ten sposób ominęło! Teraz próbuję zatrzymać tą umiejętność choć nie jest łatwo…

Zachwyt 3: Morze

Morze Arabskie. Piękne. Plaża pias(czysta), z palmami i bardzo pusta (w części, w której mieszkaliśmy). Godzinami mogłam gapić się na fale 😉 A myślałam, że jestem bardziej „górska”.

Zaskoczenie 3: Internet

Wiele razy słyszałam, że w Indiach słabo z internetem. Ale wiedziałam też, że muszę go mieć – choćby nie wiem co – aby pracować! No i się udało. Czasem był w telefonie, czasem przez WiFi, czasem go nie było… Wtedy ratowałam się internetem w knajpkach 😉 Raz nie było nigdzie, bo ktoś strajkował! A kilka razy nie było internetu, bo była „bad weather” i słaby sygnał… Ale dałam radę! A właściwie to dałyśmy radę, bo mój internet miał nieraz wpływ na cały „mamopracowy” zespół.

Zaskoczenie 4: Ruch lewostronny

Nie byłam na to gotowa. Wiedziałam, że czeka mnie nauka jazdy na skuterze, ale nie wiedziałam (pewnie mogłam się domyślić), że w Indiach jest ruch lewostronny. Bałam się, ale zastosowałam opcję „jakoś to będzie” i było! Bardzo dobrze. No może kilka razy prawie wylądowałam na murze, albo rowie czy krowie, ale obyło się bez wypadków – na szczęście 😉 Wiatr rozwiewał mi włosy, trójka dzieci mogła jechać ze mną i było super! Szkoda, że w Krakowie skuterem zbyt niebezpiecznie, no i z trójką dzieci daleko bym nie zajechała…

Rozczarowanie 2: Angielski

No dobrze. Przyznam się. Miałam nadzieję, że podszkolę się w angielskim. Wygrzebię go z czeluści mojego mózgu, ale niestety. Nie było takiej potrzeby. Codzienna komunikacja była bardzo prosta, wielu Hindusów słabo mówi po angielsku (choć to język urzędowy), więc czasem musiałam mówić bardzo prostym językiem, abyśmy się zrozumieli, a i to nie gwarantowało powodzenia 😉 Podsumowując, może trochę przewietrzyłam nieco swój angielski – ale nie za dużo! A szkoda.

Rozczarowanie 3: Słodycze

Nie uwierzysz ale przez 3 miesiące nie jadłam dobrego deseru… no chyba, że upiekłyśmy brownie 😉 Serio. Słodycze indyjskie zupełnie nam nie smakowały. Być może nie trafiliśmy na nic dobrego – nie przekreślam wszystkich deserów w Indiach – ale te, które próbowaliśmy były tak słodkie, twarde, suche że aż niedobre… Generalnie cukru jest sporo w napojach, ciastkach i cukierkach, dużo więcej niż w tych samych produktach w Europie.

Za to owoce… bajka!

Zaskoczenie 5 i zachwyt 4: Dziewczynki w szkole

Zosia i Helenka nie bez obaw szły pierwszego dnia do szkoły. Zastanawiały się: jak to będzie rozmawiać tylko po angielsku? A czy wszystko zrozumieją? A co jeśli nie będą wiedziały o co chodzi?

Ja myślałam: A nie za gorąco tam? W końcu lekcje w szałasach… Czy nie zapomną o piciu wody? No i czy aby to bezpieczne, że cały dzień będą na plaży beze mnie (piątek był beach day?). Jak się okazało były też inne Polki, więc polski był w ruchu, a o wszystko inne dbali nauczyciele 😉 wracały zmęczone i szczęśliwe!

Zaskoczenie 6: Krzyś w przedszkolu

To było trudne. Nasz Krzyś (l. 5) w Polsce rok adaptował się do przedszkola, i nie lubił się z nami rozstawać. Dość naiwnie założyłam, że w Indiach może będzie inaczej… Nie było. I choć miał w przedszkolnej grupie trzech kolegów z Polski, a na terenie placówki kolejną piątkę polskich dzieci (siostry były w innej szkole), to każdy poranek był trudny. Nie pomagały przytulaski, dużo czasu razem popołudniami, zapewnienia o naszej miłości. Było ciężko. Choć wracał radosny i pełen opowieści o zabawach w błocie, małych małpkach, które regularnie ich odwiedzały, rzucaniu kamieni i bazach, które zbudował; rozstania były trudne.

Do czasu, aż…

Zachwyt 5: Córka

Zosia sama zdecydowała się zmienić szkołę, aby być z Krzysiem. Aby jemu było raźniej! To było bardzo piękne i dojrzałe, choć wcale nie takie łatwe dla niej. Jak się później okazało, ta zmiana była i dla niej korzystna. W pierwszej szkole obyła się z językiem i spokojnie się komunikowała, używając oczywiście także rąk i nóg ;-). W nowej szkole trafiła do klasy ze starszymi dziećmi od siebie, mówiła wyłącznie po angielsku, uczyła się matematyki, geografii, angielskiego i francuskiego – oczywiście po angielsku. I choć wracała jeszcze bardziej zmęczona i brudna, to widziałam w oczach dumę z samej siebie!

Helenka też stanęła na wysokości zadania i choć została w szkole bez siostry, czego się bała (w końcu we dwie raźniej) bardzo dzielnie i odważnie zaprzyjaźniała się z coraz większą grupą dzieci z całego świata!

Zachwyt 6: Ludzie

Moje doświadczenia wskazują na to, że Hindusi to bardzo dobrzy ludzie. Lubią dzieci, są serdeczni, uśmiechnięci i choć wielu z nich wiedzie bardzo skromne, lub nawet biedne życie, są pogodni. Przynajmniej my takich spotykaliśmy każdego dnia. Bałam się o bezpieczeństwo dzieci w obcym i dalekim kraju, a to było zupełnie niepotrzebne.

Zachwyt 7: Zaufanie

Przed wyjazdem bałam się, że ktoś nas może chcieć oszukać, okraść czy naciągnąć. Ale przebywając wśród Hindusów, dając się wozić, leczyć czy powierzając swoje dzieci, czułam się najbezpieczniej w życiu.

Może mieliśmy szczęście do ludzi? Może po prostu nic złego nas nie spotkało? No chyba, że ktoś nas tak oszukał, że dotąd się nie zorientowaliśmy 😉

Zaskoczenie 7: Praca zdalna

Miałam nadzieję, że się uda. Takie było założenie. Ale też sporo obaw. A okazało się, że zupełnie niepotrzebnie. To nie tak, że nie było kłopotów, czy jakiś trudniejszych momentów – były. Zespół w Krakowie, a ja daleko, 4,5 h różnicy czasu. Dziewczyny dopiero się rozkręcały z działaniami ok. 10:30, a ja już kończyłam, bo zbliżała się 15:00 i czas odbierać dzieci. Ale wypracowałyśmy sobie rytm pracy. Planowałyśmy lepiej rozmowy, i czy był dobry czy zły internet, dawałyśmy radę rozmawiać i prowadzić wszystkie działania. A ja upewniłam się, że mamy super zespół! Dzięki dziewczyny!

To był niesamowity czas. Bardzo bogaty w doświadczenia i przeżycia. Czy coś się zmieniło w nas na lepsze? Zobaczymy!

A jeśli jesteś ciekawa, gdzie jest Goa, i upewnić się, że to nie jest wyspa 😉 kliknij tutaj >>>

A wiesz jak tam trafiliśmy? Jeśli nie, to zapraszam jeszcze tutaj 😉

Chcesz o coś zapytać napisz do mnie: [email protected]

Zdjęcia: Agnieszka Czmyr-Kaczanowska

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Agnieszka Kaczanowska
Współzałożycielka mamopracuj.pl, od dziesięciu lat rozwija swoje umiejętności łączenia życia rodzinnego i zawodowego i nawet jej to wychodzi! Lubi wyzwania i cieszy ją kiedy pracodawcy znajdują świetnych pracowników. Mama wesołej trójki, żona i miłośniczka kotów.  
Chcę otrzymywać inspiracje, pomysły i sugestie jak pracować i nie zwariować.
Newsletter wysyłamy raz na 2 tygodnie
Może Cię zainteresować także:
Uwaga. Strona wykorzystuje pliki cookies. Informacje uzyskane za ich pomocą wykorzystywane są w celach statystycznych. Pozostając tu godzisz się na ich zapisywanie w Twojej przeglądarce. ×

Email marketing powered by FreshMail
 

Email marketing powered by FreshMail
 

Email marketing powered by FreshMail