Czego szukasz

Wolisz marudzić czy sięgać po swoje marzenia?

Stanie w miejscu to cofanie się, gdy wszystko idzie do przodu. Marnowanie energii na marudzenie? Nie warto! Sami stwarzamy rzeczywistość. Czas zdecydować co chcę robić i zacząć to robić. Nie mamy jedynej słusznej definicji sukcesu zawodowego. Jednak rzadko kiedy osiągane cele przychodzą łatwo i bez wysiłków. Niektórzy marzenia odkładają zawsze na „kiedyś”, a inni wprowadzają je w życie. Jedni nie lubią zmian, inni żyją dynamicznie i w ciągłym ruchu. Od nas zależy, w której grupie chcemy być. A Ty, do której grupy należysz?

  • Kinga Pukowska - 17/09/2017
kobieta w kasku stoi na podeście przygotowana do zjazdu na linie

Chciałabym, ale…

„Każdy jest kowalem swojego losu” mówi ludowe przysłowie, ale czasem wydaje się, że niektórym młot jakby ciążył w dłoni. Bo zmiana wymaga wyjścia ze swojej strefy komfortu, wymaga wysiłku i podjęcia ryzyka. A na to zawsze jest zły moment i zawsze znajdzie się tona argumentów dlaczego lepiej nic nie robić, tylko usiąść i pomarudzić, że inni to mają lepiej i łatwiej.

Marzenia warto mieć

Co byś zrobiła ze swoim życiem gdybyś znalazła czarodziejską różdżkę? Pospłacała kredyty, wyczarowała domek z ogródkiem dla swojej rodziny i nowy, bezawaryjny, odpowiednio pojemny samochód? Takie przyziemne, ale jednak realne.

Szkoda, że nikt z nas nie ma wróżki za matkę chrzestną i nie może na zawsze przenieść się do krainy baśni. Kopciuszek też miał luksus limitowany, do północy. A potem… choć bajka niewiele o tym wspomina, można podejrzewać, że proza życia i bajkowych bohaterów dosięga. Czy zatem znaczy to, że należy porzucić wizję sielanki na kawałku własnego trawnika? Nic z tych rzeczy, marzenia warto mieć, tylko pytanie co dalej?

Ryba czy wędka

Dobra wróżka ustawiająca wszystko jak należy to smaczny kąsek. W dzisiejszym świecie mógłby to być solidny spadek, wygrana na loterii albo „wżenienie się” w milionera. Nie ma jednak co do tego złudzeń – takie okazje trafiają się nielicznym.

Pozostali mają wybór – albo poszukać wędki, żeby złowić tą wymarzoną rybę, albo usiąść i marudzić licząc, że ryba sama przypłynie i położy się z radością na patelni, aby być naszą ekskluzywną kolacją. Chyba nie trzeba zastanawiać się, która opcja jest bardziej prawdopodobna?

Nie wszyscy lubią się pocić

Gdy dawniej człowiek polował, jego przeżycie zależało od szybkości i zwinności. Trzeba było się nieźle nagimnastykować aby złapać zwierza i nakarmić nim rodzinę. Syty posiłek nie był codziennością jak dziś (nie było też plagi otyłości, cukrzycy i innych chorób cywilizacyjnych, ale to inna historia). Jednak im dalej w czasie, tym mniej, nam ludziom, chciało się wysilać.

Cywilizacja uprościła nam życie: podaje wszystko na tacy, pod nos, bez wychodzenia z domu. Ma być łatwo, dostępnie, intuicyjnie, wygodnie. Tak można przeżyć całe życie, w swoim względnie komfortowym grajdołku, narzekając na tych co mają lepiej – jeżdżą po świecie, budują domy, zmieniają siebie i świat.

Wydaje się jednak, że żaden sportowiec nie zdobędzie medalu olimpijskiego, jeśli wcześniej nie wyleje hektolitrów potu na morderczych, wielogodzinnych treningach, przekraczając codziennie swoje granice wytrzymałości.

Rozwój zawodowy

Ciężko się kłócić z faktem, że każdy z nas rodzi się z innym zestawem cech, innymi talentami i predyspozycjami. Nie każdy zostanie neurochirurgiem albo historykiem sztuki. Pokonując tradycyjną ścieżkę szkolną, często zbyt szybko jesteśmy zmuszeni dokonywać wyborów decydujących o naszych kompetencjach zawodowych. Czasem wymarzone studia nie dają nam satysfakcjonującej pracy, a zawartość portfela niektórych rozczarowuje. Nic tylko siąść i płakać… Tylko pytanie czy łzy coś tu zmienią?

Można przysiąść z nadzieją, że gwiazdka spadnie z nieba prosto do naszej kieszeni lub codziennie grać w lotto licząc na wielką wygraną – jedno i drugie jakby mało prawdopodobne. Co zatem można zrobić?

Albo pogodzić się z codziennym marazmem albo zakasać rękawy i zabrać się do pracy.

Samo pisanie na Facebooku, że „chciałabym, ale” raczej niczego w życiu nie zmieni. Może co najwyżej wzniecić lawinę „ojojania” albo hejtu (jedno i drugie nadal nie wpływa zbyt konkretnie na jakość życia ani jego kierunek).

Bycie kowalem swojego losu zobowiązuje. Może warto pomyśleć o zmianie zawodu? Nauce języka? Kursach doszkalających? No tak, tylko najlepiej jakby było za darmo i bez wysiłku. Znacie powiedzenie „tanio, szybko, dobrze – wybierz dwa”? Coś w tym jest.

Darmowe spotkania mają to do siebie, że brak zaangażowania w postaci zakupu biletu powoduje, że frekwencja na nich bywa różna, łatwiej sobie odpuścić, gdy nie łączą się z tym żadne (finansowe) konsekwencje.

Wystarczy porozmawiać z wieloma aktywistami, którzy często poświęcając prywatny czas próbują przekazać coś innym. Inna kwestia to pytanie dlaczego ktoś, kto ma wiedzę, która może przysporzyć odbiorcom potencjalnych korzyści majątkowych, ma dzielić się nią za darmo?

Czy same naprawdę chcielibyśmy, przychodzić do pracy i nie dostawać za nią wynagrodzenia?

Z pustego i Salomon nie naleje

No tak, bogaci to mogą się kształcić. Jak komuś od pierwszego do pierwszego nie starcza, to jak ma znaleźć dodatkowe fundusze na dokształcanie? Na pewno nie jest to łatwe. Jednak, żeby zbierać plony, najpierw trzeba zasiać. Czasem trzeba pożyczyć ten pierwszy worek, żeby gdy już zbierze się sto własnych, było z czego oddać.

Potrafimy zbierać na ważny prezent dla dziecka, umiemy odłożyć na wakacje, dlaczego zatem nie zebrać funduszy na własne przeszkolenie? A może opcja rat wchodzi w grę?

Ale to dodatkowy wysiłek… Są tacy, którzy wolą sami – darmowe tutoriale, poradniki, metoda prób i błędów. Na świecie jest wielu świetnych samouków.

Nikt nikogo nie zmusza do korzystania z wiedzy ekspertów, ale trochę niezręcznie jest zadawać pytanie „drogi ekspercie, dlaczego twoja wiedza kosztuje?”. Bo gdy same zostaniemy takim ekspertem zaczniemy żywić się powietrzem i już nie będziemy potrzebowały zarabiać na utrzymanie swoje i dzieci?

Życie to sztuka wyborów

Czasem faktycznie życiowa ścieżka jest bardziej wyboista i trzeba nauczyć się dobrze skakać przez przeszkody, ale historie ludzi sukcesu pokazują, że to nie tak, że ich osiągnięcia to gwiazdka z nieba, ale efekt ciężkiej pracy.

Marzenia są różne: ktoś chciałby produkować własne kosmetyki, ktoś inny układać piękne fryzury, a jeszcze inny programować.

Nie mamy jedynej słusznej definicji sukcesu zawodowego. Jednak rzadko kiedy osiągane cele przychodzą łatwo i bez wysiłków.

Niektórzy marzenia odkładają zawsze na „kiedyś”, a inni wprowadzają je w życie. Jedni nie lubią zmian, inni żyją dynamicznie i w ciągłym ruchu. Od nas zależy, w której grupie chcemy być.

Przestańmy wiecznie oskarżać świat, zły los i niedobrych ludzi za nasze niepowodzenia. Bo gdyby ktoś tak zapytał „a co zrobiłaś/eś, żeby zmienić swoje życie?” czym możesz się pochwalić?

Stanie w miejscu to cofanie się, gdy wszystko idzie do przodu. Marnowanie energii na marudzenie? Nie warto! Sami stwarzamy rzeczywistość. Czas zdecydować co chcę robić i zacząć to robić. Albo iść na ryby z nadzieją na złowienie złotej rybki, a potem pomarudzić, że ryby nie biorą…

Zdjęcie: 123rf

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Kinga Pukowska
Prezeska Fundacji Polekont - Istota Przywiązania. Wspiera rodziców w zakresie Rodzicielstwa Bliskości oraz Slow Parenting. Trenerka rozwoju osobistego, coach i mediatorka. Działa jako doula, doradczyni chustowa oraz specjalistka w zakresie żywienia. Żona i mama trójki dzieci w Edukacji Domowej. Swoje doświadczenia opisuje na blogu Pozytywy Edukacji.
Podyskutuj

Idealny sernik nieidealnej Pani domu

Nadal nie wierzę, że to piszę... Ale naciski były przeogromne, więc... Nie jestem idealną Panią domu, rzadko piekę, chyba że brownie (25 minut roboty) lub inne "coś", równie prostego z gwarancją pyszności. Nie wdaję się w rozmowy na temat przepisów bo niewiele mam w tym zakresie do powiedzenia, choć... jest jeden wyjątek! Jego wysokość Sernik! 13 lat temu znalazłam przepis, którego się trzymam, który zawsze gwarantuje "ochy i achy" tych, którzy mają okazję załapać się na kawałek. Bo znika szybko...
  • Agnieszka Kaczanowska - 17/04/2019
produkty do pieczenia: mąka, mleko, masło, ser

Z dedykacją dla Marzeny 😉

Ten sernik piekę wyłącznie dwa razy do roku. Trudno nie zgadnąć, na jakie okazje, ale udaje się zawsze, a nawet jeśli nie jest idealny w wyglądzie, to smakuje zacnie! No i sam przepis napisany jest tak, że mam z tego kupę zabawy. Dodam tylko, że ja sernika sama nie jadam… nie mój smak, wolę suche ciasta np. makowiec, ale z reguły spełnieniem moich marzeń jest makowiec z cukierni, albo orzechowiec od mamy Asi, mniam.

Natomiast sernik robię z miłości do męża 😀

Składniki:

  • kilogram dobrze odciśniętego tłustego białego sera (nie może być kwaśny). Ja kupuję gotowy, mielony, ale taki, który jest w miarę suchy (bez ekstra śmietany) i zawsze twaróg sernikowy Piątnica (choć producent nic nie wie, że go polecam ;-)). To jest o tyle ważne, że inne miękkie sprawiają, że sernik pływa… Oczywiście możesz także zmielić sama ser. Ja nie mam nawet odpowiedniej maszynki…
  • 2 niepełne szklanki cukru (można ciut mniej jeśli budyń jest z cukrem i wanilia… ale nie dużo mniej, próbowałam z mniejszą ilością, ale jednak lepiej dać więcej…),
  • 8 jaj, z 7 jaj też wyszedł 😉
  • kostkę masła,
  • budyń waniliowy (z reguły daję ten z cukrem, ale przypuszczam, że nie ma tu różnicy,
  • torebkę cukru z prawdziwą wanilią (w odróżnieniu od cukru wanilinowego!) a jeszcze lepiej laskę prawdziwej wanilii, tych czarnych kuleczek oczywiście,
  • cytrynę, a dokładniej sok z jednej połówki,
  • szczypta soli,
  • bakalie: torebkę (10 dag) rodzynek, najlepiej jasne, malutkie, 3 dag płatków migdałowych, 5 dag smażonej skórki pomarańczowej (wg. mnie najlepszego składnika sernika ;-)).

Niezbędne sprzęty:

  • mikser (wiem, wiem można w makutrze, jak masz to super)
  • spora miska do ucierania masy serowej
  • garnuszek/miseczka na białka
  • rondelek na topione masło
  • duża tortownica

Dodałabym lampka dobrego wina, ale odkąd sernik piekę razem z dziećmi atrakcji dodatkowych nie potrzebuję ;-).

Sprawdzony algorytm działania

  1. W rondelku na małym ogniu topisz masło pokrojone na małe kawałki. Ciepłe masło (niech się, broń Boże, nie przypali!) odstawiasz do wystygnięcia.
  2. W tym czasie przygotowujesz bakalie, tzn. płuczesz rodzynki, odsączasz, suszysz ręcznikiem papierowym i razem z płatkami migdałowymi wsypujesz do miseczki, dodajesz skórkę pomarańczową. Zostawiasz.
  3. Smarujesz tortownicę masłem, wysypujesz bułką tartą, odstawiasz na bok, żeby nie przeszkadzała.
  4. W tym miejscu możesz skosztować tej lampki wina, jeśli już nalałaś 😉
  5. Teraz kluczowa sprawa: rozbijasz jajka nad garnuszkiem/miską, w którym potem ubijesz pianę. Białka lądują w właśnie w nim/niej, a żółtka w dużej misce.Garnek z białkami ląduje w lodówce.
  6. Do żółtek dodajesz cukier, szczyptę soli, wanilię/cukier z prawdziwą wanilią, sok z połówki cytryny.
  7. Ucierasz puszysty kogel-mogel, starając się nie podjadać…. jest pyszny…
  8. Włączasz piekarnik. Ma mieć idealnie 180 stopni C, kiedy wjedzie do niego sernik.
  9. Otwierasz wiaderko 😉 sera gotowego lub bierzesz idealnie zmielony i do kogla-mogla dodajesz łyżkami na zmianę z proszkiem budyniowym, wciąż ucierając masę mikserem. Masa ma być gładka, jasno żółta i puchata.
  10. Następnie delikatnie wlewasz zimne masło (wcześniej roztopione) i miksujesz do chwili, aż się całkowicie wchłonie.
  11. Dodajesz bakalie i już nie mikserem a łyżką z resztką masy serowej (nie pytaj dlaczego, ale działa…) mieszasz starannie ale delikatnie.
  12. Wyjmujesz z lodówki garnek/miskę z białkami i mikserem (z czystymi końcówkami) ubijasz sztywną pianę.
  13. Ważne: teraz odstawiasz mikser na bok i więcej nie wolno go użyć 😉
  14. Łyżką od sera i bakalii mieszasz białka z masą serową. Delikatnie, z czułością aż się połączą.
  15. Teraz już bez ociągania, zgarniasz masę do tortownicy, wygładzasz wierzch.
  16. I wkładasz sernik delikatnie do piekarnika w idealnej temperaturze 180 stopni. Nie używam tutaj termoobiegu, gdybyś chciała mnie o to zapytać.
  17. Teraz też jest idealny moment, aby zamiast mycia garów napić się wina bo…
  18. Od teraz przez 40 minut nie otwierasz piekarnika, nie zaglądasz co chwilę i nie myślisz o serniku.
  19. Po 40 minutach zerkasz przez szybkę, czy aby w wierzchu nie za bardzo się przypiekł. Jeśli tak, otwierasz delikatnie piekarnik i przykrywasz ciasto płatem folii aluminiowej. Szybko zamykasz drzwiczki, ale uważaj (!) aby nie klapnęły, bo sernik się może „przestraszyć” i opaść. Serio. zawsze ten fragment mnie rozczula ale nie próbowałam straszyć sernika i zawsze wychodzi 😉
  20. Gdy minie kolejne 15-20 minut a czasem dłużej (wiem, to mało precyzyjne ale lepiej dłużej, aby sernik był upieczony), wyłączasz dopływ ciepła i uchylasz drzwiczki, aby zahartować sernik i uchronić przed opadnięciem przy gwałtownej zmianie temperatury. Po kolejnych 10 minutach wyjmujesz ciasto na blat i pozwalasz ostygnąć w pokojowej temperaturze.
  21. Ja zwykle rozkrawam go na drugi dzień, wtedy brzegi sernika trzeba oddzielić ostrzem noża od brzegów tortownicy i gotowe.
  22. Idealny sernik to taki, który ma szansę stężeć w lodówce, ale nie zawsze mu się udaje…

Z życia sernika: bywa z nim różnie, czasem ma fantazyjne fale, czasem rośnie idealnie równomiernie, ale potem, kiedy wyjmuję go z piekarnika zawsze zmienia swój kształt na taki idealnie sernikowy. Bywa, że pęka… ale w smaku pozostaje idealny i wierzcie mi nikt nie narzeka.

Smacznego!

I wielkiej frajdy z pieczenia Wam życzę.

Przepis jest moją wariacją na temat przepisu znalezionego 8 lat temu w sieci, bodajże z tego linku >. Tym bardziej dziękuję jego autorce za cudowne przeżycia smakowe mojej rodziny!

Zdjęcie: Pixabay.com

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Agnieszka Kaczanowska
Współzałożycielka mamopracuj.pl, od dziesięciu lat rozwija swoje umiejętności łączenia życia rodzinnego i zawodowego i nawet jej to wychodzi! Lubi wyzwania i cieszy ją kiedy pracodawcy znajdują świetnych pracowników. Mama wesołej trójki, żona i miłośniczka kotów.  
Podyskutuj

Poradnik i bezradnik mamy-freelancerki

Wpatruję się w pustą kartkę. Co miałabym napisać na temat work-life balance w ujęciu pracującej mamy? Nie jestem przecież ekspertką od zarządzania czasem, nie mam żadnej recepty, sama nieraz się dziwię, jak udaje mi się to wszystko ogarnąć i nie zwariować. Nie umiałabym napisać poradnika, od udzielania rad lepiej wychodzi mi opisywanie ludzkich emocji i kreowanie rzeczywistości. Zatem może to właśnie zrobię? Opowiem moją historię.
  • Magdalena Majcher - 28/02/2019
mama freelancerka pracuje z domu, laptop na kolanach

Jeszcze pięć lat temu nie miałam pojęcia, czego chcę od życia. Miałam kilkuletniego syna i pracę, do której jeździłam, delikatnie mówiąc, niechętnie. W żadnym miejscu nie zagrzałam miejsca na dłużej. Myślałam: co jest ze mną nie tak? Miałam dopiero dwadzieścia kilka lat, a już czułam się wypalona. Nie wyobrażałam sobie, że tak miałabym żyć, pracować przez następnych kilkadziesiąt lat.

Spełniać marzenia

Po urodzeniu drugiego dziecka zrobiłam swoisty rachunek sumienia. Zastanowiłam się, gdzie popełniałam błędy, i doszłam do wniosku, że po prostu nigdy nie robiłam tego, co chciałam robić, tego, co kochałam. Czego więc bym chciała? Co potrafię? Pisać, to pierwsze co przyszło mi na myśl. Ale co mam z tym pisaniem zrobić? Że niby książkę napisać?

Wszystko fajnie, ale wydawało mi się to czynem na miarę lotu w kosmos. Każdy by chciał, ale nie każdy wie, jak. Dojrzewałam jeszcze przez chwilę, w międzyczasie prowadząc bloga i szukając pojedynczych zleceń jako copywriter. I dojrzałam, wiecie? Dojrzałam do tego, żeby pomóc marzeniom, żeby w końcu robić to, co kocham.

Nazbyt pompatycznie, prawda? Żeby nie było tak kolorowo, mój młodszy syn okazał się typowym przykładem high need baby. Każdej nocy budził się po kilkanaście razy, w dzień nie chciał spać, nawet spacery były czasem stresu i zastanawiania się, czy tym razem prześpi choć godzinę czy może raczej będzie się wydzierał wniebogłosy. I w samym środku tego szaleństwa odnalazłam swoją pasję.

Napisałam jedną książkę, drugą, zaczęłam trzecią, nie wiedząc, czy ktokolwiek mi to wyda. Dałam sobie czas do końca urlopu macierzyńskiego, w międzyczasie biorąc zlecenia jako copywriter. No i stało się. Kiedy mój młodszy syn miał jedenaście miesięcy, poleciałam w kosmos. Dostałam długo oczekiwanego maila od potencjalnego wydawcy. Kilka tygodni temu synek skończył cztery lata, a ja nadal lecę. I absolutnie nie zamierzam wracać z tej podróży!

Jestem w miejscu, w którym powinnam być

Praca w charakterze wolnego strzelca wymaga przede wszystkim… twardego tyłka i umiejętności planowania przychodów na trzy miesiące w przód. Bo wypłata nie przychodzi dziesiątego, i nie zawsze jest taka sama. Ale muszę się do czegoś przyznać. Odkąd poleciałam w ten kosmos, cały wszechświat mi sprzyja. Kiedy zamykają się drzwi, otwiera się przede mną okno. Szczęście? Być może. Ja nazywam to inaczej. Po prostu jestem w miejscu, w którym powinnam być, dlatego się układa. Robię to, do czego zostałam stworzona i chociaż pracuję jako freelancer ponad trzy lata, nadal nie potrafiłabym napisać poradnika dla osób, którym marzy się właśnie takie wolne strzelectwo.

Przede wszystkim to ja jednak żyję

Nie udzielę Wam więc gotowych rad. Nie powiem, jak to zrobić, żeby gdzieś pomiędzy rozwieszeniem prania a odebraniem dziecka z przedszkola ogarnąć siebie i zlecenia. Każda z nas musi wypracować sobie własny system pracy. Ile osób, tyle rad. Moja koleżanka pisze, kiedy wszyscy jeszcze śpią, bladym świtem. Inna pracuje do nocy. Ja od dziesiątej do szesnastej. Oddaję teksty trzy miesiące przed deadlinem, znajoma zawsze wyrabia się dzień przed terminem.

Nie sposób określić, który wariant jest najlepszy. I wcale nie zamierzam tego robić. Chcę Wam tylko powiedzieć, że work-life balance jest wtedy, kiedy robimy to, co kochamy. Wtedy to życie samo się balansuje, a wszystko się dzieje „samo”. No, prawie… Bo przecież ktoś to pranie musi rozwiesić i ktoś tę książkę musi skończyć! Ale to w tak zwanym międzyczasie. Bo przede wszystkim to ja jednak żyję.

Zdjęcie: 123 rf

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z innymi:
Magdalena Majcher
Pisarka, freelancerka, mama. Robi w życiu to, co kocha, czyli pisze. Aby spełniać swoje marzenia, zrezygnowała z pracy na etacie. Dziś jest autorką poczytnych i lubianych przez czytelniczki powieści, m.in. "Cudu grudniowej nocy", "W cieniu tamtych dni", "Matki mojej córki", "Stanu nie!błogosławionego", "Jeszcze jednego uśmiechu” oraz bestsellerowej sagi "Wszystkie pory uczuć". Niedługo ukaże się kolejna seria autorki.
Chcę otrzymywać inspiracje, pomysły i sugestie jak pracować i nie zwariować.
Newsletter wysyłamy raz na 2 tygodnie

Może Cię zainteresować także:

Uwaga. Strona wykorzystuje pliki cookies. Informacje uzyskane za ich pomocą wykorzystywane są w celach statystycznych. Pozostając tu godzisz się na ich zapisywanie w Twojej przeglądarce. ×

Email marketing powered by FreshMail
 

Email marketing powered by FreshMail
 

Email marketing powered by FreshMail